Autor: Andrzej Tucholski | 25 stycznia 2016 | Komentarze:
Czas czytania: około 11 minut

To NIE będzie najlepszy rok Twojego życia

W Polsce nie ma jeszcze na to AŻ TAKIEJ mody, ale w Anglii i Stanach od dwóch miesięcy w zasadzie co druga publikacja zawiera jakąś wersję hasła “the best year ever”. Nie mam nic przeciwko wysokooktanowym ambicjom, sam lubię regularnie uruchomić rundę skrajnego pracoholizmu, aaaaaale… no to nie jest do końca tak, jak to hasełko mówi.

Dwie możliwe opcje

Zobacz: jeśli się nad tym zastanowić, to hasło “the best year ever” można rozbić na dwie spore kategorie planów.

Jedną są pomysły stawiające na piedestale *mnie* i to są wszystkie rzeczy w stylu “więcej spać, zdrowiej jeść, chodzić na randki, dbać o przyjaźnie”. Ludzie starający się skupić na tych stronach życia z reguły są szczęśliwsi, ale też mają dosyć stały zestaw długoterminowych problemów z, powiedzmy, finansowym zabezpieczeniem przyszłości.

Drugie pudełko to z kolei kult *celu* i znajdziesz tam “zarobić bańkę, założyć firmę, stworzyć poczytnego bloga, przejechać Europę na grzbiecie wyjątkowo puchatej owcy”. Ludzie starający skupić się na celach z reguły cieszą się bardziej “widocznym” sukcesem, choć nierzadko okupują to uzależnieniami lub depresją.

Czy te opcje są symetryczne?

Często ludziom wydaje się, że tylko opcja nastawiona na cele jest toksyczna, bo nakłada na życie ciężki reżim. OK, jest w tym sporo prawdy. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że opcja “ja” też gwarantuje niezły kierat. A co, jeśli akurat dostanę niespodziewane, wybitne zlecenie na ilustracje do książki na brazylijski rynek? Wtedy nadal mam “dużo spać”, nawet jeśli zmarnuję życiową szansę?

Raczej nie :)

Dlaczego “best year ever” to marne odniesienie?

Płynnie przechodząc z psychologii do biznesu: cel zdefiniowany jako “najlepszy” to naprawdę podle zdefiniowany cel. No, ale ja nie jestem od tego by się tutaj czepiać popularnych uproszczeń (ba, sam je lubię), więc spróbuję wyjaśnić mój tok myślenia na przykładzie poniższych punktów:

1. Płytka wymiana. Powiedzmy, że postawisz sobie pewien cel, dzięki któremu będziesz potem “wiedzieć”, czy dany rok faktycznie był najlepszy w życiu. Lepiej nie mów o tym znajomym, bo część z nich może spróbować się z Tobą założyć o dychę i pewnie wygra. Powód jest prosty: czas nie jest z gumy i jeśli poświęcisz pełną uwagę, powiedzmy, pracy, to prawie na pewno zarżniesz tym samym swoje zdrowie, relacje rodzinne czy studia.

2. Wypalenie zawodowe. Ale, niech Ci będzie, powiedzmy że połączysz zarówno wysoką celowość z wysokim dbaniem o siebie. Wtedy masz spore szanse by w istocie zagwarantować sobie najlepszy rok w życiu. Problem zacznie się za trzy lata, gdy dogoni Cię skrajne styranie i, jeśli będziesz mieć pecha, wypalenie wywołane ponad trzydziestoma miesiącami przepracowania. Czy warto wymieniać jeden najlepszy rok w życiu na jeden wyjątkowo trudny i potencjalnie marny rok w życiu? Nie wiem.

3. Wieczna frustracja. Wiesz co masz BEZ PUDŁA zagwarantowane za każdym razem, gdy próbujesz zaprojektować sobie świetny, produktywny, wyjątkowo szczelny plan? Pewnie wiesz, bo pogrubiłem te dwa słowa jako początek niniejszego akapitu. Frustrację. Wielką, nieustającą frustrację.

4. Odebranie sobie spontaniczności. Powiedzmy, że w czwartkowy wieczór zaplanowaliście sobie albo “sen” albo “dwie lekcje języka aramejskiego”. Ekstra. A co z sytuacją, w której akurat przekręci do Was przyjaciel, że urodziła mu się córka i ma na imię Renata i musicie NATYCHMIAST stawić się w pubie na świętowanie? Wybierzecie poczucie winy czy frustrację?

5. Odebranie sobie szansy na rozwój. Wspomniałem już o tym parę akapitów wyżej. Możecie zaplanować sobie ile czego tylko chcecie, czy to “ja”, czy to “celów”, a życie i tak potraktuje się z tym szorstko i bez padonu. Powiedzmy, że zaplanowaliście sobie “namalowanie całego artbooka dzieł graficznych”. Świetnie. A co, jeśli w marcu po prostu WYBUCHNIE Wam popularnością Wasz mały, internetowy komiks i zacznie go czytać połowa wschodniego wybrzeża USA? Nadal będzie podążali za artbookiem, czy raczej zmonetyzujecie nagłą szansę? Ale ona Was przecież nie doprowadzi do zaplanowanego celu.

6. A co z planami wielopoziomowymi? To też wyjątkowo często pomijana kwestia. Są pewne rzeczy, które można zrobić w rok, ale są też pewne rzeczy, do których potrzeba przynajmniej dwóch-trzech lat. I co wtedy? Który z tych trzech rocznych okresów będzie postrzegany jako “najlepszy” – ten gdy dopiero zrzuci się masę, czy ten, gdy nabierze się mięśni?

7. A co z planami dotyczącymi innych ludzi? Czy Twoi bliscy na pewno zostali uwzględnieni w tym, co planujesz? A może jeszcze lepiej, część Twoich planów zawiera “kogoś” jako formę celu? A co jeśli oni będą mieli zupełnie inne plany?

8. Najważniejsze: a co z czynnikami niezależnymi od Ciebie? O tym pominięciu będzie cały kolejny akapit, więc przejdźmy od razu tam.

Podstawowy problem z “najlepszym rokiem”

Wiesz, jaki jest mój główny problem z takimi hasłami? Próbują człowiekowi wkręcić, że to ODE MNIE zależą zarówno te czynniki, które faktycznie zależą ode mnie, jak i te czynniki, na które nie mam absolutnie jakiegokolwiek wpływu.

Chcesz wejść na wysoką górę? Pamiętaj o sytuacji politycznej w kraju docelowym, Twoim zdrowiu, ewentualnych losowych kontuzjach, pogodzie, gorszej sytuacji finansowej i setkach innych spraw.

Chcesz założyć firmę? Pamiętaj o zmieniającej się sytuacji prawnej, o ciągłej żonglerce podatkowej, o różnych innych krajach pozwalających na założenie firmy, o innych metodach rozliczania się, o koniunkturze i setkach innych spraw.

Chcesz zrobić cokolwiek? Pamiętaj o setkach niezależnych od Ciebie czynników, które mogą sprawić, że sto razy mądrzejsze będzie “przeczekanie” z danym tematem roku lub dwóch, lub – bo czemu nie – wybranie zupełnie alternatywnej ścieżki. Trzeba tylko najpierw mieć cel sprecyzowany trochę celniej od “najlepszy rok” i jakaś jedna “rzecz”, po której to poznamy.

Porównanie wstecz

Oczywiście można też dojść do wniosku, że chodzi o “jak najlepszy rok do tej pory”, co jest w miarę ciekawym podejściem do życia, tylko że, znowu, niezdrowym. Po pierwsze, nabiera się przez takie nastawienie BRAKU szacunku do dotychczasowych przeżyć i doświadczeń. Szkoda w życiu nawet negatywne rzeczy skreślać jako “gorsze” od czegoś. To one nas tworzą. W całości. W sumie. Akceptacja lub, w najgorszej wersji, zrozumienie pozwalają na więcej.

Po drugie, wieczne zwiększanie “ciągu” sprawi, że wrócimy do jednej z wcześniejszych opcji. Przeciążenie, przegrzanie i eksplozja silników są w zasadzie gwarantowane.

Moja propozycja – jak mieć najlepsze życie, niezależnie od roku

Gdy rozmawiam z mądrzejszymi ode mnie, gdy czytam książki i biografie poświęcone dawnym mistrzom i Wielkim Ludziom różnych dziedzin (od wojska, przez naukę, po sztukę czy sport, czy biznes) to widzę pewną powtarzającą się zależność.

Przy wzięciu poprawki na to, że ogrom z nich przypłacił efekty swojego pracoholizmu uzależnieniami, depresją i – niestety, bardzo często – samobójstwem pojawia się pewien ciekawy model, który ze sporą czujnością można spróbować powtórzyć.

Połowa czasu “rozplanowana” – w połowie na “siebie”, w połowie na pracę.

Połowa czasu zostawiona pusta, bo nigdy nie wiadomo co się przydarzy.

(Czyli 1/4 na *siebie*, 1/4 na *pracę* i 1/2 luźna. Pamiętacie jeszcze wpisywanie odpoczynku w kalendarz?)

Efekty? Wolniejszy progres, niż najlepsi, ale też o wiele mniejsze prawdopodobieństwo życiowego nieszczęścia. Większa różnorodność, niż ci “najbardziej zdeterminowani”, ale za to struktura dba, by nie odlatywać od zamierzeń zanadto.

Czy w ten sposób będzie się mieć “najlepszy rok ever”?

Nie wiem. Wątpię.

Nie wydaje mi się, by dało się mieć “najlepszy rok ever”, bo możesz starać się ile chcesz, a bycia oszukanym przez partnera biznesowego z innego kontynentu lub nagłego rozpadu związku i tak nie przewidzisz. Możesz przeczuwać, możesz się przygotowywać – jasne – ale czy już same te procesy nie przeczą idei takiego wysiłku, by rok był “najlepszy”?

Powtórzę: nie wiem. Nie chcę w tym artykule prezentować żadnych twardych odpowiedzi, bo i nie ma takiej opcji, by jakiekolwiek wnioski pasowały do więcej niż jednego człowieka naraz. Dlatego z wnioskami zostawiam Was.

Weźcie je pod uwagę w trakcie analizy zeszłego roku lub przy planowaniu tego teraz, przed Wami.

Pomyślcie co tak naprawdę przyda się Wam najbardziej w nowym roku i przygotujcie się na wymagającą sprytu, kreatywności, determinacji i życiowej elastyczności batalię.

Zapewniam Was, że nowy rok nie przejmie się tymi planami nawet przez moment.

Ciao,

Andrzej Tucholski

 

Bądźmy w kontakcie:
  • Karolina Perz

    Hej, super artykuł. Pomysł z dzieleniem czasu wydaje się bardzo, hm…, zdroworozsądkowy. ;) Tylko w jaki sposób to realizować? Jak rozumiem, dzielić tylko czas, który zostaje po odjęciu “stałych” elementów dnia, jak siedzenie na uczelni czy w pracy? Czy już to wliczać jako “pracę”?

    • Tekst pisałem z punktu widzenia wolnego strzelca, ale wydaje mi się, że można go przenieść też na życie etatowe. Jak sam pracowałem “stale” lub miałem studia to traktowałem to tak jak sen, po prostu było. Po prostu miałem mniej pozostałego czasu. I to tamten czas dzieliłem tak, jak mogłem :)

      • Łukasz Urbańczyk

        Pracując na etacie dla etatu wydaje mi się, że nie ma innej możliwości niż podzielenie czasu pozostałego, po odjęciu pracy tak jak snu. Jednak są przypadki, w których praca(studia) może pomóc nam realizować marzenia, albo w czymś innym sprzyjać i to wykorzystywać (właściwie taką prace powinniśmy mieć albo znaleźć powiązanie). W tym drugim przypadku jeśli pracujemy np od 8 do 16 powinniśmy zaplanować prace tak, żeby ją jak najefektywniej wykonać i wykorzystać. I wtedy dopiero kiedy nasza praca(studia) wnosi coś więcej niż trochę kasy możemy ją traktować jako część rzeczy które mamy do zrobienia. Jeśli tak nie ma to nie jest nasz czas ponieważ sprzedaliśmy go :-)

        • Dokładnie, świetny komentarz. W życiu są podatki, opłaty, nieoczekiwany lekarz – trzeba umieć i zarabiać i przeżyć, i zadbać o bliskich. Ale są metody, by nie poświęcić temu 100% uwagi i czasu :)

  • Bardzo ciekawe spojrzenie na temat! :) Patrząc na Twoją propozycję podzielenia czasu wydaje mi się, że 1/2 to jednak sporo na luźne i nie wiadomo co się wydarzy ;) wiadomo, że to tylko umowny schemat, jednak bardziej bym widział np. 1/3 praca, 1/3 na siebie, 1/3 luźne!

    • Ja lubię grać bezpiecznie. 1/2 czasu wolnego. Który często jest “naprawdę” wolny i w efekcie tyram większość dnia ;)

  • Andrzej, bardzo fajny post, ruszyl mnie tytul z Twojego newslettera, bo jakos sama mialam zle przeczucia co do tego roku, choc moze nie powinnam tego mowic, tylko odsunac, jak najdalej w najciemniejsze zakamarki mozgu, takie niepotrzebne przesady. Dlatego postanowilam w tym roku tylko jedna rzecz; dbac o zdrowie, swoje, rodziny, najblizszych, a wiec cieszyc sie zyciem, ile bysmy go mieli dane. Pozdrawiam serdecznie
    Troche wyszedl ponury ten moj komentarz, ale jeszcze przezuwam Twoj wpis i nie do konca przezulam.Bo dalo mi to do myslenia.

  • em.

    A czy to nie jest troche tak, ze ludzie poprzez te wszystkie internety zaczynaja zyc celami/zyciem innych ludzi, rzucaja sie na gleboka wode, nie probujac nawet szukac i odnajdywac siebie? Przede wszystkim nie potrafia zdefiniowac indywidualnego poczucia szczecia. I zamiast zyc tu i teraz, codziennie, panicznie zastanawiaja sie co dalej, chcac nadac swojemu zyciu glebszy sens. Zyja w miejscu, w ktorym nie chca zyc – albo dla pieniedzy, albo maja poczucie strachu opuszczenia gniazda i porzucenia strefy komfortu. I tak patrzac po znajomych na facebooku, odnajduje duzo hipokryzji. Kolega, wielki patriota, Polak z krwi i kosci, homofob, ktory otwarcie wyraza swoje poglady na forum, emigruje do multikulturalnej Francji, podekscytowany wpisuje post “Czas sporbowac czegos innego” po co? Zeby uprzykrzyc zycie tubylcom? Nie rozumiem dlaczego ludzie chca zyc zyciem innych ludzi tak bardzo. I to wszechobecne, bezpodstawne ocenianie w stylu – Nie znam sie to sie wypowiem. Nie koniecznie sie Andrzej z Toba zgadzam co do krajow anglosaskich, ale naprawde lubie poczytac twoje teksty. ciao x

    • Łukasz Urbańczyk

      W skrócie ująłbym to tak: ludzie nie potrafią marzyć(przestali jako mało dzieci, otoczenie ich tego oduczyło) nie mówiąc już o ich realizacji(no bo nawet nie wiedzą co to jest marzenie). Ale to temat na wiele godzin dyskusji. “nie znam się to się wypowiem” wydaje mi się, że ludzie nie umiejący marzyć są często tak zgorzkniali, że uzależnili się od hejtu(który oczywiście jest zły i powinien być plewiony), który pobudza ich mózgi w dla nich zrozumiały przyjemny sposób.

  • Czym mniej planuję tym mam lepszy rok. Życie mnie nauczyło, że plany nic nie znaczą w obliczu tego co los może dla nas przygotować. Trochę żyję do przodu, trochę tu i teraz, nigdy tym co było.

  • “1/4 na *siebie*, 1/4 na *pracę* i 1/2 luźna” – i to jest bardzo słuszna koncepcja! Dzięki temu praca i rozwój osobisty będą posuwały się do przodu (małymi kroczkami, ale z głową – bez chaosu), a my będziemy mieć jeszcze czas wolny! Osobiście od dwóch lat interesuję się samorozwojem i zmniejszeniem godzin pracy i powiem Wam, że praca jest wykonana (wcale nie gorzej!), książki, blogi, kursy w toku (samorozwój), a jeszcze mam czas dla rodziny (nie mam niestety czasu na Starcrafta, który od listopada leży i się kurzy, ale to kwestia priorytetów w domu).

  • Decydowanie, że jakiś rok był lub będzie najlepszym to zamurowanie drogi do rozwoju. Myślę, że zaczynamy (po wielkim bum na produktywność) szukać metody na życie w świetle “slow”. Mnie doświadczenia doprowadziły do momentu gdy chce mieć jak najmniej, bo w tym “mniej” znajduje więcej. Uważność, kontemplacja elementów wybranych spośród wcześniejsze puli, która była (ponoć) “najważniejszą i najbardziej okrojoną”, robi swoje. Czasem trzeba się zrzec rzeczy, które się kocha, bo brak jest czasu na kochanie wszystkiego na raz.
    Ale to ja. :)

  • Pod koniec grudnia nigdy nie mówię, że będę miała najlepszy rok życia. Mówię sobie, że będzie on po prostu lepszy od poprzedniego. Bo jeśli faktycznie okaże się, że to był fantastyczny rok, a ja określiłam go już w swojej podświadomości mianem “najlepszego”, to co powiem za dwa lata? :)

  • Kurczę, świetny tekst. Bardzo mocno we mnie trafił. Myślę, że najbardziej boli mnie to, że jestem perfekcjonistką i przez to czuję się często sfrustrowana. Nie mam w sobie takiej spontaniczności, jaką bym chciała mieć – to druga sprawa. I chyba tu jest pies pogrzebany. W sumie moich poczynań nawet nie rozpatruję pod kątem “the best year ever” (czyli zakładanie na początku roku, że coś tam zrobię), tylko żyję tak non stop (w czerwcu, wrześniu, jaki listopadzie). Tak, jakby te cele we mnie żyły ciągle… to jest bardzo męczące.
    Chyba powinnam mocno zweryfikować swoje postanowienia i cele. I wrzucić na luz!!!
    P.S. Hm. Szczerze mówiąc, to ja zawsze myślałam, że stwierdzenie “the best year ever” tyczy porównania tego roku ze wszystkimi poprzednimi (a nie wszystkimi, które jeszcze będą).

  • Ej no, przecież zawsze można być pełnym pokory człowiekiem, pogodzonym z tym, co przynosi mu los i korzystającym z tego, a jednocześnie optymistą, który powolutku, acz skutecznie realizuje swoje plany i marzenia (np. metodą 1/4+1/4+1/2, którą zaproponowałeś). I wtedy faktycznie można przeżyć “the best year ever” – i to nawet nie raz ;-)

    Ale masz rację, z tym hasełkiem faktycznie jest coś nie tak. Bo skoro ten jest najlepszy, to inne były gorsze? No nie były! Były inne i ciężko je ze sobą zestawić w jednym rankingu. To tak, jakbym ja powiedziała, że ja jestem lepszą marchewką, niż Ty jabłkiem. Przecież tego nie da się w żaden sposób zmierzyć i porównać. To nic nie oznacza. Prędzej da się powiedzieć, że “ten rok był najlepszy pod względem blogowania, a tamten pod względem edukacji, studiów, życia osobistego, etc.”. A, no właśnie – BYŁ ;-) lepiej rok ocenić pod koniec, a nie na początku.

  • nieobiektywniej

    Celne przemyślenia.
    1. Poczucie frustracji, gdy coś nie wychodzi. Trochę przypomina próbę definitywnego zerwania np, z paleniem lub jedzeniem słodyczy. “Najlepszy” oznacza brak zgody na błędy i słabości, co rodzi gniew i żal, gdy dochodzi do potknięcia.
    2. Brak szacunku dla poprzednich lat i doświadczeń – świetnie ujęte. Poprzednie lata kształtowały nas do bycia takimi, jacy teraz jesteśmy. To trochę jak z poprzednimi związkami, wyjąwszy te bardzo złe i niszczące – każdy miał sens, bo wyrabiał w nas rozeznanie własnych potrzeb i możliwości.
    3. Inni ludzie i ich potrzeby oraz sytuacje nieprzewidziane, nawet własne gorsze samopoczucie, uniemożliwiające np. trening w danym dniu.

    Gdy słyszę hasła ‘naj’, włącza się we mnie sprzeciw. Sprzeciw, bo staje się to obowiązkiem, a mam poczucie, że tych obowiązków mam aż za dużo. Sprzeciw, bo – jak wcześniej napisałam – ‘naj’ to 100%, bez miejsca na błędy. Wystarczy, że inni wymagają od nas bezbłędności – w pracy, rodzinie. Po co jeszcze samemu się katować i być w niezgodzie ze sobą.

    Zmieniłabym to hasło na ‘DĄŻENIE do JAK najlepszego’. To jestem w stanie zrobić :)

  • ka

    jestem pewna, że dzięki tobie z pół internetu właśnie odetchnęło z ulgą :-)

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)