Autor: Andrzej Tucholski | 17 września 2017 | Komentarze:
Czas czytania: około 60 minut

Umowy Śmieciowe – odcinek siódmy

W ostatnim odcinku Hanna Wróbel ledwo co wyhamowała przed stromym klifem i postanowiła, że pora dojrzeć. Koniec z dramatami, koniec z kłamstwami, koniec z sytuacjami, w które sama się wplątuje, a potem zupełnie nie potrafi z nich wybrnąć. Czy sobie z tym poradzi? Czy odratuje nadwyrężone relacje międzyludzkie?

No i najważniejsze – czy starczy jej kawy na te wszystkie jazdy? Przekonaj się :)

Pierwszy raz?

[Spis odcinków: pierwszydrugitrzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy i ostatni]

W poprzednim odcinku

Hanna dobija do końca wytrzymałości emocjonalnej. Sama go sobie zorganizowała przez nierozsądne przykrywanie wcześniejszych błędów, ale wreszcie postanawia, że już starczy. Że pora dojrzeć. Dochodzi do tego wniosku po trudnej, pełnej niewygodnych emocji randce z Adamem. Potem, w trakcie kąpieli, jej myśli wreszcie wskakują na właściwe tory, których nie potrafiła znaleźć od miesięcy. Zaprasza więc Łucję, by i z nią wszystko załatwić. Kolacja przebiega lepiej, niż sądziła. Pozytywnie nastrojona czuje się gotowa rozpocząć pracę na etacie.

Idzie na spotkanie z szefową polskiego oddziału firmy, w której pracuje Louis. Lea to twarda, ale uczciwa kobieta. Widzi świat prosto – Hanna ma niepewną przeszłość, więc o umowie o pracę nie ma mowy. Chętnie za to ją przyjmą na okres próbny. Wytrącona z równowagi Hanna radzi sobie z większością nowych emocji, ale, niestety, część znowu uderza w Adama.

Pomimo obietnicy danej samej sobie karmi go kolejnym małym kłamstwem.

 

— Umowy Śmieciowe —

Odcinek siódmy. Środek grudnia.

Jeszcze było wcześnie.

Jeszcze mogła uciec.

Jej kroki poniosłyby się echem po przestronnym dworcu. Wystraszyłaby parę gołębi rezydujących nad kasami. W drzwiach zderzyłaby się z liczną rodziną, a na parkingu przed budynkiem cudem uniknęłaby potrącenia przez wyjątkowo porysowany dostawczak.

Przygryzłaby usta.

Uciekając między śmietnikiem a stojącym na światłach skuterem, zgubiłaby pomadkę.

Zgubiłaby też godność.

Zatrzymałaby się na krótki oddech na przejściu pod Pałacem Kultury i dopiero tam pozwoliłaby sobie na jedno, jedyne spojrzenie za siebie. Wstecz, prosto w biel, przez którą nic nie widać. Ale ona widziałaby przez jej welon aż za dużo.

A potem pobiegłaby dalej, prosto w zamieć, aż zniknęłaby w zawierusze i nie musiałaby się już więcej wstydzić, bo nikt by jej już więcej nie odnalazł.

Hanna przewróciła oczami i wyrzuciła z głowy głupi pomysł. Uśmiechnęła się sennie i oparła czoło na złączonych dłoniach.

Tak, bała się.

Ale litości.

Wspaniale, pomyślała, na bank by z tego wyszło coś dobrego. Dostałabym order za wzorowe zachowanie i miałabym tysiąc przyjaciół, a każdy kolejny byłby słodszy od poprzedniego. I kwiatki bym dostała.

Boże jedyny. 

Czy naprawdę sądziłam, że te moje histerie były zasadne? Chyba tak sądziłam. 

Nie wiem, kto mógł kiedykolwiek uznać, że byłam gotowa zaliczyć egzamin dojrzałości.

Przerażające.

Na poprawę nastroju pociągnęła przez słomkę łyk ciepłego, karmelowego latte, skutecznie dodającego otuchy w chłodnej ciemności wczesnego poranka.

Pełna ludzi hala Dworca Centralnego nieśmiało różowiła się zapowiedzią wschodu słońca.

Słabe światło wpadało przez przeszklone ściany długimi smugami i prowokowało ziewnięcia u zagapionych na tablice odjazdów podróżnych. Część z nich przytulała się kurczowo do papierowych kubków z kawą, tak jakby bez niej miała zasnąć na miejscu.

Z wysokiego stołka, umiejscowionego przy ladzie kawiarni otwartej na dworzec, Hanna mogła swobodnie obserwować cały ten ruch. Starszych panów czekających na wysiadające z nocnych pociągów rodziny, które przyjechały na święta. Młode kobiety sprawdzające schowane w służbowych teczkach bilety na ostatnie delegacje przed zimową przerwą. Niemających siły wyciągać aparatów fotograficznych turystów, którzy załapali się na niekorzystne godziny przesiadek. Przedstawicieli najróżniejszych grup społecznych, które tego ranka zupełnie jej nie interesowały.

Ziewnęła z zamkniętą buzią, aż nią wstrząsnęło.

Nadal mlaskając, sięgnęła do kieszeni płaszcza po telefon i sprawdziła godzinę. Zignorowała dwie nowe wiadomości od Teodora, nimi chciała zająć się później.

Teraz jej serce zajmował ktoś ważniejszy.

Jeszcze chociaż przez kilka minut.

Sprawdziła za to setny raz SMS otrzymany poprzedniego wieczoru od drugiej baristki z Porto.

„Tak jak prosiłaś, daję znać. Jedzie jutro, pierwsze połączenie rano, nie wiem o której, mówi, że weźmie taksę”.

Romantycznym zbiegiem okoliczności pociąg Kota spóźnił się parę minut jeszcze na etapie wyjazdu z zajezdni i nową godzinę odjazdu zapowiedziano dokładnie na czas wschodu słońca.

Innymi słowy, o siódmej czterdzieści jeden nowoczesne drzwi zasuną się z sykiem za plecami pasażerów, a przenikliwy gwizdek konduktora zakończy definitywnie warszawski rozdział w życiu osoby, która przedstawiła Hannie, wtedy nowe dla niej, miasto.

Kilka chwil później skład wyjedzie z dusznego brzucha podziemi na zaśnieżony, wielki świat i to nie Hanna, a jej była przyjaciółka pojedzie dalej, prosto w zamieć, aż zniknie w zawierusze i trudno ją będzie już kiedykolwiek odnaleźć.

Dziewczyna zadrżała. Na chwilę odwróciła wzrok od schodzącego ku peronom tłumu i zapatrzyła się na coraz wyraźniej rysujący się na tle jaśniejącego nieba kurz, zawieszony w chłodnym powietrzu.

To taki trochę miejski śnieg.

Ładny.

Chciała jeszcze pomyśleć o Kamili. Cokolwiek. Jakoś się z nią pożegnać w myślach, nadać wagę rozstaniu, rozliczyć minione spory, ale nie potrafiła wykrzesać z serca żadnego konkretnego wątku. Co miały powiedzieć, powiedziały. A co zepsuły, to też zepsuły.

Najwyraźniej nie zostało nic więcej do dodania. Wystarczyło przeprosić.

Im szybciej, tym lepiej.

Jak na zawołanie, dokładnie wpół do ósmej, drzwi w rogu dworca rozsunęły się i przypomniały wszystkim obecnym wewnątrz, że otaczające ich ciepło jest wyjątkowo ulotne. Zamieć wdmuchała do środka białą zawieruchę. Wraz ze śniegiem pojawiła się otoczona zimową aureolą Kot. Nie miała bagażu, tylko mały plecak, pasujący do jej miejskiego stylu.

Dopiero po paru krokach zrzuciła obszyty futrem kaptur, przetarła twarz i rozejrzała się, gdzie ma iść dalej. Wyglądała na niewyspaną.

Hanna przygryzła usta i wstała, zostawiając w kubku niedopitą kawę. Od razu zapomniała, że kiedykolwiek ją zamówiła.

Nie wiedziała, czy biec, czy iść wolno. Chciała zawołać, ale chyba nie wypadało. Zacisnęła dłonie w pięści.

Jej serce biło mocno, stabilnie.

Na razie kontrolowała emocje.

– Będziesz jechać z czwartego – powiedziała cicho, stając obok rozglądającej się dziewczyny. Udawała, że też szuka swojego połączenia.

Kot spojrzała przez ramię i uniosła brwi.

– A ty co tu robisz? – spytała tonem, który raczej nie oznaczał zadowolenia z niespodzianki.

Hanna uśmiechnęła się samymi oczami. Szczerze, choć smutno.

Dla odmiany w oczach Kota czaiły się wyłącznie wyrzuty.

– Odprowadzam cię na pociąg.

– A skąd o nim wiesz?

– Koleżanki na ciebie nakablowały. Mogę?

Kot zmarszczyła nos i ruszyła ku centralnym schodom, wiodącym w dół, na peron.

– Nie jestem pewna. To znaczy, Boże, rób, co chcesz, serio – powiedziała, nie zwalniając kroku.

Podkreśliła nonszalancję wzruszeniem ramion, ale nagłe spotkanie tak ją spięło, że wyglądała, jakby wzdrygnęła się z zimna. Poczuła, że coś nie wyszło. Potrząsnęła więc głową. Poprawiła kaptur.

Odkaszlnęła.

Robiła jeden nerwowy gest za drugim.

Hanna zrównała się z nią krokiem, ale postanowiła nie iść ramię w ramię. Została trochę z tyłu. Znała swoją przyjaciółkę, nawet jeśli już byłą, i wiedziała, co ją drażni.

Nie chciała jej prowokować.

Jeszcze nie podejrzewała, jak przełomowy będzie to dzień dla innej z ważnych w jej życiu relacji, a i tak rozumiała bez najmniejszych wątpliwości, co musi zrobić teraz, tutaj. Czuła się dojrzała i zdeterminowana, by pozwolić sercu na to, do czego od dawna ją namawiało.

– Przychodzę w pokoju – zaczęła.

– Przecież między nami jest pokój, wszystko gra.

– Tak mówisz?

– Wszystko sobie wyjaśniłyśmy.

– Na pewno nie wszystko.

– W takim razie innych rzeczy nie chce mi się wyjaśniać, jestem skupiona na podróży. Przeprowadzam się, wiesz? Nie mam teraz ochoty łapać się o słówka.

Zeszły na dół. Znalazły się w tunelu z kawiarniami i sklepami. Tłum gęstniał. Ludzie zachowywali się coraz bardziej chaotycznie. Znowu było zimniej.

– A co z mieszkaniem? – Hanna zdecydowała się spróbować innej strategii.

– Sprzedane. Długa historia.

– Miałaś gdzie się zatrzymać?

– Tak. W mieszkaniu. Przyjaciółki. – Kot wycedziła ostatni wyraz.

Oho.

Łatwo nie będzie.

– Ile masz do odjazdu?

– Jest jakaś obsuwa, jeszcze chwilę. Możesz już iść, trafię dalej.

Doszły do ruchomych schodów prowadzących na perony. Na monitorze wyświetlano informację dotyczącą pociągu do Wrocławia. Spóźnienie nie uległo zmianie.

Powinien zaraz być.

– Chętnie zejdę z tobą niżej.

– Niepotrzebnie, ale jak chcesz. No przecież ci nie zabronię.

Hanna zacisnęła mocno zęby, by nie parsknąć.

No dobra, przesadzam. Trudno też nie będzie.

– Nie zabronisz.

– Niestety.

– Kamila?

Znalazły się na peronie, wśród dojadających śniadania, ziewających i szarych z wyziębienia podróżnych, opierających się o walizy i siedzących na bagażach. Do czasu przyjazdu pociągu Kot, dosłownie, nie miała gdzie dalej iść.

Stanęła więc przy rozkładzie jazdy, przestąpiła z nogi na nogę i zaczęła bawić się suwakiem pikowanej, ciemnofioletowej kurtki.

– Co?

– Kamila, spójrz na mnie. Proszę.

Wełniana czapka podniosła się, ukazując zmęczone, wyjątkowo bezbronne oczy. Mówiły: „nie rozliczaj już mnie, wiem, że źle zrobiłam, ale więcej mnie nie rozliczaj, bo już wystarczająco sama siebie katuję wszystkim, co mi nie wyszło”.

„Daj mi spokój”.

„Proszę”.

Hanna poczuła, że wnętrze jej serca wypełnia spokój i siła, do których jeszcze parę miesięcy temu nie miała dostępu. Nie wiedziała, że jest zdolna do takich uczuć.

A teraz coraz częściej po prostu potrafiła po nie sięgać w trudnych chwilach, jak po koc w chłodną noc. Tak zwyczajnie.

Tak jak teraz.

– No co chcesz? – szepnęła Kot, chowając głowę w ramiona, krzyżując nogi i opierając się o marmurowy blok za plecami.

– Chcę się pogodzić.

– Przecież nie ma powodu.

– Zawsze jest powód.

– W takim razie nie ma potrzeby.

– Ja mam potrzebę.

Oczy Kamili zalśniły skrywanym głęboko smutkiem.

– Hanka, ja naprawdę wyjeżdżam. Daj mi dziś taryfę ulgową, co?

Hanna, całą posiadaną siłą woli, powstrzymała próbujący zakwitnąć na jej ustach uśmiech. Jeszcze było na niego za wcześnie. Rozłożyła za to szeroko ręce i fuknęła, teatralnie przybierając gniewną minę.

– Przestań się tak upierać, uparta istoto, bo cię ugryzę, a potem powiem policji, że ty mi pierwsza dziabnęłaś portfel i spędzimy dzień na komisariacie – powiedziała głosem tak bardzo poważnym, że musiała żartować.

Kot chciała coś odpyskować, ale tylko odetchnęła głośniej. Zdenerwowała ją bezpośredniość słów, za to ukoił pełen troski ton. Odkaszlnęła. W jej oczach błysnęło odryglowanie wyjątkowo pancernego zamka chroniącego dostępu obcym do okolic serca.

Hanna poczuła, że do niej dotarła.

Wiedziała, że ma teraz tylko jeden strzał.

– A więc – zaczęła profesorskim tonem – obie totalnie dałyśmy ciała i pewnie przy najbliższej okazji ja ci dosypię środek przeczyszczający do bidonu zabranego na wielogodzinną podróż autobusem, a ty w odwecie wbijesz mi w oczodół zmajstrowany z tektury i kawałka szkła nielegalny sztylet. Bo się mocno nienawidzimy i nie ma żadnych szans, żebyśmy nie były śmiertelnymi wrogami.

Kotu zadrżały policzki.

– To nie tak.

Hanna podniosła palec.

– Skoro i tak masz mnie za zło wcielone, to będę cię uciszać, ile tylko chcę, bo przecież już gorszej opinii sobie o mnie nie wyrobisz.

– No nie wyrobię.

– Właśnie.

– Została nam tylko wojna.

– Dokładnie o tym mówię. A więc skoro to jest postanowione, to ja cię, Kamila, bardzo chcę przeprosić. Za różne rzeczy. Za te złe i za te, cholera, nijakie, których nie dopilnowałam w porę. Zupełnie nie doceniłam czasu, który mogłyśmy razem spędzić. Tak sobie myślę, że przez złe zachowania byśmy się zwyczajnie pokłóciły, a potem wszystko wróciłoby do normy, ale właśnie ta nijakość, takie ciche i wstydliwe obchodzenie się na palcach, ten taniec – on nas zabił. I bardzo cię za niego przepraszam.

Hanna mówiła cicho, ale wyraźnie. Jej dykcja wyostrzała się z każdym kolejnym słowem. Kot poczuła, że zaczyna się pocić. Nagle nie wiedziała, co zrobić z rękoma.

– Hej, no co ty… – przerwała szeptem, łapiąc się oburącz za kark.

– Jeszcze ja mówię. Zaraz możesz mnie zbluzgać, albo przytulić, nic mi do tego, bo jesteś samodzielną i podejmującą własne decyzje kobietą, której wybory powinnam uszanować, a zabrakło mi dojrzałości, by to dostrzec, gdy powinnam. Zabrakło mi rozsądku. Być może tak to musiało wyglądać, żebym wreszcie dojrzała i zaczęła zachowywać się chociaż raz na kilka dni niczym namiastka dorosłego człowieka. Nie wiem. Bardzo chcę uwierzyć, że tak musiało być, bo inaczej strasznie by mi pękało serce na myśl o tym, że zmarnowałam naszą relację ze zwykłej durnoty.

Kot zacisnęła usta tak mocno, że aż zbielały jej wargi. Oczy, zupełnie niewprawione w okazywaniu bezbronności, starały się jak mogły nadrobić wiele lat opóźnienia. I każdym błyskiem łez udowadniały, jak bardzo są w tej kwestii odważne.

Twarda i obrażona na świat Kamila pękała, otwierając się na słowa szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Spod jej codziennej zbroi zaczynały przeświecać skrzętnie ukrywane, ciepłe emocje.

Hanna mówiła dalej. Wiedziała, że gdy się kogoś tak poruszy, to potem trzeba o niego odpowiedzialnie zadbać.

Czuła, że da radę.

– Ty też mnie kilka razy mocno wkurzyłaś, ale nie tłumaczy to mojego zachowania, a i teraz nie mam potrzeby ci czegokolwiek wygarniać. Nie jestem twoją matką, nie jestem twoim sędzią. A obawiam się, że w trakcie naszego krótkiego mieszkania razem czasem wchodziłam w te role i zupełnie nie byłam tego świadoma. I za to wszystko, w trakcie ostatniej szansy pogadania, jeszcze jako dwie warszawianki, chcę cię mocno przeprosić. I życzyć ci wszystkiego najlepszego, Kamila, bo zasługujesz na fantastyczne życie. Mam nadzieję, że we Wrocławiu obudzisz się za parę dni już w nowej chacie, z nowymi znajomymi, być może z nowym życiem, dumna z podjętych decyzji.

Kamila niemo spoglądała na Hannę. Przestała już drżeć, przestała reagować. Słuchała tylko, zamrożona w zdziwieniu. Całe dorosłe życie w Warszawie była przekonana, że wystarczy być twardym, a jakoś to będzie. Wystarczy żartować z problemów, nie przyznawać się do słabości, zawsze zgrywać chojraka, do ostatniej chwili udawać, że wszystko jest fantastycznie, nawet gdy pokój już dawno ogarnął pożar i płomienie właśnie zaczynały trawić jedyne drzwi na zewnątrz.

Właśnie przestała być tego taka pewna.

A Hanna kontynuowała:

– I tam uporządkujesz wszystkie myśli tak, jak nigdy nie udało ci się ich ogarnąć w szumie tego miasta. Byłaś dobrą przyjaciółką, przygarnęłaś mnie, gdy nie znałam nikogo, i nawet jeśli stanowczo nie powinnyśmy ze sobą mieszkać, mój sukces w Warszawie będę już zawsze przypisywać właśnie tobie.

Pod koniec, mimo wszystko, zadrżał jej głos. Westchnęła więc, urywając nagle, skulona w sobie, jakby uszło z niej powietrze. Zanurkowała pod szalik.

Modliła się, by to, co powiedziała, wystarczyło.

Przez chwilę nie działo się nic. Powietrze na dworcu było zastałe i z zimna kłuło w oczy. Ludzie patrzyli w swoje mikroświaty zaklęte w telefonach, nieświadomi towarzystwa. Kawy stygły.

W pewnym momencie z głośników na peronie odezwał się komunikat o nadjeżdżającym pociągu.

A Kot z całej siły przytuliła Hannę.

– Głupie jesteśmy – zaszlochała w ramię przyjaciółki.

A jednak.

– Nie gadaj, obie mamy skończone studia. Głupich nie przepuszczają.

– Nawet w takiej chwili musisz mi wypominać, że napisałaś za mnie magisterkę?

– No pewnie, w końcu jestem twoją Nemezis.

– Śmiertelnym wrogiem.

– Muszę jakoś podsycać tę nienawiść.

– Hanka?

– Aha?

– Nie jesteś moim wrogiem.

– Ty moim też nie.

– Ej. Przepraszam, że tak to wszystko kretyńsko ogarnęłam.

– Nie, ty tego wszystkiego w ogóle nie ogarnęłaś.

Kot zaśmiała się przez łzy. Brzmiało to tak, jakby ktoś nagle odetkał wannę pełną wody.

– Przez ciebie będę źle wyglądać.

– E tam. Właśnie idealnie na podryw. Zobacz, jak ktoś się zakocha w tobie będącej w takim stanie, to od razu wiadomo, że to materiał na męża.

– Albo na zboczeńca z fetyszami.

– No tak.

Kot ścisnęła ją wystarczająco mocno, by Hanna już nigdy w życiu nie miała wątpliwości, kto kiedykolwiek był jej najbardziej wdzięczny. A potem puściła i stanęła krok dalej, szukając po kieszeniach paczki chusteczek. Całe nagromadzone między nimi zło rozpłynęło się w nicość i jedyne, co zostało, to naturalna swoboda dwojga ludzi, którzy znają się aż za dobrze.

W zimnej czerni podwarszawskich tuneli błysnęły światła nadjeżdżającego pociągu.

Na początku w jego stronę spojrzała tylko jedna dziewczynka. Jej rączka w czerwonej rękawiczce wskazała zbliżający się skład, a po chwili za nią odwrócili swoje głowy wszyscy ludzie znajdujący się na peronie. I nagle złamali zaklęcie, ruszając tak, jakby trenowali tę chwilę od tygodni. Poszli w stronę odpowiednich sektorów, przepychając się i podbiegając, byle tylko być pierwszymi przed drzwiami. W wezbranej fali ludzi można było utonąć – mała dziewczynka trafiła na ręce odpowiedzialnej mamy – ale tłum przepływał dookoła dziewczyn jak woda. Hanna i Kamila stały niewzruszone naprzeciwko siebie, ignorując wchodzących w ich linię wzroku podróżnych, tylko się uśmiechając.

Sekundy wydawały się trwać bez końca. Dźwięki były stłumione, jakby dochodziły z innego pomieszczenia, z którego już wszyscy dawno wyszli.

Jakie to jest wszystko… właściwe.

Hanna poczuła, że też płacze.

Ciepłe łzy chłodziły się na policzkach i, już lodowate, wsiąkały w gruby, wełniany szalik. Niknęły tak samo szybko, jak się pojawiały.

– Napiszesz czasem, co? – spytała, wycierając twarz rękawem, jak w dzieciństwie.

– Jeszcze dziś.

– To będę czekać.

Kot kiwnęła głową, wydmuchując głośno nos.

– Dobrze – potaknęła po chwili. – Ej, Hanna?

– Wiem.

– Ale…

– Wiem. Naprawdę.

Hanna mrugnęła do przyjaciółki i pokazała palcem za jej plecy. Wzięła głęboki oddech.

– Leć, bo przegapisz – dodała spokojnym już głosem, całkiem donośnie – a nie ma nic głupszego niż spóźnienie się na pociąg, na który już od dawna się czeka.

Kot pokręciła głową. Otworzyła usta, lecz ostatecznie zjadła niewypowiedziane słowa. Zmarszczyła nos i łapiąc przyjaciółkę pod rękę, poszła ku wagonom. Tam, przy odpowiednich drzwiach, przytuliła się do niej mocno, ostatni raz, i bez słowa weszła do środka.

Hanna przeszła wzdłuż peronu, równolegle do szukającej w środku miejsca Kamili, i poczekała, aż ta się usadowi. Po chwili znowu na siebie spojrzały, tym razem nie robiły żadnych min czy gestów. Na zewnątrz poważne, w środku ledwo trzymały w ryzach tornada emocji.

Obie ze wszystkich sił starały się zapamiętać ten moment do końca życia. Były pewne, że im się to uda.

Aż nagle, stanowczo za szybko, gwizdek konduktora ogłosił świt.

Gdzieś daleko, na wschodzie, na samym skraju horyzontu pojawił się skromny, złoty punkt.

Długa noc minęła i przez kilka krótkich godzin na świecie wreszcie miało być ładnie.

A tutaj, blisko, prawie że na wyciągnięcie ręki, masyw międzymiastowego pociągu drgnął i ruszył, zabierając ze sobą szybko zachodzące łzami oczy Kota.

Tył zaśnieżonego składu wsunął się w tunele podziemnego miasta i ruszył w stronę Wrocławia.

I po chwili już jej nie było.

Peron opustoszał. Kto miał wsiąść, ten wsiadł, a kto tylko przyszedł kogoś odprowadzić, najszybciej jak potrafił uciekł z powrotem w stronę swojego domu. Zostały tylko puste, papierowe kubki i stojąca bez ruchu, zamyślona dziewczyna.

Hanna poczuła, że wibruje jej telefon.

To była Kamila. Nie wytrzymała.

Każde zdanie stanowiło kolejną wiadomość, więc czytanie razem z jej tempem pisania stanowiło nie lada wyzwanie.

Pewnie stuka w enter za każdym razem, gdy słyszy stuk podkładów kolejowych.

„Dzięki, że przyszłaś. Naprawdę. Boże. Hanka, jak ja cię przepraszam za wszystko. Ale masz rację. To było nam potrzebne. Widocznie tak się miało potoczyć. Masz w sobie ogrom klasy. To, że przyszłaś. I w ogóle. Boże. Napiszę, jak dojadę, dobrze? I w ogóle będę cię informować, co u mnie. Ale teraz pewnie zasnę, wiesz? W ogóle nie mogłam zmrużyć oczu w nocy. Pewnie ze stresu. Teraz, dzięki tobie, zasnę w sekundę. Dzięki”.

Twarz Hanny rozjaśniłby szerszy uśmiech, gdyby dziewczyna nie była tak śpiąca. Znowu ziewnęła. Skierowała się ku schodom i zaczęła odpisywać:

„Nie ma sprawy. PS: gdzie walizki?”.

„Jutro znajomy zespół jedzie do Wro, to mi weźmie”.

„Cwaniak”.

„Wiadomo. Ej?”.

„No?”.

„A wiesz, że mam pracę?”.

„Jaką?”.

„Będziesz dumna. Zgaduj”.

„Przedszkolanka”.

„Idź się szurnij”.

„Nie wymyślę nic innego”.

„W agencji kreatywnej”.

„Czyli będziesz pracować w zawodzie?”

„To też trochę dzięki tobie”.

„Dobranoc, Kot. Leć spać, bo zaczynasz strasznie od rzeczy gadać”.

„Nieprawda”.

„No już, zmiataj spać. Apsik”.

„Dobranoc. Super jesteś”.

To niesamowite, jak niewiele potrzeba, by relacje międzyludzkie były zdrowe i wszystko w nich grało.

Ciekawe, czy inni na to wpadają wcześniej. Jakoś w liceum. Albo na studiach. I czy tylko ja taka opóźniona jestem.

A może tak wygląda życie? Że każdy orientuje się trochę za późno. 

Telefon wrócił do kieszeni, a Hanna wróciła do zewnętrznego świata. Ostatnie stopnie dzielące ją od rzeczywistości pokonała w podskokach. Gdy wyszła z tuneli, powietrze zaskoczyło ją rześkością. Było oczyszczające, zupełnie jakby ktoś dopiero co odkurzył świat.

Nawet trwająca od ponad dziesięciu godzin zamieć trochę się uspokoiła.

Wbiegając w jaskrawość dnia, musiała zmrużyć oczy. Słabe, choć wyjątkowo ambitne słońce rozsrebrzało Warszawę, która wyglądała niczym scena ze świątecznego musicalu.

Miejskie ozdoby bożonarodzeniowe, zgaszone w ciągu dnia, zniknęły zupełnie pod białymi czapami, a ruch uliczny odbywał się w zwolnionym, bezpiecznym dla pieszych tempie. Nawet tramwaje ciszej stukały.

W efekcie otoczenie sprawiało wrażenie poukładanego, zadbanego. Mającego sens. Niestety, to urocze spowolnienie szło w parze z totalnym paraliżem komunikacyjnym miasta, więc Hanna zdecydowała się wrócić do domu pieszo.

W taką pogodę można było w stolicy utknąć w autobusie nawet na godzinę, czasem pięć. Zresztą, nie miała daleko, a do wspólnego śniadania z Łucją, pomimo opóźnienia pociągu, zostało jej aż nadto czasu.

Poza tym musiała sobie poukładać kilka spraw. Dzięki dobremu zakończeniu sporu z Kamilą czuła się naładowana emocjonalnie i chciała korzystać z tego stanu ile wlezie. Opatuliła więc twarz szalikiem i ruszyła wąską, wydeptaną ścieżką przez ciągle zmieniający się labirynt zasp.

Choć trochę piekła ją urażona duma, cieszyła się, że przeprosiła Kamilę. Zawsze sądziła, że umiejętność przyznania się do błędu to cecha dobrych ludzi, a desperacko potrzebowała chociaż przez chwilę, na dwa oddechy, na jedno popołudnie, poczuć się dobrym, prawym człowiekiem.

Nie chciała też mieć w życiu niezałatwionych spraw ani ludzi, którzy mieliby jej coś za złe.

Co prawda decyzje podejmowane przez nią w ostatnich miesiącach nie do końca odzwierciedlały te założenia, ale teraz czuła się już lepiej, pewniej.

Wracała na właściwy tor.

Tak jakby wreszcie nauczyła się samodzielnie utrzymywać na desce surfingowej i wypływanie na morze nie kończyło się ciągłymi upadkami lub regularnym, niekontrolowanym dryfem.

Odkryła, że na ugiętych nogach, z mądrze rozłożonym ciężarem, człowiek potrafi poradzić sobie nawet z całkiem trudnymi falami.

Trzeba jednak trenować. 

Najlepiej codziennie.

Czekając na kolejne światła, Hanna zobaczyła swoje odbicie w szybach mijanego biurowca. Poczuła przypływ zadowolenia z jeszcze jednej podjętej niedawno decyzji.

Dzięki odłożonym wcześniej funduszom, pieniądze z pierwszej umowy z EPM mogła przeznaczyć na realizację kilku zachcianek. Między innymi wreszcie kupiła książki, które chciała przeczytać od kilku miesięcy. Skończyła już całą trylogię „Red Rising” i ostatniego wieczoru, po wyjściu Adama, wreszcie wgryzła się w „Ready Player One”. Nadal trochę jej doskwierał brak nowej, grubej sagi fantasy idealnej do kompletnego uzależnienia się, ale z jakiegoś powodu odczuwała głód innych gatunków i postanowiła się z tą potrzebą nie spierać.

Za pozostałe pieniądze kupiła jednak też nowy płaszcz, bo stary zupełnie nie pasował do jej biurowego stylu. Zdecydowała się na prosty, jednorzędowy, który optycznie wydłużał nogi i zwężał talię. Wiedziała, że będzie w nim dobrze wyglądać, już gdy szła z nim do przymierzalni. To był jeden z tych szalenie dobrych zakupów, których nie można zaplanować, a już tym bardziej nie można kiedykolwiek powtórzyć.

Cmoknęła z aprobatą i wyciągnęła telefon, by zrobić sobie zdjęcie. Po kilku chwilach w aplikacji VSCO fotka wzbogaciła się o finalne szlify i udane ujęcie mogło iść w świat.

Najpierw dostał je Adam.

Potem wszyscy na Instagramie.

Hanna nie czekała jednak na reakcje i komentarze. Wyłączyła aplikację przed nadejściem pierwszego wirtualnego serduszka. Nadal sprawiało jej sporą radość dzielenie się ujęciami, które uznawała za udane, ale nie miała już takiego zapotrzebowania na zewnętrzną aprobatę jak wcześniej.

Doszła do wniosku, że pewnie jesienią rekompensowała sobie w ten sposób brak sukcesów. Nie pierwszy raz w życiu odtwarzała ten mechanizm: im gorzej jej szło, tym większą odczuwała potrzebę informowania ludzi dookoła, że jest fantastycznie.

Ot, systemy obronne.

Kot ma swoje, ja widocznie też mam swoje.

I Teodor, jak widać, podobnie.

Palce Hanny po wyjściu z Instagrama natychmiast wskoczyły w wyuczony kierat otwierania tych samych kanałów społecznościowych, w tej samej kolejności, co zwykle, nawet gdy akurat nie miała na nie ochoty.

Ten dziwny, nowoczesny nawyk skutecznie szatkował jej uwagę na tatar. Średnio sobie radziła z jego opanowaniem. Inna sprawa, że nieszczególnie się starała.

Stała teraz, nadal na tych samych światłach, już po automatycznym, bezmyślnym przejrzeniu poczty i Facebooka, i patrzyła na wątek wiadomości prowadzony od miesięcy z Teodorem.

W ostatnich dniach naprawdę go przycisnęło, że muszą się spotkać i wszystko załatwić, o wszystkim się rozmówić.

Upierał się, że musi jej coś wyjaśnić.

Dziewczyna wypuściła z ust długi obłok pary.

No i co tu kryć, ma rację. Mogę go nie lubić. Mogę chcieć wykasować go ze wspomnień. Mogę nawet udawać, że nigdy się nie znaliśmy.

I tak ma rację.

Pora wszystko załatwić.

Kto wie, czy nie będziemy kiedyś przy czymś razem pracować. Albo czy nie będziemy mieli wspólnych znajomych. Ten światek nie jest w końcu aż tak duży.

„Niech ci będzie”, odpisała więc. „Dzisiaj wieczorem. Wybierz miejsce, mogę się tam stawić o dwudziestej. Ale proszę, keep it short, dobrze? Mam max pół godziny”.

Teodor zwykle odpisywał w sekundę. Tym razem potrzebował więcej czasu. Po paru minutach wysłał jej nazwę lokalu.

Uśmiechnęła się.

Jego cynizm nie zna granic.

Potwierdziła. Dała jeszcze tylko znać Adamowi, że wieczorem musi się ostatecznie rozmówić z Teodorem i że zobaczą się później.

Chłopak nie zrozumiał, ale zaakceptował. Czuć jednak było, że ta informacja zepsuła mu humor. Brak emotek, duże litery, znaki interpunkcyjne. Niezawodne sygnały, że druga osoba wkurzyła się lub złapała doła.

Hanna wzruszyła ramionami, tak jakby rozmawiali twarzą w twarz.

Też by mi to zepsuło humor, Adaś. Serio.

Nie jestem z siebie zadowolona, że tak długo trwa rozplątywanie tych wszystkich wątków, ale wiesz co? Jak tylko wrócę z tego półgodzinnego spotkania, to od razu do ciebie zadzwonię na Skypie i sobie pogadamy. 

Chcę wyleczyć nasz związek, bo to ja na niego kichnęłam i to przeze mnie jest teraz chory. Chcę być tak bardzo fair, jak tylko się da.

Ale to jest też tak, jak powiedziała mi na przyjęciu do pracy prezes Lea: prawda, na którą się nie zasłużyło, nic nie załatwia. Tak więc wybacz, Adaś, ale dzisiejsza prawda nam nie pomaga. Jest jednak potrzebna, bo oprócz naszej relacji mam swoje własne życie i w nim też muszę zadbać o różne rzeczy.

Poza tym, hej, już jest lepiej, nie sądzisz?

Obyś tak sądził.

Bo ja nie zamierzam przestać traktować cię lepiej i lepiej. Tak dobrze, że w pewnym momencie aż się zdziwisz.

Chcę być tak bardzo fair, jak tylko się da.

Hanna rzuciła okiem na zegarek w rogu ekranu telefonu i uznała, że pora przyspieszyć. Na szybko dokończyła rozmowę z Adamem i świadomie wyłączyła aplikację wiadomości. Postarała się nie włączać żadnych nowych programów.

Jej palce posłuchały, choć z trudem.

Podniosła głowę i, dumna z siebie, poszła ku przyszłości trochę ciekawszej niż to, co nieroztropnie popsuła do tej pory.

Wróciła do domu na tyle późno, że ledwo zdążyła wyskoczyć z kurtki i odwiesić ją na przewidziane miejsce w przedpokoju. Po chwili od ścian mieszkania odbił się drażniący dzwonek domofonu. Puściła jeszcze tylko playlistę ze świątecznymi piosenkami i wróciła pod drzwi.

Łucja, jak zwykle, przyszła punktualnie. Pod pachą trzymała szeleszczącą siatkę z supermarketu na dole.

– Też chcę pracować tam gdzie ty – powiedziała zamiast przywitania.

Hanna przechwyciła od niej zakupy i poszła szykować kuchnię do wspólnego przyrządzania śniadania.

– To znaczy? – krzyknęła z drugiego pomieszczenia tak, by jej głos dotarł do przedpokoju.

– Nie drzyj się – wrzasnęła Łucja tuż nad jej uchem. W przeciwieństwie do przyjaciółki, uruchamiała potrzebę porządku wyłącznie w pracy, rzuciła więc kurtkę na komódkę i po chwili bezszelestnie pojawiła się w kuchni.

Patrzyły na siebie w milczeniu – ich tysiąc siedemnasta runda mistrzostw w „kto pierwszy mrugnie po słabym żarcie”. Tym razem, ku rozczarowaniu stawiających pieniądze w nielegalnych zakładach fanów, zremisowały.

– No wiesz, niewiele korpoludków może jeść spokojne śniadania w tygodniu i potem zostać na sjestę i siedzieć w domu do dziesiątej.

– Do trzynastej.

– FML.

– Żadne „FML” tylko dogadałam z przełożonym pół dnia wolnego w zamian za nadgodziny z zeszłego tygodnia. Wiesz, ile tego mamy?

– Dużo?

– No nie, ale starcza potem na pół dnia.

Łucja skrzywiła się znad przesypywanych do szklanek trzech rodzajów mąk. Dziewczyny odkryły niedawno niezły przepis na bezglutenowe naleśniki i doszły do wniosku, że takie są smaczniejsze od normalnych. Już nie wróciły do klasycznych.

Co prawda psuły aspekt zdrowotny śniadania dodawanymi później dżemami, ale przynajmniej placki miały przyjemny, kukurydziany posmak.

– Czyli do trzynastej będziesz tu sobie leżeć?

– Pewnie tak.

– Też chcę do korpo.

– Nie chcesz, mamy marną kuchnię. Tylko jeden palnik. Nie poszalałabyś.

– Młoda jesteś, życia nie znasz. Na jednym palniku to ja takie cuda ogarniam, że mózg fikołki robi.

– Właśnie dlatego organizujemy nasze śniadania, droga pani.

– A myślałam, że dlatego, że mnie lubisz.

– No wiesz, to też.

– Swoją drogą, jak w robocie?

– Tak samo jak wczoraj.

– Szerzej pytam. Tak ogółem. Trochę już tam jesteś.

– Dochodzi miesiąc.

– O właśnie, będzie miesiąc. Masz pewnie nowe obserwacje. Dawaj. Mów mi o nich. Ciekawa jestem.

Hanna siadła na blacie z miską na kolanach. Zdmuchnęła z czoła włosy i zaczęła mieszać ciasto ubijaczką do jajek.

– Dobrze. Lepiej. Przez te wszystkie jazdy sprzed miesiąca miałam marny start, ale teraz są ze mnie zadowoleni. Więc pewnie umowa o pracę znowu ląduje na stole i będziemy o niej gadać po skończeniu okresu próbnego.

– Do kiedy masz?

– Połowa lutego.

– I co, w marcu będziesz już panią Hanną Wróbel, lat w sam raz, płacącą ZUS i zbierającą na emeryturę?

– Na razie przepuściłam pierwszą wypłatę na książki i płaszcz.

– To znak, że jesteś normalna.

Hanna parsknęła.

– Adam miał na ten temat inne zdanie.

Łucja łypnęła na przyjaciółkę znad otwieranego przez ścierkę, wyjątkowo upartego słoika z truskawkowym dżemem.

– A między wami jak?

– O widzisz, o to się na przykład nie pytałaś od bardzo dawna.

– Uznałam, że jak będziesz chciała coś opowiedzieć, to zaczniesz temat.

– To czemu teraz pytasz?

– Bo zaczęłaś temat.

Dziewczyny zmierzyły się wzrokiem i naraz pokręciły głowami. Hanna westchnęła.

– Trochę tak. Ale najpierw powiedz mi, co u ciebie.

– Ja mam grubszy temat, więc zostawiam go na koniec, bo się jeszcze trochę denerwuję.

– Nie denerwuje cię mówienie o tym, że coś cię denerwuje? Ja bym już wymiękła.

– Nie, jest okej. Ale potrzebuję jeszcze paru minut. A teraz przestań naciskać i mów, co z Adamem.

Hanna odłożyła miskę i podciągnęła kolana pod brodę.

No właśnie.

Co z Adamem.

Za oknem znowu zaczęło śnieżyć. Daniela Andrade śpiewała z głośników swoją cichą, urokliwą wersję „Have Yourself a Merry Little Christmas”. Cynamon, wyciągnięty do posypania jabłek, pachniał świętami.

– Trochę dziwnie.

Łucja nie skomentowała tej odpowiedzi i nie robiła sobie nic z przedłużającej się przerwy w rozmowie. Kroiła umyte owoce na małe kawałki i od czasu do czasu spoglądała tylko łagodnie, bez ponaglenia na zamyśloną przyjaciółkę. Zza okna dochodziło stłumione szorowanie i stukanie robót na dachu.

Czas zwolnił do tego szczególnego, leniwego tempa, które jest możliwe wyłącznie pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy nie czują się niezręcznie w momentach głębokiej ciszy.

Po kilku minutach Hanna złapała za miskę i zaczęła dalej mieszać doskonale rozrobione już ciasto.

– Nie mieliśmy łatwego miesiąca – powiedziała. – Nadal jestem pewna, że gdybym zrzuciła wtedy na Adama wszystkie tematy naraz, to zostawiłby mnie bez mrugnięcia okiem. Ale teraz czasem sobie myślę, że może to by było dla nas lepsze.

Łucja cmoknęła teatralnie.

– Ostro.

– Zrobił się bardzo czujny. Trochę dziwny. Czasem sprawdza, gdzie jestem. I ja też zrobiłam się trochę dziwna, bo zaczęło mi to jego sprawdzanie przeszkadzać. Generalnie tak sobie myślę, że nie ma nic złego w pytaniu się partnera, co porabia.

– Też tak sądzę.

– Ale on to robi jakoś tak, nie wiem. Sama nie wiem. Tak jakby spodziewał się, że zrobię coś wbrew niemu. Jakby czekał, że jestem gdzieś indziej, niż mu powiedziałam. Wygląda mi to na szukanie powodu, by ze mną zerwać. Tak jakby nie chciał ze mną być, tylko nie wiedział, jak mi to powiedzieć. Chciałby, żebym wysłała mu smsa: „jestem gdzie indziej, niż mówiłam że będę, ooo, taka ze mnie wredna baba”, a on mi odpisze: „to więcej do mnie nie pisz, ooo”.

Łucja wytrzeszczyła oczy.

– Serio?

– Takie mam wrażenie.

– To słabo.

– Słabo. Szczególnie, że przed chwilą mieliśmy drugą miesięcznicę.

– Obchodzicie miesięcznice?

– Oczywiście. Każda okazja do romantycznej kawy i ciastka jest doskonałą okazją.

– I pomimo kawy i ciastka masz takie wrażenie?

– Może to przejściowe.

– A jak ty się z tym trzymasz?

– Nieźle. Wiesz, w końcu to nie jest tak, że on sobie te obawy wyjął z kapelusza. Byłam gotowa na konsekwencje, więc oto nadeszły.

– Niby prawda, a niby nie. – Łucja złapała długą, drewnianą łyżkę i zaczęła nią ilustrować wypowiedź. – Jeśli mu wszystko powiedziałaś i za wszystko przeprosiłaś, a on te przeprosiny przyjął, to sprawa zamknięta. Skoro ci wybaczył, nie powinien się teraz czepiać. Był na to czas. Teraz już jest po sprawie.

– Czy ja wiem? Trochę go rozumiem. Też bym była nieufna, gdyby on mi tyle naściemniał, co ja jemu.

– No ale przeprosiny to przeprosiny.

Hanna nadęła policzki.

– Jeśli czegoś się ostatnio nauczyłam, to tego, by przed ocenieniem innych zastanowić się nad sobą. I mówię ci, że nie wiem, czy byłabym zdolna po przeprosinach od razu wybaczyć. Nie wiem, czy bym się sama nie dąsała. Więc rozumiem to jego dąsanie.

Łucja nie wyglądała na przekonaną.

– Trochę za mądrze gadasz jak na swój wiek, ale i tak się nie zgadzam.

Hanna zaśmiała się głośno.

– Okej, przekażę mu to.

– Wiesz, o co mi chodzi.

– Tak, wiem. I pewnie wkrótce będę interweniować, ale skoro on potrzebuje jeszcze chwili dla siebie, to chcę mu ją zapewnić. W końcu to z mojego powodu jej potrzebuje. Czuję, że coś jest nie tak, ale wierzę, że damy radę to wszystko ogarnąć. Dam radę być względem niego tak bardzo fair, jak tylko się da, bez jakichś większych poświęceń przy okazji.

– Nie czekaj za długo z interwencją.

– Nie zamierzam. Teraz lubię szybko załatwiać sprawy.

– To znaczy?

Hanna uśmiechnęła się i pokręciła ramionami, pewnie próbując lekko zatańczyć. Wyglądała jak czekający na przekąskę miś Yogi.

– Dzisiaj rano pojechałam na dworzec przeprosić i pożegnać Kota, wyszło super. Kamila jest w trasie do Wrocławia i między nami wszystko gra.

Łucja przewróciła oczami.

– Mogłaś mi dać znać, to bym z tobą podjechała.

– Wiem. I właśnie dlatego ci nie powiedziałam. Chciałam to załatwić sama.

– Chcesz o tym pogadać?

– Nie, o tym nie.

– A o Adamie? Jest coś jeszcze?

– Nie wiem, czy jest coś jeszcze. Jest dziwnie. Ale jest też fajnie. Za chwilę nasze pierwsze święta razem. Jakoś w tygodniu muszę kupić mu prezent i w ogóle. To miły czas. Potem się rozjedziemy do rodzin i chwilę nie będziemy się widzieć, to też pewnie dobrze nam zrobi. Jestem dobrej myśli.

Hanna zeskoczyła z blatu i, złapawszy patelnię, zabrała się za smażenie naleśników.

– Okej – uznała za jej plecami Łucja, nadal wyraźnie zniesmaczona zachowaniem chłopaka – ale informuj mnie proszę na bieżąco, co tam się dalej dzieje na waszym froncie.

– A co ja, prenumerata? Sama się pytaj.

Nad ramieniem Hanny przeleciała ćwiartka jabłka, która chwilę potem wylądowała na parapecie.

– Ty tak do mnie nie mów, bo ci żarcie przypalę.

– Nie marnuj jedzenia.

– Nie marnuj jedzenia czy nie brudź mi w mieszkaniu?

– No dobra, nie brudź mi w mieszkaniu.

Łucja zaśmiała się, opłukała nieudolnie wycięty z owocu pocisk i zjadła. Wytarła też parapet papierowym ręcznikiem.

Jej zachowanie i dokładność zdawało się mówić: „żart żartem, ale porządek musi być, szczególnie, że zaraz moja runda pracy”.

– Dobra, to chyba pora, żebyśmy i o moim pogadały, co? – spytała, siadając na miejscu zajmowanym przed chwilą przez Hannę. Postukała piętami o zamknięte szafki. Miała skarpetki w dinozaury.

– Pewnie tak. Mów, co ci na sercu leży.

– Nie.

– A jak dam ci naleśnika?

– Wtedy powiem.

– Poczekaj, zrobię jednego.

Hanna przelała część ciasta z miski na patelnię i próbowała rozprowadzić je równomiernie przy pomocy drewnianej łychy. Łucja patrzyła na jej ruchy ze zgrozą wymalowaną na twarzy i w pewnym momencie aż się wzdrygnęła.

– Słodki Jezu – powiedziała, zsuwając się z blatu i zabierając Hannie patelnię – oddawaj. Powiem bez naleśnika, bo nie mogę na to patrzeć.

– A ja dostanę jednego?

– Za karę nie.

– Łucja. Mów.

Łucja westchnęła.

– Chodzi o to, że nie lubię mieszkać z ludźmi, z którymi mieszkam.

Hanna przysunęła sobie krzesło i obróciła je oparciem do przodu. Siadła przy piekarniku.

– Coś konkretnego?

– Jakoś tak, ogółem. Ciągle imprezują.

– Ty też czasem imprezujesz.

– Czasem. Oni ciągle. Drażni mnie to. Chciałabym decydować, czy danego dnia mam akurat ochotę na picie czy nie. A z nimi nie mam. Czasem wracam po długiej zmianie i już po wyjściu z windy słyszę, że dziś nie zasnę, bo nie uprzedzili mnie o spontanicznej domówce. „Bo to spontaniczna domówka” – dodała Łucja, modulując głos tak, by brzmiał wyjątkowo głupio – słyszę potem od nich i szlag mnie trafia.

– Gadałaś z nimi o tym?

– Trylion razy.

– Nie pomogło, co?

– Nie bałdzo. I wiesz, na początku było fajnie, ja też podłapałam taki klimat jak z serialu. Codziennie wieczorem piwka i kanapki, głupie filmiki z YouTube’a i oglądanie filmów z lat osiemdziesiątych. Było super. Ale im to w ogóle nie mija. Ja się już napiłam tego piwa. Naoglądałam filmików. Starczy. Pora ruszyć w dorosłość, coś ogarnąć, coś wygryźć dla siebie. Nie chcę ciągle przewalać całej kasy na te durne domówki. Wolę odłożyć na własny zestaw noży. A oni chcą tak codziennie.

– Serio?

– Serio. I ja widzę po ich twarzach, że też im to już obrzydło. Ale całe to show urosło do rangi jakiejś, nie wiem, ceremonii. Obrządku. Nie ma wieczoru bez „kompilacji faili na jutubie”. Nikt w domu nie ma na nią ochoty, zresztą najlepsze widzieliśmy już dwieście razy, ale wypada obejrzeć dwieście pierwszy, bo co innego będziemy robić, więc oglądają. Tak się wspierają nawzajem w czymś, co każdy z osobna ma gdzieś. A potem mają mi za złe, że ja nie chcę. Mówią, że się boczę.

– Jak chcesz, możesz czasem wracać do mnie, nadal mam jeden pokój wolny, nawet nie musisz się zapowiadać specjalnie. Tylko wiesz, nie trzaskaj w nim spontanicznych domówek.

Łucja spojrzała na przyjaciółkę i przetarła spocone czoło rękawem. Na talerzu obok kuchenki wylądował kolejny idealny naleśnik. Rosnący stos był tak perfekcyjny, że na jego boku można było testować linijki.

– Właśnie o to mi chodzi.

– To znaczy?

– Mogę się wprowadzić?

Z dachu bloku ekipa sprzątająca zepchnęła ciężką czapę śniegu, która z hukiem uderzyła w drzewo za oknem, wzbijając w powietrze chmurę lśniących drobinek.

Dziewczyny nie zwróciły na to uwagi.

Co?

Hanna zachichotała dopiero po chwili, gdy dotarło do niej, że to nie żart. Natychmiast też wywróciła krzesło, rzucając się Łucji na szyję. Ta zareagowała na śmiech Hanny głębokim rumieńcem. Przytomnie zmniejszyła ogień na kuchence i zdjęła z niego patelnię.

– No co? – spytała gdzieś pomiędzy poczuciem urażenia a niepewnością.

– Pewnie, że możesz – głos Hanny był wysoki. Zupełnie go nie kontrolowała.

– To co rżysz?

– Bo bym w życiu na to nie wpadła. Miałam jakoś po nowym roku szukać kogoś na ten pokój i martwiłam się, że mi przypadkowa osoba wpadnie. Sto razy, tysiąc razy bardziej wolę męczyć się z tobą!

Łucja zesztywniała i przerwała uścisk. Cofnęła się o pół kroku.

– Tylko że jedna rzecz mnie martwi.

– Jaka?

– Ja może sprawiam inne wrażenie, ale trudno mi przychodzi nawiązywanie kontaktów z ludźmi i nie chciałabym, żebyśmy się przestały lubić.

Hanna ściągnęła brwi.

– Też bym tego nie chciała – odpowiedziała, jeszcze nie wyczuwając, w którą stronę zmierza rozmowa.

Łucja podrapała się po przedramieniu.

– Chodzi mi o to, jak wyszło z Kamilą. Dopiero przez pożegnanie udało się wam przestać kłócić. I chcę wiedzieć, co o tym sądzisz, bo jeśli my też mamy się pożreć, to ja wolę już szukać innej chaty. Poważnie.

Hanna chciała natychmiast zaprzeczyć. Jak najszybciej zbyć wątpliwość Łucji. Może nawet trochę zaatakować.

Łucja, co ty gadasz?

My? Kłócić? 

Ale zatrzymała się. Zignorowała instynktowną reakcję. Wyłączyła ogień na kuchence zupełnie i oparła się o szafki z tyłu. Uznała, że taka wątpliwość zasługuje na prawdziwe rozważenie, a nie tylko życzeniowe podejście.

Przyjaciółka śledziła nerwowym wzrokiem każdy jej gest. Hanna nie chciała jej dalej męczyć i zaczęła mówić, chociaż do końca nie sformułowała jeszcze myśli.

– Ja to widzę tak – powiedziała powoli, ewidentnie zbierając słowa do powstających na żywo wniosków – że z Kotem poznałam się, dosłownie, dlatego że nasze charaktery są różne. Ona nie jest dokładna, nie radzi sobie z długoterminowymi projektami i nie przeszkadza jej, że ktoś ją wyręcza. Więc do policzenia i napisania swojej magisterki znalazła przez internet mnie, kogoś kto jest aż za dokładny, kto rozumie tylko projekty długoterminowe i kto chorobliwie chce wyglądać na osobę samodzielną, o co zresztą przecież ostatnio poszło, gdy cię przepraszałam.

– To prawda.

– A my się poznałyśmy przez to, że nasze charaktery są podobne. Nie identyczne, bo to niemożliwe, ale podobne. Porządek. Detale. Obie chcemy coś osiągnąć. Sama nie wiem. Obie mamy wielkie marzenia. I mało pijemy. I fantastycznie się ubieramy. Może nam nie wyjdzie… – zakończyła Hanna, sugerując intonacją, że ostatnie zdanie ma ciąg dalszy.

– A może wyjdzie – zrozumiała aluzję Łucja.

– Ja chętnie.

– Naprawdę?

– Jak spytasz jeszcze raz, to nie.

Dziewczyny wymieniły formalny uścisk dłoni. A potem znowu się przytuliły. Bawełniana bluzka Łucji była ciepła i miękka, pachniała świeżymi perfumami.

Koiła.

Hanna nie spodziewała się żadnych prezentów przed świętami, ale właśnie dostała najpiękniejszy z nich.

Wypełniło ją wrażenie pięknego bezpieczeństwa. Tak jakby już zawsze miała wiedzieć, jak się zachować. Jakby nie musiała się już nigdy więcej bać.

Mur chroniący jej serce urósł i stał się mocniejszy. Jego budowa od kilku tygodni przebiegała bardzo szybko i bez żadnych przestojów.

Wszystko szło ku dobremu.

Po chwili Łucja wróciła do palników i wznowiła produkcję naleśników. Zrobiła zabawną minę i zaczęła gwizdać do lecących w tle kolęd.

– Ale nie myśl sobie – powiedziała znienacka wesołym tonem, już bez cienia zdenerwowania czy zwątpienia – że będę codziennie gotować.

– A ty wybij sobie z głowy, że będę codziennie sprzątać.

– Czynsz poniżej stówki, jak mniemam?

– Chyba pięciu stówek.

– Nadal nieźle.

– Euro, nie polskich złotych.

– To ja jednak wybieram moją dziwną kuzynkę w Łomiankach.

– Masz kuzynkę w Łomiankach?

– Tak, ale dziwną.

– I naprawdę będziemy razem mieszkać?

– Jak spytasz jeszcze raz, to nie.

W powietrzu czuć było rozlewającą się pomiędzy dziewczynami głęboką, ciepłą ulgę. Wypełniła ona przestrzeń w kuchni, a potem całe mieszkanie. Zgrała się razem z muzyką, z temperaturą, z zapachami. Nawet z przygotowywanym daniem się zgrała. Słodkie, kukurydziano-ryżowe ciasto w trudny do wyjaśnienia sposób uzupełniło bukiet zapachu owoców i cynamonu.

Po chwili Hanna przypomniała sobie jeszcze o lampkach, które kilka dni wcześniej przykleiła dookoła kuchennego okna. Ich światło dopełniło obrazu.

Jasne, złote punkty obramowały bajkowy krajobraz na zewnątrz.

Zatrzymały wnętrze mieszkania w idealnej, hermetycznej dioramie, stopklatce jak ze sceny świątecznej w filmie, którą trudno będzie kiedykolwiek odtworzyć z porównywalną niewinnością.

Ale na razie była wspaniała i tylko to się liczyło.

Wspólne ustalanie detali przeprowadzki zajęło dziewczynom czas do południa. Najedzone naleśnikami i opite kawą siadły na kanapie przy dużym stole i zaczęły planować. W przytulnym, pachnącym starym mieszkaniem salonie zawsze świetnie im się myślało.

Po wyrażeniu obopólnej zgody na dziwne zachowania obie spuściły ze smyczy swoje nerwice i w efekcie rozmów powstał dokładny, precyzyjnie spisany plan działań, razem z marginesami, kodem kolorystycznym, terminami i podziałami na role.

Łucja zrobiła sobie jego zdjęcie telefonem, a Hanna przyczepiła oryginał w przedpokoju.

Myślała potem o nim, zbierając się do pracy. Tego dnia nie miała serca do codziennego, ulubionego uniformu. Potrzebowała czegoś delikatniejszego. Wybrała więc zimowe botki na obcasach, grube rajstopy, ciepłe legginsy, długą i prostą sukienkę z grubej bawełny, która częściowo odkrywała obojczyki, oraz zwiewną chustę do zawinięcia wokół szyi.

Wszystko poza chustą było czarne i wyjątkowo eleganckie. Chusta była czerwona.

Do bardziej stonowanego koloru dziewczyna po prostu nie mogła się zmusić. Zbliżały się święta. A poza tym obchodziła dzień zwycięstwa w relacjach z aż dwiema przyjaciółkami i miała ochotę się tym sukcesem bezwstydnie obnosić. Nawet jeśli wyłącznie w postaci skromnego dodatku.

Proces zbierania się do wyjścia rozproszył na moment myśli Hanny. W drodze do biura znowu oddała całe serce rozpatrywaniu kolejnych punktów spisanych w planie „Mieszkanie Hanny 2: Przerzut Łucji – Projekt Autorstwa Hanny i Łucji”.

Początkowo próbowała zwalczyć tę potrzebę i skupić się na zawodowych obowiązkach, ale z czasem poddała się i oddała uwagę fantazjowaniu. Przypomniała sobie za to, nieużywany od studiów, repertuar takiego udawania pracy, że po całym dniu lenistwa wszyscy gratulują fantastycznych wyników.

Przeszła w tym celu po całym biurze, pytając, czy nikt nie ma może czegoś do skserowania, bo „i tak idzie”. Potem siadła przy kopiarkach i nikt nie zaczepiał jej przez dobre trzydzieści minut.

Będąc z powrotem przy biurku, gdy akurat korytarz za jej plecami pustoszał, otwierała w tle prywatny kalendarz i dodawała w nim nadchodzące, zaplanowane wydarzenia.

Udając, że sprawdza w telefonie godzinę, szybko czytała i odpisywała Łucji w wyjątkowo rozgrzanej konwersacji, której nie potrafiły zastopować nawet na chwilę.

Przerwę na kawę spędziła w kadrach, dopytując siedzącego tam, wąsatego kolegę o wszystkie nadchodzące spotkania, przyjazdy szefostwa i grupowe wyjścia integracyjne, by na sto procent wyliczyć czas pozostały do jej prywatnej, swobodnej dyspozycji.

Kadrowiec miał jej do przekazania kilka dodatkowych informacji związanych ze zmianami w strukturach organizacji firmy, ale Hanna zbyła go wyłącznie pytaniem o to, czy jej okres próbny odbywa się zgodnie z przewidywaniami.

Usłyszała, że owszem.

Usłyszała też, że musi się skupić i należycie przygotować, bo firma ocenia okresy próbne specjalnymi etapami i zbliża się jej drugie „review” i że lepiej dla niej, by się postarała.

Wyszła, zanim usłyszała resztę.

Przeczytała za to wiadomość od Kota, która szczęśliwie dojechała i wszystko było u niej w porządku.

Hanna nie czuła się tak dobrze od dawna i jadąc na spotkanie z Teodorem, nawet samą siebie zaskoczyła tym, jak świetny ma humor.

Inna sprawa, że prawie do ostatniej minuty spędzonej w pracy zupełnie o nim zapomniała, ale potem bez żadnych emocji wybrała odpowiedni autobus i pojechała w umówione miejsce.

Nawet kilka kroków przed wybraną przez Teodora restauracją nadal nie potrafiła zapomnieć o zamrożonej we wspomnieniach, idealnej, świątecznej, cynamonowej chwili, którą przeżyła dziś z Łucją.

Wszystko było dobrze, pierwszy raz od dawna.

I właśnie czekała ją okazja, by do listy sukcesów dopisać kolejny. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

No, może drobne.

Ale starała się w nie nie wsłuchiwać.

Zatupała przed restauracją, by otrzepać buty ze śniegu, i nacisnęła klamkę. Weszła do tego samego lokalu, w którym trzy miesiące wcześniej poznała Łucję. Przyjaciółka dziś nie miała zmiany, ale w innych okolicznościach mogli nawet na nią wpaść.

Na moją przyszłą współlokatorkę.

Śmiesznie tu być właśnie dzisiaj.

Ciekawe, czy Teodor wie, jak to miło z jego strony, że wybrał akurat to miejsce.

W restauracji pachniało krochmalem i wędzonym mięsem. Wnętrze przystrojono na szybko karłowatymi choinkami, przez co wyglądało jak z taniej reklamy pokazującej drogi, nowojorski lokal.

Chłopak już na nią czekał.

Jak zwykle nienagannie ubrany, jak zwykle prezentujący mimochodem drogi telefon i ekskluzywny zegarek. Jak zwykle przywodził na myśl bogatą osobę, którą wbito w garnitur tylko dlatego, że wypada porządnie wyglądać na odczytaniu własnego wyroku.

Jego marynarka, tradycyjnie już mająca problem z opięciem masywnych ramion, tym razem ewidentnie eksplorowała granice swojej wytrzymałości.

Urósł.

Ale w pasie koszula jakby luźniejsza. Chyba więcej czasu spędza na siłowni. To dobrze. 

Cieszę się, że nie mam już z nim kontaktu, ale fajnie, że o siebie dba. Powinien. Może to go trochę uspokoi.

Powinien poświęcać sporo czasu zdrowym metodom na obniżenie napięcia.

Hanna pomasowała nadgarstek drugiej ręki na wspomnienie dziwnej demonstracji siły, której była świadkiem w trakcie ich ostatniego spotkania.

Skinęła głową do znajomego kelnera podnoszącego pytająco kartę dań.

No dobra.

Załatwiam to szybko i wracam do domu. I natychmiast dzwonię do Adama, żeby się nie martwił.

Pół godziny.

Pół godziny i ani nanosekundy dłużej.

I ani jednej osoby, która ma mi coś za złe.

Poprawiła włosy. Od rana nosiła je w prostym koczku i skoro wyglądały nieźle, to nie czuła potrzeby dalszego ingerowania w jego kształt. Z jakiegoś powodu od paru tygodni nie chciało jej się o nie dbać z taką dokładnością jak wcześniej.

Mijając Teodora dotknęła go lekko w ramię, by się nie przestraszył. Usiadła naprzeciwko.

Chłopak spróbował się uśmiechnąć. Wyszczerzył zęby i pokazywał je tak przez moment, jakby cokolwiek to zmieniało.

W jego oczach drgnął wyjątkowo nieprzyjemny ognik i Hanna zorientowała się, że zdążyła zapomnieć, jak szalenie czujnym trzeba być w obecności tego człowieka.

Pół godziny i choćbym miała udawać zapaść, nie ma mnie tutaj, po prostu nie ma.

– Cześć – rzuciła pewnym siebie tonem. Postanowiła nie wkręcać sobie paranoi, gdy nie było ku niej przesłanek, przynajmniej póki co.

– Dobrze cię widzieć – odpowiedział. Ze wszystkich sił starał się obniżyć nerwowy, drżący głos.

– Wzajemnie.

– Namówię cię na kolację czy twardo tylko herbata?

– Może być kawa, ale nie, nie zostaję na kolację.

– Rozumiem.

To wyczerpało pierwszą część rozmowy. Zamówili. Siedli trochę swobodniej. Hanna nieszczególnie wiedziała, jak się zachowywać. Założyła więc nogę na nogę i czekała.

Obiecała mu pół godziny, więc nie wypadało wyjść wcześniej, ale nie czuła potrzeby trajkotania, skoro nie musiała.

Naciągnęła lekko sukienkę, by jej łydki nie były widoczne. Zapomniała rano o tym spotkaniu i w efekcie przyszła ubrana trochę zbyt randkowo, ale nie mogła już na to nic poradzić.

Dbała wyłącznie o to, by minimalizować efekt tej decyzji.

Niby nie jesteśmy sobie obcy, więc nie rozumiem skąd te nerwy. Ale napięcie jest takie, że mogłabym w niego rzucić łyżką i pewnie by zawisła w powietrzu, jak w filmie.

Dziwne.

Jeśli tak wyglądają przeprosiny w jego wykonaniu, to chyba nie chcę nigdy zobaczyć, jak wygląda jego prawdziwa wściekłość, nie taka w miejscu pracy, tylko taka prywatna, w domu, gdy zapomina, że mogą go spotkać konsekwencje.

O czym ja myślę?

W sumie, co za różnica o czym. Wystarczy, że tu wysiedzę. Jeszcze dwadzieścia sześć minut. 

O, już dwadzieścia pięć.

Trzymaj się Wróbel. Jak wytrzymasz, to będziesz miała nowy idealny dzień do kolekcji. Tak dobry, że wszystkie poprzednie wyblakną.

Hanna dryfowała spojrzeniem pomiędzy napiętą twarzą Teodora, ciągle sprawdzanym przez niego telefonem, a popularnym zegarkiem z IKEI wiszącym na ścianie daleko za jego plecami.

Po kolejnej minucie inny kelner przyniósł im zamówione kawy i przybił Hannie piątkę. Łucja kiedyś ją przedstawiła zespołowi i teraz traktowali ją jak swoją.

Teodor, choć przychodził tu dłużej od niej i zostawił tu stanowczo więcej pieniędzy, zasłużył wyłącznie na formalne kiwnięcie głową.

Nie ruszyło go to.

I tak traktował obsługę w restauracji jak powietrze.

On chyba wie, jak jest odbierany.

On chyba dobrze sobie zdaje sprawę z tego, że ludzie go mają za antypatyczną osobę. 

Cholera. To musi być strasznie trudne, żyć z taką świadomością. Ale, skoro wie, to mógłby coś z tym robić.

Na przykład, no nie wiem, nie być despotą. Albo raz na sto razy poprosić, zamiast wydawać rozkaz. Albo nie krzyczeć, gdy nie trzeba.

Albo cokolwiek.

Albo znowu niesprawiedliwa jestem. Rano przeprosiłam Kota za ocenianie jej zachowania, a teraz robię to samo. Sorry, Teodor. Już nie będę. 

Dam ci jednak taką wiesz, koleżeńską radę. Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to sugeruję wrzucić dwójkę i dodać gazu, bo zostało nam mało czasu.

– I jak? – zdecydowała się mu pomóc.

– Lubię tę restaurację – skomentował takim tonem, jakby faktycznie byli w połowie recenzowania popularnych jadłodajni po tej stronie rzeki.

Okej, niech ci będzie.

– Ja też. Fajni ludzie tu pracują.

– A nie wiem. Smakuje mi jedzenie. Ale obsługa faktycznie bardzo dobra, bo nie przeszkadza. Dobrze się tu pracuje. Dlatego cię tu wtedy przyprowadziłem.

– O właśnie. Powinnam ci podziękować.

Cofnął się, jakby w oczekiwaniu na atak.

– Czemu?

– Bo dzięki tobie poznałam jedną z pracujących tu dziewczyn i się zakolegowałyśmy.

– Tu nie ma kobiet-kucharek, więc masz na myśli kelnerkę?

– Tak, ale czasem gotuje.

– Dziwnie dobierasz sobie znajomych.

Co?

Czemu tak mówisz?

– Poświęcać czas na relacje z kelnerami? To nie jest rozwijające.

Hanna poczuła pełzającą irytację. Chciała odpyskować, ale tylko przewróciła oczami i wybrała na szybko kilka nadających się do dyskusji argumentów, pozbawionych personalnych wycieczek w stronę Teodora.

– Po pierwsze, ona rozwija się bardziej ode mnie, więc nie narzekam. Po drugie, czemu wyznacznikiem poziomu ambicji ma być zawód? Po trzecie, nie sądzę, by było warto spotykać się wyłącznie z ludźmi, którzy się jakoś szalenie wybijają.

Chłopak westchnął zawiedziony.

– Z tym trzecim sama się nie zgadzasz, po prostu szukałaś trzeciego argumentu, więc nawet go nie skomentuję. Z drugim, no cóż. Jeśli czyjaś praca nie jest wskaźnikiem poziomu ambicji, to nie wiem już, co nim jest. A jeśli chodzi o pierwszy argument, nie, na pewno nie rozwija się bardziej od ciebie.

Hannie przeszło przez myśl, że to chyba miał być komplement.

– Czemu tak mówisz?

Teodor znowu się zdenerwował. Jego spojrzenie wyostrzyło się i zaczęło szybciej rotować pomiędzy jej oczami, ustami, znowu oczami i jego telefonem.

– Bo gdybyś nie była ambitna i wyjątkowa, to nie zaproponowałbym ci dalszej pracy. Ponad podstawowym liczeniem tabelek, oczywiście.

Kurczę, czyli to faktycznie miał być komplement. Co za facet. 

– Dziękuję. Wzajemnie. Gdyby nie poziom stawianych przez ciebie wyzwań, w ogóle nie brałabym pod uwagę pracy z tobą.

– Tak czułem.

– Szkoda, że ostatecznie nie wyszło – podsumowała Hanna, starając się ze wszystkich sił nie brzmieć sarkastycznie. Naprawdę było jej szkoda.

– Też nie chciałem, by tak to się skończyło – powiedział Teodor rozkładając ręce, choć jego głos zdawał się dopowiadać: „ale nie miałem wyboru i jeszcze się zdziwisz”.

– Dlatego przeprosiłam.

– Doceniłem twoje przeprosiny. Ale w mojej opinii przeproszenie przez wiadomości jest niewystarczające.

– Skoro tak twierdzisz.

– Tak twierdzę.

– Rozumiem.

– Wydaje mi się, że niekoniecznie rozumiesz.

– To znaczy?

Teodor popatrzył za okno, jakby na coś czekał. Potem znowu sprawdził wiadomości na telefonie. Ostatecznie oparł go o szklankę tak, by Hanna nie widziała ekranu.

Nie podoba mi się to jego zachowanie.

Mam wrażenie, jakby specjalnie grał na czas i w ogóle nie przygotował nic na naszą rozmowę.

Może powiem, że jednak muszę lecieć, i trudno, najwyżej zablokuję jego numer i wyrzucę go ze znajomych, nie będziemy sobie składać już nigdy więcej życzeń na urodziny. Czyli w zasadzie wiele się nie zmieni.

Nie, nie zrobię tak.

Od miesiąca już tak nie robię.

Jak coś jest trudne, to nie oznacza, że jest niewykonalne. Jest trudne. Więc zepnij łopatki, szyja wyciągnięta, nos przed siebie i działaj, dziewczyno.

Działaj, bo cię zjedzą.

Hanna wyprostowała się i oparła na stole wyciągnięte do przodu łokcie, eksponując obojczyki, szyję i żuchwę, by lepiej wyglądać. Nauczyła się kiedyś tej sztuczki od znajomej modelki. Nie interesowało jej zrobienie wrażenia, ale czuła się pewniej, gdy wiedziała, że ładnie się prezentuje. Trochę tej dodatkowej siły teraz potrzebowała.

Poczuła, jak apaszka drażni ją w szyję.

Uśmiechnęła się ze spokojem.

Nawet nie musiała udawać.

– Teodor, ja naprawdę chcę, by było między nami w porządku. Podtrzymuję, że oboje zachowaliśmy się nie fair i oboje potem próbowaliśmy nie fair z tego wybrnąć. Szczerze? Traktuję to jako remis. Ale jeśli masz potrzebę jeszcze coś dopowiedzieć, proszę, ja czekam. Szanuję twoje zdanie i nie chciałabym, byśmy mieli sobie coś za złe.

Opuściła głowę tak, że gdyby miała okulary, obserwowałaby teraz chłopaka tuż znad ich oprawek.

Ten odkaszlnął. I znowu rozłożył ręce.

Strasznie nieporadny dzisiaj.

Kiedyś by mnie pewnie tym nabrał.

Coś kręci.

– Widzisz – powiedział i przełknął głośno ślinę – ja to widzę podobnie.

To ja już nic nie rozumiem. Ale nieźle mi idzie nie wkurzanie go, więc już chętnie dojadę w tym stylu do końca.

Nieźle, Wróbel.

Trzymaj tak dalej.

– Czyli wszystko między nami jest wyjaśnione, teraz po prostu dopijemy razem kawę i pogadamy o codziennych sprawach? Jeśli tak chcesz, mi to pasuje.

Teodor złączył swoje wielkie dłonie na wysokości klatki piersiowej i oparł się jeszcze wygodniej o krzesło. Rzucił okiem na telefon.

– Została nam jeszcze jedna rzecz do wyjaśnienia i masz rację, nie warto tego przedłużać. Widzisz, wtedy, w sierpniu, miałem sporo na głowie. Ale znalazłem dla ciebie czas, choć gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, to byłaś dla mnie wyłącznie ambitnym dzieckiem, nikim więcej.

– Jest między nami raptem półtora roku różnicy – dodała Hanna, nagle rozbawiona mentorskim tonem chłopaka.

– Postanowiłem jednak dać ci szansę – kontynuował Teodor, zupełnie ignorując jej wtręt – bo słyszałem od znajomych dużo dobrego. Plus miałem w głowie kilka dodatkowych projektów, które mogłyby zaowocować premiami. A nawet gdybym ich nie miał, rozbawiło mnie, że ludzie na ciebie wołali Panna Numerek i chciałem zobaczyć, jak wyglądasz.

– I dowiedziałeś się, że ja na ciebie mówię Karzeł Samuraj.

Teodor prychnął gniewnie.

– I po co do tego wracasz?

Hanna wzruszyła ramionami. Chciała się pogodzić, ale nie chciała pozwolić mu na zbyt dużo.

– Ty wróciłeś do naszych przezwisk, więc nie rozumiem zdziwienia.

– Próbuję coś ci tu przekazać, wiesz?

– Opowiedzieć od początku wszystko, co razem przeżyliśmy? Przecież pamiętam to w stu procentach.

– Nie.

– W takim razie słucham dalej, ale będę wdzięczna, jeśli powstrzymasz się od uwag dotyczących mojej osoby.

To go ubodło. Zabujał się na siedzisku, przygryzł usta. Chyba starał się nie wybuchnąć.

Na razie jest nieźle.

Ciekawe, co jeszcze mi opowiesz.

Pewnie mi teraz sprzedasz anegdotkę o tym, że kiedyś tutaj się spotkaliśmy, czyż nie? A potem, że pracujesz w firmie, do której złożyłam papiery, tylko zamrozili rekrutację?

No nie wiem, co tam jeszcze możesz powiedzieć? O, że lubię kawę?

Człowieku, piętnaście minut ci zostało.

Co ty robisz?

Na jego twarzy purpura walczyła z bladością i, przynajmniej na razie, rozsądek zdawał się wygrywać. Ledwo.

Teodor wziął głęboki oddech.

Dopił kawę.

Drżały mu ręce.

Chyba się do czegoś szykował.

Może wreszcie się dowiem, po co mnie tu ściągnął.

– Skoro chcesz konkretów, to niech będzie. Gdy cię zobaczyłem, poczułem, że możemy razem dokonać naprawdę interesujących rzeczy. Ja bym zadbał, byś ostatecznie dostała interesujący cię etat, ty z kolei zadbałabyś o zaplecze techniczne tego, co wizjonersko projektuję dla swojej korporacji.

– Mogłoby tak być, to prawda.

– Czułem, że może tak być. Znam zasady tego świata i rozumiem, jak działa. Chciałem cię przeprowadzić przez ruchome piaski czyhające na początkującego, w zamian za zagwarantowanie mi szybszego awansu.

Hanna uśmiechnęła się pogodnie.

A niech mu będzie.

Skoro ma taką potrzebę gadania, to niech sobie gada. Co mi do tego. Brać ludzi jakimi są, Wróbel. Brać ludzi. Jakimi są.

Klucz do wszystkiego.

– Okej – uznała – brzmi sensownie.

Teodor teatralnie uderzył otwartą dłonią w stół, jakby chciał całemu światu pokazać swoje bezbrzeżne oburzenie.

– Brzmiało – poprawił dziewczynę z nieładnym podźwiękiem w głosie.

Gdyby Hanna nie wiedziała, że to ich ostatnia rozmowa, że to wszystko i tak się dzisiaj kończy, pewnie zaczęłaby się martwić.

Ale teraz? Co to za różnica.

– Brzmiało – powtórzył – ale ubodły cię ponad normę zwykłe realia biznesowego świata i przy każdej okazji próbowałaś zwalić winę na mnie, tak jakbym ja miał na nie wpływ.

Hanna wypchnęła policzek językiem, trochę psując swoją pozę silnej kobiety, ale już nie mogła się powstrzymać.

Aha, czyli jednak muszę posłuchać, jakie ze mnie straszne dziecko i w ogóle kretynka. 

Fajnie.

Walczyć z nim?

Czy opłaca mi się na tym etapie z nim walczyć? 

Czy odpalam w głowie medytację w stylu zen, krzyżuję moje spirytualne nogi na aksamitnym liściu lotosu, na sadzawce zrozumienia dobra i zła, w ramach mantry zaczynam nucić „Danger Zone” Kenny’ego Logginsa, by nie paść z nudów, jak on mi będzie teraz perorować, jaki to jest szlachetny?

Nie, nie będę z nim walczyć. 

Mam dość walk o nic.

Chcesz mojej uwagi, to mi coś daj, Teodor. Chcesz sobie ulżyć, mam to gdzieś. Wylewaj, co tylko w sobie kisisz, po mnie to spłynie jak po kaczce.

I tak jestem pewna, że w jakiś zwykły, szary, zimowy wtorek o świcie obudzi cię przerażające olśnienie, że dałeś ciała i już nigdy nie będziesz mieć tak dobrego pracownika.

I każde delegowane zadanie zawsze będzie do ciebie wracać wykonane odrobinę gorzej niż byłoby przeze mnie, zanim wyrzuciłeś szansę na naszą współpracę przez okno.

Boże.

Tak na marginesie, to narcyzik ze mnie, co tu kryć.

Z tym też trzeba będzie coś zrobić.

Ale najpierw pozbędę się tego tutaj, o, świstaka burego. Niech już sobie idzie. Już prawie czas.

– Rozumiem – powiedziała tylko, ściskając usta, by się nie zaśmiać. Trudno jej było zachować powagę, siedząc naprzeciwko człowieka, który ze skończonej sprawy robi taką aferę, jakby miało od dzisiejszej kawy zależeć całe jej życie.

No, mam złą wiadomość, kolego.

Nie zależy.

Nigdy nie zależało w pełni, szczerze mówiąc.

Ale dziś nie zależy zupełnie.

– Jestem przeciwny – kontynuował po upewnieniu się, że jego telefon nadal jest, gdzie był. – Jestem przeciwny uznaniu, że to wszystko było moją winą. Szczególnie, że pomimo mojego dobrego traktowania, ty sobie wybrałaś tego lebiegę, jakby cokolwiek sobą reprezentował.

Co? 

– Ale masz rację – jego głos był coraz mniej stabilny – że nasze działania w pewnym momencie można było uznać za remis.

Nagle coś na ekranie telefonu skupiło całą jego uwagę. Uśmiechnął się drapieżnie. Jak wilk, który w ciemną, zimową noc odnajdzie zgubiony jeszcze za dnia trop ściganej zwierzyny.

Okej, mam dość.

Nie wiem, czemu to nagle zeszło na mnie i Adama, o ile w ogóle mu chodzi o Adama, ale nie mam zamiaru tego dalej słuchać. 

Skoro woli sobie esemesować zamiast rozmawiać, i do tego gada od rzeczy, wystarczy.

– Teodor, proszę. Muszę lecieć. Mów, co masz mi do powiedzenia. Czekam na jedno, ostatnie zdanie i wychodzę – powiedziała Hanna, wyczuwając mimowolnie, że coś wisi w powietrzu.

Że zaraz coś się wydarzy.

Nie czekając na jego reakcję, wstała i ubrała płaszcz. Sięgnęła po szalik.

Teodor też wstał. Oparł się ciężko na pięściach. Mięśnie na lewej stronie jego twarzy grały w świetle świątecznych neonów, zdobiących witrynę restauracji.

– Niestety – chłopak ciągnął monotonnym, upartym głosem, który łamał się coraz częściej, już prawie na każdej samogłosce – przyszło ci do głowy, żeby mnie ukarać. Żeby mnie ośmieszyć. Żeby zepsuć moje relacje z innymi. Po tym, jak mnie nie doceniłaś, jak mnie nie wybrałaś, dodatkowo zrobić scenę z wrzucaniem papierów do niszczarki tak, by potem się ze mnie śmiano.

– Wychodzę – ogłosiła Hanna, ruszając ku drzwiom.

Teodor rzucił szybkie spojrzenie za okno, prosto w paradoksalną ciemność za odbijającym się w szybie neonem, i nagle, błyskawicznym ruchem złapał przechodzącą dziewczynę w pasie.

Przysunął ją do siebie.

Przytrzymał przez jeden oddech, tylko po to, by udowodnić, że jest od niej silniejszy. Że może.

A potem pocałował ją prosto w usta.

Jego wargi były gorące i twarde.

Tak jakby nawet nimi chciał ją zranić.

Hanna nie zapanowała nad odruchową reakcją. Po całym dniu dojrzałych, przemyślanych działań zachowała się najdojrzalej, a przy tym zupełnie impulsywnie.

Z całej siły strzeliła Teodora otwartą dłonią w twarz. Klasnęło tak głośno, że odwrócili się w ich stronę wszyscy pozostali goście w lokalu.

Potem silnym ciosem łokcia w jego przedramię wyszarpała się z uchwytu i nie mogąc zdobyć się na żaden komentarz, ani wredny, ani agresywny, ani naprawdę żaden, bo ze zdziwienia nie była w stanie wykrzesać z siebie nawet pojedynczego wulgaryzmu, po prostu wyszła z restauracji, mijając na swojej drodze szpaler oniemiałej, niezdolnej do najmniejszego ruchu obsługi.

– Remis jest dopiero teraz. – Głos Teodora, głośniejszy niż potrzeba, odprowadził ją aż za próg.

Dziewczyna całym ciężarem ciała nacisnęła na szeroką klamkę i wybiegła w nieprzyjazną noc pełną sytuacji, na które zupełnie nie była gotowa.

Jak on śmiał?

Warszawa była ciemna i lodowata.

Sukinsyn.

Zbierało się na kolejną całonocną zamieć.

Jak lalkę. Po prostu mnie złapał.

Pachniało kondensującą się wilgocią.

Tak jakbym była jego własnością.

Świadomość Hanny migała pomiędzy rzeczywistością a dobrze sobie znanym miejscem, tuż przy tafli bezkresnego muru z czystego szkła, które w każdej chwili może zmieść z powierzchni ziemi przerażający ocean tych emocji, do których absolutnie nie ma teraz głowy.

Normalnie dawno by już upadła, ale po ostatnich wydarzeniach czuła się silniejsza. Jeszcze walczyła. Jeszcze nie poddawała się ani falom przerażenia, ani zimna.

Szklany mur chroniący ją przed złem był potężny i zbudowany życzliwością. Trwał więc, niewzruszony, tym razem nie naginając się nawet o milimetr.

Ale ona sama trzymała się w pionie głównie dzięki wściekłości. Drżącymi rękoma wpisywała na telefonie adres, myląc się przy każdej literce, próbując znaleźć w ogarniętym białym kataklizmem mieście jedną wolną taksówkę.

Wszystkie były zajęte.

Czuła, że musi natychmiast znaleźć się w cieple, dać się ponieść tej samej fantazji, której ulegali co wieczór wszyscy dookoła. Musi poczuć się bezpieczna, rozgrzana, za prawdziwym murem.

Musi się wykąpać i umyć zęby, i zwymiotować, i znowu umyć zęby, i zadzwonić do Adama, i do Łucji, i wszystko im opowiedzieć.

I nigdy więcej nie załatwiać żadnych sporów przez uleganie komuś. Nigdy.

Co za szuja.

Co za podły, nie mający honoru, nic nie warty, denerwujący, niedojrzały, manipulujący, niegodny zaufania, wredny, złośliwy, skończony…

I wtedy zawołał ją Adam.

– Hanna? – spytał z jakiegoś powodu, choć stał metr od niej, a raptem wczoraj obchodzili drugą miesięcznicę bycia razem. Przecież wiedział, że to ona.

Przecież widział, co się stało.

Musiał widzieć.

Czemu zadał to pytanie?

Co on tu robi?

– Adam? – spytała Hanna.

Czemu ja się go o to pytam?

– Cześć – przywitał się, zamiast powiedzieć coś innego, co ewidentnie miał potrzebę z siebie wyrzucić, ale jeszcze nie wiedział jak.

– Czy ty to widziałeś? Czy ty widziałaś, co on mi zrobił?

– Widziałem.

Hanna podeszła pewnym krokiem w jego stronę. Nawet lepiej, że tu był. Część ciepła i bezpieczeństwa przyszła do niej przez ciemność i mróz, żeby nie musiała się zmagać z falami gniewu zupełnie sama.

Bo po to tu jesteś, prawda?

Prawda?

– Zabierz mnie do domu, proszę – szepnęła wyciągając rękę w ten specjalny sposób, który bez pudła podważał jego rękę, i nie wiadomo kiedy była w całości schowana w jego ramionach, z czołem wystawionym na pocałunki.

Chciane pocałunki.

Takie, których teraz potrzebuję.

Ale Adam się odsunął.

Zrobił niepewny krok do tyłu i wsadził ręce do kieszeni, wyglądając przy tym zupełnie niepoważnie.

– Ej, co jest? – spytała Hanna, czując, jak rośnie w niej gniew.

Szalik zwisał jej wzdłuż ramion, niezawiązany wokół pokrytej gęsią skórką szyi. Co prawda zdążyła jeszcze w restauracji zapiąć płaszcz, ale wszystko powyżej linii obojczyków było nagie lub, w najlepszej wersji, osłonięte tiulową apaszką.

Fantastycznie, jeszcze do tego się rozłożę. Nic lepszego w trakcie okresu próbnego od grypy.

Chłopaku, do cholery.

Może mi pomożesz, proszę? 

– Co to miało być? – spytał cicho Adam.

– Jak to?

– Ten pocałunek.

Ciemne niebo powoli przestawało być jednolicie czarne. Srebrzyste, kłujące płatki gęstniały i zaczynały podporządkowywać sobie cały świat.

Razem z nimi na Hannę spłynęło zrozumienie.

– Adam, ty chyba żartujesz – szepnęła.

– Co to miało być? – powtórzył chłopak, patrząc to na nią, to na siedzącego nadal w restauracji Teodora.

Ten oglądał ich jak telewizję, wyraźnie zachwycony. Po ruchach jego głowy można było zauważyć, że trochę przeszkadza mu zdobiący okno neon w kształcie renifera, ale niewiele sobie z tego robił.

Tym, że łypią na niego wszyscy inni ludzie w restauracji, też się nie przejmował.

– Skąd się tu wziąłeś? – Hanna nie mogła uwierzyć w to, jak bardzo się właśnie zawiodła na dwóch osobach naraz. I w obu przypadkach do niedawna mogłaby przysiąc, że nie jest to już możliwe.

– Przechodziłem.

– Adam, do jasnej cholery. Jest minus miliard, a ty zamiast wejść do środka i skasować Teodora ciężkim podbródkowym, zamiast mi pomóc zamówić taksówkę, zamiast zrobić cokolwiek, ty chcesz teraz, tutaj, w tym minus miliardzie stopni robić dziecinne sceny i to do tego przeciwko mnie?

– Co to było za spotkanie? Czemu jesteś tak ubrana? Czemu pozwoliłaś się pocałować? – powtórzył Adam, zupełnie zafiksowany na jakiejś wynaturzonej wizji.

Hanna nie miała szansy odkryć jej bez podpowiedzi, choćby i kosmos wystąpił z niebios, i przelał się do porcelanowej miseczki.

Ale Adam właśnie takiego odkrycia z jej strony oczekiwał.

Zachowywał się jak zepsuta zabawka-zagadka, która będzie emitować wkurzający dźwięk, aż ktoś nie przypomni sobie sekwencji rozbrajającej bombę.

Albo nie wyjmie baterii.

Dziewczyna poczuła, że impet jej wściekłości powoli wyhamowuje. Zaczynało docierać do niej, że stoi z nieosłoniętą szyją w minusowej temperaturze. Przyjęła jednak tę informację tak, jakby przeczytała o niej w gazecie. Nie wzdrygnęła się z zimna.

Zrozumiała, że zaczyna mniej czuć. Wchodziła w tryb awaryjny i postanowiła poddać się swoim naturalnym odruchom. Ufała sobie i wiedziała, że dzięki temu nigdy nie wybierze złej opcji. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat ufała intuicji i wiedziała, że może na nią liczyć.

To brzmi prawie jak dojrzałość.

Wróbel, jeszcze trochę i zaczniesz przypominać dorosłego.

Rychło w czas.

Poprawiła na sobie ubrania naruszone chwytem Teodora. Zawiązała ściśle szalik, chroniąc dokładnie szyję i usta, dwa miejsca, które zawsze najgorzej reagowały u niej na chłód.

Kucnęła, przytulając się do kolan, by choć na chwilę stać się mniejszą, mniej widoczną, by pozbierać myśli.

Wzięła głęboki wdech.

Zapiekło ją gardło.

Adam chyba zaczynał płakać.

Pomimo fizycznego dyskomfortu zaczynało do niej docierać to, co właśnie ją spotkało. Została pocałowana wbrew swojej woli przez człowieka, którego nienawidzi, w tandetnej scence, którą Teodor wyreżyserował wyłącznie po to, by skłócić ją z Adamem.

A Adam dał się nabrać.

Boże.

Jak bardzo musisz mnie nie lubić, chłopaku, że pomimo bycia świadkiem tej sytuacji, pomimo poznania mojej historii, pomimo poznania Teodora, ty naturalnie nie wziąłeś mojej strony, tylko czekasz na odpowiedzi.

Jak bardzo musisz mnie nie lubić pomimo tego, że, jak sam mówisz, radzisz sobie z odbudowywaniem zaufania.

A ja sądziłam, że się uda.

Że wystarczy być tak bardzo fair, jak tylko się da, i jakoś nam się to dalej potoczy, bo fajni jesteśmy.

Okłamywałam się.

Po tym wszystkim, po tych wszystkich obietnicach szczerości zaczęłam okłamywać sama siebie. I udało mi się kłamać tak skutecznie, że dojechaliśmy na oparach paliwa do drugiej miesięcznicy.

Naprawdę jestem niezła.

Wyjątkowo duży płatek śniegu wylądował na jej szyi, tuż na granicy upiętych włosów. Zadrżała.

Schowała twarz w dłoniach.

To jest ten moment, w którym zawsze pękam. Pękam jak ten mój wyobrażony szklany mur, za którym się chowam w głowie, by nie wpadać w panikę, bo usłyszałam kiedyś o takiej wizualizacji w bajce z dzieciństwa, i do dziś nie wyrobiłam w sobie dojrzalszej ochrony przed niespodziewanym.

Fantastycznie.

Mam wtedy wrażenie, że zalewa mnie fala, a ja jestem totalnie bezbronna i potem się dławię, bo zupełnie nie wiem, jak utrzymywać się na powierzchni własnych myśli bez ciągłego zagrożenia utonięciem.

Ale teraz jest inaczej.

Mam ugięte nogi. Fale mi nie straszne. Reaguję na to, co się dzieje, i nie daję się wywrócić.

Chodzę uważnie, nie potykam się.

Teraz, wreszcie, jest inaczej.

Teraz jest mi przede wszystkim cholernie zimno, ale to dlatego, że stoję jak idiotka na powierzchni bieguna północnego w biurowym stroju, który wygląda zupełnie jak zestaw na randkę. 

Po kolei.

Po pierwsze, ubrałam szalik. Jedno z głowy.

Po drugie, w środku siedzi Teodor, który dziś znika z mojego życia. To toksyczny, niezrównoważony człowiek, z którym nie da się wygrać, bo on zawsze zejdzie o poziom niżej, więc niech gnije w ciszy, bez nagrody w postaci uwagi.

Gotowe. Drugie z głowy. Szkoda, że nie wpadłam na to wcześniej, ale już trudno.

Hanna wstała, przechodząc do punktu trzeciego. Poprawiła płaszcz, postukała butami. Schowała włosy pod wyjętą z kieszeni czapką.

Pora być tak bardzo fair, jak tylko się da.

Warszawa zaczynała wyglądać monumentalnie. Światła nawet zwykłych bloków mieszkalnych niknęły w zimowym mleku już na wysokości drugiego, trzeciego piętra. Wszystkie wyższe okna przypominały śnieżące, zawieszone na niebie telewizory, nie potrafiące znaleźć jakiegokolwiek kanału.

Zamieć gęstniała i spowijała wilgotną mgłą jedyną pozostałą dwójkę osób na całej ulicy.

Nawet samochody gdzieś poznikały.

A może tylko jej się tak wydawało?

Czuła się samotna, jak ostatnia osoba na całej planecie. Ironicznie pozostawiony przy życiu, wieńczący gatunek przedstawiciel swojej rasy, który zgasi światło i też padnie na hipotermię, bo w histerii nie poradzi sobie z ratowaniem własnej skóry.

Z tą różnicą, że tym razem Hanna wiedziała, jak wybrnąć z sytuacji.

I łamało jej to serce.

Poczuła, że też zaraz będzie płakać.

– Adam, skarbie – powiedziała – ten pocałunek to był Teodor, który zwabił tu dzisiaj i ciebie, i mnie, tylko po to, by odegrać się na mnie za to, że kiedyś go ośmieszyłam.

Adam nie skomentował. Jego usta krzywiły się, cały czas był na granicy szlochu.

Hanna stała naprzeciwko swojego szklanego muru i wiedziała, że nie jest dziś zagrożona niczym z zewnątrz. Ocean po drugiej stronie osłony szalał, pienił się i burzył, rycząc tak głośno, że aż gwizdało w jej uszach. Ale nic nie mógł jej zrobić, bo dziewczyna stała twardo. Wyprostowana i dumna. Rozumiejąc sytuację.

W środku jednak czuła, że przegrywa. Jakby sama znalazła swój własny korek na dnie serca i pociągnęła jego łańcuszek, pozwalając wszystkiemu co ciepłe i dobre z niej odpłynąć.

Patrzyła, jak nadzieja wylewa się z jej serca i rozbija o chodnik, niknie w studzience.

Czuła, że to zbyt trudne.

Niestety, czuła też, że to właściwe.

Tak bardzo fair, jak się da.

– Najgorsze jest to, że ja wiem, że ty też wiesz, że to tylko scena. Jesteś mądry, Adam. I przenikliwy. I znasz tego manipulatora lepiej niż ja. Nie masz żadnych wątpliwości, że zostałam przytrzymana i siłą zmuszona do pocałunku tylko po to, byś się zaczął czepiać. I normalnie nigdy byś się nie zaczął czepiać. Tylko Teodor mógł być na tyle dziecinny, by uwierzyć, że ktoś da się na to złapać. Ty nie jesteś tak dziecinny. Wiem, bo cię znam. Lepiej niż on.

– Nie – przyznał wreszcie Adam.

– Ale teraz nie jest normalnie, prawda?

Hanna obeszła go częściowo i stanęła, rozkładając bezradnie ręce w geście mówiącym: „skończyłam z niczym, zobacz, nie mam nic do dodania”.

Nie zostało jej już w tej chwili nic poza podnoszeniem otwartych, pustych dłoni ku niebu i pozwalaniu zamieci, by robiła z nimi, co chce.

– Teraz przez chwilę pozwoliłeś sobie na popłynięcie z wyobraźnią, że ja coś na pewno z tym glutem kręciłam, prawda? – kontynuowała bez gniewu, raczej stwierdzając fakty, niż atakując wyrzutami. – Przez krótką chwilę pomyślałeś sobie: „oho, kłótnia kochanków”, albo coś równie dziecinnego. Na ułamek sekundy zapomniałeś o tym, że rano napisałam ci o tym spotkaniu sama z siebie. Ale potem ci się przypomniało. I od razu zrozumiałeś, jakie to jest głupie. I nieprawdopodobne. A jeszcze potem poczułeś – nie pomyślałeś, a poczułeś, bo nie podejrzewam cię o podobne wyrachowanie – że może byłoby fajnie, gdyby między mną a nim coś jednak było, co?

Przestawała panować nad głosem.

Z restauracji wyszli inni goście, uchylając na chwilę drzwi. Ze środka dobiegała uszu dziewczyny świąteczna piosenka, chyba „Fairytale of New York”.

Neon w kształcie renifera świecił na czerwono i niebiesko, a lampki na witrynie sklepu obok migotały rytmicznie, to gasnąc, to zapalając się, jakby odmierzając czas do Bożego Narodzenia, skrupulatniej od małych dzieci wyglądających Mikołaja.

Do Hanny dotarło, że nie kupi Adamowi prezentu. Nie pójdzie z Łucją na rozchichotane zakupy i nie będzie się zastanawiać, ile wydać, by nie przedobrzyć, ale też nie wyjść na skąpca.

Nie wypiją z tej okazji kawy.

Adam, skarbie. 

Mogłeś wcześniej, wiesz?

Naprawdę mogłeś wcześniej, a nie przed samymi świętami, kiedy zostanę w tym wielkim mieście bez twojego ramienia i bez twoich ust.

Kiedy będę zasypiać sama, z nadmiarem czasu na czytanie książek, podczas gdy moglibyśmy tak wspaniale psuć sobie nasze prywatne plany spędzania wolnego czasu ciągłym wymyślaniem głupot do robienia we dwoje.

Tyle mogło się wydarzyć.

Tak wiele mogło nas jeszcze czekać.

I wtedy zrozumiała, że jednak się pomyliła. Tak naprawdę od początku rozmowy miała dla niego prezent i nie zostało jej nic więcej, jak tylko mu go dać.

A potem zniknie, usunie się w cień, zahaczając po drodze o aptekę, bo jeśli czuła rosnącą temperaturę już teraz, to raczej do rana się nie polepszy.

– Adam – szepnęła, podchodząc bliżej. – Jeśli aż tak bardzo cię zraniłam tamtymi głupotami, to mogłeś ze mną zerwać od razu. Ale nie chcę cię z tego rozliczać, bo idą święta, a w święta takich rzeczy się nie robi.

Hanna w nadchodzących tygodniach miała się setki razy zastanawiać jak ten świat działa, że człowiek czasem miesiącami nie musi się z niczym zmagać, a potem jednego dnia dwukrotnie odsłania przed drugim człowiekiem swoje serce na wyciągniętej dłoni i z ufnością mówi: „masz, zrób co chcesz. Bo tego wymaga przyzwoitość”.

– Haniek, nie – próbował oponować Adam, ale w jego głosie nie było przekonania. On też wiedział, co się zaraz wydarzy. Gdyby był odważniejszy, doprowadziłby do tego już przed dwoma tygodniami.

– E tam, jakie „nie”. – Hanna spróbowała się uśmiechnąć, ale sparaliżowane strachem, mrozem i zmęczeniem policzki odmówiły współpracy.

Poczuła napierające spod powiek gorąco.

Nie zostało jej dużo czasu.

Wyciągnęła telefon, by znowu spróbować zamówić taksówkę, ale urządzenie wyłączyło się z zimna i w ogóle nie reagowało na naciskanie przycisków. Wróciło więc do kieszeni.

– Może jeszcze porozmawiamy? – Głos chłopaka był słaby. Dochodził jakby z rozstrojonego radia. Zagłuszał go rozpędzający się w pustce wieczornych ulic wiatr.

Pogłaskała go palcem po policzku. Zorientowała się, że poza bolesnym pieczeniem zupełnie nie ma czucia w dłoniach.

– Nie ma o czym. Nie chcę się z tobą kłócić, bo na to nie zasłużyłeś. Ale niestety, jeśli pozwolisz mi mieć jedną prośbę, to ja nie chcę też o tym dłużej rozmawiać. Obawiam się, że mogę nie dać rady. Ty możesz teraz próbować nas obronić, jakoś nas ratować, bo właśnie do mnie dotarło, że robiłeś to już od miesiąca. Przepraszam, że dopiero teraz to zauważyłam.

– To nie tak.

Hanna pokręciła głową.

– Adaś, skarbie, pewnie do świąt się już nie zobaczymy, ale przyjmij proszę ode mnie w prezencie moje odejście. Przestańmy być parą. Nie chcę cię dalej krzywdzić, a zarazem sama nie chcę ciągle czuć się podejrzewana, choć każdego dnia, każdym moim zachowaniem próbuję zadośćuczynić za wszystko, co zrobiłam najlepiej jak potrafię. Zraniłam nas byciem zupełnie niedojrzałą, więc jako ostateczne zadośćuczynienie przyjmij proszę ten gest, który wydaje mi się teraz najbardziej dojrzałą formą troski, jaką potrafię w sobie znaleźć. Przysięgam, więcej nie mam.

Adam tym razem nic nie powiedział. Spróbował ją nieporadnie przytulić, ale ona odtrąciła jego rękę i uśmiechnęła się smutno. Od mrozu pękały jej usta. Nie zwróciła na to uwagi.

– Chciałabym widzieć inną drogę – dodała po chwili – ale chyba jest już na to za późno.

Stali naprzeciwko siebie, i tak jak jeszcze chwilę temu byli parą, ufali sobie, znali swoje ciała i swoje myśli, tak teraz znowu stali się sobie obcy. Para odrębnych ludzi, których intencje są dla tego drugiego zagadką.

Hanna pochyliła się i pocałowała chłopaka w policzek. Pobrudziła go ledwo widoczną plamką krwi, ale w ciemności nocy była zupełnie niedostrzegalna.

– Dbaj o siebie, Adaś, bo fajny jesteś.

Spojrzała w jego przestraszone, nadal nie potrafiące podjąć decyzji oczy i poczuła, że to już. Że dobiła do granicy.

Odwróciła się i razem z pierwszymi spływającymi po jej policzkach łzami weszła w odcięty od restauracyjnego blasku cień. Prosto w biały, niegościnny dla człowieka świat – łaskawy jedynie o tyle, że ukrywający w zawierusze grymasy, do których zmuszał ją ciężki, bezlitosny płacz.

Chciała zawyć, ale wstydziła się, więc sunęła przez zaspy w milczeniu. Trzymała się jedynie oburącz za brzuch, by choć trochę przeciwdziałać rozrywającym jej wnętrze spazmom smutku.

Przez cała drogę nie odwróciła się ani razu.

Wiedziała, że nie musi.

… ciąg dalszy nastąpi.

 

OSTATNI odcinek – ósmy- znajdziesz tutaj!

A w nim: jak to się wszystko skończy?

Dołącz do Sekretnej Kawiarni i podyskutuj z innymi Czytelnikami.

Oraz zapisz się do newslettera, by na pewno być na bieżąco! Użyj tego linka lub formularza poniżej.

 

A jeśli Ci się podobało i chcesz mi choć trochę pomóc…

… będę BARDZO wdzięczny, jeśli powiesz o tym serialu JEDNEJ osobie, którą lubisz. Ale TYLKO jeśli to czujesz i masz na to ochotę. Tutaj łap link do pierwszego odcinka, możesz go jej lub jemu podesłać razem z paroma słowami zachęty a ja zasalutuję Ci w ramach podziękowania pitą akurat kawą :)

Serio. Nic więcej nie potrzebuję. Zadowoleni Czytelnicy, którzy naturalnie i bez stresu, bez spiny, bez ciężkiego namawiania opowiadają o historii Hanny Wróbel swoim przyjaciołom to 100% moich potrzeb, bym czuł się spełniony!

Dzięki!

Podziękowania

Za profesjonalną opiekę i doskonałą pomoc podziękowania dostają: Kinga Kasperek (redakcja – zgłaszajcie się do Kingi jeśli chcecie, by Wasz tekst był 300% lepszy), Monika Kondela (korekta – wyłapie wszystko), Ola Korbacz (dopieszczanie detali) oraz Marzena, za strategiczną pomoc przy całym procesie.

Nisko się kłaniam wszystkim członkom Sekretnej Kawiarni. Każda rozmowa z Wami zawsze inspiruje mnie do wielu ciekawych rozwiązań. Poza tym, z takim wsparciem aż chce się tworzyć. Serio.

Pozdrowienia przesyłam członkom nowego super miejsca w Internecie – grupy Jak wydać książkę? – na której zaczynają się zbierać naprawdę fantastyczne jednostki zajarane tworzeniem, pisaniem, wydawaniem, robieniem czegoś, czego się jeszcze nie robiło. Jeśli nie siedzę na Sekretnej, to pewnie siedzę tam :)

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 
Cześć!
Nazywam się Andrzej Tucholski i pokażę Ci różne strategie na ogarnięcie życia. Pogadamy też o kulturze.

Na tym lifestyle'owym blogu eksperckim znajdziesz luźne tematy (seriale) płynnie połączone z pragmatycznymi poradami (jak się nie spóźnić przez seriale). Kanał na YouTube jest o tym samym, tylko weselej, bo mogę wymachiwać rękami.

Rozpocznij ogarnięcie!

Przy okazji, napisałem serial.



Co prawda nie taki prawdziwy, do telewizji, ale za to za darmo. "Umowy Śmieciowe" w formie powieści w odcinkach opowiadają historię Hanny Wróbel. Dziewczyna przyjeżdża do Warszawy do pracy i już pierwszego dnia wszystko idzie dokładnie nie tak, jak sobie zaplanowała. Walczy więc nie tylko o wymarzony etat, ale też z własnymi słabościami. I z sercem. I z przyjaciółmi. I z losowymi problemami. I z pogodą. I, bądźmy szczerzy, ze wszystkim innym.

Życie w wielkim mieście nie jest proste.

Powstaje zatem pytanie: czy starczy jej na ogarnięcie tych wszystkich dramatów kawy?


Obejrzyj Przeczytaj odcinek pilotażowy

Pobierz darmowe materiały do ogarnięcia życia
i dołącz do 12 000+ odbiorców newslettera!

Gdy się zapiszesz to od razu dostaniesz w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do najnowszych artykułów
  • 7 plakatów rozwijających materiały z bloga
  • 3 excele przydatne w ogarnianiu życia
  • moją prezentację z TEDx
  • bezpośredni kontakt do mnie
Chcesz ze mną współpracować?

Mój blog od lat należy do ścisłej czołówki polskich współprac komercyjnych z influencerami. Zrealizowałem na nim z sukcesem kilkadziesiąt akcji, z których każda wywołała pozytywne reakcje u moich Czytelników oraz zrealizowała postawione przez Klienta cele.

Zawsze jestem gotów porozmawiać o kolejnej, którą potem będzie można z dumą pokazać w raportach.

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to wielokrotnie nagradzany, lifestyle'owy blog ekspercki prowadzony od 2009 roku.

Poświęcony jest strategiom na ogarnięcie życia. A także kulturze, no bo jak to tak, żyć bez seriali? W skrócie oznacza to, że artykuły na lifestyle’owe tematy wzbogacone są “w środku” eksperckimi poradami z zakresu optymalizacji obowiązków, psychologii oraz strategicznego podchodzenia do wyzwań. Jeśli przychodzisz do mnie po chwilę wyluzowania, wyjdziesz z nowym pomysłem. A jeśli przychodzisz po rozwiązanie, trochę odpoczniesz :)

Informacja

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail. W przypadku palących problemów nalegam, by skontaktować się ze sprawdzonym fachowcem legitymującym się wykształceniem i potrzebnymi specjalizacjami. Ci ludzie starali się latami by móc Ci pomóc. Głupio by było teraz im na to nie pozwolić :)

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)