Autor: Andrzej Tucholski | 7 sierpnia 2017 | Komentarze:
Czas czytania: około 65 minut

Umowy Śmieciowe – odcinek szósty

Z wielką radością przekazuję w Twoje ręce szósty odcinek “Umów Śmieciowych”! Razem z redakcją napracowaliśmy się przy nim co nie miara i nie zostaje mi już teraz – jako autorowi – nic ponad wciśnięcie magicznego guzika [Opublikuj].

Czy Hannie starczy kawy na jej wszystkie problemy? Musisz przekonać się samodzielnie :)

Pozwolisz zatem, że w ramach świętowania premiery przygotuję sobie szybkie espresso.

A potem założę skórzaną kurtkę i okulary przeciwsłoneczne, i przy dźwiękach “Danger Zone” Kenny’ego Logginsa odjadę na motocyklu ku zachodzącemu słońcu.

To znaczy, no, albo to, albo w spokoju pójdę pracować nad kolejną częścią przygód Hanny Wróbel ;)

Przyjemnej lektury!

Pierwszy raz?

[Spis odcinków: pierwszydrugitrzeci, czwarty, piąty, szósty, kolejne wkrótce!]

W poprzednim odcinku

Randka z Adamem okazała się być o wiele sensowniejsza niż Hanna pozwalała sobie wcześniej zakładać. Niestety, cały czas wisiał nad nią cień groźby od Teodora, z którą nasza bohaterka – prędzej czy później – musiała się skonfrontować. Niesiona nowym uczuciem, zdeterminowana by wreszcie “wygrać Warszawę”, doprowadziła do starcia już kolejnego dnia. I wygrała je. Papiery, którymi szantażował ją Teodor trafiły do niszczarki a sam manipulant został ośmieszony przed własną firmą. Hannie nic już nie stało na drodze, by rozpocząć karierę w korporacji Louisa.

Poszła więc celebrować z Kotem, od którego się dowiedziała, że wkrótce obie nie mają gdzie mieszkać. To przelało czarę goryczy. Hanna zareagowała impulsywnie i w ciągu jednego wieczora wyprowadziła się nie mając w głowie żadnego planu na to, co dalej. Zostawiła bagaże w szafkach na Centralnym i okłamując Łucję spędziła swoją pierwszą noc bez domu u niej, na karimacie.

Gdy widzieliśmy ją ostatnio, bezradnie próbowała utrzymać się na powierzchni źle podjętych decyzji.

 

— Umowy Śmieciowe —

Odcinek szósty. Początek listopada.

 

Hanna z całej siły chciała mówić. Aż jej tchu zabraknie. Aż zmęczy język. Pozwolić swoim emocjom na upragnioną samodzielność, na posiadanie własnej pary kluczy, na wychodzenie z domu, gdy tylko zechcą. Ale nie miała do siebie zaufania.

Znowu mogło skończyć się tak jak ostatnio.

Jej wargi były całe poranione. Oblizywała je, zniechęcona, chcąc przyspieszyć proces leczenia, ale ostatecznie zawsze przegrywała i przygryzała znowu, by kolejne słowa zostawały niewypowiedziane tam, gdzie są. W gardle. Rozpuszczając się w palącą zgagę.

Czuła się coraz gorzej. Czuła się brudna i czuła, że brudzi wszystko, czego dotyka.

Każdego, z kim rozmawia.

– Jutro.

– Co? – Zamrugała, wytrącona z myśli.

– Powiedziałem, że spotkamy się jutro. Tak na dłużej.

– Aha.

– Dzisiaj zasypiam z otwartymi oczami. – Adam pokręcił głową.

Szli ramię w ramię, choć równie dobrze mogliby iść osobno. Rozmawiali od paru godzin, to przy obiedzie, to przy kawie, to na spacerze. Nie pamiętała o czym.

Czymś ją rozśmieszył. Nie pamiętała czym.

Ich dłonie rozmijały się częściej niż zazwyczaj.

– Okej.

– To już drugi raz, wiesz?

– Drugi raz co?

– Że nie słyszysz, co mówię.

– Przepraszam. Rozkojarzona jestem – szepnęła, owijając się ściślej szalikiem.

Skuszona słońcem zostawiła w szafie zimową kurtkę, wybierając sweter i płaszcz. Teraz trochę żałowała. Wietrzna pogoda kradła jej ciepło spod ubrań podmuch za podmuchem.

Mimo wszystko, nawet marznąc, bardzo nie chciała wracać do domu.

Przy ludziach była zamyślona, ale bez ludzi nie było jej wcale.

Chcę z nim teraz być, bez końca, ale też nie chcę z nim być, nie teraz, bo znowu coś powiem nie tak, wkopię się głębiej, popsuję to bardziej, ale nie chcę być sama, pomyślała.

Przygryzła usta.

Poczuła smak krwi.

Adam wyrzucił pusty, papierowy kubek po kawie. By go nie zwiało, wsadził rękę prawie po łokieć do śmietnika. Pomimo rozgrzewającego twarz słońca, wiatr dął z siłą zdolną wywrócić wyjątkowo drobnego człowieka. Suche liście wirowały wysoko nad ulicami.

Hanna zadrżała. Adam poprawił czapkę.

Była złoto-czarna z dużym napisem „Hufflepuff” na czole. Absolutnie nie pasowała do jego eleganckiego, biurowego płaszcza, ale bardzo ją lubił i nie było siły w kosmosie, która skłoniłaby go do rozpatrzenia innego nakrycia głowy.

– Wiem, skarbie, wiem, że jesteś rozkojarzona. Od dwóch tygodni.

– Nie przesadzaj.

– Nie przesadzam.

– Przesadzasz.

– A jak się spytam, o czym teraz rozmawialiśmy, to powtórzysz kilka losowo zapamiętanych wyrazów i wyjdzie na to, że wcale nie byłaś rozkojarzona?

Uśmiechnęła się. Zapiekły ją od tego świeże ranki na wargach. Cwaniak.

– No pewnie – odpowiedziała.

– Tak czułem.

– Przecież mnie znasz.

– Ostatnio jakby mniej.

– Co?

– Nieważne.

Pokręciła głową.

– Okej.

Nie dosłyszała ostatnich słów Adama, ale nie chciała dopytywać. Wiedziała, że już nie odratuje tego spotkania.

Czuła się słabo, tak jakby od kilku dni w ogóle nie spała i wpadła w ten szczególny stan awaryjnego poboru energii, w którym człowiek słyszy dźwięki tak, jakby były stłumione poduszką.

Martwiło ją, że tak ma, choć od kilku dni śpi po dwanaście godzin dziennie.

Oby do jutra minęło.

Musi minąć.

Wrócę do domu, wezmę prysznic, rozpuszczę cztery aspiryny, zjem, pójdę wcześnie spać, to i szybciej będzie ranek. Może się wszystko wreszcie unormuje.

Może to wszystko skończy się dzisiaj?

Chociaż nie chce mi się jeszcze spać. 

Hanna spojrzała na usianą antenami linię dachów po drugiej stronie ulicy.

Tak w zasadzie to wolałabym, żeby teraz padało. Żeby ciężka, wyziębiająca ulewa przygwoździła mnie do ziemi i nie pozwalała mi poczuć ciepła, zupełnie, już nigdy. Tak jak w powieści Jakuba Żulczyka. Wolałabym potop z nieba. Taki, który runie bez ostrzeżenia i wszystko zaleje.

Przynajmniej byłby pretekst, żeby szybko pójść do domu. Puściłabym film i moglibyśmy być razem i nie rozmawiać. Naraz.

Aż utoniemy.

Ech, Warszawo.

Jak na złość, prawda?

Wielkie niebo rozpościerało nad miastem krwawo-złoty kobierzec, a powietrze, przyjemnie chłodne, pachniało porankiem – nie zmierzchem.

Ludzie idący na autobus pozwalali sobie na rozpięcie kurtek. Dzieci upierały się, że to idealna okazja na ostatnie w tym roku wyjście na rower. Pary na randkach wybierały się na spacery zamiast do kawiarni.

Wczesny listopad w Warszawie to hazard, w którym szanse zawsze wypadają na niekorzyść grającego. Dziewięć na dziesięć prób daje brudną melancholię. Jedna, o którą wszyscy się modlą – pożegnalny całus lata. Cichy finał przed długą, ciemną zimą.

Skuszeni podmuchami ciepła przechodnie pozwalali więc sobie na zamykanie oczu i bezwiedne zmiany kierunków. Wpadali na siebie, przepraszając wesoło. Uśmiechali się.

Szaliki trzepotały im przy szyjach niczym kolorowe proporczyki.

Adam się nie uśmiechał.

– Ale mi się nic nie chce – jęknął, tłumiąc ziewnięcie.

Hanna zakręciła resztką kawy w swoim kubku i wzięła łyk. Napój był już zimny, ale przynajmniej trzymanie go pozwoliło jej robić coś z rękoma. Poza tym subtelnie kupował dodatkowe sekundy na wymyślanie odpowiedzi.

Odkąd w atmosferze kłótni wyprowadziła się od Kota, nauczyła się czekać, dawać sobie chwilę, myśleć nad tym, co chce się powiedzieć. Jak na razie to był jej jedyny konstruktywny wniosek, odkąd zaczęła wszystkich lekko okłamywać.

Początkowo nie szło jej to zupełnie. Z czasem się wyrobiła. Dziewczyna nie wiedziała już, czy była to wina jej lenistwa, czy tchórzostwa, czy zwykłego zagapienia, ale to zastanawianie się, zamiast załagodzić sytuację, doprowadziło przede wszystkim do zwiększenia kalibru kłamstw. Z lekkich na średnie. I zaczęła rzucać nimi jakby częściej. Nawet gdy nie musiała.

Dopiero później przestała wymyślać nowe półprawdy, ale wtedy było już za późno – nie bardzo wiedziała, jak z twarzą wybrnąć z dotychczasowych nieścisłości. Próbowała kilka razy zwyczajnie, szczerze wytłumaczyć sytuację. Ale za każdym razem orientowała się, że w jakimś niepotrzebnym potoku nieprawdziwych wyjaśnień, oparła jedną nieprawdę na drugiej nieprawdzie. I wszystko się plątało.

Zawsze zostawała najlepsza opcja, czyli zburzenie całego domku z kart jednym, silnym uderzeniem, ale aż tyle odwagi Hanna w sobie nie miała. Ani na początku, ani później.

I nie robiła nic, by zacząć mieć.

Wielokrotnie próbowała przeanalizować ten problem, używając metod znanych z logiki. Wróciła pamięcią do studiów, do wykładów z teorii podejmowania decyzji. Rozpisała na kartce wszystkie plusy i minusy różnych strategii i spróbowała przewidzieć ewentualne scenariusze rozmów. Nie pomogło.

Wyszło jej, że najlepszym rozwiązaniem byłoby nie skłamać ani razu, zaczynając od sierpnia. Drugim najlepszym byłoby nie skłamać ani razu, zaczynając od wyprowadzki od Kota. Trzecim najlepszym rozwiązaniem byłoby nie kłamanie chociaż na temat przeprowadzki, tydzień temu, ale ten pociąg też już dawno odjechał i Hanna nie miała jak do niego wsiąść, nawet gdyby starała się ze wszystkich sił.

Czuła się zaszczuta i, co gorsza, wiedziała, że do rogu zapędziła się zupełnie samodzielnie.

Nie chcę, żebyście wiedzieli, jaką jestem niedojdą.

Nie chcę.

– Mówisz, że praca w korpo to nie tylko relaks i drinki z palemką? – rzuciła, siląc się na swobodę w głosie.

– Niesamowite, nie? Że też nikt wcześniej mi nie powiedział.

– Jak w kontrakcie byłoby napisane, że będziesz ciężko tyrał, to w życiu byś nie wpadł, że oni naprawdę mieli na myśli ciężkie tyranie, prawda?

– Daj spokój, każdy by podejrzewał, że to sekretne określenie na wieczną balangę.

– Straszni oszuści.

– I szuje.

– A może skoczymy do kina?

Adam parsknął i rozmasował powieki.

– Hanka. Zasypiam. Ciągle ci przypominam.

Faktycznie.

– Faktycznie.

– Słuchaj mnie czasem, proszę.

– Przepraszam.

– Kiedy indziej spotkamy się na dłużej. Serio. Ten ostatni projekt wyssał ze mnie przynajmniej miesiąc życia. A ty jutro zaczynasz pracę, więc też nie zaszkodziłaby ci chwila dla siebie, dobrze myślę?

– Masz rację.

– Widzę, że nie chcesz wracać. I ja to rozumiem.

Hanna oderwała wzrok od rozmoczonych resztek ciastka na dnie swojego kubka i napotkała zmęczone, pełne otuchy i wsparcia oczy Adama. Tym razem w ich zieleni było coś jeszcze, ale nie potrafiła stwierdzić co. Jej serce łomotało trochę mocniej niż zwykle. Nie była w stanie stwierdzić, czy to przez miłość, czy strach.

– Tak? – spytała, nie zdążając na czas ukryć nadziei w głosie.

– No jasne. – Rozłożył ręce. – Masz nowe mieszkanie. Jutro nowa praca. Ja też dla ciebie ostatnio nie miałem czasu.

Na szczęście.

– Ja dla ciebie też nie.

Uśmiechnął się smętnie.

– Pewnie dlatego jako tako dajemy radę. Ale powiem ci, że ten listopad jest jakiś przeklęty, mi się wydaje. Wszyscy w robocie zmęczeni. Parę osób chorych. Nikt się nie śmieje.

– Ja się śmieję.

– Czasem.

– Ale się śmieję.

– Ale ze mnie, a to się nie liczy.

– No dobra.

– Z największą chęcią spędziłbym z tobą dzisiaj więcej czasu, ale serio, jest niedziela, a ja trzy godziny temu wyszedłem z roboty. A jutro mam na dziewiątą. Ty masz na którą? Też dziewiątą?

– Dziesiątą.

– Ale się dłużej szykujesz.

– To prawda. Masz rację. Wyśpijmy się dziś.

– Zaklepujemy przyszły weekend tylko dla siebie?

– Odpocznij, ja też odpocznę i jutro się złapiemy na jedzenie.

– Mogę nawet wziąć piątek wolny z nadgodzin.

– Jaki piątek?

– Za tydzień.

– Ja nie będę mogła, to będzie mój pierwszy piątek.

– Wiem, ale ja i tak go wezmę, i ogarnę prywatne sprawy. I wtedy cały weekend spędzimy tylko we dwoje. Co ty na to? Tylko my i nikt inny. I się zaszyjemy pod kołdrą, i przez dwa dni nie wyjdziemy. I cię z rąk nie wypuszczę. I się nagadamy, opowiemy sobie wszystko, na co wcześniej nie mieliśmy czasu. Pomogę ci z ogarnięciem mieszkania. Może być?

Coś, co chciało się wydostać z serca Hanny, rozpracowało wreszcie budowę zamka i otworzyło sobie drogę na zewnątrz. Przy wszystkich innych ranach i dziurach nabytych w ostatnim czasie to było już o jedno uchylone okienko za dużo. Przez nieszczelne serce dziewczyny przeszedł bolesny przeciąg.

Zapiekło.

– Jasne – szepnęła, słabsza od wiatru. Nie miała siły się powtarzać, więc dodatkowo kiwnęła głową.

– Wspaniale. – Adam uśmiechnął się i strzelił w powietrze z dłoni złożonych w pistolety.

Jego mina i zachowanie natychmiast zamknęły to nieszczęsne, zbędne okienko i podkręciły kaloryfery. Hannie błyskawicznie zrobiło się lepiej. Nigdy nie wiedziała, jak on to robi, ale bardzo lubiła, gdy to robił.

Na szczęście Adam zawsze ostatecznie zachowywał się tak, jak trzeba, bez zaglądania do środka. Nie wiedział, że nie chodzi nawet o jakieś jedno okienko, tylko że wszystko w jej sercu jest pełne dziur i poważnie przecieka, nawet pomimo ich nieudolnego łatania czarną, paskudną smołą.

Nie miał podstaw, by spytać, jakim cudem ktoś to biedne serce tak zdemolował w tak krótkim czasie. Nie widział tego, a i tak pomagał. Hanna była mu za tę troskę bardzo wdzięczna.

Niestety, tuż za wewnętrznym ciepłem skradał się nieodłączny ostatnimi czasy strach. Dziewczyna zupełnie nie radziła sobie z myślą, że to wszystko jest już tylko grą. Miłą fikcją, czekającą na opadnięcie teatralnej kurtyny.

– Po prostu nie chcę się z tobą rozstawać – powiedziała, tym razem głośniej, biorąc pod uwagę wichurę.

– Gdybyś nie chciała się ze mną rozstawać, to może byś mnie trochę bardziej słuchała, co?

To był żart, ale wyjątkowo gorzki.

– To nie jest tak, że ciebie nie słucham.

– Nie słuchasz.

– Po prostu mam swoje problemy.

– A opowiesz mi o nich kiedyś?

Mogę teraz? Żebyś od razu mnie zostawił i żebym nie musiała mówić ci więcej bzdur, tylko dlatego, że tchórzę?

– Kiedyś.

– Jak będzie czas?

– Jak nadarzy się okazja.

– No to hej, tym bardziej się cieszę na ten weekend za tydzień. Wtedy sobie odpoczniemy i zbierzemy siły na resztę jesieni. I nagadamy się. I wszystko mi opowiesz.

– I co, spędzimy cały ten czas ze sobą?

– Każdą minutę.

Ale ja nie wiem, czy ja tak chcę każdą minutę. Przecież przy tobie jestem zamyślona. Chociaż, z drugiej strony, bez ciebie nie ma mnie wcale. Ale przy tobie jestem zamyślona, bo jaka mam być?

Jak ty nawet nie wiesz, co się naprawdę stało. Jak ja już sama nie wiem, jak z tego wybrnąć.

Adaś, pamiętasz naszą pierwszą randkę? 

Opowiedziałam ci na niej o moich trzech przyjaciółkach. Jedna dostała fajną fuchę w Poznaniu i zupełnie zniknęła ze świata. Całe studia gadała o tym, że skasuje Facebooka, jak tylko obroni magistra, no i dotrzymała słowa. Dwie pozostałe zostały w Lublinie, tak jak ja. A potem ja też wyjechałam. Rzadko rozmawiamy. Chyba liczyły na to, że w przeciwieństwie do tej, co pojechała do Poznania, ja nie zdradzę naszej paczki.

I ja najpierw źle rozegrałam sprawę z tą pierwszą, bo jej obiecałam, że choćby nie wiadomo co, to ja ją będę odwiedzać w tym Poznaniu. Ale potem jej kosztem wybrałam jednak te dwie z Lublina. Głównie dlatego, że całej trójce opowiedziałam różne wersje paru wydarzeń i potem nie potrafiłam już z tego wybrnąć.

Tym dwóm też zresztą coś opowiedziałam nie tak, jak powinnam. Nie chciałam, by zerwały ze mną kontakt tak jak z tą z Poznania. Ale potem rzeczywistość w Warszawie mnie trochę przerosła i zaczęłam zachowywać się inaczej i też tego nie odratowałam.

Przeprosiłam każdą z nich, ale nie zadziałało. 

Nie radzę sobie z relacjami, Adaś.

Przepraszam, naprawdę.

Tak bardzo chcę, żebyś zrozumiał. Ale ty nie zrozumiesz. A ja nie mogę ciebie stracić.

Nie mogę stracić Łucji. 

Jej też nakłamałam, wiesz?

Może lepiej pogadajmy przed tym weekendem, żebyś zostawił mnie wcześniej, to przynajmniej nie będziesz miał potem zmarnowanych dwóch dni wolnego? 

Szkoda tych dni na mnie.

Wpatrzona w swoje buty Hanna nie zauważyła, że Adam od paru kroków nie odrywa oczu od jej twarzy. Gdy zwróciła na to uwagę, było już za późno.

Chłopak płynnym krokiem odwrócił się tyłem do kierunku, w którym szli, przeciął jej drogę i złapał dziewczynę w pasie.

Podniósł.

Przytrzymał.

Mimochodem pocałował w nos.

Ściskał tak długo, aż przestała się szamotać. Aż dościskał się przez skórę do jej ciepła, do jej wszystkich strachów i kompleksów, wszystkiego, co było nie tak. Aż dotarł do jej brudnego serca i to serce też lekko pocałował.

Serce zostawiło na jego ustach brzydki ślad.

Dopiero wtedy dziewczyna pisnęła cicho. Choć jej twarz i tak była rumiana od chłodu, teraz już zaczerwieniła się zupełnie, razem z uszami.

Nie zasługuję na to.

– No i co ty robisz? – spytała, nie kryjąc zawstydzenia.

– Kradnę.

– Miałeś nie mieć siły.

– Na to zawsze mam.

– I co teraz zrobisz?

– Wezmę do siebie, okryję kocykiem i utulam.

– I nakarmisz?

– I nakarmię.

– Weź mnie puść, bo się potkniesz.

– Ja się nigdy nie potykam.

– Adam.

– No dobra. Zawsze się potykam. – Chłopak zaśmiał się swobodnie i odstawił dziewczynę na chodnik. Pocałował ją jeszcze na pożegnanie w czoło i wrócił na swoje miejsce przy jej lewym ramieniu. Znowu poprawił czapkę. Ciągle mu spadała. – Musimy trochę popsuć tę twoją powagę – powiedział, gdy się uspokoił – bo jeszcze kilka takich tygodni, zapuścisz wąsa i zostaniesz wojewodą.

– A może ja jestem taka ponura?

– Nie, nie jesteś.

Nie, nie jestem.

– A skąd ty to niby wiesz?

– Bo ja wszystko wiem. Tylko mało mówię.

– Bo mało myślisz?

– Bo jestem dżentelmenem.

– I co takiego niby wiesz, tylko nie powiesz?

– Wiem, kto zabił Kennedy’ego.

– A oprócz tego?

Adam wskazał palcem przed siebie.

– Jak przejdziemy przez to skrzyżowanie, to będziemy pod twoim nowym domem.

Hanna pochyliła głową, z niedowierzaniem, sprawdzając mijaną przecznicę.

– Serio?

– Sprawdziłem w pracy na mapkach okolicę, żeby wiedzieć, jak wygodnie dojść od ciebie do metra.

– To nawet ja jeszcze tego tak nie sprawdziłam.

– Widzisz, jestem ci potrzebny, a ty nie chcesz ze mną spędzać czasu.

Hanna w ostatniej chwili zorientowała się, że to żart. Ostatnio dosyć łatwo wpadała w panikę z powodu zwyczajnych przepychanek słownych. Wczoraj o mało co się nie rozpłakała, gdy na wysłany Adamowi nieśmieszny żart dostała odpowiedź: „więcej z tobą nie rozmawiam”.

Wzięła głęboki oddech.

Wyrównała krok.

Faktycznie wyszli z bramy tuż przy klatce schodowej jej nowego bloku. Nieopodal stukał skręcający tramwaj. Gdzieś daleko ktoś śpiewał „Sto lat”. Okolica zdawała się bardziej przytulna od poprzedniej. Samochody zaparkowane przodami do elewacji były co prawda starsze, ale w oknach mieszkań paliło się więcej ciepłych świateł.

– Jutro na lunchu? – spytał Adam.

– Jutro na lunchu.

– Wszystko mi opowiesz?

Nie wszystko.

– Wszystko.

Uśmiechnął się, znowu, tak jak tylko on potrafił. Tym razem w jego oczach nie było już nic poza troską. Albo o czymś zapomniał, albo to coś przerobił w myślach i przestał się martwić.

Też chcę tak umieć jak ty. Przerobić coś w myślach. Nie mieć problemów. Dojść do jakichś wniosków. Mieć spokój, czystą głowę, perspektywę na przyszłość, lepiej podjęte decyzje.

Łucja też tak ma, wiesz? Łucja też ma sporo problemów, ale za każdym razem nazywa je po imieniu, bez stresu, odważnie i w efekcie szybko robi swoje. Nigdy mi o żadnym z nich nie mówi. Nawet wybieranie ubrań jej lepiej wychodzi.

Tylko ja nie umiem.

Tylko ja zostałam jedną taką niedojdą między wami.

Nie chcę, żebyście wiedzieli, jaka ze mnie niedojda.

Wystarczy, że ja się dowiedziałam.

– Co? – spytał Adam, zdziwiony jej spojrzeniem.

– Nic – odpowiedziała Hanna, niezgodnie z prawdą.

Chłopak cmoknął i uniósł brwi.

– Może mi się przywidziało. To co, do jutra?

– Na lunchu.

Adam nachylił się do pocałunku. Hanna też, ale w ostatniej chwili przeszło jej przez myśl, że pewnie znowu go ubrudzi, tak jak przed chwilą. Znowu zostawi na nim jeszcze jedną niepotrzebną emocję.

Przecież on się na to nie pisał.

Przechyliła głowę w uniku, trochę zbyt wolno, przez co pocałował ją w kącik ust. Tak jakby próbowała mu tym gestem powiedzieć: „widzisz, można mi w stu procentach, naprawdę, zawsze, bez pudła, jak w banku ufać. Chyba.”

Westchnęła ciężko.

Wróbel, głąbie.

Ogarnij życie.

Adam skrzywił się, ale nic nie powiedział. Pomachał tylko na pożegnanie i poszedł ku stacji metra. Nie odwrócił się po paru krokach, choć zawsze to robił. Nie zobaczył, że Hanna nie zaczekała, aż ostatni raz jej pomacha, choć też zawsze to robiła.

Przeciwnie. Już po chwili dziewczyna biegła po schodach, prosto do swojego mieszkania, jakby uciekała przed tsunami. Jej kroki niosły się po powojennej klatce głośnym echem.

W środku zamknęła za sobą drzwi na wszystkie trzy zamki i dopiero wtedy pozwoliła sobie na oddech.

Jeden.

Nie więcej, bo zaczęłaby myśleć.

Dziś nie mogła myśleć.

Jutro miała zacząć pracę.

W ciszy mieszkania poczuła, że w głowie powoli rusza jej zwyczajowy dialog samej ze sobą. Pytania o przeszłość. Wątpliwości dotyczące przyszłości. Smutki związane z Adamem.

A przecież Łucja też nic nie wie.

Zadrżała i, nie czekając na dalszy rozwój tych tematów, uruchomiła klasyczny, przetrenowany setki razy, domowy protokół. Ruszyła w taniec wyuczonych gestów i drobnostek, które bez pudła zajmowały jej głowę na tyle, na ile akurat potrzebowała urlopu od samej siebie.

Zadrżała od nagłej zmiany temperatury i poświęciła pełną uwagę skrupulatnemu wykonywaniu kroku za krokiem.

Zdjęła buty i ułożyła je równo względem innych. Wzięła wysoką, starą szczotkę i szybko zepchnęła naniesiony piasek z powrotem na wycieraczkę. Rozebrała się do bielizny i od razu podzieliła zdjęte ubrania do czterech kubłów: czarne, ciemne, jasne, białe.

Poprzesuwała przedmioty w kuchni i w pokojach, choć podobny zestaw ruchów wykonała rano, więc dużo tego nie było.

Nastawiła sobie wodę na herbatę i podłączyła do ładowania leżący obok łóżka laptop. W tym mieszkaniu miała wannę, więc zatkała ją korkiem i napuściła do niej gorącej wody.

Wróciła do kuchni, wrzuciła do kubka torebkę czarnej earl grey i zalała ją wrzątkiem. Przeszła z naczyniem do łazienki i tam ściągnęła też bieliznę.

Majtki i stanik od razu wrzuciła do kubła z czarnymi ubraniami.

Stanęła naprzeciw lustra.

Poczuła, że jej mechaniczne ruchy, wyuczona automatyka, jej awaryjny protokół bezpieczeństwa pękają i zaraz zorientuje się, że wcale nie jest w domu, tylko stoi, sama, naprzeciwko kruchego, szklanego muru oddzielającego ją od wzburzonego, targanego wściekłym sztormem oceanu emocji.

Boże, co ja mam teraz zrobić?

Ale jeszcze się trzymała.

Jeszcze udawało jej się dusić myśli w zarodku. Jeszcze była wierna swojej podstawowej zasadzie, że choćby nie wiadomo co się działo, nie wolno płakać.

Jeszcze się patrzyła w swoje odbicie i rozczesywała coraz gorzej wytrzymujące stresujący okres włosy. Sporo zostawało na szczotce. Wychodziły nieregularnymi kępkami, każdego dnia coraz więcej.

Nie odrywała wzroku od swoich oczu, by nie dostrzegać zniszczonych, popękanych ust.

By choć na chwilę zaprzeczyć istnieniu chorobliwej bladości niezdrowej skóry, wywołanej przez bezsensowną, ubogą w składniki odżywcze dietę.

Patrzyła w swoje oczy i nie miała poczucia, że widzi w nich siebie. Ale oczy nadal były ładne. Kształtne. Zawsze je lubiła. Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, były wesołe. Wspaniale uzupełniały jej twarz. Rozjaśniały każde zdjęcie.

Nawet na Instagrama od dawna nic nie wrzuciłam. Co ja mam tam pokazać, kolejne kłamstwo?

Dzięki ruchliwym brwiom potrafiła non stop robić śmieszne miny, a dzięki jakiemuś trudnemu do wyjaśnienia zbiegowi okoliczności nie miała z tego powodu kompleksów. Całe studia rozśmieszała ludzi bez słów. Najczęściej wtedy, gdy nie powinni się śmiać. Raz nawet rozśmieszyła panią profesor.

Ostatnio jej brwi nie poruszały się w ogóle. Z min trenowała wyłącznie podbródek – żeby nie drżał ciągle od nadmiaru emocji.

Właśnie.

Chyba zaostrzyły mi się rysy twarzy.

Hanna znowu zatamowała wzbierający potok myśli. Jeszcze nie skończyła przygotowań. Jeszcze nie sfinalizowała protokołu.

Jeszcze chwilę odpoczywała i nie musiała przyznawać się przed samą sobą, że wszystko idzie nie tak, jak powinno.

Jeszcze nie zadawała sobie pytań.

Pytania będą później. Tuż przed snem, żeby krótko trwały.

Może jutro obudzę się zdrowa. Ale to dopiero jutro. Dzisiaj kąpiel i ciepło, i aspiryna, żebym się nie rozłożyła, i sen. 

I tyle.

Ale szczotkę odstawiła. Podłożyła ręce pod brodę i naciągnęła skórę szyi. Obróciła się kilka razy, by sprawdzić, jak wyglądają jej ramiona. Rzuciła okiem na lustrzane odbicie obojczyków.

Spojrzała w dół, na kolana.

Schudłam.

Znowu.

Mętny, gniewny ocean emocji naparł na trzeszczący od napięć mur. Zbudowany z nawyków, z wykonywanych bezwiednie czynności, falochron wytrzymał, ale ledwo. Ostatnia linia obrony przed skonfrontowaniem się z rzeczywistością już nie była nieugięta.

Jej upadek stał się wyłącznie kwestią czasu.

Ale Hanna udawała, że jest inaczej.

Musiała, bo alternatywy po prostu nie było.

Wyjęła z kubka woreczek z herbatą i wyszła z łazienki, trzymając pod nim dłoń, by nie kapało na stary parkiet. Wyrzuciła go do śmieci i umyła ręce. Otworzyła laptop, wpisała hasło i uruchomiła Spotify.

Wybrała playlistę „Happy Returns” i tylko lekko się skrzywiła na ironię sytuacji. Kliknęła, by piosenki leciały losowo. Wróciła do łazienki. Muzyka zza zamkniętych drzwi miała idealną głośność.

Wody w wannie było już wystarczająco dużo, by się zanurzyć. Rury w bloku były stare i ciśnienie zostawiało sporo do życzenia, więc na wszystko trzeba było czekać chwilę dłużej.

Zdążyła zmarznąć.

Skóra na jej udach pokryła się gęsią skórką.

Drżały jej ręce.

Weszła cała do parującej, mlecznej od wysokiej temperatury wody i, sycząc głośno, położyła się na dnie wanny. Tak, że nad powierzchnię wystawała wyłącznie jej twarz.

Czuła, jak jej włosy pływają swobodnie, jakby niesione najwolniejszym wiatrem świata. Jak jej skóra reaguje na przemian mrowieniem i bólem na nagłe uderzenie ciepła. Jak do jej stóp wraca krążenie.

Czuła też, jak blisko, stanowczo za blisko przybiera na sile fala emocji, ten niechciany, gniewny tumult, z którym tak bardzo nie potrafi sobie poradzić. Na razie nie atakowała. Po prostu przelewała się głośno i pieniła, czekając na odpowiedni moment.

Po jednej pełnej piosence dobiegającej zza drzwi Hanna zebrała się nieporadnie. Wychynęła nad powierzchnię ramiona, klatkę piersiową, brzuch. Woda rozgrzała powietrze niczym w saunie. Zupełnie białe lustro było ledwo widoczne zza obłoków pary wypełniającej łazienkę.

Siadła z podwiniętymi nogami – tyłem do pomieszczenia, przodem do pokrytej zaparowanymi kafelkami ściany. Czuła się bezpieczniej w mniejszych przestrzeniach, nawet jeśli sobie te ograniczenia tylko wyobraziła.

Oddychała szybko.

Nie jest źle.

Teraz włosy. Teraz włosy, a potem aspiryna i sen.

Dwa razy szampon, raz odżywka.

Muszę mieć ładne włosy, bo jutro zaczynam pracę. 

Już rozumiem, czemu Kot tak zawsze o siebie dbała, gdy było źle. W domu się rozklejała, ale gdy wychodziła do ludzi, przykładała do wyglądu podwójną uwagę. To trochę jak tarcza, taki zadbany wygląd. Potrzebuję teraz tej tarczy.

Tylko co takiego ta tarcza chroni?

Ostatnim razem, gdy miałam mieć pracę, wtedy, w sierpniu, nie musiałam o siebie tak bardzo dbać. Jakoś samo wychodziło.

Szczególnie o włosy nie musiałam aż tak dbać, bo były krótsze, ale od tamtej pory nie byłam u fryzjera i teraz są naprawdę długie, więc dwa razy szampon to podstawa. 

Wtedy, w sierpniu, wystarczyło je raz przepłukać po umyciu, odżywkę stosowałam nie częściej niż raz na trzy dni i wszystko było w porządku, nigdy nie musiałam myśleć więcej o kosmetykach. Moje włosy po prostu były. 

Ja też po prostu byłam.

Teraz są całe popsute. Może złej odżywki używam?

Może złe życie wybieram, że tak wypadają?

Hanna poczuła, że zaczyna się mylić.

Że się potyka w tańcu swoich nawyków i chyba nie będzie w stanie odzyskać równowagi i przejść do kolejnych punktów protokołu, do włosów, dwa razy szampon i raz odżywka, do maseczki, do wysuszenia się ręcznikiem na dwa razy, najpierw jedną stroną byle jak, a potem drugą, dokładnie.

Że intensywna siła grożąca jej sercu ruszy do ataku, a ona nie wystawi przeciwko niej żadnej obrony, bo jej wierny, przezroczysty, delikatny mur zwyczajnie przestawał istnieć.

Wtedy, w sierpniu, też miałam zacząć pracę. Miałam gdzie mieszkać. Miałam przed sobą perspektywy i sądziłam, że dam radę. Mieszkałam z koleżanką, która stawała się przyjaciółką.

Teraz też zaczynam pracę. Mam gdzie mieszkać.

Mam perspektywy?

Dam radę.

Chyba.

Mieszkam sama.

Swoją przyjaciółkę, nową, okłamuję.

Tamtej z sierpnia już nie mam. 

Już jej nie znam. 

Siebie nie znam.

Jestem sama, bo ja tak nie umiem, że każdemu mówię co innego i oni mi ufają, a mi to nie przeszkadza. Jestem sama, bo nie mam z kim porozmawiać. Bo wszystko psuję.

Jestem od trzech miesięcy w tym mieście i jedyne, co osiągnęłam, to powrót do punktu wyjścia. I pogorszenie sytuacji. Wtedy byłam szczera i miałam dookoła siebie ludzi, i ktoś komentował moje zdjęcia. A teraz nawet ich nie wrzucam, bo chociaż tam nie chcę nikogo okłamywać. 

Dwa razy szampon, raz odżywka.

Potem leki, potem sen.

Teraz szampon.

Patrzyła w zaparowane kafelki, zupełnie zamyślona.

Jeszcze należycie nie namokła, ale odruchowo sięgnęła ku półce z kosmetykami, kurczowo trzymając się zaplanowanego, kolejnego kroku na swojej tajnej mapie przyzwyczajeń, jakby miało od tego zależeć jej przyszłe życie.

Niestety, nie trafiła w butelkę.

Złapała palcami powietrze.

Zatrzymała rękę.

Zacisnęła ją w pięść i schowała pod wodę.

Objęła swoje kolana.

Przytuliła do nich policzki.

Czuła się wycieńczona i bolało ją serce.

Nic już nigdzie nie łomotało, nie trzaskało, nie zbierało się. Hanna czuła, że przekroczyła wszystkie limity własnej wytrzymałości. Od wielu dni coraz gorzej radziła sobie z emocjami, więc stopniowo zaczynała opowiadać coraz więcej zmyślonych historyjek, nawet sama sobie. Ze wszystkich sił próbowała uwierzyć w to, że wcale nie postępuje tak źle.

Jej wersje wydarzeń pełne były nieścisłości, ale w desperacji zaklejała te luki śmierdzącą mazią kolejnych kłamstw i jakimś cudem to się nie rozpadało. Jakoś działało. Dzień po dniu coraz gorzej. Szła więc w kolejne wyjaśnienia i wymówki. Brudziła nimi i siebie, i innych.

Czasem jakaś szczera emocja wymykała się jej spod kontroli i wybijała kolejną dziurę w jej sercu. Czasem ktoś powiedział coś tak dobrego, że Hanna we wściekłości na siebie sama wyłamywała kolejne pęknięcie. Ale zawsze jakoś je potem naprawiała. Chociaż na chwilę.

Nawet jeśli kosztem relacji z bliską osobą.

Aż przestała mieć na to wszystko siłę.

I przestała robić cokolwiek.

Choć emocjonalnie tonęła od czasu wyprowadzki od Kota, dopiero teraz poddała się i przestała kłamstewkami, półprawdami i niedopowiedzeniami, niczym lepką, brudzącą smołą, reperować wszystkie pojawiające się dzień po dniu szczeliny i zadrapania we własnym życiu. Przestała dbać o swój bezpieczny, szklany mur, za którym daleko tak często szumiało wszystko co straszne.

W efekcie mur przestał istnieć. Zupełnie.

Ohydna fala negatywnych emocji ruszyła i po minięciu, nieistniejącej już, szklanej tafli z całą swoją mocą i gniewem parła na jej słabe, dziurawe serce.

Więcej myślę o tym, żeby nie kłamać na Instagramie, niż o kłamaniu Adamowi? Przecież rodzice nadal nie wiedzą, że się przeprowadziłam. Z Kotem niezałatwione. Teodora ośmieszyłam. Łucja dostała ściemę.

Ja dostałam pracę.

Dzięki znajomości.

Czyli dokładnie nie w taki sposób, jak chciałam. W Teodorze też ostatecznie zrobiłam sobie wroga. I nie powiedziałam o nim Adamowi.

Nie, moment.

Coś mu powiedziałam, ale sama nawet już nie pamiętam co. Ale też coś wymyśliłam. I nawet nie potrafię tego powtórzyć. A co, jeśli się spyta?

Boże.

Po coś tu przyjechałam, wtedy, w sierpniu.

Po coś postawiłam na szali moje relacje z Lublina i moje wartości. Ale miasto chciało ode mnie więcej i więcej, więc dawałam mu więcej. Kolejne wartości. Kolejne przekonania. Kolejne myśli.

Poczuła duszność.

Zakręciła kran, bo pomimo bulgoczącego głośno korka zapobiegającego przelaniu, gorąca woda podeszła pod sam brzeg wysokiej, obdrapanej wanny. Z powrotem przytuliła się do swoich nóg. Nad białą od ciepła powierzchnię kąpieli wystawały jej blade kolana, napięte i wychudzone ramiona, zgarbione plecy. Pochylona głowa przykryta spływającymi smętnie, zniszczonymi włosami.

Chciało więcej i więcej, więc dawałam mu więcej. I coś dostałam w zamian, ale nie to, czego chciałam. Nie tak, jak chciałam.

Hanna poczuła się mała i wyjątkowo słaba.

Sztorm smutku, goryczy, samotności, rozczarowania własnym zachowaniem i niechęcią do samej siebie wzburzył się i urósł tak, że zasłonił jej cały świat.

Ciężka, ciemna fala uderzyła w dziewczynę z niszczącą siłą.

Wszystkie prowizoryczne, brudne łaty na dziurach w jej sercu puściły i gwałtownie wlewała się przez nie do środka zimna ciemność.

Hanna poczuła też, że coś leci jej z nosa.

Dokonałam wymiany. 

Oddałam swoje wartości, samą siebie oddałam. Nie za to, czego chciałam. Nie tak, jak chciałam. Nic nie jest tak, jak chciałam.

Przyłożyła do twarzy rękę i zobaczyła sporo krwi. Musiało jej pęknąć naczynko. Zmęczenie, niewyspanie, głód, stres i duchota wreszcie z nią wygrały.

A oddałam już wszystko, co miałam, i nie wiem, co mam zrobić dalej.

Wzburzona, wściekła, brudna fala emocji z niesłyszalnym czknięciem wypełniła do końca serce Hanny.

Przegrałam.

Początkowo w kącikach jej wytrzeszczonych, wciąż walczących z góry przegraną bitwę oczu, zbierały się wyłącznie pojedyncze łzy. Z czasem było ich jednak za dużo.

Hanna mrugnęła i, pierwszy raz od lat, zapłakała.

Daleko w tle, za drzwiami, w innym świecie, grała cicho wesoła piosenka.

Mniejsze łzy łączyły się ze sobą i ciężkimi grochami płynęły niżej, po jej spoconych policzkach, dookoła drżących, wykrzywionych histerią ust, po jej napiętej z wysiłku szyi.

Mieszały się z płynącą z nosa krwią.

Wpadały do wody w wannie, jedna za drugą.

Brudziły.

Dziewczyna jęknęła i zawyła całym bólem, który od miesięcy trzymała w sobie.

Wyła tak długo, aż wyrzuciła z siebie cały smutek. Całą gorycz. Całą samotność. Całe rozczarowanie. Całą niechęć. Wszystko.

Wyła tak długo, aż straciła głos.

Zamilkła więc i jeszcze mocniej przytuliła się do własnych nóg, nie powstrzymując już ani łez, ani rwanego oddechu, ani krwi, ani własnego serca, które wreszcie czuło wszystko to, co musiało kiedyś poczuć.

Płakała długo.

Płakała, aż się uspokoiła.

Aż zapadła cisza przerywana wyłącznie refrenem popularnej piosenki, dochodzącym z drugiego pokoju.

Para wodna nadal tańczyła w powietrzu, zasłaniając sufit.

Pojedyncze krople leciały z niedokładnie zakręconego kranu i wpadały z głośnym pluśnięciem do wanny pełnej wody.

Korek zapobiegający przelewaniu już nie bulgotał.

Kosmetyki stały w karnym rządku, jeden przy drugim.

Nie zmieniło się nic.

A zmieniło się wszystko.

Hanna zamrugała, zmęczona.

Czuła się pusta. Wykrzyczana.

Przeszło jej przez myśl, że to takie uczucie, jakby zrzuciła z ramion stukilowy ciężar, ale potem przypomniała sobie, że przecież schudła, więc to pewnie dlatego.

Parsknęła.

Wyszła z wanny, rzuciła na podłogę dwa ręczniki i, sunąc na nich jak na nartach, podeszła do laptopa w drugim pokoju, by zmienić muzykę na jeszcze weselszą. Zdecydowała się na playlistę „Morning Briefing”. Tym razem na niepasującą do sytuacji nazwę zareagowała uśmiechem.

Wróciła na ręcznikach do wanny.

Umyła włosy, trzy razy, nie dwa. Potem użyła odżywki i czekając na jej działanie, ogoliła nogi. Zadbała o siebie.

Z głośnym bulgotem wyjęła z dna korek i, patrząc jak brudne mydliny uchodzą do rur, spłukała zimną wodą siebie, włosy, głowę. Wannę też, by na pewno nie została nigdzie żadna krew.

Nalała sporo lodowatej wody do sparzonego od płaczu gardła. Gulgotała, aż poczuła ulgę. Przy okazji zmyła też złogi po zgadze.

Czuła w nosie świeżą ranę, ale uznała, że najlepsze, co może teraz zrobić, to jej nie dotykać i pozwolić organizmowi na naturalną regenerację.

Dużo rzeczy ją bolało i w wielu miejscach czuła dyskomfort, ale wrażenie pustki wynagradzało te drobnostki.

Poza drobnymi dolegliwościami nie czuła zupełnie nic.

Wreszcie.

Hanna ogarnęła się i ubrała w wygodne, domowe rzeczy. Wybrała wygrany dawno temu w konkursie T-shirt z nadrukiem przedstawiającym dwudziestościenną kostkę do grania. Wskoczyła w proste, szare dresy. Założyła też swoje ulubione skarpetki i wsunęła stopy w góralskie kapcie.

Zamówiła przez internet dwie porcje trochę tłustego, ale pożywnego jedzenia z indyjskiej restauracji. Knajpa teoretycznie już zamykała kuchnię, ale zgodzili się na ostatnie zamówienie, choć wymagało to telefonicznego potwierdzenia.

Po skończeniu rozmowy Hanna postukała chwilę telefonem o udo i wybrała kolejny numer.

– Łucja? – spytała zamiast powitania.

– Nie, premier Japonii – odpowiedziała Łucja.

– Jesteś w domu?

– Serial oglądam.

– A nie jesteś głodna?

– Zwróciłaś moją uwagę.

– Zamówiłam o jedną porcję za dużo.

– No przecież szkoda wyrzucać.

– Myślę podobnie.

– Wpadać?

– Tak, potrzebuję cię.

– Oho? – W głosie przyjaciółki zaszła zmiana.

– Serio. – Hanna zastanawiała się, czy słychać, że się uśmiecha.

– Coś się stało?

– Tak.

– Przynieść alkohol?

– Nie, wolałabym nie. Ale zamówię ci taksówkę.

– Po co?

– Chcę, byś była szybko. Na osiemnastą?

– Być?

– Nie, czy transport na osiemnastą ci pasuje.

– A, no dobra. Tak, to jeszcze dużo czasu. To nawet odcinek dokończę.

– W takim razie buziak.

– Na pewno wszystko gra?

– Wreszcie tak.

Hanna rzuciła zablokowany telefon na łóżko. Suszenie włosów, składanie prania z suszarki, odbieranie jedzenia i przekładanie go na naczynia, nie wiadomo kiedy przesunęło wskazówki drewnianego, pasującego do boazerii w przedpokoju zegara na kwadrans po szóstej. Po chwili w mieszkaniu rozległ się dzwonek domofonu.

Łucja, jak zwykle, wyglądała świetnie.

Jej burza blond loków, choć schowana pod prostą, wełnianą czapką, świetnie odcinała się od postawionego kołnierza skórzanej bomberki.

Pod spodem miała w pełni zadrukowany T-shirt przedstawiający „Gwiaździstą noc nad Rodanem”. Trochę ją opinał, ale w sposobie bycia Łucji było coś takiego, że jej kształty wyglądały po prostu bardzo ładnie.

Dookoła szyi wisiały, ciągnące się od kieszeni jeansów, białe słuchaweczki.

I widzisz? Jak ty wyglądasz, gdy się nie starasz? Nic dziwnego, że dostałam kompleksów.

Będzie mi ciebie brakować. 

Dziewczyny przytuliły się i od razu poszły do stołu w dużym pokoju. Był on przysunięty do kanapy, ponieważ z jakiegoś powodu właściciel mieszkania tuż przed zdaniem kluczy najemcy postanowił zabrać ze sobą wszystkie krzesła, a Hanna zupełnie nie miała głowy się z nim spierać.

Siedziało się więc nisko i żeby korzystać z blatu, trzeba było wysoko podnosić ręce i uważać, by kolanami nie uderzać w drewniane nogi mebla.

– No i? – Łucja od wejścia nie odrywała oczu od Hanny i nawet danie jej kolacji nie zmieniło sytuacji.

– Już chcesz?

– Wiesz, trochę się martwię.

Palak Paneer był pyszny i Hannie nie przyszło łatwo odłożyć je na stół. Wiedziała jednak, że ma tego wieczoru pewne priorytety. Poprawiła się tak, by usiąść ze skrzyżowanymi nogami przodem do przyjaciółki.

Laptop w tle przygrywał cicho, a coś na elewacji bloku gwizdało przeciągle od wieczornej wichury. Pachniało egzotycznymi przyprawami i starym mieszkaniem.

Było ono duże, trzypokojowe. Hanna zdecydowała się na jego wynajem, bo kosztowało tyle samo co kawalerka w centrum, a dogadała się z właścicielem, że jeśli będzie odpowiadać za ewentualne zniszczenia, to może podnająć jeden pokój kolejnej osobie.

Wystrój pozostawiał sporo do życzenia. Ostatni remont najwyraźniej odbył się jeszcze przed denominacją. Najnowocześniejszymi sprzętami była kilkunastoletnia lodówka i pralka, jej rówieśniczka.

Ale młoda dziewczyna nie potrzebowała wiele więcej.

Mieszkanie znajdowało się tuż przy siedzibie jej nowej pracy, było ciche, sprawiało wrażenie przytulnego, miała w nim internet i mogła sobie na nie spokojnie pozwolić, nawet bez szukania współlokatora.

Czuła się w nim bezpiecznie.

Wieczór za oknem przechodził w noc, a od żeliwnych żeber długiego kaloryfera dęło ciepło.

Hanna odchrząknęła i poprawiła włosy, by opadały miękko na jedno ramię.

– Przepraszam, że to ciebie tu fatygowałam, skoro sama mam sprawę, ale jutro zaczynam pracę, a właśnie wzięłam kąpiel i nie chcę się bardziej przeziębić przez wychodzenie.

Łucja wzruszyła ramionami.

– No luz – odpowiedziała z buzią pełną jedzenia.

– Jeśli nie będziesz chciała nigdy więcej ze mną rozmawiać, to ja to zrozumiem, i dlatego w przeprosiny, że cię jeszcze dodatkowo fatyguję, ogarnęłam szamę.

Łucja raptownie przełknęła kawałek sera, o mało co się nie dławiąc.

– Nigdy więcej nie rozmawiać?

– Tak.

– Co ty odwalasz?

Hanna uśmiechnęła się smutno.

– Właśnie chcę powiedzieć.

– Słucham.

– Okłamałam cię, dwa tygodnie temu. Wcale nie miałam farta, że akurat szukałam nowszego mieszkania, gdy dostałam ofertę od Louisa. Tak naprawdę pokłóciłam się z Kamilą i ostatecznie rzuciłam w nią kluczami i jednej nocy się wyniosłam.

Łucja zrobiła ogromne oczy.

– No co ty?

– Naprawdę. Pamiętasz, jak do ciebie wpadłam spać na karimacie, w nocy? To było wtedy. Zostawiłam rzeczy na dworcu, bo bałam się, że weźmiesz mnie za niedojdę. Nie chciałam się nikomu przyznawać, że jestem bezdomna. I to z własnego wyboru.

– Okej?

– I potem, gdy wiele razy mówiłam, że musimy się spotkać koło mnie, tutaj? To wcale nie dlatego, że miałam niedoczas przez problemy zawodowe, tylko w tle się przeprowadzałam i tak mi było wygodniej. I generalnie tysiąc razy w takich pierdołach ciągle ściemniałam. Raz odwołałam spotkanie tylko dlatego, że nie byłam w stanie patrzeć na to, jak dobrze ci wszystko idzie, i z zazdrości czułam się jak idiotka i zostałam wtedy sama w domu, choć ty już kupiłaś bilety do kina. I raz, ale to wcześniej, jak zerwałaś z tamtym nażelowanym, to wcale nie było u mnie rodziny. Wystawiłam cię, bo wolałam pracować za dodatkową kasę.

Twarz Łucji wyrażała głębokie zdumienie.

– Nie kumam zupełnie po co.

Hanna spodziewała się ukłucia zranionej dumy albo chociaż drobnego wyrzutu sumienia, ale nadal nie czuła zupełnie nic. Tylko spokój i ból w nosie.

– Bo stchórzyłam. Bo nie radzę sobie z przeprowadzką tutaj, bo jedyna praca, jaką dostałam, to praca po znajomości. To też ci ściemniłam – że mnie wzięli z rekrutacji. Nie, nie było żadnej rekrutacji. Po prostu znam się prywatnie z szefem. Wstydziłam ci się przyznać, że mam wszystko podane na tacy, a i tak chrzanię jeden temat za drugim. I, o.

– I, o – powtórzyła Łucja, odkładając jedzenie na stół.

– Musiałam ci dzisiaj o tym powiedzieć, bo mam dość kłamania i poczułam się sama ze sobą tak źle, że to ciężko wyjaśnić. Nie wiem, czy chcesz mieć przyjaciółkę-ściemniacza, ale wiem, że ja więcej nie chcę być taką osobą. Wy się mną przejmujecie, a ja tylko psuję i psuję. Mam dość.

– My?

– Wszystkim ściemniam. Adamowi też. Z Kamilą mam niezałatwione. Z Teodorem też mam niezałatwione. Moi rodzice nawet nie wiedzą, że się przeprowadziłam.

– No to grubo.

– Grubo.

Siedziały w milczeniu, słuchając muzyki. Do Hanny nadal nie docierało, co robiła, ale z przyzwyczajenia postanowiła zająć czymś ręce. Zabrała się za stygnącą kolację.

Wreszcie Łucja pokręciła głową i wypuściła głośno powietrze.

– Głupia jesteś – zawyrokowała.

Hanna potwierdziła kiwnięciem głowy.

– Ale nie dlatego, że kłamałaś – kontynuowała przyjaciółka. Skrzyżowała ręce na piersi. Wyglądała na zamyśloną.

– Nie? – zdziwiła się Hanna, zupełnie zatkana jedzeniem.

– Nie. To znaczy wiesz, nigdy więcej mi nic nie chrzań, okej? Nie od tego jestem, żebyś mi celowała rzutnikiem gnoju w oczy, młoda damo.

Co?

– Co?

– A co ty sobie myślisz? Wydawało mi się, że się przyjaźnimy. Nie życzę sobie, że jak jest problem, to mnie pomijasz. Nie od tego są przyjaciele, a jak chcesz sobie na kimś trenować bycie zołzą, to masz od tego Teodora. Obiecujesz? – Łucja zrobiła groźną minę i zmarszczyła czoło, ale popsuła trochę efekt, merdając palcami u stóp. – Lepiej żebyś obiecała – dodała śmiesznym, niskim głosem.

Hanna poczuła, że znowu pieką ją oczy.

W łazience, w trakcie kąpieli coś w niej pękło. Przeżyła najboleśniejszą histerię swojego życia. Utonęła. Wylała się i opustoszała z emocji, zlała je ze swojego ciała zimnym prysznicem, razem ze śladami krwi.

Była sucha i pozbawiona wnętrza.

Pogodziła się z myślą, że przegrała i że już nie ma czego ratować. Uznała, że przeprosi wszystkie zranione osoby i po prostu usunie się z ich życia.

Zacznie je na nowo, w nowym mieszkaniu, w nowej pracy. Zachowując pomiędzy próbami zaczepienia się w Warszawie wyłącznie znajomość z Louisem, bo to była ostatnia nieskażona przez jej tchórzostwo relacja z innym człowiekiem.

Powie wszystko Adamowi i zostanie singlem.

Chciała zacząć od Łucji, bo to Łucji najwięcej zawdzięczała. I to Łucję chciała jako pierwszą wydostać ze swojego złego wpływu. Przez myśl jej nie przeszło, że zostanie jej wybaczone.

Nigdy wcześniej nikt jej tak nie wybaczył.

Może to dlatego, że nigdy wcześniej nikogo tak wprost nie przeprosiłam?

Cholera, zaraz znowu się rozpłaczę.

A tak mi dobrze szło.

– Przynajmniej nie masz makijażu – skomentowała wesołym tonem Łucja.

– No nie mam – odpowiedziała Hanna i rozryczała się drugi raz. Znowu na całego. Złapała ze stołu stos serwetek, które przyszły razem z zamówieniem i głośno wydmuchała w nie nos.

Tym razem obyło się bez krwi.

– Mazgaj.

– Kiedy ja naprawdę przepraszam.

– A obiecujesz?

– Co obiecuję?

– Że zawsze będziesz mi mówić, jak coś będzie nie halo.

Hanna zachichotała przez łzy.

– Obiecuję.

– A obiecujesz więcej nie być kołkiem i jak wolisz zostać w domu, to mi mówić, że wolisz zostać w domu?

– Obiecuję.

– No i wiesz, spróbuj mnie jeszcze raz tak wystawić jak wtedy, gdy beczałam po tamtym złamasie.

– To co?

Łucja rozłożyła ręce.

– To cię tak ścisnę, że cię wycisnę, jak najbrzydszą pastę do zębów na świecie.

– Fuj.

– To jak będzie?

– Więcej tak nie zrobię.

– W takim razie nic się nie stało.

– Byłam pewna, że stąd wyjdziesz.

– Za takie dziecinady? Chyba mało głupich rzeczy w życiu zrobiłaś.

– No mało.

– Jak raczyła to kiedyś pięknie ująć autorka Chaty Wuja Freda: tyś niewinna, jak nieobsrana łąka.

Hanna rozchichotała się bardziej. Nie wiedziała już, czy bardziej płacze, czy się cieszy. Ale pozwalała sobie na obie te emocje naraz.

Wiedziała już, że nie jest w stanie siebie kontrolować, więc po prostu brała to, co podpowiadało jej serce, i starała się czerpać z tego tyle siły, ile tylko potrafiła.

W trakcie kąpieli zburzyła swój stary mur chroniący ją przed trudami życia, a teraz, dzięki przyjaciółce, zaczęła budować nowy, oparty o wartościowe fundamenty i z sensowną konstrukcją.

Jeszcze było za wcześnie, by stwierdzić na pewno, czy się udało, ale czuła, jak w jej sercu rusza proces naturalnego zasklepiania ran.

Wreszcie czuła się szczera i czysta.

Nabierała wnętrza.

Już nie brudziła, bo nie miała czym.

Łucja patrzyła z rozbawieniem na przyjaciółkę.

– Serio, nie przejmuj się. Ja też czasem bajdurzę, żeby mnie bardziej lubiano. Poza tym o twojej wartości jako człowieka nie decyduje to, co zrobiłaś odruchowo, tylko to, co zrobiłaś celowo.

– Serio?

– No pewnie. Inaczej pierwsze wrażenie byłoby jedynym, które nam przysługuje. A większość fajnych rzeczy w życiu trzeba najpierw trochę pooswajać.

– Jak lisa w „Małym Księciu”.

– Jak lisa w „Małym Księciu”. Profesor Bralczyk powiedział kiedyś, że to tylko w Stanach jest możliwe coś takiego, że coś widzisz, i ty od razu to coś „like”. U nas jest inaczej. W Polsce, żebyś coś polubiła, to to coś najpierw musi ci się trochę popodobać.

– Ładne słowa.

– Ładne, bo i profesor ładny.

Uśmiechnęły się do siebie.

– I nie jesteś na mnie zła? – spytała Hanna po chwili.

Łucja wzięła ze stołu pogiętą, wielką ulotkę z pełnym menu restauracji i zrolowała w tubkę. Pacnęła nią Hannę w czoło.

– Już, wyładowałam się. Starczy?

– Starczy. Naprawdę przepraszam.

– A daj spokój. Moim zdaniem przesadzasz. Takie beczenie to powinno się pojawić, jakbyś, nie wiem, zdradziła Adama. Albo jakby on zdradził ciebie.

– Nic takiego nie miało miejsca.

– Wiem, bo jesteś dobra dziewczyna.

– Może lekko przegięłam.

– Lekko. – Łucja pokazała palcami gest cudzysłowu.

– No przestań już.

– Swoją drogą, ja też trochę ci naściemniałam, jak się poznałyśmy.

Hanna zrobiła wielkie oczy.

– Serio?

– No pewnie.

– W czym?

– Tak naprawdę nazywam się Anastazja, a nie Łucja.

– Co?

– Poważnie. Moja babcia uwielbiała historię Rosji i naciskała na mamę, że jeśli urodzi się dziewczynka, to muszą ją nazwać Anastazja. To miało przynieść mi szczęście i dać predyspozycje do bycia wielką kobietą.

Hanna siedziała, zawieszona w myślach, nie wiedząc, jak zareagować.

– A gdyby urodził się syn – kontynuowała przyjaciółka – to mieli go nazwać Wieniamin.

– Co?

– Oj, wkręcam cię.

– I nie nazywasz się Anastazja?

– Nie – odpowiedziała Łucja.

– No weź, a ja ci wierzę!

– Zemsta bywa słodka.

– Nie będziesz mi teraz dawać spokoju, prawda?

– Przez parę miesięcy możesz zapomnieć o tym, że będę ci przekazywała tylko sprawdzone informacje.

– Okej.

– A na serio, to też parę razy cię wystawiłam z biegania, bo mi było przed tobą głupio, że sama zaproponowałam całe te treningi, a potem wolałam się nażreć darmowymi resztkami w pracy i zostać w domu.

– Tak czułam.

– Skoro zaczęłam o pracy, to z nią nie jest tak, że ja w Warszawie robię, co chcę. Też mam pracę po znajomości.

– W tej restauracji?

– Chłopak, który próbował mnie poderwać, stażował tam na szefa kuchni, ale namówił swojego przełożonego, by pozwolił też wepchnąć na staż mnie. I w niektóre dni on jest kelnerem, a ja gotuję, a w inne ja jestem kelnerką, a gotuje on. Bo staż był tylko jeden.

– Udało mu się ciebie poderwać?

Łucja wzruszyła ramionami.

– Niespecjalnie, ale się kolegujemy. Co prawda od początku mu mówiłam, że nic z tego nie będzie, ale czasem mi głupio, że jednak trochę schrzanił sobie karierę tym, że sobie coś wyobrażał.

– Nie miałaś na to wpływu.

– Ty możesz powiedzieć, że miałam, a ja mogę powiedzieć, że nie miałam.

– To znaczy?

– Przy tobie zgrywam, że lubię tę pracę, bo tak jest łatwiej. Kiedyś ci może powiem, jakie to dla mnie trudne, udawać wdzięczną, że mogę zbierać ze stołów brudne szklanki, podczas gdy wiem, że jestem lepsza od własnego nauczyciela. Ale to wiesz, kiedyś. Nie dzisiaj.

– Rozumiem.

– Jasne, że ludzie sobie często wyobrażają różne rzeczy na różne tematy i do pewnego stopnia trzeba to olewać.

– Właśnie.

Łucja zasalutowała dwoma palcami.

– Takim ludziom mówi się bon voyage. Ale w wielu przypadkach to, co ktoś o tobie mówi, jest ściśle związane z tym, co sama robisz. Ja na przykład chcę, by ludzie sądzili, że lubię moją pracę.

– I ja tak sądziłam.

– Widzisz.

– Okej.

– Coś więcej ci powiem. Fajnie się ubieram?

Hanna wzięła starą, tapicerowaną jeszcze w PRL-u poduchę i położyła na kolanach, opierając o nią łokcie. Powoli zaczynała rozumieć, że Łucja chyba od dawna czekała, by móc komuś to wszystko powiedzieć tak bezpośrednio i prosto jak teraz.

Miała pierwszą okazję zrehabilitować się jako dobra przyjaciółka.

– Żebyś wiedziała.

– A to są ubrania, które wysyła mi tata.

Obie wiedziały, co to znaczy.

– Uciekł, gdy byłam mała – ciągnęła Łucja – aż się odnalazł w Kanadzie. Ma tam firmę marketingową. Zna się na trendach i raz na kwartał przysyła mi tonę ładnych ciuchów. Tak naprawdę mamy dobry kontakt, teraz, po latach, ale jego trapi takie poczucie winy, że gdyby nie te ubrania, to pewnie nie byłby w stanie nawet kierunkowego do Polski wykręcić.

– Nie wiedziałam.

– Wiem, bo jak kogoś poznajesz, to nie dajesz po sobie poznać, że coś nie gra.

Hanna zrozumiała aluzję. Uśmiechnęła się, zmęczona. Jeszcze bała się do tego przyznać, ale prawdopodobnie po raz pierwszy od bardzo dawna zaczynała czuć nadzieję.

– Okej – powiedziała po dłuższej chwili, dopiero gdy należycie ułożyła sobie myśli.

– Przecież z pensji kelnerki w życiu bym sobie nie mogła pozwolić na takie zestawy.

– Zarabiasz pensję kelnerki?

– Tak, taki był deal. On mi oddaje połowę stażu w kuchni, ale pensje zachowujemy własne. Ja w papierach mam tylko kelnerkę. On ma kucharza.

– Czyli nie będziesz mogła tym doświadczeniem popisać się w papierach.

– Nie. Chociaż wierzę, że dzięki niemu kolejny staż, już mój, pójdzie o wiele szybciej. Albo ktoś się mnie o to kiedyś spyta i wtedy się pochwalę. Albo po prostu się tym pochwalę, nawet jak nikt nie spyta.

– Nieźle to wymyśliłaś.

– Każdy orze jak może.

– Czyli to nie jest tak, że jestem niedojdą, bo dostałam robotę po znajomości?

– Każdy, kto ogarnia, dostaje robotę po znajomości. Nie ma nic romantycznego w wysyłaniu CV po nic, w odbijaniu się od setnej firmy, dla której jesteś tylko numerkiem.

– Do niedawno sądziłam, że to jedyna słuszna droga.

– Do niedawna nie miałaś kobiecego garnituru, a teraz zobacz, jaki z ciebie kozak. Zakładasz go jutro?

– No pewnie.

– Dobra dziewczynka.

– Dzięki.

Łucja wstała.

– Powiem ci tak. Gdyby to było coś poważniejszego, to bym z tobą została dłużej, ale skoro tylko chciałaś się przyznać, że jesteś małą, knującą zołzą, to wrócę już do domu.

Hanna spojrzała na przyjaciółkę spode łba.

– Ehe – mruknęła zaczepnie.

– No serio. Jest niedziela. Mam jutro na rano. Ty też masz jutro na rano. Zamów mi jeszcze taksę do domu, bo ci się lepiej powodzi, i jesteśmy kwita.

– Hej, Anastazja?

– No?

– Dzięki.

Łucja uśmiechnęła się samymi oczami. Też była zmęczona.

Wszyscy są zmęczeni. Adam nie żartował z tym listopadem w Warszawie. 

– Fajna jesteś, że mi to wszystko powiedziałaś. Serio. Ale muszę lecieć też dlatego, że trochę się niezręcznie czuję z tym, że sama na ciebie zrzuciłam kilka bomb i wiesz, teraz wypadałoby je rozbroić, ale nie bardzo umiem w takie rozmowy, więc wolę przerwać przedwcześnie, aż potem będzie głupio do nich kiedykolwiek nawiązać. Jak w serialach.

– Jak w serialach. Pogadamy o nich wkrótce?

– Jasne.

– Teraz jeszcze muszę podobne rozmowy odbyć z Adamem i rodzicami.

– Będzie dobrze. Jeśli im na tobie zależy, to zrozumieją przez co przeszłaś. Prawda to super sprawa i ludzie ją doceniają. Tylko nie ściemniaj nigdy więcej, okej? A już na pewno nie mi.

Hanna siadła na stołku w przedpokoju i popatrzyła na ubierającą się przyjaciółkę. Pokręciła głową.

– No pewnie, że nie będę.

Łucja założyła jasne trampki i oparła się ze skrzyżowanymi rękami o framugę. Nadęła usta.

– Poza tym było warto, co?

– To znaczy?

– Zrobiłaś dużo głupich rzeczy, ale zobacz. Zaczniesz w Warszawie na umowie o pracę, takiej prawdziwej, a nie na śmieciówkach jak wszyscy. To najlepszy koniec stołecznego bezrobocia, o jakim słyszałam. Mało kto ma aż taką szansę.

– No, w sumie.

– W sumie jest dużo rybiego mięsa.

– Łucja.

– No co? Jakie „w sumie”? Nie żartuj nawet. To cudowna okazja. Nie zepsuj jej tylko, zachowuj się ładnie, szczerze odpowiadaj na zadawane pytania i będzie dobrze.

– Taki mam plan.

– W takim razie luzik zupełny. Czasem cel uświęca środki, tak jak z moim kelnerowaniem – bym kiedyś miała własną knajpę. To się wszystko całkiem fajnie składa jednak.

– Oby i u mnie się dobrze złożyło.

– Poza tym pamiętaj jeszcze, że jak zawsze mówisz prawdę, to łatwiej spamiętać, co się komu naopowiadało. To całkiem niegłupi pomysł na życie, nie?

Hanna odpowiedziała na to pytanie wyłącznie bolesnym uśmiechem. Ranki dookoła ust nadal piekły, ale postanowiła się nimi nie przejmować. Po prostu przestanę dodawać sobie nowych i wkrótce wszystko będzie super.

Wstała pożegnać przyjaciółkę i niedługo potem leżała już w łóżku, gotowa na noc. Choć minęła dopiero dziewiętnasta, to nie miała wątpliwości, że zaśnie w moment. Szczególnie, że rano zaczynała swoje nowe, profesjonalne życie.

Była wycieńczona.

Była też szczęśliwa.

Postanowiła nie brać leków, chciała dać szansę swojemu organizmowi. Leżała w ciemności, słuchając wiatru za oknem i starając się ignorować jęki starych sprężyn w materacu pod nią.

Ten dzień to była kolejka górska wrażeń i emocji. Może powinnam popracować nad trochę mniej histerycznym przeżywaniem spraw? To może być takie ogólne postanowienie na nadchodzące miesiące.

Skoro poprzednie złamałam i się dzisiaj dwa razy rozryczałam, to pora na nowe. Może być i takie.

Ale zajmę się tym za moment. Jutro. Za tydzień.

Teraz się wyśpię. Teraz mnie nic nie boli i po prostu się wyśpię, a rano pójdę do mojej nowej pracy. 

Potem, na lunchu, wszystko opowiem Adamowi.

Potem zadzwonię do rodziców. 

Wszystko wreszcie będzie dobrze, bo jestem gotowa powiedzieć prawdę. Bo jak powiem prawdę, to wszystko będzie dobrze.

To będzie trudna rozmowa, ale potem jakoś to wszystko zadośćuczynię i będę mogła być z Adamem już na serio, naprawdę, bez kłamstw.

Hanna poczuła się dojrzała.

Nie wiedziała, czy dopiero dociera do niej samodzielnie podpisana umowa najmu nowego mieszkania, czy też faktycznie to tylko te dzisiejsze przemyślenia. Wszystkie nowe powody do dumy przewijały się przed jej oczami niczym emocjonalny stroboskop.

Czuła, że ogarnie.

Niezależnie od konsekwencji, stanie na nogi.

Przestanie wiecznie tonąć.

Zbuduje dookoła nowe mury oddzielające ją od rzeczy, których się boi, i zupełnie inaczej zacznie sobie radzić ze strachem.

Nagle przyszedł jej do głowy świeży pomysł.

Skoro wiem już, jak wszystko naprawić, zacznę naprawianie dzisiaj. W końcu kiedyś obiecałam sobie ogarnąć życie przed rozpoczęciem pracy i zostało mi na to raptem kilka godzin.

Sięgnęła po telefon.

Zaczęła przeglądać wiadomości.

Do Kota nic nie napisała, bo ta sytuacja wymagała innego podejścia. Ale za to odezwała się do drugiej baristki z Porto – tej, której imienia ciągle nie mogła zapamiętać.

„To może być dziwne, ale pokłóciłam się z Kotem i chcę to trochę naprawić – czy dasz mi proszę znać, jakim pociągiem Kamila będzie jechała do Wrocławia? Jak ją znam to wkrótce będzie kupować bilety i pewnie ci powie, to jeśli mogę cię prosić, przekaż mi to potem, dobrze? Nic jej nie mów. Bardzo dziękuję”.

Potem wybrała wspólny czat, który prowadziła razem z dwojgiem rodziców naraz. Wzięła głęboki oddech i zaczęła szybko stukać kciukami o ekran komórki.

„Drodzy i kochani Rodzice, nie zdzwaniajmy się już dzisiaj, bo jest późno, a ja rano mam pracę, ale chcę Wam tylko dać znać, że się przeprowadziłam. Przepraszam, że wcześniej nie mówiłam. Wszystko Wam opowiem jutro, dobrze? Kocham Was, pozdrówcie młodą, dobranoc!”.

Potem uznała, że napisze do siostry.

Przewijając listę konwersacji, by znaleźć ich wspólny wątek, natrafiła na Teodora. Oderwała palec od ekranu. Patrzyła się przez dłuższą chwilę w jego zdjęcie, które telefon automatycznie pobrał z konta na Facebooku. Teodor wyglądał na nim groźnie, choć ewidentnie próbował się uśmiechnąć.

Cały on.

Z ciekawości otworzyła wątek.

Ostatnie trzy wiadomości od niego przyszły na przełomie paru dni od ich ostatniego spotkania i na żadną nie odpowiedziała.

„Doceniam teatralny gest, sam zachowałbym się podobnie. Chapeau bas”.

„Zastanowiłem się na spokojnie nad tym, co się wydarzyło, i doszedłem do wniosku, że przesadziłem. Daj znać, gdybyś miała chwilę na kawę, bo chcę wszystko wyjaśnić”.

„Rozumiem, dlaczego nie chcesz mnie widzieć. W takim razie przepraszam cię nienależycie, bo wyłącznie w wiadomości, ale chcę, byś wiedziała, że żałuję. Jesteś dobrym pracownikiem i życzę ci dużo dobrego”.

Przeczytała te wiadomości kilka razy.

Ukłuło ją poczucie winy, że nigdy nie przyjęła tych przeprosin. Choć Teodor w trakcie ich ostatniego spotkania zachował się agresywnie i próbował ją wmanipulować w niekorzystny kontrakt, sama też miała swoje za uszami.

Nie musiała wrzucać do niszczarki tych papierów. Nie musiała robić mu sceny przed kolegami z pracy. Mogła zachować się dojrzalej.

Mogła się chociaż odezwać.

Odchrząknęła, zupełnie jakby miała sformułować odpowiedź na głos.

„Przepraszam za brak odzewu. Musiałam wszystko przemyśleć. Też zachowałam się nie w porządku. Za to też przepraszam. Wszystkiego dobrego”.

Równo z postawieniem ostatniej kropki nabrała ochotę na skasowanie wiadomości, ale zamiast tego zamknęła oczy i, oddychając powoli, wcisnęła „wyślij”.

To kosztowało ją ostatnią resztkę energii, którą była w stanie z siebie wykrzesać.

Włączyła tryb samolotowy w telefonie, sprawdziła, czy ma nastawione pięć budzików, i odłożyła komórkę na komodę przy kanapie.

Nie dała rady powstrzymać długiego ziewnięcia.

Położyła się na plecach.

Nie wszystko naraz, Wróbel.

Do młodej odezwę się jutro, jak już pogadam z Adamem, ale dzisiaj nie mam na to zupełnie siły.

Nie wszystko naraz, pomyślała, zasypiając.

Rano obudziła się na moment przed budzikiem. Od pierwszego mrugnięcia oczami czuła się tak dobrze, że gdyby była większa, to bez problemu mogłaby podnieść na ramionach wszystkie problemy tego świata i wrzucić je do jakiegoś dymiącego wulkanu koło Dżakarty.

Rozpierała ją energia i wiedziała, że tego dnia nic nie może pójść źle. Postanowiła przypieczętować ten stan odżywczym śniadaniem. Sięgając do lodówki, finezyjnie jak wąż, ominęła ręką baterię słoików ze słodkimi kremami i wygrzebała gdzieś z samego końca kilka jajek oraz tylko trochę starą cukinię.

Zjadła jajecznicę i nie popiła jej kawą, bo doszła do wniosku, że dodatkowe pobudzenie jest jej zbędne.

Po pościeleniu łóżka wolno i należycie zebrała się do wyjścia. Nie chciała pędzić, gdy nie musiała. Ostatnie dni i tak były dla niej wystarczająco trudne.

Zasługiwała na nagrodę.

Włosy rozczesała dwukrotnie. Makijaż nałożyła dokładnie. Majtki wybrała czerwone. W trakcie prasowania koszuli dziubek żelazka trafił między każdą parę guzików.

Założyła swój najlepszy zestaw: białą koszulę z grubego materiału, wąskie cygaretki i idealnie dopasowaną marynarkę. Kusiły ją srebrne buty, ale uznała, że woli wyglądać trochę bardziej konserwatywnie. Zdecydowała się na czarne szpilki.

Dla uspokojenia narastającego podniecenia do swojego przyszłego miejsca pracy poszła piechotą. Poranek był lodowaty, ale bezchmurny. Kolejny przedziwny dzień w paśmie listopadowych anomalii.

Pachniało za to nadchodzącym mrozem.

Idealny dzień na koniec warszawskiego bezrobocia.

Jednak miałam rację, że to wszystko się dzisiaj kończy.

Jej aktualne mieszkanie faktycznie było bardzo blisko siedziby korporacji Louisa. Stanęła przed widowiskowym atrium na dziesięć minut przed umówionym spotkaniem, niecałe dziesięć minut po wyjściu z domu. Była z tej przypadkowej punktualności bardzo zadowolona.

Podejrzewała, że dojazd autobusem trwałby dłużej.

Na działce obok kończyły się prace budowlane nad kolejnym skrzydłem stalowo-szklanego molocha, w którym miała zakończyć swoje warszawskie bezrobocie.

Całkiem to symboliczne.

Szanuję.

Weszła do środka.

Podała na recepcji swoje nazwisko. Podążyła za uśmiechniętym przedstawicielem firmy aż na jedno z najwyższych pięter. Uścisnęła ręce kilku osobom, których twarze zlały jej się w jedną.

Po szybkim kalejdoskopie korytarzy, wind, hallów, recepcji i kolejnych korytarzy usiadła na skrzypiącej, pachnącej nowością kanapie. Mebel był dostawiony do długiej ściany z mlecznego szkła. Drzwi do pomieszczenia po drugiej stronie kusiły, były lekko uchylone.

Hanna wytężyła słuch.

Gdzieś w pobliżu ktoś szeleścił papierami. Tykał też stary zegar. Rytmiczne cykanie mechanizmu zupełnie nie pasowało do szklano-aluminiowego wnętrza korporacji.

– Pani Wróbel – usłyszała nagle władczy, kobiecy głos miękko zastępujący literkę „r” literką „h”. – Zapraszam.

Dziś jest dzień, w którym wszystko idzie dobrze. Maksymalne skupienie, Wróbel.

Dam z siebie wszystko.

Wstała, poprawiła marynarkę, by lepiej leżała, i weszła do przestronnego, narożnego gabinetu z widokiem na pół miasta.

Lśniące w jasnym, chłodnym świetle listopadowego poranka bloki mieszkalne i place budowy wyglądały niczym z gry komputerowej. Jakby ktoś wcisnął pauzę na przyspieszonej animacji pokazującej powstające dopiero miasto, po którym później będą biegać złoczyńcy i superbohaterowie.

Świat był chłodny i wyraźny.

Wola nie zdążyła jeszcze przegonić przodującego w liczbie korporacji Mokotowa. Miała w sobie jednak coś, czego brakowało starszemu bratu. Surowość, może nawet brzydotę, ale zarazem obietnicę rozwoju. Poczucie postępu, które już dawno zmurszało na południe od Alei Jerozolimskich i nikomu nie zależało, by cokolwiek z nim zrobić.

Dwie pozostałe ściany pomieszczenia były z mlecznego szkła: jedna pusta i kończąca się drzwiami na korytarz, a druga prawie w całości zakryta masywnym, dębowym regałem. Mebel wypełniały karnie ułożone setki winylowych płyt.

Pomiędzy nimi stały elegancki gramofon oraz, trochę dalej, stary, kominkowy zegar. To jego tykanie niosło się po korytarzu.

Środek pomieszczenia dominowało ogromne biurko, też dębowe. Opierała się o nie wysoka kobieta. Stała tyłem do drzwi.

– Pani Rand, dziękuję za znalezienie czasu – wyrecytowała nerwowo do jej pleców Hanna i dygnęła odruchowo.

No tak, wspaniale. Równie dobrze możesz jej pokazać język, geniuszu. Chociaż nie, może lepiej nie, tu na pewno są kamery.

Kobieta bez pośpiechu przeglądała kolejne papiery. Jej lśniące, siwe włosy opadały lwią grzywą na proste, stanowcze ramiona.

– Gratuluję – powiedziała po chwili.

Odwróciła się przodem do gościa. Jej dotkniętą wiekiem, nadal piękną twarz rozjaśniało gęste skupienie.

To nie jest człowiek, z którym się żartuje.

Lea Rand, szefowa Louisa i prezes polskiej filii EPM, była szczupła i nosiła wąski, kobiecy garnitur, którego zadaniem ewidentnie było podkreślanie jej figury. Nie miała na sobie żadnej biżuterii. Obrączki też nie miała.

Uśmiechnęła się. Albo na słowa dziewczyny, albo na widok jej stroju. Nowocześniejszego, choć wyjątkowo podobnego zestawu.

W tym uśmiechu największe wrażenie robiły oczy.

Zimne i twarde, niczym szczyty gór.

Hanna czuła, że charyzma kobiety zaczyna ją hipnotyzować. Przyszła na to spotkanie pełna świeżej energii, a teraz ledwo powstrzymywała jąkanie.

Kobieta przysiadła na blacie biurka.

– Mało kto potrafi znaleźć moje panieńskie nazwisko. To wiele mówi.

– Słucham?

– W Polsce nazywam się Lea Adamczyk, po moim drugim mężu.

Hanna przełknęła ślinę.

– W wywiadzie dla „Fast Company” zażartowała pani, że po rozwodzie zdecydowała się pani wrócić do panieńskiego nazwiska, żeby trochę odświeżyć markę osobistą, bo ile można.

– To prawda, ale ostatecznie zostałam już Adamczyk. Nie mam czasu na takie głupoty.

– Rozumiem.

– Można powiedzieć, że odrobiłaś na mój temat pracę domową.

– Uznałam, że warto się przygotować.

– I dobrze. Ale to ciekawe, że dotarłaś do tego wywiadu. Może jednak Louis miał co do ciebie rację.

Kobieta mówiła szybko i silnie, jak królowa dyktująca list.

Chociaż właściwie z tonu jej głosu nie można do końca wyczytać, czy ona właśnie zaczyna opowiadać dowcip, czy też mówi coś śmiertelnie poważnego.

Muszę być skupiona jak jeszcze nigdy.

Serce Hanny załopotało z podniecenia.

– Tak pani twierdzi?

– Moja droga, nazywam się Lea Rand, w Polsce Adamczyk, ale nie musimy ustalać, jak będziesz do mnie mówić, bo wątpię, byśmy się drugi raz spotkały. Louis namówił mnie na zatrudnienie ciebie, pomimo braku luźnego budżetu, ale od lat nie widziałam go aż tak przekonanego. Chciałam zatem rzucić na ciebie okiem przed podpisaniem papierów.

– Rozumiem. Mam nadzieję, że pani nie zawiodłam.

– Każdy ma swoje słabości, moją jest chęć spojrzenia na każdego, kto imponuje moim zaufanym doradcom. Louis ma o tobie dobre zdanie, teraz mam pewną podstawę do wyrobienia sobie własnej opinii.

– Rozumiem.

– To, czy mnie zawiedziesz, czy nie, okaże się w codziennej pracy.

Hanna nie mogła przestać wpatrywać się w oczy Lei.

One naprawdę są jak szczyty gór. Zero uczucia. Zero taryfy ulgowej. Zimne i twarde. 

Nie wybaczają błędów.

To musi być bardzo mądra kobieta.

– Rozumiem – powtórzyła trochę odważniej.

– Louis namówił mnie też, byśmy nie testowali cię przez tradycyjny kwartał. Zaproponował umowę o pracę na czas nieokreślony, od razu. To też rozumiesz?

Hanna wyczuła pułapkę.

– Tak.

Lea uśmiechnęła się wąsko.

– A więc znasz inne słowa. To dobrze, bo chcę ci zadać parę pytań. Możesz je potraktować jak pytania na rozmowie kwalifikacyjnej.

– Jestem gotowa.

– Ja też odrobiłam moją pracę domową, bo nie lubię popełniać błędów.

– Rozumiem.

– Powiedzmy, że wcześniej robiłaś na czarno pewne obliczenia pewnej firmie. Powiedzmy, że podobno byłaś tam szantażowana jakimiś papierami. Powiedzmy, że już nie jesteś. Ja oczywiście o niczym nie wiem.

Hannie zrobiło się gorąco, ale nie poczuła zagrożenia. Utrzymywała skupienie, nie wpadała w panikę. Kiwnęła głową. Gdyby ta rozmowa odbywała się wczoraj, pewnie właśnie kończyłaby umierać na zawał. Ale pamiętała o pouczeniach Łucji. Czuła się mądrzejsza.

Czuła się dojrzała.

A co ważniejsze, czuła się testowana.

Łucja powiedziała, że jak się zawsze mówi prawdę, to łatwiej spamiętać, co się komu naopowiadało. Może i dostałam tę pracę dzięki znajomościom, ale na pewno jej nie zatrzymam dzięki kłamstwu.

Powiem jej wszystko.

To nie jest kobieta, z którą należy żartować.

– Oczywiście, pani nic nie wie – przytaknęła.

– Czy to na pewno zamknięta historia?

– Tak.

– Opowiedz mi, jak ją zamknęłaś.

– Pani Rand, zostałam szantażowana „papierami” – tutaj Hanna zrobiła przy uszach palcami gest cudzysłowu – które rzekomo zmuszałyby mnie do pracy tylko w tamtej firmie. Prawdą jest, że do niej startowałam w sierpniu tego roku.

– Co to były za papiery?

– Osoba szantażująca mnie blefowała. To był list intencyjny. Cały szantaż opierał się na założeniu, że nie pamiętałam, co podpisałam.

Kobieta wygięła usta we wredną podkówkę.

– Żartujesz?

– Nie.

– I co z tym zrobiłaś?

– Wzięłam ten list intencyjny i na oczach szantażującej mnie osoby wrzuciłam go do niszczarki.

– To była jedyna kopia?

– Tak.

– Rozumiem. Czy recepcja dobrze mi przekazała, że chwilowo nie masz podanego adresu zamieszkania w Warszawie?

– Tak. Przeprowadzałam się akurat i od paru dni mam nowy adres, niedaleko stąd. Mogę go zaktualizować.

– Dobrze. Ranki na ustach masz skąd?

A to jej po co?

Dobra. Nieważne. 

Skoro prawda, to prawda. Dzisiaj wszystko naprawiam i dzisiaj wszystko jest idealnie. Dzisiaj nie może się nie udać.

– Prywatne stresy. Chłopak.

Lea kiwnęła głową.

– Wpłynie to na twoją pracę?

– Nie.

– Dobrze. To ostatnie pytanie. Czy to prawda, że w pewnym momencie robiłaś swoje nielegalne obliczenia dla więcej niż jednej firmy naraz?

Cholera.

– Tak.

– Rozwiniesz?

– Gdy przeprowadziłam się w sierpniu do Warszawy, to ta firma, o której wspomniałam, nagle uznała, że jednak mnie nie zatrudnia. Siedziałam więc w kawiarniach i liczyłam tabelki, z którymi nie radzili sobie biznesmeni.

– Czy Louis kiedykolwiek się do ciebie zgłosił?

– Nie.

– Kontynuuj.

– I często było tak, że pracowałam dla więcej niż jednej firmy naraz. Rekordowo obrabiałam pakiety dla trzech klientów w podobnym terminie.

– Nie o to pytam.

– Nie?

Lea podniosła z biurka niską, porcelanową filiżankę, wcześniej ukrytą za papierami. Napiła się powoli, nie odwracając spojrzenia wycelowanego w oczy Hanny. Filiżanka była biała, bez żadnych ozdób.

Okej. Mam nadzieję, że faktycznie nie będę jej widywać. Straszna jest.

– Nie, nie o to pytam. Pytam o to, czy w pewnym momencie ukradłaś rozwiązanie jednemu klientowi i sprzedałaś je drugiemu klientowi?

Hannę zmroziło.

Nigdy tak o tym nie pomyślała.

Lea uśmiechnęła się nieprzyjemnie i znowu wzięła łyk z filiżanki. Gdy skończyła, postawiła ją na podniesionym ze stołu spodeczku, też pozbawionym detali. Ostrożnie odłożyła zestaw z powrotem na blat.

Zegar tykał miarowo. Gdzieś komuś dzwonił telefon. Ptaki za oknem unosiły się na wietrze, przez co zdawały się trwać w bezruchu. Instynkt podpowiadał im, że nie wygrają z żywiołem, więc zamiast tego oszczędzały dzięki niemu energię.

– No więc? – ponagliła dziewczynę Lea.

Hanna przygryzła usta.

Zapiekło.

– Tak, tak było.

– Rozwiń.

– Poza głównym zleceniem robiłam pewien dodatkowy algorytm dla pierwszej firmy. Niestety, pokłóciłam się prywatnie z moim kontaktem z tej firmy i powiedziałam, że algorytm się nie udał. Potem zostałam o ten kod spytana przez mój kontakt z drugiej firmy i im go sprzedałam.

– Czy ta druga firma, to jest ta, która potem próbowała cię szantażować listem intencyjnym?

Faktycznie nie wygląda to dobrze, gdy tak o tym opowiadam. Ale dobrze, że się nie wybielam. Ta kobieta wie wszystko, o czym mówię. Na sto procent wszystko wie. Widzę to w jej oczach. Są straszne.

Wybielanie się tylko by pogorszyło sprawę. Już zrobiłam wystarczająco dużo złego, bo, niestety, to wszystko, o co ona się mnie pyta, jest prawdą. I, najwyraźniej, teraz przyszła pora to wyjaśnić.

I nigdy więcej nie kłamać.

– Tak.

– Nie wygląda to dobrze.

– Wiem.

– Ale przynajmniej jesteś szczera.

W sercu Hanny zatrzepotała nadzieja.

– Tak?

Lea Rand obeszła biurko i siadła na fotelu biurowym wyglądającym jak stołek z niskim, wąskim oparciem na plecy. Albo siedziało się na nim z idealną posturą, albo niewygodnie. Kobieta założyła nogę na nogę, a złączone dłonie oparła o kolano. Przechyliła głowę.

– Owszem. Nie lubię kłamców.

– Ja też nie – odpowiedziała cicho Hanna.

– I słusznie.

– Dziękuję.

– Czy Louis o tym wiedział?

– O tym algorytmie? Nie.

– A o innych historiach?

– Wybiórczo.

– Rozumiem. Niestety, właśnie mi opowiedziałaś, że pokłóciłaś się z dwoma ze swoich głównych klientów, a jednemu ukradłaś fragment zlecenia, by sprzedać go drugiemu. Bardzo podobne informacje dostałam od działu kadr, gdy zleciłam przygotowanie o tobie raportu. Nie jesteś dla nas aż tak ważna, by angażować te zasoby, ale zainteresowanie Louisa, jakby to powiedzieć, trochę mnie zaniepokoiło. Byłam ciekawa, pod czyim jest wpływem.

Hanna nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Lea dała jej moment na zebranie myśli, ale gdy milczenie dziewczyny przedłużało się, dotknęła palcem swojego biurka i wróciła do wywodu.

– Doceniam, że powiedziałaś mi prawdę, więc dostaniesz szansę pracy u nas. Gdybyś skłamała, wyszłabyś stąd za minutę i jeszcze dostałabyś reprymendę, że zmarnowałaś nam czas. Za kłamstwo zawsze karzę z całą surowością.

Boże, Łucja miała rację, że mówienie prawdy popłaca. Głupia jestem, że kiedykolwiek cokolwiek ubarwiałam. Od dziś tylko prawda.

Serce Hanny wypełniło się ciepłem.

– Dziękuję.

– Nie skończyłam.

– Przepraszam.

– Dostaniesz szansę pracy u nas, ale nagrodą za twoją przeszłość będzie odebranie ci przywileju rozpoczęcia kariery od razu umową o pracę na czas nieokreślony.

– Słucham?

– Dostaniesz zwykłą umowę-zlecenie. Na czas określony. Kwartalną. Taką jak wszyscy. A po tym okresie próbnym zastanowimy się, co zrobić z tobą dalej. Ale, żebyśmy się dobrze rozumiały, tylko wyjątkowy wysiłek i niesamowite osiągnięcia sprawią, że zatrzymamy pracownika pomimo zamkniętych rekrutacji.

Zegar nadal tykał miarowo.

Gdzieś ktoś rozmawiał przez telefon.

Niebo za oknem było czyste i puste. Ptaki poleciały dalej.

Hanna wróciła myślami do swojego szklanego muru.

Stary runął bezpowrotnie.

Razem z Łucją przygotowały fundamenty pod nową, wytrzymalszą wersję. Bardziej okazałą i wyższą niż poprzednia. Ale w gruncie rzeczy podobną, bo nadal kruchą i wzbudzającą w dziewczynie pełzającą klaustrofobię. Hanna dopiero teraz pojęła, że schowanie się za bezpiecznym murem zawsze idzie w parze z ograniczeniem wolności do jego granic.

Stanęła też na palcach, by spojrzeć ponad powstającym falochronem na horyzont. Gnębiący ją regularnie ocean strachu, ten spieniony żywioł emocji, z którym tak często się zmagała, nadal szumiał i nadal jej groził. Wcale nie zniknął.

Po prostu przez chwilę był daleko.

A świadomość, że w prawdziwym świecie nawet powiedzenie prawdy potrafi zaszkodzić, w każdej chwili mogła sprowadzić go bliżej.

Niby wczoraj zmieniło się wszystko.

A zmieniło się tak niewiele.

Dziewczyna poczuła, że traci oddech.

Śmieciówka? To wszystko było dla śmieciówki?

– Ale powiedziałam pani prawdę – wystękała wreszcie.

Kobieta cmoknęła, niezadowolona.

– Naiwne myślenie, panno Wróbel. Żeby móc mówić prawdę, trzeba na tę prawdę wcześniej zasłużyć. Jeśli twoja prawda jest mało warta, bo źle postąpiłaś, to przyznanie się do niej niczego nie zmienia. Tak, daje pewną podstawę do rehabilitacji, ale tylko podstawę. Jak sobie nie poradzisz na okresie próbnym, to cię zwolnimy. Proste.

– Ale ja już wynajęłam w pobliżu mieszkanie.

Lea Rand wstała i oparła się dłońmi o biurko. Wyglądała na surową i silną. Uniosła dumnie głowę.

– To dobrze, bo się będziesz bardziej starać. Będziesz bardziej zdeterminowana, by znaleźć tutaj swoje miejsce i jeśli okażesz się tak dobra, jak Louis mówił, że jesteś, to damy ci uczciwą szansę na karierę. A teraz idź proszę do kadr i powiedz im, by wrzucili do niszczarki twoją umowę o pracę na czas nieokreślony i wyjęli z teczki podstawową, kwartalną umowę-zlecenie.

Hanna chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zrozumiała, że nic nie wskóra. Rozmowa była skończona.

– Rozumiem – powiedziała, przełykając przerażenie i skinęła głową. – I przepraszam.

– Nie masz za co mnie przepraszać. Zrehabilitujesz się i podziękujesz mi za zaufanie dobrą pracą – odpowiedziała Lea i siadła, chowając się za papierami.

Hanna ruszyła ku drzwiom. Zatrzymała się po dwóch krokach i, zmieszana, przygryzła usta. Zapiekło. Dała sobie chwilę, nadal panicznie szukając czegoś, co by ją uratowało.

Czegokolwiek.

Przecież to nie może się tak skończyć.

Przecież dzisiaj miałam wreszcie się ustabilizować i już naprawdę pracować, na umowie o pracę, takiej pełnej, na czas nieokreślony, tak jak od początku planowałam.

Po paru oddechach uświadomiła sobie jeszcze wyraźniej, że nie jest w stanie znaleźć absolutnie żadnej okoliczności łagodzącej.

– Do widzenia – powiedziała wreszcie i, nie doczekawszy się odpowiedzi, wyszła na korytarz.

Zamknęła za sobą drzwi. Tykanie zegara ustało. A razem z nim – nadzieja, że wszystko się dobrze ułoży.

Hanna zagryzła zęby i poszła w stronę wind.

No to mam za swoje.

Wcale nie wystarczy mówić prawdy.

Kłamię, jest źle. Mówię prawdę, też jest źle. A wszyscy mnie oceniają. 

Jedno muszę jej przyznać. Faktycznie byłam naiwna, sądząc, że wystarczy teraz zacząć wszystkim spowiadać się ze swoich złych uczynków, a wszystko będzie dobrze.

Muszę przestać być naiwna.

Muszę wygrać ten okres próbny tak spektakularnie, że im majtki pospadają. Wszystkim.

Ale przede wszystkim muszę przestać być naiwna.

Co prawda baristka z Porto odpisała mi, że chętnie mi pomoże, a Teodor odpisał, że między nami wszystko gra, ale rodzice?

Rodzice nadal mi nie odpisali.

A co, jeśli mnie ochrzanią? A co, jeśli się obrażą? Nie wiem, jak mam z nimi teraz rozmawiać, żeby ich nie ranić dalej.

Z Łucją się udało.

Z pracą się nie udało, bo zostałam oceniona z całą surowością, a przecież wszystko powiedziałam, jakby od tego miało zależeć moje życie. Jeśli prawda nie wystarcza, bo się nie podoba, to po co w ogóle o nią pytać?

Hanna siadła w końcu, rozkojarzona, na kanapie dla gości przy toaletach na końcu korytarza. Nie znalazła wind, a nie była w stanie wyrwać się z własnej głowy.

Wcisnęła się w kąt siedziska, wydęła usta i zupełnie zignorowała rzeczywistość.

Cały ten czas stała na palcach, by znad niegotowego muru obserwować odległy ocean. Zbierające się nad nim burzowe chmury nie dodawały jej nadziei.

Od nagłego niepokoju aż cała zadrżała.

Boże.

Ale co to w ogóle było, że szefowa w relacji zawodowej pyta się pracownika o rany na ustach? To tak, jakbym ja się jej spytała, o co poszło z tym jej byłym mężem. Pewnych tematów nie porusza się w miejscu pracy i tyle, to przecież podstawowa uprzejmość.

Cholera.

Ale przeze mnie teraz Louis może mieć problemy. Faktycznie nie wiedział, że ukradłam tamten algorytm.

Ukradłam.

To za mocne słowo.

Adam mnie wkurzył, więc przechowałam ten kod na później, nie można od razu mówić, że ukradłam. Każdy by tak postąpił na moim miejscu.

Czyli jeszcze względem Louisa muszę być w stu procentach szczera. Już widzę to jego rozczarowanie, to jego ocenianie.

Chcę być szczera, ale to jest niemożliwe, gdy wszyscy mnie tak od razu oceniają. I co niby ma zrobić człowiek, który kiedyś nabroił? Skoro, gdy mówi szczerze i przeprasza, jest nadal karany.

Przecież to jest sytuacja bez wyjścia.

Poza tym – no właśnie – Adam.

Zaraz mam lunch z Adamem.

Nie mogę się z nim teraz spotkać, bo znowu będę przygryzać usta. Przecież ja aż cała chodzę z nerwów. No ale dobrze, powiedzmy, że się uspokoję. Do lunchu sporo czasu. Przyjdę w glorii i cała na biało, i co wtedy?

Co ja mu powiem? Że dostałam gorszą umowę, bo kiedyś mu coś ukradłam i, okłamując go, sprzedałam algorytm Teodorowi, którego on nienawidzi? To mam mu powiedzieć?

Przecież to zrodzi tysiące innych pytań.

To może zacznę od początku?

Skąd ja mam wiedzieć, jak wypadnie rzut monetą w jego przypadku? Jak zareaguje? Z pracą nie wyszło, Louis będzie rozczarowany. Z Łucją wyszło, z baristką też. Z Teodorem w sumie też. Ale rodzice nadal milczą.

Pół na pół.

Muszę Adamowi wszystko powiedzieć.

Ale może taka lawinowa szczerość i wylanie wszystkiego na jego głowę to nie jest dobry pomysł? To w zasadzie trochę tchórzliwe, bo źle zrobiłam. I teraz co, zrzucę na niego cały ten ciężar naraz i będę liczyła, że sobie z nim poradzi?

Adam to nie rodzice.

Jeśli rodzice od tego ciężaru się dzisiaj na mnie obrażą, to jakoś to z nimi naprawię, to w końcu rodzice. Łucja wczoraj powiedziała, że zrobiłam dużo głupich rzeczy, ale było warto, bo chociaż będę z tego miała umowę o pracę.

Otóż, Łucjo, nie mam umowy o pracę.

Mam na okres próbny, jak każdy.

Mam śmieciówkę.

W nagrodę, że byłam szczera.

Nie było warto.

Przynajmniej nie do końca.

Będzie warto, jeśli nie stracę Adama.

Zmarnuję tę szansę, jeśli go stracę.

Już raz tak schrzaniłam trzy przyjaźnie równocześnie. Nie mogę tego powtórzyć.

Hanna powstrzymała warknięcie. Cała aż chodziła z gniewu. Odczuwała silną potrzebę szybkiego i skutecznego załatwiania spraw. Nawet jeśli będzie ją to coś kosztowało.

Nie, nie mogę stracić Adama.

Nie mogę się z nim spotkać. Muszę się zastanowić nad tym, co powiedziała mi Łucja, co sama chcę osiągnąć. Muszę przemyśleć, kim on dla mnie jest i jak spokojnie, stopniowo opowiedzieć mu o wszystkim, co zrobiłam źle. O każdym z tysiąca durnych kłamstw, które utkałam w siateczkę ściemy swoim grubym odwłokiem, zupełnie jak jakiś cholerny pająk.

O tym, że dostałam już karę, gorszą umowę, za jedno z tych kłamstw i chcę się zrehabilitować, i chcę, by było cudownie.

Muszę najpierw pogadać z rodzicami, zobaczyć, jak oni reagują, bo się zbyt stresuję ich reakcją i tym ich milczeniem? Może po prostu są zajęci?

A może są wkurzeni?

Tak. Najpierw rodzice. Potem Adam.

Zmienię lunch na kolację.

Ale on się spyta, czemu nie możemy się spotkać, przecież się umawialiśmy na lunch. 

Hanna przygryzła usta.

Zapiekło.

Wyciągnęła telefon i wybrała numer.

– Halo? – odezwał się po chwili Adam. Brzmiał, jakby wyrwała go z jakiegoś trudnego zajęcia.

– Cześć skarbie – powiedziała cicho.

– O, hej, nie spojrzałem na ekran. I jak?

– Jestem już po rozmowie. Dostałam pracę.

–  Tak, jak planowałaś?

Hanna zawahała się na kilka chwil.

Mów prawdę. Mów prawdę. Mów prawdę.

– Tak, ale o detalach ci opowiem, jak się spotkamy, bo jest inaczej, niż sądziłam.

– No dobra, ale wiesz, i tak: gratulacje! – w jego głosie zabrzmiała szczera duma. – Słuchaj, ja teraz nie mogę rozmawiać, ale dobrze, że zadzwoniłaś. Naprawdę, superdumny jestem! Gratulacje! Opowiesz mi wszystko na lunchu?

– Właśnie w tej sprawie dzwonię.

– Aha?

Hanna spojrzała na zamglone odbicie w mlecznobiałej, szklanej ścianie po drugiej stronie korytarza. Wyglądała doskonale. Zawsze chciała tak wyglądać.

W końcu miała pracę. Co prawda nie do końca taką, jaką by chciała, ale jednak pracę.

Czuła, że musi to wszystko wreszcie ułożyć, bo inaczej zwariuje.

Wszystko ci opowiem Adam.

Obiecuję.

Po prostu nie teraz.

Nie wszystko naraz.

– Tak, przełóżmy to na kolację.

– Dzisiaj?

– Dzisiaj.

– Kurczę, a ja fajną rezerwację zrobiłem. Na pewno nie możesz wyjść w lunch? Czemu nie możesz się wyrwać już pierwszego dnia? – spytał żartobliwym tonem.

– Wiesz co, coś wypadło. Jak chcesz, to mogę ci dać do telefonu szefa kadr, żebyś mu powiedział, że nie mogę tu tyle siedzieć.

Skarbie, nie pytaj dalej, bo to dla naszego dobra. To tylko małe przesunięcie terminu, a ja ci wszystko powiem wieczorem, co ty na to?

Adam zaśmiał się krótko, choć przez telefon brzmiało to bardziej jak nerwowe kaszlnięcie.

– Nie, no co ty – odpowiedział.

Zamilkł na moment. Hanna pozwoliła sobie na szybką myśl, że może to faktycznie jeszcze się jakoś ułoży. Że wreszcie uda jej się dojrzeć i zrozumieć, jak te wszystkie sytuacje rozwiązują prawdziwi dorośli. Że wyjaśni ze swoim chłopakiem wszystko tak jak trzeba, stopniowo, bez pośpiechu, bez przerzucania odpowiedzialności na jego stronę.

Przestała przygryzać usta. Poczuła się pewniej. Wyprostowała się i poprawiła marynarkę.

Rano wydawało jej się, że dojrzała, ale dopiero teraz zaczęła dojrzewać. Teraz już wiedziała, jak się podchodzi do innych ludzi.

Nawet odbicie w mlecznobiałym szkle zdało się nagle wydawać bardziej podobne do niej samej. Hanna przekrzywiła głowę i zrobiła sama do siebie głupią minę. Stanowczo za bardzo to wszystko przeżywała.

Jej oczy zalśniły nadzieją, a brwi znowu zatańczyły zabawnie, wzmacniając każdą emocję, którą akurat zdecydowała się pokazać światu.

Wszystko wracało do normy.

My też wrócimy do normy. Teraz jeszcze przez chwilę będę stopniowo wyprowadzać cię z ciemności, aż wszystko będzie super. Obiecuję.

I tę pracę rozgromię, i ciebie będę lepiej traktować. Po prostu, Adaś, pomimo tych kłamstw, pomimo tego wszystkiego, po prostu mi zaufaj.

Ten jeden, ostatni raz zaufaj.

– Skoro tak mówisz, to znaczy, że tak jest. Skarbie, ufam ci przecież – dodał po chwili Adam zupełnie beztrosko, jakby czytając jej w myślach.

A Hannie, zastygłej w momencie pokazywania samej sobie języka, pękło serce.

… ciąg dalszy nastąpi.

 

Kolejny odcinek – siódmy – już za parę tygodni!

A w nim: Czy Hannie wreszcie uda się wyjść na prostą? Czy znajdzie drogę by wyjaśnić sprawy z Adamem? Czy poradzi sobie w korporacji Louisa i będzie jeszcze kiedykolwiek mieć szansę na wymarzoną umowę o pracę?

No i najważniejsze – czy starczy jej na to wszystko kawy?

Dowiesz się w siódmym odcinku!

Dołącz do Sekretnej Kawiarni i podyskutuj z innymi Czytelnikami.

Oraz zapisz się do newslettera, by na pewno być na bieżąco! Użyj tego linka lub formularza poniżej.

 

A jeśli Ci się podobało i chcesz mi choć trochę pomóc…

… będę BARDZO wdzięczny, jeśli powiesz o tym serialu JEDNEJ osobie, którą lubisz. Ale TYLKO jeśli to czujesz i masz na to ochotę. Tutaj łap link do pierwszego odcinka, możesz go jej lub jemu podesłać razem z paroma słowami zachęty a ja zasalutuję Ci w ramach podziękowania pitą akurat kawą :)

Serio. Nic więcej nie potrzebuję. Zadowoleni Czytelnicy, którzy naturalnie i bez stresu, bez spiny, bez ciężkiego namawiania opowiadają o historii Hanny Wróbel swoim przyjaciołom to 100% moich potrzeb, bym czuł się spełniony!

Dzięki!

Podziękowania

Za profesjonalną opiekę i doskonałą pomoc podziękowania dostają: Kinga Kasperek (redakcja – zgłaszajcie się do Kingi jeśli chcecie, by Wasz tekst był 300% lepszy), Monika Kondela (korekta – wyłapie wszystko), Ola Korbacz (dopieszczanie detali) oraz Marzena, za strategiczną pomoc przy całym procesie.

Nisko się kłaniam wszystkim członkom Sekretnej Kawiarni. Każda rozmowa z Wami zawsze inspiruje mnie do wielu ciekawych rozwiązań. Poza tym, z takim wsparciem aż chce się tworzyć. Serio.

Pozdrowienia przesyłam członkom nowego super miejsca w Internecie – grupy Jak wydać książkę? – na której zaczynają się zbierać naprawdę fantastyczne jednostki zajarane tworzeniem, pisaniem, wydawaniem, robieniem czegoś, czego się jeszcze nie robiło. Jeśli nie siedzę na Sekretnej, to pewnie siedzę tam :)

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 
Bądźmy w kontakcie:

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)