Jeden koniec bardzo wielu historii – moja emocjonalna recenzja filmu Avengers: Endgame (BEZ spoilerów)

 

Avengers: Endgame, co? No dobra, to pozwolę sobie na jeden spoiler.

W pobliżu finału napisów końcowych pojawia się wielkie logo MARVEL i dopiero dzięki niemu dojechało do mnie, że naprawdę minęło jedenaście lat. Że naprawdę spędziłem z tymi postaciami dekadę życia. I że naprawdę to już jest koniec.

(Tej konkretnej linii fabularnej.)

Gdy piszę te słowa mamy dwudziesty trzeci kwietnia dwa tysiące dziwiętnastego roku. Z publikacją muszę jeszcze poczekać kilka godzin, aż zejdzie oficjalne embargo na wrażenia z pokazu prasowego.

Ale pisać?

Pisać mogę już teraz.

Bo widzisz, jedenaście lat temu (bez tygodnia) rozpoczęła się w Polsce era Marvela.

Do kin trafił pierwszy Iron Man i potem już nic miało nie być takie samo.

Zmieniły się komiksy, zmieniło się kino, zmieniły się gusta i zmieniło się to, co jest postrzegane jako mainstream. Zmieniło się znaczenie metki społecznej “nerda”, podobnie jak i rozkład demograficzny fanów historii o superbohaterach.

Weszliśmy w taką trochę kulturową nową epokę.

Nazywam ją luźno “dekadą”.

I korzystając z prawa przysługującego mi na moim prywatnym blogu, chcę o tej epoce najpierw opowiedzieć prywatnie, a dopiero potem przejść do recenzji. Bo widzisz, ja się dzisiaj w tej ciemnej sali kinowej zastanowiłem, co ja w zasadzie robiłem te jedenaście lat temu.

Mieszkałem z rodzicami.

Teraz siedzę w moim piątym już samodzielnym mieszkaniu.

Byłem jeszcze w liceum.

Teraz jestem ładny kawałek po studiach.

Byłem tuż przed moim pierwszym poważnym związkiem.

Tu też mógłbym Wam historię opowiedzieć.

Byłem na rok przed założeniem TEGO bloga (który w sierpniu obchodzi dziesiąte urodziny, swoją drogą), który zupełnie niechcący zdefiniował całe moje życie i ostatecznie stał się karierą, na której oparłem wszystko inne, który wtedy jeszcze NIE ISTNIAŁ nawet jako pomysł.

Teraz piszę na nim podsumowanie tego całego okresu.

Byłem siedemnastolatkiem.

Teraz realnie widzę nadchodzącą trzydziestkę.

Byłem gówniarzem bez pojęcia o życiu.

Teraz pewnie nadal jestem bez pojęcia o życiu, ale przynajmniej dojrzałem na tyle, by to wiedzieć ;)

I przechodząc do Avengersów: byłem wtedy, te jedenaście lat temu, tuż po seansie filmu Iron Man, dzięki któremu pierwszy raz poczułem, że to moje dziwne hobby jest nagle takie jakieś… akceptowane? Że więcej kolegów i koleżanek wie, co to są superbohaterowie? Że może wszystko będzie dobrze?

Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Roberta Downeya Jr. tworzącego jedną z najbardziej ikonicznych postaci fikcyjnych dekady.

I dziś spojrzałem na niego znowu.

Spojrzałem na wszystkich Avengers.

Tony Stark trochę się zestarzał, wiecie?

Tak samo jak Kapitan Ameryka.

Tak samo jak Bruce Banner.

I z tej ich dojrzałości – w moich oczach – płynie największy sukces braci Russo, Christophera Markusa oraz Stephena McFeely’ego.

Będę z Wami szczery – jeszcze wbiegając dziś rano po schodach do kina bałem się, czy pomimo ogromnego profesjonalizmu, z którego słynie ta wesoła ekipa twórców, uda im się udźwignąć równie tytaniczny wysiłek.

No bo wiecie – mówimy o ponad dwudziestu filmach. O jedenastu latach dziedzictwa. O kilkudziesięciu ważnych (!) bohaterach mających swoje oddane rzesze fanów. O wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeelomilionowym gronie ludzi, którym Stan Lee i Jack Kirby zafundowali dzieciństwo.

Czy to w ogóle da się jakoś ogarnąć?

Pomyślałem jednak od razu o przepięknym wideo-eseju Movies with Mikey na temat filmu Gwiezdne Wojny: The Force Awakens (znajdziecie go tutaj, często do niego wracam) i pomyślałem sobie: jest szansa.

Może nie będzie idealnie. Może nie będzie doskonale.

Ale jest szansa na godne spięcie pierwszej dekady Avengers-owej MCU.

I trzy godziny później dostałem potwierdzenie: tak.

Miałem rację.

Szansa była. I co więcej: została ona wykorzystana w takiej skali, że aż mam teraz ciarki na samo wspomnienie. Teraz. W tej chwili. Jakiś setny raz dzisiaj :)

Avengers: Endgame to nie tylko wspaniałe kino, ale też godny, personalny i pełen szacunku ukłon przed każdym fanem z osobna.

Możesz nie zgadzać się z kilkoma decyzjami podjętymi przez scenarzystów. Może Cię rozdrażnić nadmierny “fan service” lub młodzieżowość nawiązania popkulturowego. Możesz nie mieć ochoty na żart AKURAT w takiej chwili. Możesz rozminąć się z dynamiką paru kluczowych scen.

Mi się one w większości akurat wszystkie zgodziły z gustem, ale totalnie widzę, że można się też z nimi nie złapać – i w przypadku tak wielkich produkcji jest to zupełnie normalne.

Mówiąc wprost: to może nie być dla Ciebie film idealny.

Ale jedno jest pewne: to na pewno będzie film, który Twoją wieloletnią inwestycję emocjonalną w superbohaterów Marvela potraktuje niczym najlepszy przyjaciel na wspólnym piwie po trudnym dniu. Czasem żartem, czasem strzałem w ramię. Ale przede wszystkim z szacunkiem i wyrozumiałością.

A także okazjonalnym złamaniem serca, bo jednak jesteśmy tylko ludźmi ;)

(Ach, Avengers <3)

Nie należę do grona największych fanów Marvela na świecie. Ja po prostu od bardzo wielu lat lubię i śledzę te historie.

I z mojej perspektywy dostałem w nagrodę za tę jedenastoletnią lojalność prezent idealny. Pełen mrugnięć okiem, które pozwoliły mi w sercu wrócić migawkami do każdego wcześniejszego filmu z osobna. Pełen dramatów, które czułem, bo wiedziałem na czym są budowane. Pełen wydarzeń, które trzymały mnie w napięciu, bo zwroty akcji zostały poprowadzone bardzo rzetelnie.

Z zakończeniem takim, że nie wiedziałem, czy bardziej przeżywam trochę szklące się oczy, czy taki najprostszy, ludzki, szeroki uśmiech, z którym nie bardzo wiem co zrobić.

Z efektami dźwiękowymi, wizualnymi, muzyką, grą aktorską, montażem i wszystkim na najwyższym światowym poziomie – ale tutaj akurat wątpliwości nie miałem nawet przez moment, że dostaniemy od Marvela absolutnie maksymalną dostępną jakość ich (i tak) dosyć niesamowitych możliwości.

Dostałem przemyślane, dojrzałe, otwierające się na nowe możliwości przy jednoczesnym braku “spłaszczania” starych wątków zakończenie bardzo wielu historii naraz.

Chylę czoła przed twórcami.

Avengers: Endgame to wspaniałe kino.

Dokładnie takie, jakiego potrzebowałem w sercu.

Nie dość, że “sequel” ponad dwudziestu filmów naraz, to jeszcze “season finale” tego przedziwnego kinowego serialu, który trwał w naszym świecie od jedenastu lat.

Jak po dobrej książce lub – no właśnie – pięknym serialu odczuwam dziś ogromną pustkę. Chodzę trochę niczym w śnie, na poły żegnając się z pewnym stabilnym progresem miesięcy w życiu (kolejne premiery) a na poły ciesząc się, że w ogóle mogłem przeżyć coś równie wyjątkowego.

Tak, oczywiście, będą kolejne filmy Marvela.

Tak, też na nie pójdę :)

Ale ta pierwsza dekada właśnie cyknęła i minęła, i poszła w historię.

I wiesz co?

Była świetna.

Potrzebuję chwili, by zebrać myśli, by się pozbierać, by spojrzeć na kalendarz i spojrzeć przez okno.

Potrzebuję chwili, by pogodzić się z myślą, że to już.

Ale daj mi kawę i dwa, może trzy dni spokoju.

I potem nakręcę się na nową dekadę tak, że szkoda gadać ;)

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Mam na imię Andrzej. Jestem psychologiem biznesu i strategiem od skuteczności, a także pisarzem i scenarzystą.

Znajdujesz się teraz na mojej stronie domowej, z której możesz przejść do bloga, YouTube’a, na jeden z moich podcastów, na konto na instagramie, a także znajdziesz tu zapis na newsletter i przejście do sklepu z moimi książkami i kursami.

Życzę dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies