Jak pamiętać o tym, dlaczego się w ogóle zaczęło

Czas czytania: około 7 minut • Inspiracje
 

Dlaczego się kiedyś zaczęło? Cóż. Są takie książki, filmy, gry, komiksy, opery, obrazy i rzeźby, które zostają z człowiekiem na długie lata. Z jakiegoś powodu nuci się ich motywy przewodnie nawet wtedy, gdy nikt już nie pamięta, gdzie leży płytka. Są częścią serca.

Najpiękniej jest jednak wtedy, gdy taki tytuł dodatkowo symbolizuje coś o wiele, wiele ważniejszego.

Chcę Wam dziś opowiedzieć pewną historię.

Gdy chodziłem do ogólniaka, mieszkałem dosłownie kwadrans piechotą od szkoły. Przez trzy lata wychodziłem o siódmej czterdzieści i, razem ze zmienieniem obuwia i przywitaniem się ze wszystkimi, najpóźniej siódma pięćdziesiąt dziewięć stałem pod drzwiami klasy. Byłem bodajże jedną z trzech czy czterech osób, które nie musiały dojeżdżać na lekcje i przy okazji jedyną, która mieszkała na północ.

Miałem więc codziennie pół godziny tylko dla siebie i swoich myśli. Na trasie, którą poznałem tak dobrze, że do dziś mogę ją na luzie przejść z zamkniętymi oczami.

Słuchałem więc podcastów. Głównie Gamespot presents: The Hotspot. To dzięki niemu nauczyłem się “słuchanego” angielskiego, to on każdego ranka i każdego popołudnia napędzał moje marzenia dotyczące… no cóż. Dotyczące wszystkiego. Dzięki grom chciałem być dziennikarzem. Dzięki grom chciałem być projektantem. Dzięki grom chciałem być scenarzystą. Dzięki grom chciałem być programistą.

Ta kula śniegowa dobrego humoru i inspiracja urosła ostatecznie do podstawy pod sporego bałwana.

W marcu 2009 roku razem z przyjacielem założyliśmy redakcyjnego bloga o grach wideo. W szczytowym momencie skupiał on twórczość bodajże siedmiu redaktorów i (na krótką chwilę) zagwarantowaliśmy sobie razem miejsce w top10 growych blogów w Polsce. A potem prawdziwy ruch ugrał kto inny i masa stronek odeszła w niepamięć. My też.

Było to bardzo odważne i bardzo naiwne. Nie wiedzieliśmy co robimy. Obaj byliśmy niedoświadczeni, trochę głupi i niesamowicie ambitni. Porażki nas nie zrażały i wszystkiego uczyliśmy się “na bieżąco”.

W teorii “nic z tego nie wyszło”. W praktyce każda chwila była warta więcej od złota. Każda trudność, każde wyzwanie i każdy “ciężki dramat” odeszły już dziś w niepamięć. Zostało to, co się z tych chwil nauczyliśmy.

Ale, tak między nami, zostało coś jeszcze lepszego.

Zostało wspomnienie wiosennych popołudni, zupełnie beztroskich, bardzo ciepłych. Robiłem sobie wtedy herbatę (to było na parę lat przed startem kawowej miłości) i bez żadnego stresu siadałem przed klawiaturą. Nie wiedziałem jeszcze co konkretnie chcę osiągnąć, bo nie wiedziałem NIC o tym, co tak naprawdę próbuję zrobić. Wiedziałem jednak, że chcę zaprezentować sobą światu jakąś wartość. Że chcę zaciekawić odbiorcę czymś oryginalnym. Że kiedyś, ale to tak napraaaaaawdę kiedyś chciałbym robić to na najlepszym poziomie i móc na żywo poznać swoich idoli.

Nie miałem wielu zmartwień dotyczących tego, co chcę zrobić.

Pisałem więc tekst. Jeśli nie był strasznie głupi to publikowałem go. I od razu zaczynałem pisać kolejny. Często powstawały dwa, trzy.

Codziennie.

I trwa to już od siedmiu lat, bo późnym latem 2009 założyłem tego bloga, którego czytasz teraz.

(To znaczy przynajmniej jedną stronę tekstu dziennie piszę – dla siebie lub pod publikację – od dobrych 13 lat, bo przed tym blogiem growym miałem jeszcze długie angaże w dwóch sporych portalach, ale o tym może Wam opowiem innym razem.)

Tylko że, widzicie, z czasem trochę dojrzałem. Nie jakoś bardzo, ale trochę. Na tyle, by zorientować się, że być może powinienem to, co robię, czynić trochę bardziej profesjonalnie. Trochę bardziej tak, jak inni, najlepsi na świecie. Trochę bardziej pod rynek. I pisanie znienacka zaczęło tracić beztroskę, wiosnę i ciepło. Obrosło też w stres i poczucie odpowiedzialności.

Zacząłem się martwić o przyszłość.

Nie pamiętając dlaczego się zaczęło, już się martwiłem o końce.

Parafrazując Davida Nichollsa, gdybym ja tego pisania nie kochał, to pewnie bym go czasem nawet nie lubił.

Nie żałuję tych zmian, bo to dzięki nim mogę dzisiaj żyć z tego, co kocham. Piszę, nagrywam, wymyślam, obserwuję, streszczam, syntetyzuję, rysuję i nie dość, że ktoś lubi to czytać i oglądać to jeszcze ktoś inny czasem chce mi za to płacić. Poważnie, ciężko mi aż znaleźć słowa na to, jak wielką radość sprawia mi to, co robię i jak bardzo Wam dziękuję za to, że mogę to robić :)

Nie można iść przez życie z naiwnym, dziecięcym spojrzeniem i oczekiwać sukcesu. Człowiek wyłoży się na pierwszym płaceniu podatków.

Ale!

Tym bardziej nie można iść przez życie z wiecznym poczuciem stresu i odpowiedzialności. Wypalenie jest straszne i ciężko się je zmywa.

Więc!

Można iść przez życie z profesjonalnym, rzeczowym podejściem do spraw, które okazjonalnie przetyka się powrotem do tych pierwszych przebiśniegów marzeń, które zasiliły wszystkie inne czynności na długie lata. Pamiętanie o tym, dlaczego się w ogóle zaczęło, jest kluczowe. Mi zdarzyło się w pewnym momencie życia o tym na chwilę zapomnieć i nie chcę już nigdy więcej takiej sytuacji powtórzyć.

Od zeszłego roku mocniej dbam o to, by zawsze mieć przed oczami coś, co symbolizuje moje oryginalne aspiracje. Pamiętanie o tym, dlaczego się zaczęło jest super ważne.

Wydaje mi się, że mogę już teraz wrócić do tego, o czym zacząłem mówić we wstępie.

Latem 2011 roku wyszła gra Bastion. Pamiętam, że już pierwsza zapowiedź obudziła we mnie wyjątkowo dwuznaczne drgania. Ale to jeszcze nie było to. Nie do końca. W drugiej połowie marca 2013 mój przyjaciel – ten sam, z którym cztery lata wcześniej zrobiłem bloga o grach – wysłał mi trailer do kolejnej produkcji tego samego studia, czyli Supergiant Games.

I to było dokładnie to.

Poczucie beztroski, wiosny i wczesnego rozpoczynania pracy nad marzeniem wróciło do mojego serca natychmiast.

Najlepsze jest to, że Transistor nie został moją ulubioną grą. Za pierwszym razem nawet go nie skończyłem. Ma jednak w sobie coś takiego, że jak tylko o nim myślę to natychmiast czuję tę samą wolność i radość z cieszenia się moim hobby, którą czułem zaczynając mój (nasz) pierwszy “poważny” projekt.

W efekcie opublikowałem recenzję na blogu tak szybko, jak tylko było to możliwe. Potem, dzięki uprzejmości Playstation Polska, mogłem zadać parę pytań Gregowi Kasavinowi, mojemu scenariuszowemu idolowi i twórcy fabuł do obu gier Supergiant Games.

A teraz to.

Wspominam o tym wszystkim z dwóch powodów.

Po pierwsze, myśmy tego naszego bloga o grach otworzyli 14 marca 2009 roku.

Parę dni temu była rocznica :)

Po drugie, kupiłem sobie niedawno w prezencie figurkę głównej bohaterki z gry Transistor i chcę Wam ją pokazać. Nazywa się Red i wszystkie jej projekty przygotowała Jen Zee, jedna z moich ulubionych artystek, którą bardzo chciałbym kiedyś poznać osobiście. Już teraz wiem, że będę tej figurce dużo zawdzięczał. Dzięki niej wiem, dlaczego się zaczęło, to wszystko, tak dawno temu.

Pisząc te słowa – te, w tej chwili, teraz – kątem oka widzę Red stojącą przy samym krańcu ekranu. W teorii to tylko zabawka, być może trochę infantylna jak na mój wiek. Ale w praktyce wystarczy jedno spojrzenie i wszystkie stresy związane z ewentualną popularnością tego tekstu, z tym co mam do zrobienia, co zawaliłem wczoraj, o co się martwię, z kim muszę porozmawiać, czy na pewno wszystko osiągnę, czy na pewno wiem jak pomóc, czy na pewno nadaję się do tego co robię… to wszystko milknie.

To się dzieje natychmiast.

Pamiętam, czemu w ogóle zacząłem.

Jestem odważny i naiwny, mam świeżą herbatę, za oknem jest ładnie.

Przykładam palce do klawiatury i – kto wie? – może nawet napiszę coś, co nie będzie strasznie głupie.

Ciao,

Andrzej Tucholski

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies