Czego nie zabierać ze sobą w nowy rok

Czas czytania: około 7 minut • Dyscyplina
 

Bzdur. Odpowiedź z pytania w tytule brzmi: bzdur. A teraz potrzebuję od Ciebie kilku minut by wyjaśnić jakich bzdur, bo to wcale nie będzie takie oczywiste. A szkoda by było zmarnować fajną, symboliczną szansę na zrozumienie problemu raz, a dobrze.

(Czyli podejść do tematu strategicznie – mniej skutecznych rozwiązań nigdy bym Ci tutaj nie rzucił.)

Bo widzisz, problem zrozumiany, to podstawa problemu rozwiązanego.

A więc: jest taka jedna kategoria bzdur, która udaje, że jest ekstra. Że wcale nie jest bzdurą. Lepiej – pudruje się, wskakuje w skórzaną kurtkę i udaje, że jest Twoim największym marzeniem. A Ty ją chwytasz w garść i przytulasz do piersi, żeby na pewno od Ciebie nie uciekła. I wchodzisz w nowy rok trzymając ją tuż przy sobie, w ogóle nie czując, że jest potencjalnym zagrożeniem, a my wszyscy pomagamy mu spuchnąć i nasycić się naszym kosztem.

A ona w najgorszych momentach podkłada nam pod nogi skórki po bananach. I się ślizgamy. I rozbijamy głowy o murki.

I nadal się nie orientujemy.

Nie jest tak dlatego, że jesteśmy głupi

Nie.

Widzisz, co do zasady ludzie nie są głupi. Ty, ja, nasi znajomi. Jesteśmy wstępnie ogarnięci. Mamy swoją intuicję.

Wiemy – a może raczej “rozumiemy” – że konflikty należy kończyć szybko, w przypadku ważnych spotkań należy wychodzić z domu z dodatkowym zapasem czasu a naczynia się najłatwiej myje na świeżo, tuż po kolacji. Różnie bywa z egzekwowaniem tej wiedzy – każdy przecież regularnie wciska sobie kit, że “wszystkie naczynka, nawet szklanki po wodzie mineralnej, muszą odmoknąć”. Ale to już jest kwestia dyscypliny, pojedynczych podejść do tematu.

Do czego zmierzam: WIEMY, co powinniśmy robić, by ogarnąć życie.

To nie jest jakaś szczególna nauka ścisła na poziomie profesorskim z szansami na nagrodę Nobla.

(Głównie dlatego na moim blogu i na moim kanale YouTube tak dużo zdroworozsądkowych porad – lubię przypominać. Lubię podrzucać pomysły. Pokazywać fajne strategie. Nie lubię za to mówić, jak żyć. Każdy ma swój rozum i sam sobie poradzi z tym, jak żyć.)

Niestety – przechodząc teraz do sedna sprawy – szalenie często mylimy ogarnianie życia z jego zupełną odwrotnością.

To trochę jak z przegiętym dbaniem o ogródek

Tak pieczołowicie i cudownie dbamy o trawnik, że nikomu, nigdy, nawet sobie nie pozwalamy po nim chodzić.

Aha.

Zobacz, jakie to jest częste, że zupełnie tracimy z oczu pierwotne założenie takich fajnie brzmiących haseł jak: produktywność, inbox zero, skupienie, czy też słynny “flow”. Bierzemy te teorie, bierzemy te badania po czym wywracamy ich oryginalny pomysł na plecki, niczym wyjątkowo nieporadnego żółwika. Tak, że nie może potem samodzielnie wywrócić się na nóżki.

Dzięki temu, że uczymy się pracować coraz szybciej, pracujemy coraz więcej.

Dzięki temu, że lepiej zarządzamy czasem, więcej sobie w ten czas wpychamy.

Dzięki temu, że umiemy wyrobić w sobie nawyk, zmieniamy nasze życie w jedno wielkie pasmo generowania nowych nawyków.

Dzięki temu, że potrafimy dokopać się do mistycznego “inbox: zero” częściej sprawdzamy skrzynkę mailową, by na pewno jak najszybciej uporać się z każdą pocztą przychodzącą, by nikt – ALE TO NIKT – nie zbeszcześcił naszej małej, minimalistycznej świątyni w postaci białej strony głównej gmaila, w której nawet jeden wyraz nie jest napisany przerażającym boldem.

Dzięki temu, że umiemy, przeginamy.

Tak, jakby od tego cokolwiek zależało.

Smętna bzdura produktywności

W trakcie nadchodzących miesięcy będę Ci regularnie pokazywał różne strategie, które pomagają fajnie ogarnąć życie. Poprawić średnią. Być lepszym pracownikiem. Szybciej awansować. Nie spóźniać się. Odnaleźć przyjemne, wartościowe hobby. Polecę też pewnie sporo różnych seriali.

Jak lepiej pracować? A tuż po chwili najfajniejsze seriale do oglądania?

To dziwne połączenie, ale nie potrafię inaczej.

I tutaj, i na YouTube, najpewniej w moim głównym formacie “Uniwersytet Ogarnięcia“.

Jeśli któraś z moich porad sprawi, że weźmiesz się za drugi kierunek i wybierzesz kawę jako swojego życiowego partnera to nic na to nie poradzę. Powiem wyłącznie: dawaj czadu, bo ambicja aż się z Ciebie wylewa. I to jest ekstra. Pociśnij te studia, znajdź sobie doskonały etat, znajdź przyczółek do kariery, która potem zdefiniuje ogrom Twojego dojrzałego życia i ciesz się każdym dniem, nawet tymi trudniejszymi.

Ale kurczę, jeśli pozwolisz, jeśli mogę Ci wskazać jedną rzecz, której absolutnie nie warto zabierać ze sobą w nowy rok to jest to praca dla samej pracy.

Ta smętna, naprawdę nieciekawa bzdura produktywności, w którą SUPER łatwo wpaść, nawet jak jest się ogarniętym, nawet jak się nie jest głupim, nawet jak się naprawdę chce dobrze. Ale problem jest taki, że to właśnie te chęci jako pierwsze nas zdradzają.

Chcemy trochę więcej.

Trochę mocniej.

Trochę szybciej.

Trochę dłużej.

I nagle wpadamy w stan, w którym odczuwamy poczucie winy, że oglądamy serial.

Ha.

A co jeśli w życiu właśnie powinno chodzić o te leniwe soboty, gdy razem z dziewczyną lub chłopakiem ogląda się Netflix i pije kawę (z mlekiem, bo weekend) i o niczym nie myśli, i nigdzie nie spieszy, bo praca została za drzwiami w piątek i wróci dopiero za dwa dni?

Powiem Wam tak.

Nie ma na świecie ani jednego dziadka lub babci, którzy mając 98 lat powiedzieli: “O cholibka, jak ja strasznie żałuję, że nie tyrałem więcej, że nie oddałem jeszcze więcej lat swojej firmie, by już zupełnie nie widzieć dzieci i wnuków. Jaka to straszna szkoda, że przeczytałam całego Tołstoja i Viktora Hugo. Przecież mogłam wtedy robić na trzy zmiany, i teraz zabierałabym do grobu więcej kasy!” ;)

Kończy się stary rok.

Idzie nowy.

Stawiając w nim ten pierwszy, jeszcze niepewny krok pamiętajmy, żeby nie zabierać ze sobą pracy dla samej pracy.

Nie zabierać ze sobą tego, że nasze poczucie wartości jest osadzone w ilości odhaczonych “tasków”.

Nie zabierać ze sobą tego, że nigdy nie mówimy sobie: “OK, faktycznie zoptymalizuję swoje nawyki, o ile będzie warto, oczywiście”.

Weźmy za to ze sobą tę przenikliwość, ten rozsądek. To zadawanie samemu sobie oszałamiająco banalnych pytań, które potrafią zjeżyć włoski na karku (i na ramionach) i po których człowiek siedzi, zdziwiony, pije kawę za kawą, i dochodzi do mądrych wniosków na temat własnych priorytetów.

Bo o ile warto, to wtedy warto, moi drodzy.

Udanego stycznia :)

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

Zdjęcie: Hannah Morgan ze zbiorów Unsplash

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies