Jak się odnaleźć?

Czas czytania: około 6 minut • Fajna codzienność
 

Często się gubię. Co prawda nie “fizycznie”, bo natura obdarzyła mnie zaskakująco celnym systemem GPS i z reguły nie chcę korzystać z mapy, wiem jak się odnaleźć. Gubię się za to sam ze sobą. W pracy, w życiu, w relacjach. A na to mapy nie ma, nawet gdybym chciał.

Przy czym – i o tym będzie ten tekst – też nie chcę.

Widzicie, bo to jest tak.

Powiedzmy, że odczuwam przestój w życiu i zastanawiam się, o co mi tak w zasadzie chodzi. Siadam sobie wtedy z kawą i notesem i na spokojnie rozważam co dalej natychmiast dostaję trylion siedemnaście wiadomości i każda ma najwyższy priorytet. (Tak jest zawsze.)

Dopijam więc kawę na hejnał i wpadam w cug pracy wyglądający z zewnątrz jak połączenie śpiączki z syndromem tanecznych dłoni, bo a) pewnie siedzę bez ruchu oraz b) drukuję słowa na klawiaturze w tempie budzącym podziw laików.

Potem ponawiam podejście do życiowych rozważań późno w nocy, już bez kawy.

Biorę notes i przy złotym świetle wiernej, tolerancyjnej dla moich błędów lampki rozrysowuję stan aktualny. Obok niego pewnymi, krzywymi kreskami mapuję też stan przyszły, taki, na którym mi zależy. A potem szukam punktów wspólnych, przegapionych ścieżek, niewykorzystanych możliwości i wszystkich innych niuansów, na które jedyną reakcją jest opuszczenie głowy i rozmasowanie nasady nosa. A potem to naprawiam i szlifuję do nowszej, najlepszej wersji.

Rano wstaję i rzucam się w wir obowiązków z zaskakującą pewnością siebie, ale przecież mam plan.

Ogarniam.

Wiem, co robię.

Odnalazłem się.

A potem mija kilka tygodni a ja znowu odczuwam przestój w życiu i zastanawiam się, o co mi tak w zasadzie chodzi.

Nowy pomysł na nagrywanie wydaje mi się jednak niewart kontynuowania; niektóre blogowe rozwiązania nie wywierają takiego efektu, jaki mnie w teorii interesował; poprzedni plan związany z jeszcze innym projektem chyba wymaga sporej przebudowy; autorski przepis na kawę jednak nie jest taki smaczny. I tak dalej, i tak dalej.

I wtedy moja wierna, nie oceniająca lampka patrzy na notes, ten wzrusza ramionami i patrzy na bloga, a blog kręci głową i wraca do lampki. A lampka mryga lekko swoją starą żarówką, pochyla się na przegubowym ramieniu i z niedowierzaniem pyta:

Zawsze strasznie mi to przeszkadzało.

Zawsze miałem sobie za złe, że nie jestem w stanie – tak jak moi idole i intelektualni mistrzowie – ustabilizować się i robić tego, co chcę robić. Z pełną determinacją trzaskać projektu za projektem na dokładnie tej samej ścieżce. A przecież znam teorię, wiem w jaki sposób się skupić. I umiem się skupiać, nawet w najtrudniejszych warunkach. Ale co parę tygodni problem pojawia się nie tyle ze skupianiem, co z jego sensem.

Przy czym sens też w miarę ogarniam. Wiem co lubię, wiem na czym mi zależy i nie przeszkadza mi, gdy któraś z tych kategorii trochę się zmienia, bo przecież zmieniają się ciągle. Wiem komu chcę pomóc i chyba nawet powoli uczę się tego, jak robić to najskuteczniej.

Pewne drobne niuanse dotyczące moich ambicji lub aspiracji zmieniają się regularnie. Lubię eksperymentować. I chyba nie jest to AŻ TAK dramatyczne, bo pomimo tego całego cyrku udało mi się napisać na bloga ponad 1000 notek i nawet coś tam je wspólnego wiąże.

I tak sobie kiedyś w trakcie spaceru rozważałem wszystkie te kwestie naraz (głównie po to, by przegonić nieprzyzwoitą chciejkę na wielkie lody) i nagle przypomniało mi się, jak koleżanka opowiadała mi kiedyś na studiach o pływaniu pod wiatr. Koleżanka ma patent i niejedno morze już w życiu przecięła, więc słuchałem z uwagą.

Jeśli lubicie kolorki to wygląda to mniej więcej tak:

(Sam rysowałem.)

Widzicie, cała sztuczka nie polega na fiksacji na kursie faktycznym. Czasem pozwala mu się na drobny luz, czasem trzeba go skorygować pod zmieniającą się pogodę, a czasem z premedytacją ustawia się go pod egzotycznym kątem, by w kontr-intuicyjny sposób użyć siłę przeszkadzającą przeciwko niej samej.

Jak się odnaleźć w takim razie?

Cała sztuczka polega na uświadomieniu sobie, że istnieje coś takiego jak kurs uśredniony.

Zobaczcie: pod koniec jednej “kreski” kursu faktycznego, tuż przed zwrotem, łódka wytraca prawie całą prędkość. Dopiero ustalenie nowego kursu pozwala jej na dalszy ruch. To jeden z powodów, dla których “kropki” się tak fantastycznie łączą, gdy patrzy się na czyjeś życie wstecz.

Jeśliby wypisać wszystkie wydarzenia z życia Benjamina Franklina na żółtych karteczkach (bez dat!) i je rozsypać na podłodze, ciężko by było je poprawnie ułożyć bez znajomości biografii. Ale znając biografię, wszystko w jego życiu “ma przecież tak oczywisty sens”.

I tak sobie myślę, że to nie jest zły pomysł, by pozwalać sobie na taką swobodę na co dzień.

Nie warto ubijać w sobie naturalnej potrzeby do przygody i odkrywania nowego, jeśli mnieeeeeej więęęęęęęcej ta wypadkowa na samym dnie duszy nadal jest ustawiona prawidłowo. To od niej zależy prawdziwy rozwój.

Wtedy naturalne dla człowieka “wyhamowania” są… naturalne. Nie walczy się z nieuchronnym, a sprytnie ogrywa je na własną korzyść. Pomysł na nagrywanie nie tyle wycina, co ewoluuje w jeszcze lepszą formę; blogowe rozwiązania przekręca tak, by może wywierały inny efekt, pierwotnie nieoczekiwany; poprzedni plan z jeszcze innego projektu przebudowuje do momentu, gdy znowu wszystko w nim gra i buczy; do autorskiego przepisu na kawę dosypuje się dwóch nowych przypraw i patrzy, jak to się razem ładnie łączy.

I tak dalej, i tak dalej.

I za parę tygodni kalibruje się kurs ponownie.

A potem jeszcze raz.

Jeśli już mam się o coś martwić, to chyba wolę o to, co zrobić dalej, a nie dlaczego wytraciłem pęd teraz. A przynajmniej taką pracę domową zadaję sobie na nadchodzące miesiące.

Chcesz wiedzieć jak się odnaleźć?

Nie miej nic przeciwko gubieniu się.

Ale zawsze, zawsze miej w pamięci, gdzie jest Twoja prywatna północ.

Ciao,

Andrzej Tucholski

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Mam na imię Andrzej. Jestem psychologiem biznesu i strategiem od skuteczności, a także pisarzem i scenarzystą.

Znajdujesz się teraz na mojej stronie domowej, z której możesz przejść do bloga, YouTube’a, na jeden z moich podcastów, na konto na instagramie, a także znajdziesz tu zapis na newsletter i przejście do sklepu z moimi książkami i kursami.

Życzę dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies