Nie bójcie się marnować czasu

Czas czytania: około 9 minut • Inspiracje
 

Interesuje mnie nowy temat. Chcę się go nauczyć. Idę zatem do księgarni i widzę całą półkę podobnych do siebie książek. Którą wybieram? Skąd wiem, że nie zmarnuję czasu, czytając nie tą co trzeba? Albo że nie zmarnuję czasu czytając dwóch praktycznie takich samych? Czy jest jakaś sprawdzona metoda, bym wręcz oszczędził czas, dzięki lepszemu dokonaniu tego wyboru?

No cóż, o ile nie czytacie tego bloga od wczoraj, to pewnie już Wam świta, że odpowiedź nie będzie taka jednoznaczna ;)

Niech w formułowaniu jej pomoże nam nauka i odrobina zdroworozsądkowego myślenia!

Proces pierwszy – overlearning

Dawno, dawno temu naukowiec o bardzo spektakularnym nazwisku, Herman Ebbinghaus, czesał swoją brodę i badał ludzką pamięć. Odkrył między innymi istnienie prostej zależności – im więcej czasu upływa od nauczenia się jakiejś informacji (imiona wszystkich kotów wujka Ernesta) tym trudniej jest tę informację sobie przypomnieć (Pucek, Miętus… kurczę, trzeciego nie pamiętam, to było zeszłej zimy).

Określa się tę zależność krzywą zapominania. Łatwo zapamiętać. Nazwa może pochodzić stąd, że bez aktywnego powtarzania wizja zdania egzaminu wygląda krzywo :) Ale jeśli powtarza się co jakiś czas daną informację to jej zapamiętanie rośnie w siłę. W efekcie “spadek” jakości przypominania jest coraz wolniejszy aż, z czasem, zbliża się do zera i po prostu “w nocy o północy” coś umiemy. Liczbę powtórzeń, które prowadzą do takiego idealnego stanu Herman Ebbinghaus nazwał overlearning.

To oczywiście zależy od przyswajanej wiedzy, ale w wielu przypadkach na naukę bardzo dobrze robi lekkie zmienianie materiału źródłowego pomiędzy próbami. Inwokacji z Pana Tadeusza raczej bym nie ruszał, ale np. psychologię społeczną? Pierwsze trzy razy można ogarnąć z podręczników, potem raz można sobie “streścić” przez optymalizację pojęć, potem raz komuś wyjaśnić a potem jeszcze raz przeczytać od deski do deski te rozdziały z początku. W efekcie różne wersje tych samych informacji “pouzupełniają się” z siecią skojarzeń powstającą w pamięci długotrwałej.

Proces drugi – eksploracja

Czytanie różnych rzeczy na podobny temat – oprócz wzmacniania ogólnego “rozumienia” danego tematu – przydaje się też bardzo pod kątem eksploracyjnym. Aby to prościej wyjaśnić, dla Waszej wygody, postanowiłem przygotować skromną wizualizację.

Tak wygląda Wasza wiedza, gdy wiecie, że na jakiś temat “jest książka“. Przykładowo, ja mam ochotę poczytać coś na temat historii Stanów Zjednoczonych. Sięgam więc po “A People’s History of the United States”, bo podobno wyjątkowo dobre.

 

Po przeczytaniu tej pozycji posiadam (1) jasno piaskową, jako-tako zapamiętaną wiedzę z niej a także (2) wiem, że są dwie kolejne fajne książki. Sięgam zatem po autobiografię Malcolma X i również czytam.

W efekcie posiadam (1) jasno piaskową wiedzę z pierwszej książki, dodatkowo wspartą i umocnioną przeczytanej innej na podobny temat, (2) jasno turkusową wiedzę z drugiej książki, od razu przyswojoną na niezłym poziomie, bo znałem konteksty z pierwszej lektury, (3) DODATKOWE, mocno zielone wnioski płynące z połączenia tych dwóch książek oraz (4) wiedzę o kolejnych dwóch wartych uwagi pozycjach, które może kiedyś przeczytam.

Na razie jednak kładę przy łóżku “Founding Brothers” Ellisa, bo choć Malcolm X jest interesujący, to poczułem potrzebę zgłębienia wiedzy dotyczącej samego powstania tego ciekawego kraju na Zachodzie.

W efekcie dowiaduję się o jeszcze jednej książce, wiedza z pierwszej i drugiej pozycji stanowczo mi się umocniła kontekstowo i skojarzeniowo, a ja oprócz dodatkowych wniosków AB, BC i AC mam też wniosek godny Arystotelesa ;) bo łączący wszystkie trzy punkty widzenia w jeden, spójny, dopełniony wzajemnie zbiór doświadczeń i przemyśleń.

To właśnie dzięki tym potrójnym, poczwórnym, po-piątnym (?) wnioskom człowiek zaczyna nie tylko umieć “powtórzyć” to, co przeczytał, ale jest też w stanie samemu budować nowe skojarzenia, nowe myśli, nowe rozumowania, dzięki którym wkręci się w dany temat JESZCZE bardziej.

I tak dalej, teoretycznie bez końca. W końcu nic nie stoi na przeszkodzie rozkręcenia własnych badań :)

Inne tematy, bliższe książki

W przykładzie sprzed chwili podałem dosyć rozsądne, całkiem rozłączne pozycje, które nie powinny wzbudzać niczyjego protestu. Wspomniana we wstępie kwestia jest częstsza w innych dziedzinach życia.

Tym razem możemy wziąć na stół bliską mi psychologię.

Często spotykam się z opinią, jakoby czytanie różnych książek dotyczących, załóżmy, produktywności było “marnowaniem” czasu, bo w większości z nich są “podobne rzeczy”. To prawda. W każdej z nich będą dosyć podobne rzeczy. A niektóre, te gorsze, będą często swoimi własnymi kalkami :)

Ja jednak lubię się “prze-czytywać” w interesującej mnie tematyce, bo zawsze, ale to ZAWSZE wyjdzie się z danej lektury trochę mądrzejszym, trochę bardziej obeznanym w całości wybranego świata. Nawet jeśli konkretna pozycja nie da mi ŻADNEJ nowej informacji, zawsze przypomnę sobie, poukładam i zoptymalizuję to, co wiedziałem wcześniej.

Przykład z życia. W jednym z moich ostatnich kierunków “własnego studiowania” przeczytałem ponad 20 książek poświęconych dwóm, może trzem wariacjom DOKŁADNIE TEGO SAMEGO. I nie żałuję ani chwili, bo takie głębokie poczucie, że TAK, TERAZ ROZUMIEM spłynęło na mnie dopiero przy książce piętnastej. Przy siedemnastej znowu w siebie zwątpiłem, a przy dwudziestej pierwszej postanowiłem zaryzykować i wprowadzić to, co się nauczyłem, w ruch i testy. W tle oczywiście nadal podczytuję dodatkowe materiały. Ruch i testy idą nie najgorzej.

Na co należy uważać?

Po pierwsze, ciągłe szukanie nowych materiałów na jakiś temat to jedna z najniebezpieczniejszych form prokrastynacji. Wygląda jak praca, “czuje” jak praca, nawet się o niej opowiada jak o pracy. Ale nie wolno zapomnieć, że takie szukanie nowych materiałów powinno odbywać zgodnie z założoną wcześniej strategią, a nie dla samej sztuki wiecznego siedzenia w Google. Gdyby ten mój temat z własnego studiowania dało się zamknąć w ośmiu książkach, zamknąłbym go w ośmiu. No, może w dziewięciu ;)

No właśnie, a po drugie, dobrze jest już na samym początku zdecydować się, które podstawowe – powiedzmy – pięć lektur TRZEBA przeczytać. Potem w trakcie czytania warto zwracać uwagę na najciekawsze, najczęściej pojawiające się przypisy występujące w większości z nich i przeczytać jeszcze pięć, dziesięć książek stamtąd. Tak się znajduje prawdziwe perełki.

Po trzecie, warto pamiętać o pochodzącym z ekonomii prawie malejących przychodów (diminishing returns). Jeśli każdy kolejny punkt wysiłku przynosi coraz mniej i mniej rezultatów, pora przestać.

Nie warto też spędzać za dużo czasu wśród książek wyjątkowo popularnych. Te szczególnie mają tendencję do poruszania bardzo zbliżonych do siebie wątków. Ale, tak jak mówię, szybki rzut oka w bibliografię i w zasadzie po tygodniu wypływa się z zatoki Puckiej na oceaniczne wody międzynarodowe :)

Wnioski

Na nauce, ale takiej PRAWDZIWEJ nauce (nie mam tu na myśli sprawdzianów czy matur, ani nawet sesji, lecz naukę przez całe życie, zgłębianie meta-wiedzy i rzeczy dotyczących bliskich sercu pasji) nie warto “oszczędzać czasu”. Takie oszczędzanie prowadzi tylko do zmarnowania poświęconych sprawie godzin i dni, i tygodni, bo efekty długoterminowe są mierne lub żadne.

Kiedyś miałem epizod zauroczenia się w streszczeniach i czytaniu podsumowań, ale to było sabotowanie całego procesu. Prawie nic nie pamiętałem z tamtych rzeczy i większość wybranych wtedy książek i tak musiałem czytać w całości, by móc cokolwiek zastosować w praktyce. Dzisiaj nadal podczytuję streszczenia i podsumowania, ale dopiero jako przypomnienia po roku od przeczytania materiału oryginalnego. Takie “dopamiętywanie” treści zajmuje parę minut na jedną książkę w skali roku. Czy to dużo czasu?

Na to pytanie należy sobie odpowiedzieć samodzielnie. Dla mnie nie, dla mnie nauka i rozwój w tych rzeczach, które kocham, to jedne z największych przyjemności płynących z życia. Bywają oczywiście takie dni, że muszę się czegoś nauczyć w trybie “MAMO, JAK TO EGZAMIN JEST JUTRO”, ale to oczywiście odrębny aspekt życia. Jeśli temat danego egzaminu pokryje się z tym, co lubię, potem do danego skryptu wrócę na sto procent.

Nie wiem, jakie rzeczy najbardziej cenisz Ty, ale mam nadzieję, że mój nieporadny diagram Venna z Arystotelesem w środku trochę Ci pomógł :)

Powodzenia.

Ciao,

Andrzej Tucholski

 

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies