Łagodność w traktowaniu samego siebie

Czas czytania: około 9 minut • Inteligencja emocjonalna
 

Był taki czas, że bardzo imponowało mi straszne katowanie samego siebie w oparciu o wyniki, o rezultaty, o bycie zawsze “nad kreską” i jakiś taki, nie wiem, straszny, nocny wyścig o nieskończonej liczbie okrążeń, w którym pozwalam wszystkim dookoła na regularną zmianę opon i tankowanie, ale nie, ja mam za punkt honoru dojechać do nieistniejącej mety bez jakiejkolwiek pomocy. A teraz wolę łagodność.

Dzień, w którym nauczyłem się traktować łagodnie samego siebie to w efekcie jeden z najważniejszych dni mojego życia.

Od tamtej pory robię więcej, tworzę więcej, zarabiam więcej, mam sto razy lepszy humor, jestem zdrowszy, więcej śpię, jestem lepszy i w życiu prywatnym, i w zawodowym, a także więcej podróżuję. I co tam jeszcze, jem rozsądniejsze rzeczy? O, to na pewno. Mam też czas codziennie pograć przynajmniej pół godziny.

O, wiem! Podniosłem liczbę czytanych rocznie książek z trzydziestu kilku do blisko pięćdziesięciu, tak jak dawniej :)

A wszystko to przy jednoczesnym odpuszczaniu sobie i pozwalaniu na odpoczynek, gdy tylko go potrzebuję.

Niewidzialny kij i miliony marchewek

Mój przyjaciel dał kiedyś przy mnie pewnej osobie jedną z najlepszych porad, jakie można usłyszeć w życiu:

“Potknięcie się nie jest dozwolone. Nigdy. Działasz tak, by wszystko było perfekcyjne. Ale gdy już się potkniesz, to uczysz się na przyszłość i szybko wstajesz na nogi, by znowu nigdy się nie potknąć.”

Dokładnie tak wygląda teraz moje życie. Jeśli działam to działam na miliard procent. Ale jeśli muszę się zdrzemnąć wczesnym wieczorem to nie robię z siebie męczennika tylko odpuszczam i idę na drzemkę. A potem analizuję, czemu mi tak dziwnie się plan potoczył i na przyszłość jestem przygotowany lepiej.

Łagodność a skuteczność

Tak na marginesie to powody tej mojej zmiany w osobę łagodną dla samego siebie okazały się bardzo egocentryczne. Pewnego dnia zorientowałem się, że pracę zajmującą 8 godzin, gdy pomimo zmęczenia jadę na nadmiernej ilości kawy, robię 10 godzin. A z kolei pracę zajmującą 8 godzin, gdy pozwolę sobie na trzydzieści minut drzemki, robię 6 godzin.

Reszta była matematyką.

Łagodność a samoutrudnianie

Jest pewien plus takiego strasznego katowania samego siebie, do którego mało kto się kiedykolwiek przyzna. Życie “trudne”, siedzenie po nocach i tyranie, i niespanie, i wiecznie podkrążone oczy, i ciągłe kawy, i ogrom pracy, i zabieganie – tym się można przechwalać. Ktoś siedział do drugiej? Pfffff, dziecko, siedzi to się do trzeciej.

Z jednej strony to fajna waluta “wożenia się” przed znajomymi, a z drugiej – doskonałe narzędzie do wyjątkowo cwanego mechanizmu samoutrudniania. W końcu, jeśli daliście z siebie wszystko, a i tak Wam nie wyszło, no to to jest wina materiału lub czasu, kurczę, gdybyście tylko mieli więcej czasu, nie? ;)

(Jeśli chcecie więcej wiedzieć o samoutrudnianiu, gorąco polecam wywiad z profesorem Dolińskim.)

Warto jednak zastanowić się, czy fajniej jest mieć w życiu argumenty do przechwalania się przed ludźmi, którzy próbują zjednać sobie sympatię obcych przechwalaniem się, jak źle zarządzają własnym życiem? Czy też może fajniej po prostu żyć tak, by Ci wisiało, że istnieją ludzie, których trzeba kupować przechwałkami? ;)

Nie lubienie siebie

Bycie dla siebie agresywnym i wyjątkowo twardym sprawia, że w dłuższej perspektywie przestaje się samego siebie lubić. A szkoda, bo odczuwanie zdrowej dumy z własnych osiągnięć to w życiu szalenie ważna sprawa. Podobnie jak i świadomość swoich plusów, z których płynie żelazna wiara w samego siebie.

Augusten Borroughs

Przy okazji, jeśli chcesz nauczyć się łagodności do samego siebie to koniecznie przeczytaj książkę “This is How”.

Wyjątkowo sympatyczna.

Nie lubię rozwiązań krótkoterminowych

No dobrze, a przechodząc do rzeczy – bycie dla siebie twardym i wymagającym jest krótkoterminowe. Nawet jeśli starczy Ci na lata to po dłuższym czasie się po prostu pęka. Zaczyna chorować. Ze stresu znajduje tysiące wymówek, by tylko robić COKOLWIEK byle nie to, co trzeba.

Dobre rozwiązanie długoterminowe to rozwiązanie, które starczy na długo ORAZ zostawi Cię potem lepszym, niż byłeś na początku.

Innych nie warto uznawać, bo się przepala lata zdrowego życia w zamian za nic konkretnego.

Bycie twardym jest kruche

Pisałem już o tym w tekście Kocham moją strefę komfortu. Bycie dla siebie nieludzko wymagającym tyranem sprawia, że stajemy się twardzi. Tylko że twardość jest krucha. Łatwo nas złamać. Przy mocnym pchnięciu z boku to my będziemy pierwsi do rzucenia papierami i powiedzenia: nie, po prostu nie.

Albo, co gorsze, będziemy pierwsi do popadnięcia w apatię nieskończonego marnowania czasu bezproduktywnym leżeniem i robieniem wszystkiego, byle tylko nie pracować.

Z dziwnych anegdot – od paru miesięcy codziennie rano gram godzinę na konsoli lub czytam. Nie znajdziesz takiej porady w żadnej książce o biznesie. Ale u mnie działa i sprawuje się doskonale. Zawsze siadam potem ULTRA nakręcony do dowolnego obowiązku, który przed sobą postawiłem. I to jest mechanizm, który działa u mnie.

Spróbuj w wolnym czasie znaleźć absolutnie nielogiczny, ale za to sprawiający Ci ultra satysfakcję mechanizm, który zadziała u Ciebie. Kto wie, to może być cokolwiek. Być może poranny spacer? Być może wieczorna kąpiel? Być może spacer po ciastko, zawsze, gdy nachodzi Cie na nie ochota?

Ciężko stwierdzić. Tylko Ty to wiesz :)

Satysfakcja leżąca w samym celu to źle postawiony cel

Pewnym argumentem broniącym tyranizowania samego siebie jest skuteczniejsze osiąganie celu. Załóżmy nawet na moment, że katowanie się jest skuteczne. Bo nie jest. Ale załóżmy, ze jest. (Ale nie jest.) Czy wtedy warto?

Pojawia się dosyć trudna kwestia tego, na ile wyceniamy jakość naszego życia. W mojej opinii warto obedrzeć swoją codzienność z szacunku do samego siebie i jakości tylko gdy w grę wchodzi życie lub zdrowie naszych bliskich. Ale, nie wiem, przez rok katować się tak, że aż nie wypada opowiadać mamie, tylko po to, by awansować?

Kurczę, ja naprawdę widziałem życie z różnych stron, ale im więcej rozmawiam ze starszymi ode mnie, mądrymi ludźmi i im więcej biografii czytam tym bardziej mam ochotę wtedy zadać pytanie: a czy to na pewno dobra ścieżka kariery do awansowania, jeśli każdy jej krok wypala w człowieku piętno, którego nie da się potem uleczyć nawet latami odpoczynku?

Łagodność a sens życia

Oho, teraz polecę z grubej rury ;)

Moja praca, choć ją kocham i jest “łatwa”, jest też naprawdę trudna. Muszę każdego dnia – przez wiele godzin – pełnić jakieś dziesięć etatów naraz. Jestem i twórcą, i menedżerem, i własnym sekretarzem, i sprzedawcą, i marketingowcem, i montażystą, i grafikiem, i jeszcze sto innych dziwnych zajęć. Naraz. I jak coś jest niezrobione, to to moja wina.

I zawsze wychodzę z założenia, że walczę o uwagę odbiorcy od zera, by nigdy nie spocząć na laurach i nie rościć sobie praw do czegokolwiek, co nie jest moim faktycznym prawem.

Każdego dnia daję z siebie wszystko – ale robię to, co kocham. Więc to dawanie z siebie wszystkiego – o ile zgodne z moją naturą, bo akurat byłem przez kwadrans mądry i pamiętałem, by nie wymyślać sobie niesprzyjających pomysłów – jest dla mnie niczym zabawa. Mogę to robić godzinami. Mogę to robić bez jedzenia. Mógłbym to robić za mniejsze pieniądze. (Choć bym nie chciał, oczywiście).

Ale mógłbym.

Dlatego, no wiesz, nie chcę być wieszczem apokalipsy, ale czasem najlepszym wyjściem z sytuacji jest zastanowienie się na spokojnie co i dlaczego chce się w życiu osiągnąć. Bardzo pomaga ten wywiad z Chasem Jarvisem. Bardzo pomaga przeczytanie “Człowieka w poszukiwaniu sensu” Viktora Frankla. Bardzo pomaga przeczytanie “Rozważań” Marka Aureliusza lub “Listów” Seneki.

Albo coś stąd.

Ale to jest praca domowa na szóstkę.

Praca domowa na piątkę jest trudniejsza.

Wystarczy być dla siebie łagodniejszym.

Wtedy człowiek, który lubi swoje życie i szanuje samego siebie zyskuje dostęp do najdoskonalszego kompasu znanego ludzkości.

Własnego serca.

Lubisz takie podejście do życia? Dogadamy się. Zapraszam na newsletter.


Wyrażam zgodę na otrzymywanie na mój adres e-mail newslettera Andrzeja Tucholskiego

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Mam na imię Andrzej. Jestem psychologiem biznesu i strategiem od skuteczności, a także pisarzem i scenarzystą.

Znajdujesz się teraz na mojej stronie domowej, z której możesz przejść do bloga, YouTube’a, na jeden z moich podcastów, na konto na instagramie, a także znajdziesz tu zapis na newsletter i przejście do sklepu z moimi książkami i kursami.

Życzę dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies