Autor: Andrzej Tucholski | 22 maja 2017 | Komentarze:
Czas czytania: około 11 minut

Kocham moją strefę komfortu

Szukałem i szukałem, ale nie umiem znaleźć. Nie ma chyba popularniejszej porady “motywacyjnej” od: “wyjdź ze swojej strefy komfortu”. Rzuca się nią na prawo i lewo tak, jakby była lekarstwem na całe zło. A nie jest. A już na pewno nie w tej interpretacji, o którą dzisiaj najłatwiej.

Bo widzisz, “wychodzenie” ze swojej strefy komfortu jest w miarę okej. Tylko że pod słowem “wychodzenie” coraz częściej rozumie się “wystrzelenie jak z armaty z taką prędkością, że amerykańskie myśliwce płaczą potem w hangarach od kompleksów a Elon Musk rozważa dawanie pieniędzy za przywiązywanie takich ludzi do swoich rakiet lecących na marsa, by było szybciej”.

Ja na przykład swoją strefę komfortu kocham.

Ze stuprocentową pewnością mogę stwierdzić, że WSZYSTKO (!) co osiągnąłem w życiu fajnego, wielkiego, pomocnego i godnego uwagi osiągnąłem działając w stu procentach ze środka mojej strefy komfortu. Z SAMEGO środka. Z tego wielkiego, miękkiego, czerwonego fotela, który wygląda szalenie niemodnie, ale ja mam to gdzieś, bo dobrze się na nim siedzi i czyta książki i dokładnie wiem, jak się na nim najwygodniej ułożyć :)

Słucham swojej intuicji prawie zawsze. Prawie, bo dzięki intuicji dobrałem też w swoim życiu zespół doskonałych ludzi, którzy zawsze mają dla mnie rzetelną i twardą radę, a także dobre słowo wsparcia. I ich słucham tak, jak samego siebie. Ale oprócz tego? Piszę, gdy chcę. Nagrywam też gdy chcę. Czuję się super i ciężko jest mi wyobrazić sobie spokojniejszą i bardziej satysfakcjonującą metodę rozwoju. Bo jestem jaki jestem i – stety niestety – wymagam od siebie każdego dnia coraz więcej. Tylko że zmierzam ku górze po swojemu.

W ramach negatywnego przykładu – jakiekolwiek próby raptownego, “motywacjnego” wychodzenia poza strefę komfortu kończyły się u mnie źle. Po prostu. Chrzaniłem projekty, nie dotrzymywałem terminów, byłem non stop zestresowany i przypłacałem temat zdrowiem. A w efekcie, oczywiście, szantażowałem samego siebie, że coś się nie udało tylko dlatego, że to ze mną było coś nie tak. A potem było jeszcze gorzej.

Ale!

To nie oznacza, że jestem teraz dokładnie tą samą osobą, którą byłem, powiedzmy, w liceum.

Po prostu tzw. “rozwój osobisty” można robić trochę mądrzej, niż dosłowne odbieranie sloganowych hasełek.

Robienie dwóch rzeczy naraz – nope

Przede wszystkim jestem przeciwny rozwiązywaniu dwóch trudnych problemów naraz.

Dla ułatwienia wyobraźmy sobie, że dzisiejszy tekst jest o dwudziestoośmioletnim Macieju, który chce rozwinąć swoją firmę projektującą blaszane plakietki na drzwi. Jego problem? Sprzedaje za mało plakietek. Maciej, będąc człowiekiem raczej skrytym i nie przepadającym za wciskaniem ludziom swoich produktów, czyta w internecie, że powinien nauczyć się sprzedawać i “wyjść ze swojej strefy komfortu”.

Efekt? Jasne, Maciej pewnie zaczyna dzwonić do potencjalnych klientów i robić dwa razy tyle kasy.

Drugi efekt? Maciej zaczyna aktywnie nie cierpieć swojej własnej, prywatnej, samodzielnie wymyślonej firmy i zaczyna stopniowo przedłużać noc bezsennym oglądaniem seriali. A potem robi się markotny. A potem zaczyna gorzej myśleć, bo mu się – zwyczajnie i po ludzku – odechciewa. A potem jeszcze dodatkowo się pałuje, bo przecież to wszystko jest jego wina, bo powinien wyjść ze swojej strefy komfortu.

Nope.

Człowiek doceniający to, kim jest i to, co jest w nim dobre co do zasady lepiej sobie radzi z problemami, wiecie? Maciej mógłby rozwiązać swój problem poprzez rozwiązania właściwe dla jego charakteru i sytuacji, bez silenia się na coś zewnętrznego. Może lubi design i science fiction? Wtedy mógłby odtworzyć na swoich blaszkach plakaty kultowych filmów i poprosić przyjaciela, by ten podesłał link do zestawienia paru portalom żyjącym z obrazków. Klienci sami by przyszli.

Albo i nie.

To wtedy wymyśliłby coś jeszcze innego. Również pasujące jemu i tylko jemu.

To mało inspirujące i magiczne, ale proste i skuteczne.

Jeśli celem jest zwiększenie zarobku – zwiększam zarobek. Na teraz.

“Zmienianiem siebie” zajmuję się potem, w wolnej chwili, gdy nie będzie od tego zależał mój następny czynsz.

Skupianie się na swoich wadach – nope

Wychodzenie ze swojej strefy komfortu to też świetna metoda, by poświęcać niezdrową porcję doby na myślenie o swoich wadach. Jasne, lubię znać swoje niedociągnięcia i poświęcać uczciwy wysiłek, by się w nich dokształcać i polepszać. Ale jeśli w Twoim życiu “naprawiania złego” jest więcej od “wykorzystywania dobrego” to coś się bardzo niepotrzebnie przestawiło.

Który Maciej będzie skuteczniejszy?

Ten, który przygotowuje nowy produkt myśląc: “cholera, umiem dobrze rysować i ludzie naprawdę lubią moje wzory. Mam super przyjaciół, którzy w razie czego mnie wspomogą w trudnym momencie, ale chyba nie będę musiał prosić ich o pomoc. Dzięki mojemu durnemu poczuciu humoru i starym znajomym jeszcze z czasów gildii w wowie plakietki biurowe do korporacji z ukrytym orkiem mówiącym “moar work” schodzą jak świeże krówki” – ?

Czy ten, który przygotowuje nowy produkt myśląc: “no fajnie, że to rysuję, ale po co ja zakładałem tę firmę, skoro wstydzę się pójść na spotkanie i powiedzieć ‘jestem super, kupcie coś ode mnie”, no po co, przecież bez tego nie da się nic zrobić, bo przecież nie da się tak zrobić, by ktoś sam z siebie przyszedł do mnie” – ?

W drugiej wersji Maciej nie zauważył, że totalnie da się tak zrobić, by ktoś przyszedł do Ciebie.

Nope.

Myślenie za dużo o swoich wadach blokuje kreatywność.

Myślenie za dużo o swoich wadach to spirala niechęci, dzięki której tracimy kolejne dwa z podstawowych składników skutecznego, udanego życia – szacunek dla samego siebie i dumę ze swoich osiągnięć. Coś o tym wiem, niestety.

Myślenie za dużo o swoich wadach oznacza wreszcie, że trzeba przeczytać ten wywiad z Chasem Jarvisem.

Bycie twardym jest kruche

Wychodzenie ze swojej strefy komfortu wymaga twardości. Co przynosi kolejny problem.

Bycie twardym jest kruche.

Sto razy lepiej wychodzi się w życiu będąc osobą elastyczną, spójną, skoncentrowaną, potrafiącą wytrzymać potężne boczne uderzenie i nie złamać się w pół, tylko – trochę jak woda – odgiąć do pierwotnego kształtu ciut dalej, nadal robiąc swoje, bez dramatu. No wiecie, tak jak mówił Bruce Lee.

(Albo Spike – pozdro dla bebopowców.)

Wyobraź sobie następującą sytuację: znienacka pojawia się sto dodatkowych zamówień, dotychczasowy dostawca nagle ogłasza, że jest chory, rząd podnosi podatki na plakietki a za oknem szaleje, nie wiem, tajfun pączków i ze wszystkich sił chcesz wyjść, złapać trochę, napchać się lukru.

Która wersja Macieja lepiej zniesie takie uderzenie niesprzyjających warunków? Ta, która robi wszystko wbrew sobie i musi strasznie nadwyrężać silną wolę, by w ogóle siedzieć przed biurkiem? Czy ta, która pomimo trudów nadbudowuje nowe cechy na tych, które w sobie lubi i generalnie ma niezły humor, i właśnie je sporą porcję pączków?

Jeden pęknie.

Drugi się co najwyżej zmęczy. No i uwali lukrem.

Zamiast budować swoje życie na coraz trudniejszych testach trudności, może lepiej pomyśleć o rozwiązaniu, które uczyni z Ciebie kogoś lepszego? Tak wiesz, permanentnie i bez strasznego bólu?

Własne życie

Właśnie. Każdy z nas ma pewne predyspozycje i plusy, i takie podejścia, które wychodzą Tobie łatwiej niż wszystkim innym.

Jeśli Twój cel znajduje się po drugiej stronie “wyjścia ze strefy komfortu” to znaczy, że wymyśliłeś za mało pomysłów, jak do tego celu dotrzeć.

Albo i sam cel jest źle doprecyzowany, ale to temat na inny raz.

Jeśli jesteś wstydliwym facetem, który nie umie znaleźć sobie dziewczyny, to istnieją prostsze i zdrowsze metody od przebierania się w dziwne ciuchy i paradowania po centrum handlowym by “wyjść ze swojej strefy komfortu” (porada jaką znalazłem po 5 minutach w google). Można na przykład pomyśleć o tym, że dziewczyna to “taki trochę ty”, tylko o innych wartościach i potrzebach, i trochę innym sercu, ale bądź co bądź “też człowiek” i pewnie chciałaby spędzić miłe popołudnie. Albo poszukać dziewczyn na forach poświęconych Twojej zajawce, gdzie czujesz się pewnie. Albo zastanowić się, czy może nie dałoby rady się z jakąś koleżanką znaleźć we wspólnym projekcie, ot tak, by mieć szansę pogadać? O – albo może nie wstydzisz się, gdy chodzi o biznes? Albo gdy chodzi o swoje zdrowie? Wtedy w ramach podwójnego treningu zapisz się do pani trener :)

Jeśli boisz się przemawiać przed ludźmi to istnieją prostsze i zdrowsze metody od występowania na rynku latem, by “wyjść ze swojej strefy komfortu” (znowu, 5 minut w google). Możesz nauczyć się czegoś pośredniego – gadać do kamery, to przecież ogarniesz samotnie, w domu, gdy nikt nie patrzy. Możesz nauczyć się mówić do lustra. Albo do swojego zwierzaka. Albo do przyjaciół. Albo, jeśli wstydzisz się przyjaciół, zmień przyjaciół. Dobra, to był żart :P Jeśli wstydzisz się przyjaciół to gadaj do obcych ludzi, są fajne grupy w różnych miastach, poświęcone dokładnie tej sztuce.

Szczerze?

WSZYSTKO będzie lepszym pomysłem od sprawienia sobie samemu krzywdy poprzez dobranie takich rozwiązań, by Ciebie najbardziej bolało.

Rozszerzanie to coś fajniejszego od wychodzenia

W sporej części dzielę się tutaj wnioskami z własnego doświadczenia. Przez lata odmawiałem sobie prawa do posiadania wad. Jeśli czegoś nie umiałem to przez długie tygodnie robiłem “tylko to”. Efekty były, jak można podejrzewać, mizerne. A ja się jeszcze dodatkowo frustrowałem na siebie samego, no bo niedostatecznie się postarałem.

W efekcie przypłacałem te radosne próby zdrowiem. I nie tylko zdrowiem.

Tja.

A potem dojrzałem ;) I skończyłem psychologię. I zacząłem słuchać rodziców i przyjaciół.

Wiecie co jest fajniejsze od wychodzenie ze swojej strefy komfortu?

Rozszerzanie jej.

Nieskończoność przykładów

Jeśli masz problemy komunikacyjne z innymi to małymi kroczkami zacznij podróż w stronę mówcy porywającego stadiony. Zacznij, na przykład, od codziennego pisania 3-punktowych argumentacji na różne tematy, dzięki czemu nauczysz się spójnie wyrażać myśli. Z czasem skróć te punkty tak, by były jednowyrazowe, co nauczy Cię z kolei łatwiejszej improwizacji i pogłębi Twoje zaufanie do samego siebie.

Jeśli masz problemy ze znajdywaniem klientów to małymi kroczkami zacznij podróż w stronę sprzedawcy tysiąclecia. Zacznij, na przykład, od znalezienia 10 sposobów na to, by to klient znalazł Ciebie. Potem zastanów się, w jaki sposób możesz przygotować kampanię reklamową “anonimową”, na przykład opartą o reklamy Google. Potem spróbuj opowiedzieć o swoim produkcie przyjacielowi i spytaj się go, co można poprawić.

I tak dalej.

Inaczej stanie się mówcą lub sprzedawcą ktoś, kogo peszą znajomi a inaczej ktoś, kogo peszą obcy. Inaczej ktoś, kto lubi mówić, a inaczej ktoś, kto woli pisać. Inaczej ktoś, kto lubi samotność, a inaczej ktoś, kto lubi działanie w grupie. Ale KAŻDY Z NICH może być i świetnym mówcą, i świetnym sprzedawcą.

Po prostu będą różnymi mówcami i sprzedawcami.

I staną się nimi dzięki różnym strategiom.

Różnymi ścieżkami.

Nie ignoruj swojego celu, ale zmierzaj ku niemu małymi kroczkami pamiętając, w czym jesteś dobry i co jest dla Ciebie właściwe.

Działaj tak, by “czuć dobrze”, że coś robisz. Droga ku wielkości będzie trudna. Będzie męcząca. Będzie straszna – czasem. Ale jeśli będzie “czuła dobrze”, bo będzie zgodna z Twoim prywatnym kompasem w serduchu, to dasz sobie radę i nie przypłacisz starań strasznymi kosztami psychologicznymi.

Na przemian rozszerzaj swoją strefę komfortu, potem działaj z jej wnętrza. Potem znowu rozszerzaj, potem znowu działaj. Dobudowuj w swoim życiu jedną nową umiejętność lub małe osiągnięcie dziennie a zdziwisz się, jakim pro-super-turbo ogarem będziesz po paru miesiącach. Serio serio :)

Ufaj swojej intuicji.

O właśnie – intuicja

W dużym skrócie wszystko rozchodzi się o to, by ufać swojej intuicji. Nie bez powodu tylko Ty masz swoją intuicję. Ona dobrze wie, co jest dla Ciebie dobre. W zamian powinieneś się jej odwdzięczać i codziennie ją uczyć, trenować, dawać jej “jeść”, by była coraz lepszą intuicją (rozszerzanie).

Ale ignorowanie jej i łamanie, tylko po to by coś sobie udowodnić?

Nie bardzo.

Pamiętasz może mój niemodny, nudny, czerwony fotel z samego wstępu? To nie jest tak, że nigdy z niego nie wychodzę. Ja po prostu nie wyrzucam go do śmieci by z plecakiem podróżować na bosaka po południowym Peru (co, swoją drogą, brzmi całkiem fajnie). Codziennie spaceruję od mojego fotela o krok dalej.

Gdy muszę siąść – to sobie siadam.

A gdy mam siły iść dalej – przesuwam granicę o kolejny metr.

Wiesz jaki jest fajny, “nowy” problem, który ma się po pewnym czasie takich spacerów?

Pewnego dnia się orientujesz, że nawet nie bardzo pamiętasz, gdzie ta oryginalna strefa komfortu w ogóle była :)

Lubisz skuteczne rozwiązania? Dogadamy się. Zapraszam na newsletter. Zero spamu.

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

Bądźmy w kontakcie:
  • bardzo dobry tekst :) wszedzie slyszymy, ze zeby osiagnac sukces to trzeba byc super mowca, super sprzedawca, do tego przebojowowsc w kazdej sytuacji itp.
    drogi do sukcesu sa rozne i zawsze warto poszukac sposobu, ktory jest w zgodzie z nami. A pojecie ‘strefa komfortu’ jest tak naduzywane w kazdej sytuacji, ze juz chyba nawet stracilo na swojej wartosci…dzieki za ten wpis ;)

    • Polecam książkę “Effective Executive” Petera Druckera. Tam jest osobny rozdział o tym, że doskonałym menedżerem może być każdy. Niski, wysoki, cichy, głośny – ale! – każdy będzie stosował inne metody.

      • Dzięki Andrzej :) po guru marketingu pewnie warto sięgnąć ;)

  • Marta Halicka

    Ten tekst spadł mi z nieba, idealny do moich dzisiejszych rozkmin. Myślałam dzisiaj o liście rzeczy, których się boję i których warto byłoby spróbować w ramach właśnie “wychodzenia ze swojej strefy komfortu”, widzę jednak, że trochę się z nimi zagalopowałam. Plan na samotne podróże po Polskich miastach jest zacny, ścianka wspinaczkowa (mam trochę lęk wysokości) też, ale już jedzenie orientalnie przygotiwanych robaków to przesada (tak, myślałam o tym). Dzięki za tekst! :)

  • Zupełnie o tym nie pomyślałam, że mogę po prostu moją strefę komfortu rozszerzyć i wcale nie muszę z niej wyskakiwać jak z procy. Dzięki!

  • Smok

    Kurczę, informacja, że mogę zwyczajnie moją strefę komfortu rozszerzyć – poukładało mi w głowie :)

  • Bardzo fajny tekst. Rzeczy w sumie oczywiste, ale prosto i przystępnie podane, i celnie wypunktowane. Generalnie ideą coachingu czy jakiejkolwiek terapii jest najpierw poznać charakter, osobowość i problemy pacjenta/klienta, a później pomóc mu znaleźć metody odpowiednie dla niego. Zaś ostatnimi czasy, nie wiedzieć dlaczego, armia “supercoachów” wciska ludziom porady niby uniwersalne. Zupełnie bez sensu. Nie można przecież radzić baletnicom, by w ramach rozwoju osobistego poszły pracować do kopalni, poetów przekonywać, jaka fajna jest księgowość, a introwertykom wmawiać, że na pewno pokochają sceniczną karierę, muszą się tylko trochę wysilić. Kończy się na tym, że ludzie zamiast rozwijać swoje prawdziwe, cenne talenty, chcą zostać kimś innym. Co oczywiście prowadzi do frustracji.

    • Yup. Stąd wziął się ten mój tekst. Często widzę ludzi, którzy trochę dali się omamić jakimś dziwnym obietnicom i robią co w ich mocy, by się unieszczęśliwiać.

  • makate

    To jest idealny tekst dla mnie! Wychodzenie ze strefy komfortu, oprócz tego że wydawało mi się bardzo wyswiechtanym frazesem budziło też zawsze lęk i opór. Ale rozszerzanie – to zupełnie co innego. Nawet kiedyś doszłam do części tych wniosków, tylko nie umiałam tego tak dobrze nazwać i logicznie poukładać. Dzięki :)

  • Agata

    Myslalam sobie podczas czytania, ze wniosek jest taki, że zamiast wychodzic/wyskakiwac ze strefy komfortu, mozna ja po prostu rozszerzać. I prosze, taki wlasnie był wniosek :)

  • Bardzo często słyszałam, że powinnam opuścić swoją strefę komfortu. Czasami to robiłam, zupełnie bezskutecznie, bo właśnie wbrew sobie, tracąc chęć i zapał do czegoś, co było tylko moje. Dlatego, jeśli ją przekraczam, to tylko wtedy, gdy wewnątrznie czuję, że mogę i chcę. A może właśnie jest tak, że jej nie przekraczam, tylko rozszerzam? W każdym razie, gdy teraz słyszę, że powinnam opuścić swoją strefę komfortu, odpowiadam, że budowałam ją całe życie, a ona buduje mnie pozwalając z zaufaniem do siebie samej sięgać dalej. Dziękuję za ten tekst.

  • “Tym bardziej się zmieniasz, im bardziej stajesz się sobą” – paradoksalna teoria zmiany, przyświeca mi od jakiegoś czasu i rozkłada na łopatki inne teorie stawania się “kimś” 😉. Też wolę takie podejście do “strefy komfortu”. Dobry tekst! Gratuluję!

  • Tak szczerze, to nie mam pojęcia dlaczego tak naciskacie, że hasło “wychodzenie ze strefy komfortu” jest tak popularne. Mieszkam w małym mieście i na 13 tysięcy osób te hasło zna bardzo mało ludzi, ale mimo wszystko osiągają spore sukcesy, bo są spójni wewnętrznie. Podoba mi się ten tekst, daje do myślenia, i może więcej się gada w większych miastach bo macie do takiej wiedzy szerszy dostęp? Mimo wszystko idę sobie do parku i poczytam sobie książkę, więc pozdrawiam! :D

  • Karolina Wk

    Na pewno będę wracać do tego artykułu, jak i do “Hulka” :-) Muszę przyznać,że największe osiągnięcia wiążą się właśnie z momentami kiedy zaufałam intuicji!
    Kiedy potrafiłam złapać tę wewnętrzna pewność,że “to jest to” ,pomimo tego, że sam pomysł dla otoczenia wydawał się niedorzeczny.
    Dlatego,życzę Wszystkim,żeby nie zagłuszali jej ! Powodzenia :-)

  • Aleksandra

    Dla mnie to ciągle jest wychodzenia ze strefy komfortu. Tylko małymi kroczkami zamiast zrywów. Taki optymizm zamiast romantyzmu ;)

  • to chyba najlepszy wpis, jaki przeczytałam ever <3
    z tym wlaśnie usilnie walczę i w sumie nie wiedziałam, że można inaczej ugryźć ten temat.

  • Pawel

    Dla każdego coś innego, znam osoby, które bardzo gwałtownie poszerzały swoją strefę komfortu i teraz są… cenionymi autorytetami (przykładowo) :)
    Człowiek naprawdę w bardzo krótkim czasie może osiągnąć znaczy skok w rozwoju i zaskoczyć samego siebie. Ale na to też składa się wiele czynników i może być również ryzykowne.

  • Endie

    Jeden z najlepszych wpisów ! :D

  • Maciek

    A może to co definiujesz przez “rozszerzanie strefy komfortu” inni nazywają wychodzeniem z tej strefy. Bo to nie jest tak, że jak coś zrobisz czego w życiu nie robiłeś to nagle jesteś poza tą strefą, tylko ona się zawsze rozszerza jeśli właśnie masz to “elastyczne” podejście do życia.
    Myślę, że to kwestia dojścia do tego aby ona (strefa) była elastyczna jak guma i wtedy nawet “wyskakując” na głęboką wodę możesz strefę rozszerzyć zamiast ją zniszczyć, pokruszyć, czy do niej więcej nie wrócić ^^
    Zwykle zauważam problem tego jak ludzie inaczej nazywają rzeczy w swojej głowie i czasem to tworzy w nich blokady lub ograniczenia.

    Z tego powodu propsuję, bądź co bądź, nazywanie tego rozszerzaniem/powiększaniem niż “wychodzeniem z” bo tworzy lepsze wizje w głowie mimo, że może znaczyć dokładnie to samo :)

    Pozdrawiam!

  • Agnieszka Andrzejak

    Uchwyciłeś sedno tak chętnie mylnie interpretowanemu pojęciu wychodzenia ze strefy komfortu. Miałam nieprzyjemność sama sobie wyrzucać, że w niej siedzę (kiedy właściwie całkiem dobrze mi tutaj idzie) jak i obserwować osoby które biczowały się, wymuszając na sobie robienie czynności, które zwyczajnie nie leżały w ich naturze a następnie pełne pretensji do samego siebie, że nie wychodzi. Cieszę się, że uzupełniłeś to pojęcie o znacznie bardziej racjonalne i… komfortowe dla wszystkich rozwiązanie. :)
    Pozdrawiam!

  • Super wpis! Czytam Twojego bloga już od dawna, ale ten wpis aż muszę skomentować, bo tak bardzo wstrzelił się w moje obecne rozterki. Kończę studia, które były nawet interesujące, ale nigdy mnie nie porwały. Jeszcze w trakcie studiów pracowałam w zawodzie i mimo że jakoś sobie radzę, to czuje że to nie to. Przez to, że już od dłuższego czasu się zmuszam do tych studiów, stało się ze mną to o czym piszesz – jestem wiecznie zmęczona i sfrustrowana. Ostatni miesiąc był dla mnie jak kubeł zimnej wody. Znajomy stwierdził, że jeszcze dobrze nie zaczęłam pracować, a już wydaję się być wypalona zawodowo. Ostatnio jadąc do biblio po literaturę do pracy coś we mnie pękło i uznałam, że za dwa lata będę żyć z mojego największego hobby, któremu przez okres studiów poświęcałam bardzo mało czasu. Intuicja mi mówi, że to jest lepszy wybór. I jej posłucham, bo Rozsądek mnie prawie wykończył. ;) Obecny zawód potraktuje jako trampolinę do wymarzonego zawodu. Dzięki za ten wpis!

  • Marta Maciejewska

    Dziękuję:)

  • Magda

    Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że kocha się swoją strefę komfortu, dopiero wtedy, kiedy, mamy ją rozprzestrzenioną wystarczająco szeroko wokół. Kiedy mamy wielki (wg. nas) obszar do działania, który nie ogranicza naszej aktywności, rozwijania się, tworzenia i czerpania z życia radości. Czyli po etapie właśnie naprawdę ciężkiej pracy i sukcesywnego rozbudowywania, właśnie przez aktywne wychodzenie poza jej granice – by w pewnym momencie usiąść i powiedzieć, jest ok – czuje, się teraz komfortowo – mogę działać. Ale mogę i odpocząć.. ;)

    Wszystko ma swój czas. ;)

  • Zofia Henryk – Jakubowska

    Bardzo mi pomogłeś tym wpisem, oby więcej takich. Dziękuję!

  • Pulpaa a

    Rozszerzanie … świetne słowo Andrzej :) Zapisuję je do swojego notatnika i zaczynam z nim kroczyć przez moja strefę komfortu, by po prostu mi i ludziom wokół mnie żyło się lepiej (bo na co komu sfrustrowana znajoma, dziewczyna, córka, siostra?)
    Dzięki :)

  • Wiesz, Andrzej, podziwiam Cię. Ja mam 37 lat, więc jestem na pewno grubo ponad średni wiek osób czytających tą stronę, a jednak czuję że wiele Twoich tekstów jest także o mnie i do mnie. Zastanawiam się jak to robisz :) To znaczy wiem: Ty lubisz to, co robisz i to widać :)
    Niesamowity i bardzo skłaniający do myślenia tekst.
    Mam od paru lat własną firmę, razem z mężem. Walczę w niej o siebie, o swoją pasję, i o klienta, bo czuję że się wypaliłam i niestety to widać. I dostrzegam że przyczyną jest właśnie to o czym piszesz – początkowa euforia znikła, bo działam metodami które nie są “moje”. Dlatego męczę się, wypalam, borykam sama ze sobą. Pewne rzeczy nie są “moje” a wydaje się że powinny, że skoro masz własny biznes to musisz być jak rekin, lodołamacz, whatever :) Kiedy to nie moje :)
    Dałeś mi dużo do myślenia. Moja intuicja mi podpowiada od dawna, że powinnam to zostawić albo… przeformułować na takie, by było “moje”. I chyba powinnam coś z tym zrobić. Dziękuję za inspirację.

  • Maria Florkiewicz

    Bardzo lubię Twoje teksy o poznawaniu siebie i projektowaniu swojego życia. Ten jest wyjątkowy. Dzięki niemu w mojej w głowie na nowo zagościła myśl, żeby po prostu i tak zwyczajnie – Być Sobą.

  • Ewa Waligora

    nie rozszerzysz swojej strefy komfortu nie wychodząc z niej choćby na chwilę, bo dopóki w niej tkwisz nie widzisz tego co poza nią.

  • Ciekawy artykuł, dobrze się go czytało;) Dla mnie szczególnie trafiony był ostatni punkt, o intuicji;) Tyle osób kompletnie to lekceważy, a intuicja to przecież szósty, nienazwany zmysł, często trafniejszy od pozostałej piątki.

  • Świetny tekst! Prawie wszyscy powtarzają “wyjdź ze swojej strefy komfortu”, a ja też swoją strefę kocham. Dlaczego mam z niej wychodzić? Co przez to osiągnąć? Dlaczego mam to zrobić? Zadawałam sobie setki takich pytań, aż w końcu doszłam do wniosku, że to byłoby niedorzeczne. Zdecydowanie lepiej mi się w niej funkcjonuje i nie chce tego zmieniać :).

  • Dzięki Andrzej! Czytam Cię od jakiegoś czasu i zawsze mam wrażenie, ze Twoje teksty to lek akurat na moje rozterki😉

  • Lubię moją strefę komfortu. Lubię sobie w niej być, gdy potrzebuję, ale czasami mam ochotę na „odrobinę adrenaliny i poznawania świata”. Dobrze mi, gdy mogę decydować o tym, kiedy w jakim stanie chcę się znajdować. Wszystko z zachowaniem zdrowego rozsądku :)

  • Dobrze, że tak często chce się pisać i nagrywać! :D To o rozszerzaniu strefy komfortu bardzo mi się podoba i totalnie się pod tym
    podpisuję! Moim zdaniem, dużo lepszym rozwiązaniem jest metoda małych kroczków niż jednego wielkiego. Mniej się wtedy człowiek naraża na stres, zdenerwowanie i nie wiadomo co jeszcze. A w sumie po co to komu? Można przecież osiągnąć to samo, ale bez zbędnych złych emocji. :)

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)