Red Rising – od lat mi tak nie odbiło

Czas czytania: około 7 minut • Inspiracje
 

Ach, Red Rising. Kojarzycie takich denerwujących znajomych, którzy odkryją coś nowego – książkę, serial, album – i potem będą Wam włazić na głowę bez końca, dopóki nie ulegniecie i też nie spróbujecie?

Dzień dobry :D

Tym razem pora na mnie.

Kilka tygodni temu przeczytałem pewną trylogię, która natychmiast awansowała do ścisłego panteonu moich ukochanych książek wszechczasów. Nie mam pojęcia jak dokładnie mam się zabrać za opowiadanie o niej, ponieważ jedyne, co przychodzi mi do głowy, to machanie nad głową rękami i cieszenie się, że być może jeszcze jej nie znacie.

(M.in. dlatego razem z tym tekstem nagrałem film – do obejrzenia na samym dole. Pisanie w pozycji siedzącej zupełnie nie pozwalało mi na przeżycie wszystkich targających moją radosną dziecinnością emocji.)

(Aha, by wszystko było jasno powiedziane: nie czytałem polskiego wydania i nie mam pojęcia, czy jest dobrze przetłumaczone. Wydaje mi się, że tak, bo czemu nie? Ale sam czytałem oryginał. Tak więc proszę o pamiętaniu o tym przy czytaniu nadchodzących pochwał.)

Czym jest Red Rising?

Red Rising autorstwa Pierce’a Browna to trylogia science fiction bardzo mocno umocowana i obficie czerpiąca z antycznej estetyki starożytnego Rzymu. Czytelnik pomiędzy kolejnymi odwiertami dokonywanymi przez ludzkość w głębi planety Mars co krok zauważa nawiązania do rzymskiego systemu politycznego, kast społecznych czy wyznawanych bogów.

Głównym bohaterem jest Darrow, tzw. helldiver, górnik zajmujący się najgroźniejszymi, wręcz samobójczymi pracami na samym przodku marsowych kopalni cennego minerału, bez którego ludzka rasa nigdy nie poradzi sobie z kolonizacją systemu słonecznego.

Darrow jest też redem, czyli członkiem najniższej kasty społecznej odpowiedzialnej za najgorsze, najbardziej niebezpieczne i najmniej wdzięczne roboty na świecie.

Darrow jest wreszcie bohaterem opowieści TAK OGROMNEJ, że aż głupio mi próbować ją “opisać” przez pryzmat pierwszych kilkudziesięciu stron. Niestety, nie mam wyboru. Red Rising szybko i wspaniale rozwija skrzydła i zwiększa swoją skalę do epickiego poziomu. Tylko że robi to przy pomocy cudownych zwrotów akcji.

A ja nie wybaczyłbym sobie zdradzenia Wam nawet jednego z nich :)

No dobra – to czym jest Red Rising “tak w skrócie”?

Pierwszy tom to nieślubne dziecko Gry Endera  z Hunger Games.

Drugi i trzecim tom to z kolei wypadkowe Gry Endera z dowolną gigantyczną, wykonaną z rozmachem space operą godną Gwiezdnych Wojen!

Jak się dowiedziałem o tej trylogii i czemu to ważne?

Słuchałem mojego ulubionego podcastu (Co-Optional Podcast) i jak zwykle w połowie trójka prowadzących spytała się zaproszonego, czwartego gościa nagrania o to, co ostatnio ciekawego czytał. Aż tu nagle ten gość zaczyna się plątać, śmiać, pokrzykiwać i całym sobą namawia do kupienia Red Rising.

“No dobrze”, pyta się prowadzący, Total Biscuit, “ale dla kogo niby jest to lektura?”

Na co gość odpowiada: “Wiesz co? Red Rising spodoba Ci się jeśli kiedykolwiek spodobało Ci się… COKOLWIEK. PO PROSTU COKOLWIEK. TO JEST KSIĄŻKA, KTÓRA WCIĄGNIE KAŻDEGO.”

Po pięciu minutach miałem całą trylogię na Kindle’u.

Dlaczego aż tak się nią cieszę?

Bardzo dobrze widzę dużo “prawdziwych” błędów tej książki. Niektóre sceny bywają naiwne, sporo wydarzeń łatwo przewidzieć, kogoś może wkurzyć stosowany przez autora model słowotwórstwa. Tak jest i nie ma co ukrywać faktów. W “prawdziwej” recenzji pewnie przyznałbym tym książkom 8 albo 9 na 10.

W mojej recenzji przyznaję im 15/10.

Red Rising dało mi – emocjonalnie – coś, czego nie dała mi żadna książka od czasów Harry’ego Pottera.

W środku wyjątkowo gorącego okresu (masa pracy, dużo obowiązków, kilka wyjazdów, permanentne niewyspanie) zarwałem kilkanaście nocy z rzędu. Codziennie rano wstawałem wcześniej by godzinę-dwie czytać Red Rising zanim zajmę się czymkolwiek innym.

Czytałem te książki do posiłków, w trakcie jazdy komunikacją miejską i czekając aż mi się wrzuci film na YouTube.

Czytałem je z przerwami WYŁĄCZNIE na pracę i czas z bliskimi.

A potem znowu siedziałem do drugiej, trzeciej w nocy, by tylko wciągnąć kolejne parę rozdziałów.

Nie umiem Ci dokładnie powiedzieć, co mi się stało. Sam nie wiem. Ale od pierwszej strony Red Rising wstąpiłem w nowy, nieznany mi świat, którego WSZYSTKIE elementy ułożyły się z moimi prywatnymi puzzlami gustu i oczekiwań kulturowych tak ładnie, że aż oniemiałem.

Od dziecka nie czułem aż takiej radości z czytania :)

Jaki jest powód, że to aż tak doskonale działa?

Mój ulubiony.

Red Rising to charyzmatyczne i piękne postacie, których przygody mogłyby równie dobrze mieć miejsce w dowolnym innym świecie lub czasie historycznym.

To jedna z największych zalet Gwiezdnych Wojen. Gdyby Luke był dzieciakiem z okupowanych części Portugalii, który natrafiając na hiszpański ruch oporu bierze za cel zniszczenie jakiejś tam hipotetycznej wyrzutni rakiet V1 i V2 (a w międzyczasie natrafia na wariackiego przemytnika / kierowcę własnego pojazdu opancerzonego rzekomo wożącego na front zapasy) to oglądałoby się to pewnie tak samo dobrze.

A że George Lucas postanowił stworzyć przy okazji kanon science fiction – mamy legendę.

Podobnie jest w przypadku Red Rising. Bohaterowie i fabuła TAK SAMO DOBRZE odnaleźliby się w antycznym Rzymie, antycznej Grecji, przedrewolucyjnej Francji czy dziewiętnastowiecznej Anglii. Ale autor ma hopla na punkcie butów antygrawitacyjnych i gigantycznych statków kosmicznych. Mamy więc ultra lekką i cudownie “wchodzącą” sagę science fiction.

OK, a podsumowując?

Bohaterowie szybko znajdują miejsce w Twoim sercu i już teraz czuję, że będzie się ich potem pamiętało latami. Darrow, Mustang, Sevro, Pax czy Ragnar staną się imionami tak bliskimi, jak najlepsi bohaterowie z dzieciństwa. Nawet jeśli okazjonalnie rzucą do siebie nawzajem dosyć suchy żart.

Wydarzenia wkurzą, wzruszą, rozśmieszą, czasem rozczarują a czasem wzbudzą dumę.

Wszystko będzie dziwne i szybkie, jak furkot skrzydeł wyjątkowo ambitnego wróbla marzącego o locie na równi z albatrosami, który czasem nie da rady unieść własnych aspiracji, ale pogodnym podejściem i budzącym podziw rozmachem działań złapie taki prąd powietrzny, że będzie się wydawało, jakby ogarnął :)

Wspaniała trylogia, której nie sposób przestać czytać.

Dobra, to teraz to samo, tylko że w wersji “film”

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies