Jedna z najlepszych przygód mojego życia – The Witcher School

Czas czytania: około 6 minut • Kultura
 

Mam dwadzieścia trzy lata i po raz pierwszy w życiu zażywam eliksir Kot, by mieć choćby minimalną szansę przeciwko upiorom. Parę godzin wcześniej razem z moją grupą – nazwano nas Bezimiennymi – rozgromiliśmy komando utopców. Demona też przechytrzyliśmy, choć opłaciliśmy to towarzyszem rannym na samej granicy śmierci.

Kto wie.

Mistrz mówi, że może i tym razem damy radę.  

The Witcher School – mój pierwszy LARP

Skrót LARP oznacza Live Action Role Playing. To takie granie w erpega, w którym “jest się” swoją postacią. Jeśli chce się pokonać potwora, trzeba go realnie pokonać. Jeśli chce się wygrać z kimś dyskusję to nie ma żadnych kości, jest wyłącznie własna elokwencja. Broń nosi się u boku a iluzja jest pełna i co do zasady nie wolno jej łamać.

Nigdy wcześniej nie brałem udziału w takiej zabawie.

Jadąc do zamku Moszna na trzydniowy larp “The Witcher School” spodziewałem się świetnych przeżyć, ale to, co mnie spotkało, przekroczyło najśmielsze oczekiwania.

Kilkudziesięciu uczestników dostało stroje adeptów wiedźmińskiej sztuki. Z całego gmachu zniknęła współczesność (włączniki światła przykrywały wyprawiane, królicze łapy a panie z recepcji wyglądały jak prawdziwe dwórki). Przeszliśmy pełne szkolenie wspólnych interakcji i zasad wyjazdu.

A późno w nocy na zamek przybyła tknięta lykantropią księżniczka Redanii w otoczeniu straży Temerskich Pasów i wyjątkowo niemile widzianej czarodziejki Filippy Eilhart.

Gra “ruszyła”.

Na kolejne dwa dni przestaliśmy być sobą.

Każdy wszedł w swoją fabularną postać (ja razem z przyjacielem graliśmy dwójkę braci – bękartów “niekoniecznie herbu Senna” parających się polowaniem na ludzi) i rzuciliśmy się w wir ciężkich, wiedźmińskich szkoleń, rozlicznych pobocznych wątków i nieludzko satysfakcjonujących starań o uratowanie życia zaklętej księżniczki.

Przygotowanie wyjazdu było fenomenalne. Jak to ujął Michał, mój przyjaciel, stary larpowiec – w przypadku The Witcher School musieliśmy wyjątkowo słabo angażować własną imaginację. Z reguły wszystkie fantastyczne fabuły odgrywa się we własnych głowach. Pojedynek na czary trzeba sobie “dopowiedzieć” pomiędzy dwójką grających postaci.

Tutaj było trochę inaczej.

Pomijam nawet wyborny, gęsty, świetnie wciągający scenariusz.

Wiecie jak wyglądała nauka walki mieczem? Walczyliśmy ciężkimi, dwuręcznymi mieczami. Przy okazji udało mi się dwoma palikami prawej dłoni samodzielnie odkryć po co tak naprawdę jest jelec ;)

Wiecie co się działo, gdy rzucaliśmy znak Aard na chochoła? Przewracał się.

A wiecie co się działo, gdy rzucaliśmy znak Igni na krąg mocy, który noc wcześniej znalazł i zabezpieczył nas mistrz?

Trawnik w promieniu dwóch metrów od kręgu mocy eksplodował ogniem i dymem aż pod same chmury :)

Perfekcyjna psychodrama

Być może dla niektórych nie brzmi to jak dojrzała forma rozrywki dla dorosłych (na The Witcher School wstęp miały tylko osoby pełnoletnie), ale to opinia płynąca jedynie z niedoinformowania. Jest w psychologii taki termin jak psychodrama i oznacza on formę terapeutyczną, w której ludzie radzą sobie ze swoimi problemami przez odgrywanie kontrolowanych, profesjonalnie przygotowanych scen celujących w ich konkretne kwestie.

LARP terapią nie jest, ale wydaje mi się że każda dorosła osoba powinna przynajmniej raz poczuć jak to jest ZUPEŁNIE zapomnieć kim się jest, choćby na trzydzieści minut. To ćwiczenie w niesamowity sposób rozwijające empatię. A przy tym dające szaloną radość :)

W trakcie trzech dni wiedźmińskiej szkoły spotkało mnie to trzy razy. Raz, gdy “striggerowałem NPCa” i ruszyły dwa poboczne wątki związane z przeszłością szkoły oraz wilkołakiem. Potem w trakcie wiedźmińskiego wieca, gdy ważyły się dalsze losy instytucji.

Po trudnym, raniącym procesie wycelowanym w Wielkiego Mistrza Kaer Tiel podeszliśmy do niego w parę osób z inicjatywy mojego fabularnego brata i wywiązała się rozmowa o pokucie, którą mężczyzna honoru musi czasem odbywać w taki sposób, by uratować nie siebie, lecz pokolenia do przodu, które na niego liczą.

Przysięgam Wam, że żadna ze słuchających tych słów osób nie pamiętała wtedy, że jest Andrzejem z Warszawy, Kasią z Torunia czy Radkiem z Opola. Byliśmy Nortem, Tearianą i Bernhamem. A w naszych oczach szkliło się wzruszenie, bo widzieliśmy skruchę i mądrość starszego od nas dwukrotnie Wielkiego Mistrza.

Trzeci raz zachowam w prywatnych wspomnieniach.

Choć ostatni raz pozwoliłem sobie na aż taką zabawę wyobraźnią mając może dziesięć lat, LARP to nie jest zabawa dla dzieci. To genialna forma psychologicznej, wyzwalającej rozrywki dla inteligentnych, odważnych ludzi cechujących się tolerancją i chęcią współpracy. Nie jest ważne, czy umiesz grać czy nie. Nie jest ważne, czy umiesz fechtować.

Liczy się wyłącznie to, czy jesteś gotowa na trzy dni zapomnieć o swojej prawdziwej tożsamości i zostać odbitą z niewoli u magów dziewczynką, która tak naprawdę nie chce zostać wiedźminką, ale przecież jej dawny oprawca sam się nie odda sprawiedliwości, a śmiertelnik w walce rady mu nie da.

I, chwilę potem, czy będziesz gotowa przeżyć tę historię razem z setką innych ludzi – za dnia i w nocy, pod dachem i na środku bagien, przy świetle pochodni w środku lasu i z ostrzem w dłoni, w trakcie potyczki z temerskimi strażami o niejasnych intencjach.

Ach.

To była jedna z najlepszych przygód mojego życia.

Mam nadzieję, że za rok ją powtórzę.

Mam taki pomysł na kontynuację postaci, że ulala :)

Ciao,

Andrzej Tucholski

 

PS: Zdjęcia należą do Agencji Reklamowej Raven oraz do Grupy Rekonstrukcji Historycznych Wiwern. Fanpage LARPa można znaleźć pod hasłem “Witcher School” a zorganizowała go  “5 Żywiołów Agencja artystyczno-eventowa“. Prawie każda osoba, która brała wcześniej udział w larpach przyznała, że tak dobrego nie widziała od dawna. Jeśli – tak jak ja – nigdy wcześniej nie przyszło ci do głowy się na coś podobnego zapisać, polecam spróbowanie jednego z oferty 5 Żywiołów. Wiedzą co robią.

Ponadto: Bernhamie, Mistrzu Vesterze, Wielki Mistrzu, Mia, Vesemirze, Redańska księżniczko, Harlawie i Dagmarze i cała grupo Bezimiennych – dziękuję! Z taką ekipą żaden szlak niestraszny :)

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies