Nie ma czegoś takiego jak zła rzecz do powiedzenia

Czas czytania: około 4 minuty • Fajna codzienność
 

Gdy dwójka ludzi siedzi i patrzy na siebie, a w tych oczach jest zainteresowanie i czułość, to z zewnątrz wygląda to jak bajka. Nie ma wtedy czegoś takiego jak “zła rzecz do powiedzenia”. Ale tak szczerze mówiąc to dużo rzeczy z zewnątrz wygląda jak bajka.

W ich głowach często sytuacja prezentuje się mniej wiosennie.

W ich głowach często pełne nadziei myśli targane są brutalnymi wiatrami lęków i strachów, i kompleksów i odrzuceń, i wszystkich innych paskudztw, które nas spotkały, lub boimy się, że mogą spotkać.

Człowiek już tak ma, że lubi się przejmować.

Fantastycznym poligonem dla tych wszystkich “przejęć” jest właśnie pójście na randkę, bo też i charakter takiego spotkania jest wyjątkowo trudny dla emocjonalnej pewności siebie. Na randkę idziemy kogoś poznać. Na randkę idziemy dobrze wypaść. Na randkę idziemy czujnie słuchać i ciekawie odpowiadać. Na randkę idziemy dobrze się bawić i chcieć.

Na randkę idziemy też ze świadomością, że będziemy oceniani.

Ha.

I weź tu droga ludzka głowo nie zeświruj, nie? :)

Na szczęście (dla mnie i dla Was) natrafiłem kiedyś na wspaniałą książkę Augustena Burroughsa i dzięki jego słowom spojrzałem na to wszystko z tak absurdalnie innej strony, że – trochę podobnie do takich złudzeń optycznych, co to można na obrazek spojrzeć na dwa sposoby – nie potrafię już w ogóle wrócić do wersji wcześniejszej.

Otóż widzisz, według Augustena, randki są ekstra.

Po pierwsze, warto na nie chodzić z założeniem, że ta druga osoba ma tak samo 50% biznesu w tym by rozbawić Ciebie, jak i Ty masz 50% biznesu by rozbawić ją. To bardzo zdrowe, bo ani się nie przyćmi dyskusji własnym gadaniem, ani się nie zostanie potraktowanym jak zasilany kawą “rozbawiacz”.

Po drugie, warto na nie chodzić z takim 90% swojego normalnego poziomu, bo jeśli swoje 90% poziomu będzie dla kogoś wystarczające by chcieć drugą randkę, to chyba właśnie macie kompatybilny charakter po drugiej stronie stolika, i warto pod stołem trochę wyciągnąć nogę, by się choćby i samymi kostkami zetknąć, bo czemu nie.

Gdy chodzi się na randki z pompą na 140% to łatwo się przejechać, bo nikt nie potrafi być wiecznie na 140% i się potem orientujemy, że my tej drugiej osoby nawet za bardzo nie znamy.

No i wreszcie, po trzecie, według Augustena nie ma czegoś takiego jak zła rzecz do powiedzenia na randce.

O ile druga osoba jest właściwa.

Kojarzycie takie pogaduchy, którym jest bliżej do spaceru przez pole minowe niż do udanej konwersacji? Gdzie ciągle odbywa się jakaś gierka w dominację, regularnie czujecie że musicie omijać pułapki, radzić sobie z trudnymi tematami lub cudować, by wymyślić jakikolwiek ciąg dalszy wątku?

Ja kojarzę.

Nie lubię ich.

Po co w takich toksycznych rozmowach w ogóle “sobie radzić”, skoro jedyną nagrodą będzie więcej podobnego pola minowego, nad którym nigdy nie wstaje słońce i absolutnie nigdy nie przyjeżdżają na jego teren saperzy ze wsparciem?

Powiem Wam, że mam w życiu kilka takich zdań, o których mogę powiedzieć, że utworzyły w kalendarium moich dni pewne epoki “przed” i pewne epoki “po”.

Tak jest właśnie z tą pointą felietonu o miłości Augusten Burroughsa.

To już było lata temu, ale zawdzięczam temu człowiekowi moje prywatne “nowe”, i to takie jedno z ważniejszych.

Słuchajcie, nie ma czegoś takiego jak zła rzecz do powiedzenia na randce, o ile druga osoba jest właściwa.

Dlatego, jakkolwiek trywialnie to nie brzmi, trochę you do you, moi drodzy.

W najgorszej wersji zbombardujecie kogoś tak krzywym żartem o sześciu pasikonikach i butelce budweisera, że potem zobaczycie w necie anonimową opowieść o własnej porażce.

Mówi się trudno. Życie jest od tego, by skakać w nieznane i patrzeć, gdzie się potem znajduje. Najwyżej szerniecie tę opowieść na własny profil, bo co jak co, ale bombowanie słabymi dowcipami to trzeba szanować :)

A w najlepszej wersji?

Dostaniecie zwrotnie jeszcze gorszy dowcip o kaczce w Bydgoszczy.

To dzięki takim głupotom w oczach iskrzy się tak, że człowiek zapomina co chciał powiedzieć jako kolejne.

Na szczęście – nie szkodzi.

Trochę nieważne co powiesz.

Bo widzisz, jeśli druga osoba jest właściwa, to dzięki iskrzeniu w jej oczach i tak powiesz dokładnie to, co chciała usłyszeć.

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

Zdjęcie: Joe Gardner ze zbiorów Unsplash.

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies