Jak zachować SPOKÓJ w obliczu paniki coronavirus (COVID-19)

 

Świat spowija coraz gęstszy całun strachu. Imię jego: coronavirus. Nagłówki gazet bez pardonu atakują nas ciągłą ofensywą czerwieni i capslocka. Doniesienia o wirusie COVID-19 pojawiają się nawet w memach. Podobno będzie tragicznie.

Jak zatem nie zwariować?

W skrócie: olać to, co będzie “podobno”.

Wersję dłuższą prezentuję poniżej.

Chcę przedstawić Wam parę psychologicznych spojrzeń na temat, które w przeciwieństwie do medialnej nagonki wywołują spokój, a nie zdenerwowanie. Wierzę, że niektóre z nich mogą pokazać Wam nierozpatrywane wcześniej podejścia do stresogennych spraw takich jak aktualnie panoszący się wirus-paskuda.

Pamiętajcie: tylko spokój nas uratuje.

Jak zatem go odzyskać?

Po pierwsze – “panikować” można na spokojnie

Działania prewencyjne nie muszą być okraszone nerwami. Nie powinny być. Przecież prowadzą do poprawienia sytuacji, nie do pogorszenia.

Odwoływanie planów, wycieczek czy koncertów nie oznacza, że UMRZEMY, tylko że nie zrealizujemy planu, nie pojedziemy na wycieczkę lub nie odbędzie się koncert. Przeżyjemy parę miesięcy bez pójścia na stadion, serio.

To, że we Włoszech wprowadzono pełen lockdown nie oznacza, że UMRZEMY, tylko że w dosyć skrajny, ale za to skuteczny sposób Włochy postanowiły postawić na zdrowie swoich obywateli i zrobić co tylko się da, by wspomóc służby zdrowia w ogarnianiu problemu.

(Bo, przypomnienie na marginesie, “spłaszczanie” wykresu nowych zarażeń niekoniecznie musi “wytępić koronawirusa”, a przynajmniej nie od razu. Wystarczy, że zmniejszy liczbę zachorowań dziennie, co pozwoli większej liczbie szpitalnych łóżek rotować do tych pacjentów, którzy tego najbardziej potrzebują. Szybciej zabije nas korek na ojomie niż cokolwiek innego.)

Pracowanie z domu nie oznacza, że UMRZEMY, tylko że będziemy bezpieczniejsi.

Zamknięcie szkół nie oznacza, że UMRZEMY, tylko że wirus wśród dzieci będzie miał sto razy trudniej.

Badanie się pod kątem koronawirusa nie oznacza, że UMRZEMY, tylko że szybciej dostaniemy potrzebne leczenie i przestaniemy dalej grozić innym ludziom korzystającym np. z naszej linii autobusowej.

To, że należy częściej myć ręce i unikać dotykania twarzy nie oznacza, że UMRZEMY, tylko że się wszyscy globalnie nauczymy lepszej higieny.

Nawet jeśli nam zakażą za chwilę na jakiś czas opuszczać Warszawę (a pewnie się tak stanie, skoro we Włoszech widać efekty) to też nie będzie znaczyć, że UMRZEMY, tylko że tym razem NASZ kraj podejmuje skrajne, ale skuteczne działania by pomóc służbie zdrowia ogarnąć problem.

Tak, na świecie dzieje się coś złego.

Tak, TYSIĄCE SUPER MĄDRYCH LUDZI robią co tylko mogą, by to naprawić.

(Tutaj możecie podglądać mapę ich starań.)

Gdy mają nową poradę – to nam o tym mówią.

Wszystko inne to plotki i/lub domysły, a w obliczu i tak OGROMNEJ ilości faktów dotyczących koronawirusa wydaje mi się, że nie warto zaśmiecać sobie głowy plotkami i domysłami. Gdy coś zostanie potwierdzone, to się dowiemy.

Zachowujmy spokój.

Róbmy swoje.

Myjmy ręce.

Zostawajmy w domach.

Stosujmy się do zaleceń.

Te wszystkie rzeczy to nie jest powód do paniki. To powód do nadziei, moi drodzy, bo im mniej widzimy imprez i im więcej widzimy pacjentów mających opiekę w szpitalach tym jesteśmy bliżej naprawienia sytuacji.

Uwierzcie mi, gdyby tych pacjentów NIE było w szpitalach (lub nie mogli jej dostać) i łazili sobie w najlepsze na NIE odwołane imprezy to byłoby nieco gorzej ;)

Po drugie – rzeczywistość nie musi być straszna, ona po prostu jest

Najgorsza rzecz na świecie to strach przed tym, co obce.

A na równi z nią?

Ignorowanie tego, co znane.

W zależności od punktu widzenia, coronavirus to albo PRZERAŻAJĄCY WIRUS albo “taka dziwna grypa”. W pierwszym przypadku wpadamy w histerię, w drugim zachowujemy się lekceważąco i dziecinnie.

Coronavirus jest trochę straszny, to prawda, ale do pewnego stopnia faktycznie jest też “taką dziwną grypą”. Istnieją konkretnie nazwane grupy ryzyka. Istnieją precyzyjne zalecenia, jak uniknąć zakażenia. Istnieją przyjęte dobre praktyki mające na celu społeczną współpracę, by nie pomagać tej wrednej paskudzie dalej się rozprzestrzeniać.

Te zalecenia nie są straszne. One po prostu są.

Zastosujmy się do nich.

I potem – dzień po dniu – patrzmy co dalej.

(A jeśli sądzimy, że te zalecenia są “głupie” to niestety my jesteśmy ci głupi. Nigdy nie rozumiem takiego podejścia. Przecież nawet jeśli wirus “wcale nie jest taki groźny” to co komu szkodzi mycie rąk i nie pójście parę razy do pubu? Przeżyjesz, naprawdę. A bardzo, ale to bardzo pomożesz wszystkim dookoła.)

Aha, i jeszcze jedno: pamiętajcie, że jeśli się czegoś dzisiaj dowiedzieliście, to to wcale nie oznacza, że problem istnieje od dzisiaj. Serio :) Nasza percepcja często nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym. Odpowiada za to ogrom mechanizmów psychologicznych, z heurystykami (np. dostępności czy reprezentatywności) na czele. Musimy o tym pamiętać w trakcie kompulsywnego klikania w kolejne nagłówki na popularnych portalach.

Jeśli pewien trend w zarażeniach koronawirusem widać od dwóch tygodni, ale my się o nim DZISIAJ BARDZO NACZYTAMY no to… wiecie. Myśmy się po prostu o nim naczytali. Nie wpływa to na realny poziom zagrożenia. Ten poziom zagrożenia jaki był, taki jest. To po prostu nasza percepcja się o nim dowiedziała, w “realnym świecie” do niczego nowego nie doszło.

Wdech, wydech. I do przodu.

Po trzecie – pogódźmy się wreszcie z faktami

Dużym elementem strachu przed koronawirusem jest to, że łudziliśmy się, że będzie lepiej, a w praktyce jest gorzej.

Słuchajcie, jesteśmy dorośli. Może przestańmy być naiwni?

Groźny wirus pożera kolejne kraje z łapczywością ognia zaprószonego w sierpniu na wysuszonej łące. Modele proponowane przez naukowców wprost mówią, że będzie jeszcze O WIELE GORZEJ zanim będzie lepiej.

Przestańmy czepiać się durnej, dziecinnej nadziei, że “może nie będzie tak źle” i po prostu uzbrójmy się w dojrzałą, silną determinację, by pokonać problem nawet wtedy, gdy jest BARDZO źle.

Tak, czeka nas – jako ludzkość! – ciężka przeprawa.

Pokonamy ją w spokoju i zgodnie z zaleceniami epidemiologów.

Nic nam nie da oszukiwanie się i zasłanianie twarzy rękoma, by nie widzieć tego, jak wyglądają nazwane, zbadane i policzone elementy problemu.

Nie bądźmy królikami zamykającymi oczka, by nie widzieć nadjeżdżającej, osiemnastokołowej ciężarówki. Nie warto.

Szczególnie, że – przynajmniej póki co – ta nadjeżdżająca ciężarówka to nie ma osiemnastu kół, tylko co najwyżej dziesięć. I nie pędzi, tylko jedzie normalnym tempem. Patrzmy więc w jej reflektory z odwagą, bo w ten sposób dodamy sobie wszyscy nawzajem trochę tak bardzo potrzebnej otuchy.

I na koniec: kiedy warto zacząć panikować?

Nigdy.

Nawet gdy projekcje WHO okażą się zbyt łaskawe i koronawirus wybuchnie sto razy gorzej niż sądziliśmy, nadal nie warto panikować.

Bo nigdy, ale to nigdy nie warto panikować.

Jesteśmy tylko ludźmi, więc czasem emocje nas poniosą i po prostu spanikujemy, i tak bywa, mówi się trudno. Trzeba wtedy liczyć na wsparcie bliskich i razem przeczekać nerwy. To bolesne, ale normalne. Należy to akceptować i pomagać, bo nie mamy jako ludzie innego wyboru.

Czasem panikuje każdy.

Okazujmy tym przypadkom ogrom serca, proszę.

Prawo do strachu to naturalne prawo człowieka.

Ale dopóki mamy nad sobą jakąkolwiek kontrolę to pamiętajmy, że jest moralnym obowiązkiem każdego dorosłego człowieka, by trzymać się stabilnie w pionie emocjonalnym na tyle mocno, że jak się nam potknie przyjaciółka lub narzeczony to złapiemy takiego gagatka za ramiona, pomożemy stanąć równo i powiemy: hej, jest dobrze, razem damy radę.

Jest moralnym obowiązkiem każdego dorosłego człowieka unieść ciężar emocjonalny “półtora człowieka” – czyli nie tylko samego siebie, ale też kogoś, komu akurat powinie się noga.

Dzięki temu gdy to my stracimy równowagę, to też fikniemy prosto w gotowe ręce silnych, zdeterminowanych ludzi propagujących spokój i odpowiedzialność, a nie panikę i histerię.

Każdy z nas czasem płacze.

Ale jest bardzo ważne by swoim toksycznym zachowaniem nie wyrzygiwać nerwów, strachów i lęków na innych, bo wtedy zaczyna płakać ktoś inny.

A nam się wcale od tego nie poprawia.

Pamiętajcie kochani – każdy czasem traci nerwy.

Ale jako ludzie musimy dbać potem o to, by siebie (i siebie nawzajem) uspokajać, bo – jak napisałem we wstępie – tylko to nas uratuje.

A trochę tego ratunku nam teraz potrzeba.

Na szczęście wiemy co robić i jest nas wielu, i jesteśmy mądrzy, i mamy internet i kontakt ze sobą, a także empatię i serca, więc damy radę.

Wiem, z całego serca wiem, że damy radę.

No.

Więc trzymajcie się ciepło w tych swoich zamkniętych domach, z których chwilę wszyscy nie wychodzimy, bo robi się straszno. To jest tymczasowe, naprawdę.

I myjcie ręce, bo kto nie myje rąk to straszna trąba :)

Bądź na bieżąco z moimi nowymi tekstami! Zapisz się do newslettera:


Wyrażam zgodę na otrzymywanie na mój adres e-mail newslettera Andrzeja Tucholskiego

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies