Amsterdam – Tobie skojarzy się z czymś innym

 

Równo w połowie lotu zorientowałem się, że o Holandii wiem tyle, co nic. Tulipany, piłka nożna, rodzina królewska, jachty, handel, parę epizodów z Drugiej Wojny Światowej. Potem zorientowałem się, że o samym Amsterdamie wiem jeszcze mniej. Amsterdam? Rembrandt, van Gogh, Anna Frank, Spinoza, kanały. Koniec.

A potem tam wylądowałem i znalazłem konteksty takie, że piękniejszych bym nie wymarzył.

W trakcie startu czułem się jeszcze błogo i myśl moja nie była zachwiana wątpliwością.

Na terenie hali przylotów byłem już gotów wpaść w ciężki dramat, ale na szczęście ukoiło mnie sprytnie zaprojektowane otoczenie. Głośniki emitowały szum drzew i śpiew ptaków, rośliny były prawdziwe, a fotele – miękkie i dające prywatność.

Super sprawa :)

A potem przywitało mnie i samo miasto. Jest piękne.

Jest też dziwne.

Ma wiele fasetek, jak szlachetnie cięty kamień. Nie wszystkie do mnie przemówiły. Monumentalne i wykwintne perły architektury stoją dumnie w morzu głośnych, nieskoordynowanych turystów, niczym wyjątkowo obiecujący port na wyjątkowo upierdliwym w nawigacji morzu. Wszędobylskie coffee shopy przygnębiają zadymionymi, nieruchawymi postaciami w środku. Dzielnica czerwonych latarni nawet nie przygnębia – ona jest po prostu smutna.

Głównie przez klientelę.

I byłbym się od tego miasta odbił. Ale na szczęście odkryłem zwykłe uliczki.

Proste uliczki, na których większość kamienic jest krzywa.

To dzięki nim przestałem szukać w głowie wcześniejszych, tradycyjnych skojarzeń z Amsterdamem a zacząłem budować sobie skojarzenia nowe, łapane “na żywo”, pozyskiwane razem z każdym kolejnym zakrętem lub wyglądającym niczym z kreskówki budynkiem.

Zacząłem znajdywać kontekst za kontekstem.

Niechcący znalazłem kawiarnię, z której kiedyś wrzucił zdjęcie jeden z moich ulubionych pisarzy – Hugh Howey. Śledząc jego tweety w życiu bym nie wpadł na to, że akurat zapamiętam tę konkretną miejscówkę. A tu, proszę, prezent od losu.

(Siadłem tam chwilę popisać, bo jakżeby inaczej.)

Znalazłem sam siebie na międzynarodowej konferencji TNW Europe.

Dostałem od jednego z moich ulubionych autorów jego nową książkę razem z pierwszym autografem na świecie. Zacząłem ją czytać przy wyjątkowo nierozsądnej kolacji – bitterbalsach i sajgonkach z piwem. Były przepyszne ;)

O, albo znalazłem miniaturowe nutelle niewiele większe od monety :)

W wielu niepozornych punktach miasta znalazłem też małe, świetnie sobie radzące start-upy albo marki modowe. Większość z nich “ogrywała” rynki, na które nawet bym nie wpadł. Większość z nich reklamowała się tak, że aż nie mogłem się powstrzymać :)

Dowiedziałem się, że sporo kamienic ma dachowe dźwigi, bo przez konstrukcję klatek schodowych inaczej się gabarytowego przedmiotu nie wniesie. Niektóre mieszkania mają wręcz w umowie specjalne zakazy :)

Posiadanie samochodu jest horrendalnie drogie, dlatego spotykane na kanałkowych ulicach modele to często albo najnowsze Tesle, albo starusieńkie sklejaczki, jak ta mała błyskawica. Sporo mieszkańców Amsterdamu ma za to dwa, czasem trzy rowery.

Nie gorszy rozstrzał cechuje łódki. Część z nich to takie nowoczesne jachty, jakimi rozbijali się bohaterowie filmu “Wilk z Wall Street”. A część ledwo utrzymuje dwie grube kaczuchy :)

I powstaje z tego taki dziwny koktajl. Do kultowych miejscówek dotarłem dosłownie na chwilę, a i to po czterech dniach od przylotu. Były ikoniczne, nie przeczę. Ale to nie było to, czym wyjaśniłbym sobie wyprawę do innego kraju. A z drugiej strony mam ochotę do Amsterdamu wrócić choćby dzisiaj.

Powód jest prosty – poczułem się tam dobrze.

Z tych najbardziej zalanych ludźmi ulic wystarczy skręcić w jedną z uliczek bocznych. Z wypchanych aż po ściany placów zawsze można zniknąć przejściem tak ciasnym, że ledwo przepuści dwóch rowerzystów obok siebie. Amsterdam to miasto na tyle pokręcone i ciekawe, że dowolne dwa punkty na mapie prawie na pewno łączą przynajmniej trzy alternatywne ścieżki.

I znienacka jesteś gdzie indziej. Ludzi mniej. Tłoku mniej. Jeden samochód.

Za plecami przypięte do balustrady tysiąc rowerów.

Ktoś gdzieś idzie. Ktoś na Ciebie patrzy. Ktoś patrzy w telefon.

Znikasz.

Możesz wtedy w spokoju siąść sobie w knajpce, która – gdyby z niej wyciąć współczesne sprzęty – wyglądałaby jak dopiero co odbita przez Aliantów :)

Możesz sobie zamówić kawę w szklance i w spokoju poczytać.

Możesz też ustawić się z kumplem i nad brzegiem kanału omówić różne ważne plany, lub, tak jak złapana w kadrze dziewczyna, znowu poczytać. To zdjęcie chyba najlepiej oddaje “mój” Amsterdam. Tłok, ale też i pusta przestrzeń. Ruch, ale też i stałość.

Sporo odizolowanych od siebie, małych światów.

Jeśli chcesz, możesz oczywiście zahaczyć o te większe.

Ale po co, skoro to z małych dowiesz się najwięcej o życiu tutejszych.

Moje “zwiedzanie” nie jest normalne. Zawsze docieram w “słynne miejsca” dopiero po paru dniach i raczej szybko się z nich zmywam. Tak było z Londynem, tak było z Berlinem, tak było z Nowym Jorkiem. Z Porto, Lizboną i Paryżem też tak było. Nawet do pewnego stopnia z dowolnym polskim miastem tak było, chyba szczególnie z Krakowem i Wrocławiem :)

Nic na to nie poradzę. O wiele mocniej wpływają na mnie knajpki i ulice niż katedry i pałace.

Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że Amsterdam wynagradza takie podejście wyjątkowo dobrze. Każda uliczka przynosi coś nowego – a to rzeźbę uczepionego ściany kotka, a to mającą trzysta lat kawiarnię, a to sklep z elegancką modą dla wyjątkowo wysokich dżentelmenów, a to sklep z piękną papeterią na potrzeby… plakatów. Skręcasz, zachwycasz się, idziesz dalej, skręcasz znowu.

Nie ma takiej szansy, by dwie osoby wycięły w tym gąszczu dwie identyczne ścieżki.

“Mój” Amsterdam to pustoszejące po zmierzchu, ciche, oświetlane latarniami uliczki kanałowe. To pisanie w kawiarniach, w których profesorowie filmoznawstwa przerywają pracę, by pogadać z “nowym”. To rozprawiający o grach wideo kumple i czytająca nad kanałem dziewczyna. To jedzenie kolacji stolik obok rodzinnego spotkania, które – gdy tylko córka poleciała na randkę – przesiadło się do mnie, bo starsze małżeństwo było bardzo ciekawe kontrowersyjnego tytułu mojej lektury.

(A także bardzo ich nurtowało, czy smakowały mi bitterballsy.)

To siedzenie na murkach i patrzenie na łódki.

To myślenie nad nowymi rzeczami w życiu.

To podziwianie odważnych, wielkich marzeń skrywających się w stromych, wąskich kamieniczkach.

To dużo różnych rzeczy.

I żadnej z tych rzeczy, żadnej, nie zobaczysz tak samo jak ja.

Bo Tobie Amsterdam skojarzy się z czymś zupełnie innym.

— — —

FILM: Dlaczego zawsze warto próbować

Oprócz zdjęć nagrałem też parę video-pocztówek oraz szybką myśl o tym, co zadecydowało o mojej wizycie w Amsterdamie. Jeśli masz ochotę popatrzeć na parę mini-ujęć z podróży a w tle posłuchać o moim podejściu do wyzwań – zapraszam. Spojrzenia na miasto nakleiłem na gadanie, no bo po co patrzeć na mnie, skoro można podziwiać piękną kulturę i urocze kanałki.

To jest ta słynna optymalizacja, o której tak często powtarzam ;)

Ciao,

Andrzej Tucholski

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies