Kawa. I mogę wszystko.

Czas czytania: około 3 minuty • Kawa
 

Za oknem chłodno, ale kawa już gorąca. Dzień jeszcze śpi, a ja już pracuję. Przeciągam się tak mocno, że aż coś mi strzela w kręgosłupie. Wdycham wiatr szarżujący bez umiaru pomiędzy dwoma otwartymi oknami. Przecieram oczy, bo światło monitora kontrastuje z czernią świata.

Na szczęścia kawę też mam czarną, więc wszystko się zgadza.

Nawet, jeśli tylko przez pięć minut.

Bo widzisz, w życiu bardzo rzadko cokolwiek się zgadza.

Kawa się zgadza, ale niewiele więcej.

Ktoś odwołuje spotkanie. Ktoś prosi o jeszcze jedno. Ktoś czegoś nie wysłał. Z jakiegoś powodu mam wezwanie do urzędu. A potem się okazuje, że tak naprawdę nie chodzi o mnie, ale wyjaśnianie sytuacji zajmie kolejny miesiąc. Ktoś jest na mnie zły. Ja się wkurzyłem na jeszcze kogoś innego.

Czasem zapomnę zrobić zakupy. Albo nie mam pojęcia, że jutro jest święto, więc utknę z nieodebranymi awizo i niewysłanymi paczkami na dodatkowy, niewpisany w kalendarz dzień. Będę to musiał potem ratować przesuwaniem w kalendarzu JESZCZE innych obowiązków i nagle o, dziękuję bardzo. Przez jedną pomyłkę cały tydzień mi się minimalnie rozjeżdża.

A czasem po prostu nie chce mi się. Nie mam sił. Czuję, że chyba wypadałoby trochę pochorować – ale wiesz, tak uczciwie, z łóżka. A nie sprzed komputera, bo sobie wyobraziłem, że na pewno nic mi nie jest.

Zresztą.

Czasem mam ochotę posiedzieć trochę w łóżku nawet gdy jestem super zdrowy, bo może po prostu wstałem lewą nogą? Może zwyczajnie trochę mi się emocje wyczerpały? Może potrzebuję gdzieś wyjść? Albo przespać tak ze dwa dni, aż poczuję, że znowu dam radę?

Jestem tylko człowiekiem, więc bywa różnie

Cytując kapitana Picarda:

Czasem można nie popełnić ani jednego błędu, a i tak przegrać. To nie jest słabość. To po prostu życie.

Przez lata gnębiłem się wiecznym dążeniem do “jużzarazbędziedobrze”. Jeszcze tylko ten jeden dzień ogarnę i na pewno będzie dobrze. Jeszcze tylko ten jeden wyjazd ogarnę i już na pewno wszyscy dadzą mi spokój. Jeszcze tylko na te sto tryliardów dwieście piętnaście maili odpiszę i wreszcie zniknę, na miesiąc, bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, najlepiej w jakimś obcym kraju.

Aż odkryłem, że “wreszciedobrze” nie nadchodzi nigdy. Po prostu jest kolejny dzień. I choćbym próbował kontrolować rzeczywistość nawet przy pomocy czarów i doświadczenia Albusa Dumbledore’a to i tak nie wiem, jak to wszystko się tak do końca potoczy. Może będzie słońce. A może będzie deszcz.

I zamiast tego zacząłem cieszyć się z tego, nad czym mam kontrolę.

(I nosić przy sobie parasolkę, ale to osobny temat.)

Mam kontrolę na przykład nad tym, że paruje mi w ręku gorąca kawa.

Cieszę się świadomością, że nawet jeśli coś mi się psuje w kalendarzu, to i tak mam ogromny przywilej i szczęście, że mogę to potem sam na nowo zaplanować.

Nauczyłem się doceniać, że nawet jeśli nic nie idzie po mojej myśli pod kątem spraw zawodowych, to nadal mam do kogo otworzyć na ten temat usta i po prostu się wygadać, i potem jest łatwiej.

Zauważyłem, że nawet jeśli choruję sprzed komputera, to przynajmniej nie choruję z biura, tylko nadal z własnego domu, więc nawet jeśli nie jest idealnie, to przynajmniej nie jest też najgorzej.

Narzucam więc na siebie kocyk i działam.

Walczę o bardziej udane jutro.

A jak uda mi się wcześniej skończyć, to sobie na to pozwolę. I pooglądam serial. I odetchnę. I zbiorę myśli. I wiem, że dam radę, bo dałem już radę tysiąc sto milionów razy i wiesz co?

Nie ma powodu, bym nie dał rady raz jeszcze.

A potem jeszcze raz jeszcze.

I jeszcze raz.

Za każdym razem będzie przy mnie kawa.

Za każdym razem będę ją robił praktycznie tak samo, a potem stanę przy oknie i popatrzę na świat, i poczekam, aż mi trochę wystygnie. To mój ulubiony czas, bo nie muszę wtedy nic. Ot, stoję sobie. I czekam. I patrzę. Jak przejedzie ulicą ciężarówka, to się ucieszę, bo faceci faktycznie może i rosną, ale za to na pewno nie dojrzewają.

Kocham nie musieć nic.

Z jakiegoś powodu mam tak ukształtowany charakter, że gdy nie muszę nic, to mam poczucie, że mogę wszystko.

Nawet jeśli tylko przez pięć minut.

Stoję więc przy oknie z tą kawą, jak ten wariat, i pewnie się uśmiecham, bo wtedy najmocniej dociera do mnie, że będzie dobrze. Że dzień jeszcze śpi, a ja już pracuję. Albo cały świat pracuje, a ja już powoli dojeżdżam do mety. Że czas mija, ale ja mam kontrolę nad tym czasem i nawet z dziwnych sytuacji staram się wychodzić obronną ręką.

Te pięć minut razy liczba kaw dziennie to mój matematyczny przepis na spokój ducha.

Nie trzeba mi wiele więcej do szczęścia.

Potrzeba mi właśnie kawy i pięciu minut, by trochę przestygła.

Dzięki temu mogę wszystko.

Lubisz takie tematy? Zapisz się do mojego newslettera po więcej.


Wyrażam zgodę na otrzymywanie na mój adres e-mail newslettera Andrzeja Tucholskiego

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Mam na imię Andrzej. Jestem psychologiem biznesu i strategiem od skuteczności, a także pisarzem i scenarzystą.

Znajdujesz się teraz na mojej stronie domowej, z której możesz przejść do bloga, YouTube’a, na jeden z moich podcastów, na konto na instagramie, a także znajdziesz tu zapis na newsletter i przejście do sklepu z moimi książkami i kursami.

Życzę dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies