Autor: Andrzej Tucholski | 5 października 2015 | Komentarze:
Czas czytania: około 5 minut

Jak nie mylić pracy z popracowaniem

Zgarbione plecy. Podkrążone oczy. Zmęczone, miękkie policzki. Zawalone papierami biurko. Trzy brudne kubki po kawie. Trzydzieści równoległych kart trzymanych w przeglądarce. Status na Facebooku, że się mało spało. Czy tak wygląda człowiek sukcesu?

Być może. Być może tak wygląda człowiek sukcesu.

Wcale nie musi.

Kawa nad Adriatykiem nad Wisłą

Bywają takie sytuacje, że trzeba oddać wykonywanej przez siebie pracy ogrom nadgodzin. Tak wygląda życie. Też chciałbym dokończyć pracę magisterską z kawką w dłoni, na werandzie włoskiej willi z widokiem na Adriatyk, pracując maksymalnie godzinę dziennie – kto by nie chciał :) – ale dane mi było domknąć ten konkretny projekt tylko dzięki posiedzeniom do tak późna, że aż powoli robiło się wcześnie.

Na szczęście zgadzała się kawa a zamiast Adriatyku miałem Wisłę.

Nie jest to jednak norma. I nigdy nie będzie. Uproszczając sprawę do maksimum – życie nie jest po to, by się do cna styrać i nie czerpać z ogarnianych spraw żadnej satysfakcji. Zastanawia mnie zatem, skąd się bierze aktualne odwrócenie wartości.

Fetysz zmęczenia

Sam jakoś na wysokości wczesnego liceum przeżyłem straszną zajawkę na chwalenie się wszystkim, jak to mało śpię. Wydaje mi się, że dzięki temu czułem się bardzo ważny i produktywny :) Nawet jeśli w istocie jedyne co osiągałem to przydawanie prawdy staremu dowcipowi o freelancerach – “dla nich nawet siku to osobny projekt”.

Miałem poczucie, że nawet jeśli do końca nie wiem *co* tak naprawdę mam osiągnąć, to bardzo dużo robiąc dookoła, rosną szanse, że *to* osiągnę. Niestety, rzeczywistość zweryfikowała to założenie w sposób cokolwiek mało delikatny ;)

A wiecie co jest najgorsze?

Że nadal się czasem łapię na tym, jaki to jestem z siebie dumny, że dużo (i pewnie bezcelowo) tyram.

Celowość działań

To w celowości kryje się cała tajemnica tego problemu. Nawet najbardziej złożone z wyzwań – uruchomienie własnej firmy, skomponowanie całego albumu, takie opracowanie podsumowań na koniec kwartału by załapać się do górnych centyli w firmie – można sprowadzić do długiego ciągu prostych (ale niekoniecznie łatwych) obowiązków. Te obowiązki można z kolei, jeśli się zajmie tematem odpowiednio wcześnie, tak rozplanować, by rzadko kiedy dramatycznie wpływały na resztę kalendarza.

A jak się już na wstępie doda spore marginesy na “sprawy losowe, których jeszcze nie znam, ale na bank zbiorą mi się nad głową w najgorszym momencie” to w zasadzie od razu można iść na piłkę, bo planu na jutro nie ruszy nawet pełen rozpaczy telefon od szefa :)

Praca a popracowanie

To proste i zdroworozsądkowe, prawda? A jednak i tak się często wykładam na tym, że “tekst na bloga” zamienia się w trzygodzinną randkę z redditem. Jakim cudem?

Mam taką roboczą teorię, że chodzi o samo podejście do tych celów. To nie jest żadna ścisła nauka, ale na własne potrzeby bardzo lubię wyraźnie oddzielać procesy otwarte od procesów nastawionych na cel. Innymi słowy: jest spora różnica pomiędzy “tekst na bloga” a “tekst na bloga do kategorii podróże i kultura, ale najlepiej z obrazkami, bo ostatnie trzy tekstowe cegły nawet mnie zmęczyły”.

Jest różnica pomiędzy “poćwiczeniem na siłowni” a “zrobieniem konkretnego treningu”.

Jest różnica pomiędzy “pouczeniem się” a “przyswojeniem i streszczeniem rozdziałów 8 – 14”.

Jest różnica pomiędzy pracą a popracowaniem.

Podsumowując

Z jednej strony bardzo ważne jest, by dobrze gadać “samemu ze sobą” – w ten sposób optymalizuje się i kasuje z życia masę innych problemów. Gdy akurat mam takie dni, że dobrze ogarniam kalendarz i dobrze wiem, po co robię KAŻDĄ czynność w nim wpisaną, jest ekstra. Mam poczucie, że idę do przodu.

A z drugiej – co nie, że czasem kusi by trochę się przed samym sobą powozić, jak to się długo siedziało? Jak to się do samego świtu kompilowało film albo trzaskało artykuł? :) Mam wtedy poczucie, że należę do jakiejś szerszej grupy, że mój aktualny trud nie jest czymś jednostkowym, tylko po prostu, wszystkim jest ciężko.

Tak sobie myślę, że to myślenie, to uzależnienie od wzajemnej komunikacji i wiecznej akceptacji jest o wiele bardziej szkodliwe od jakiegokolwiek, choćby nie wiem jak głupio sformułowanego celu.

No bo, tak szczerze, o czyim celu tu mówimy? Jakimś kolektywnym, czy o moim montażu?

O wspólnym samopoczuciu generalnej grupy ludzi siedzących online po godzinie dwudziestej drugiej czy o moim artykule?

Zostawiam to tutaj, na wierzchu.

By mieć gdzie zaglądać wieczorami po upewnienie się, że cisza jest ekstra.

Ciao,

Andrzej Tucholski

  • Ja myślę, że to o czym mówisz można porównać do stawianiu sobie celów w określonym przedziale czasowym i konsekwentnej realizacji tych celów. W ten sposób również namacalnie widzisz efekty swojej pracy i rzeczywiście to jest różnica.

  • Jesteś jednym z naprawdę niewielu blogerów, do których lubię zajrzeć przy “pośniadaniowej” herbacie i poczytać – tak po prostu, mimo, że rzadko zaglądam tu po jakąś konkretną wiedzę z danej dziedziny (a zazwyczaj po to wpadam na blogi czy inne strony). Jednym słowem – dobrze, że jesteś i świetnie wiedzieć, że są inni młodzi ludzie z fajnym podejściem do życia.

  • Ciągłe bycie zajętym daje poczucie robienia czegoś ważnego i bycia kimś, które niekoniecznie musi znaleźć swoje odzwierciedlenie w efektach. Sprawdza się w tym przypadku powiedzenie, że nie ilość, a jakość.

  • Mateusz Macha

    A ja ostatnio zauważyłem inną pułapkę – pracowanie będąc zmęczonym. Poniekąd jest powiązane z tym, co piszesz. I tak : wysiaduje czasem godzinami nad jakimś super prostym zadaniem, bo jestem niedospany po dniu poprzednim. I zamiast to już olać, powiedzieć “Ok, to teraz faktycznie odpocznę, 22 do wyrka i odespać”, a rano to samo ogarnąć w kilka minut, to nie – będę walczył. I tak w nieskończoność, aż do weekendu ;)

    • Prawda. Ja dopiero staram się sobie ufać, że tak, naprawdę właśnie się nie ochrzaniam tylko wiem, że za godzinę zrobię to wszystko pięć razy szybciej :)

  • Jak zawsze, Twój wpis skłania do myślenia :)

  • Fetysz zmęczenia – nigdy tego nie rozumiałem, każdy się chwalił jak to mało śpi i że sen jest dla słabych. A prawda jest taka, że każdy musi mieć odpowiednio długi sen, bo jak nie to w końcu można się zajechać.

  • Bardzo ciekawy tekst traktujacy o obencym kulcie. Masz racje, wiele osoby wrecz chwali sie jak to duzo pracuja, aczkolwiek ja uwazam, ze ten kult mija. Popatrzmy chociaz na hipsterow, ktorych cale masy emanuja wrecz buntem do korpo, przesiadywaniem w kawiarniach (koniecznie z lapkiem z logiem jablka). Juz oni pokazuja lekki odwrot od tego nurtu Mlodsze pokolenia – mam wrazenie – juz jednak odchodza od dawnego modelu. Modelu, w ktorym zakladalo sie, iz tylko ciezka praca przynosi kolacze.

    Ja osobiscie nalezalam do nurtu wiecznie przepracowanych. W duzej mierze byla to kwestia samowartosci, dazenia do nieistniejacej perfekcji, udowadniania sobie i innym, ze moge. Z drugiej jednak strony, zwlaszcza majac na uwadze moje RSI, ktore jest efektem lat zbyt ciezkiej pracy i dodawania sobie kolejnych ambitnych projektow na talerz, to meczy. Meczy psychicznie,a w dluzszym rozliczeniu i fizycznie. Jako coach pomagam tak wielu osobom, ktore przeszly podobna droge z zapracowania, poprzez chorobe az do wolnosci. Czasami ciezko sie uporac z wlasnymi ambicjami. Ja do dzisiaj czesto walcze z kolejnymi pomyslami w glowie, ale cialo skutecznie mnie przystopowuje. Nauczylam sie rowniez pracowac madrzej, mniej a efektywniej. I tym oto zakoncze moja wypowiedz tu :) Pracujmy madrze, badzmi ambitni, ale szanujmy swoje cialo i karmy je odpowiednio, nalezy mu sie bowiem odpoczynek i prawdziwie odzywcze przerwy.

  • Emilia Maciejewska

    Odkąd zaczęłam pracować takie przechwałki “ile to ja nie spałam” już mnie nie ruszają. Sen nie jest dla słabych – on jest paliwem do działania. Fajnie, że poruszasz tak ważne kwestie i dostrzegasz, że bycie produktywnym jest ważniejsze niż bycie zajętym.

  • Szczerze? Jak dla mnie, Twoje ostatnie wpisy są o tak oczywistych rzeczach, że już dawno nie czytałem Twego artykułu. Ten temat pracy zresztą jest już bardzo oklepany na blogosferze.

    • No widzisz, to dla mnie to było coś nieoczywistego i trudnego do zrozumienia przez pięć lat. I tylko z dzisiejszej porcji maili wynika, że podobnie jak ja miała tylko jedna osoba (nie dziwne, byłem wyjątkowo upartą jednostką), ale temat wydał się bardzo wartościowy kilkunastu a ogólne pozytywne komentarze przesłało kolejne kilkadziesiąt osób. Komentarze negatywne napłynęły dwa – dla kogoś nie uwzględniłem “bezcelowego” ruchu w stylu “pobiegania” (ale spierałbym się, że cele dalekie są nawet ważniejsze od bliskich) i Twój.

      Nie używam tych liczb by zanegować to, że dla Ciebie jest to coś oczywistego. Szanuję Twoją opinię i cieszę się, bo masz w naturalny sposób jeden problem w życiu mniej :) Ja nie miałem.

      Warto pamiętać, że inni ludzie mają inne potrzeby i problemy, niż te, które wydają się ważne Tobie. A czasem mają te same.

      • Przyznam się, że nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Wielki szacun, Andrzej! Rozumiem Twój (i nie tylko Twój) punkt widzenia i okej – rzeczywiście musi być na to jakiś popyt, w związku z tym nie mam żadnych zastrzeżeń ;)

        • Wiesz, sam czytam sporo blogów i wewnętrznie trochę wzdycham jak – z mojej perspektywy dwudziestokilkulatka – “kolejny bloger”, którego podziwiam zaczyna mi nagle pisać o posiadaniu dziecka. Taki przykład. Ale przymykam oko, no bo dla tej osoby to na 100% coś bardzo ważnego i zaczynam czytać “dookoła”. Zresztą, akurat tematy dzieci pewnie mnie kiedyś dogonią ;)

  • A ja tam lubię te Twoje niepopularne wpisy. Wiem o czym mówisz jeśli chodzisz o to “styranie” się do później nocy, ale czemu zadowolenie z siebie jest wtedy większe niż po wykonaniu większej pracy systematycznością i z planem? – nie wiem… Pracuję żeby nie przesiadywać po nocach, pomimo, że czuję się taka wspaniale urobiona po siedzeniu do 2 czy 3 nad ranem, muszę przyznać, że dużo produktywniejsza jestem jeśli jak człowiek pracuję od rana.

    • Ja często planuję sobie całą nockę – ale jest to coś świadomego nie tak znowu częstego. I fakt, jak domknę ciężką, dziesięciogodzinną sesję 16 – 2 rano to moc jest wielka :)

  • Kiedyś rozmawiałam z pewną osobą o poczuciu pustki i bezcelowości w życiu i usłyszałam od tejże osoby, że tacy ludzie, którzy nie wiedzą czego chcą, po co są, albo kiedyś w życiu bardzo mocno im czegoś zabrakło, np. stracili rodzica albo zdarzyła się jakaś inna, silna trauma, często właśnie zasypują swoje życie takimi pierdołami byle móc powiedzieć “jestem zmęczony, zajęty, ależ się natyrałem”. I chyba coś w tym jest, bo sama miałam tendencję do gloryfikowania własnego zmęczenia, niby-zapracowania i obwieszczania, jakaż to silna jestem szczególnie w tych momentach życia, kiedy totalnie nie wiedziałam, o co mi tak właściwie w tym życiu chodzi. I to taki chyba kolejny zapychacz, żeby ludzie swoimi reakcjami przykrywali tę pustkę i jakoś leci się dalej…

    • Madix

      Polecam Enneagram. Ogólnie poczucie straty do domena Czwórek, i nie objawia się nadmiernym tyraniem, a wręcz przeciwnie – odkładaniem wszystkiego na później i uciekaniem w świat marzeń lub pogrążaniem się w przeszłości. Zdyscyplinowanym perfekcjonistami są Jedynki, a po trupach do celu lubią dążyć Trójki.
      http://pasion.com.pl/pl/podstrony/39-perfekcjonista-1

      Polecam przeczytać całość, ze szczególnym uwzględnieniem “Dylematów …”
      Jedynki też przeżyły stratę, ale obowiązkowo musi być to strata osoby patriarchalnej w rodzinie, tej ustalającej zasady. Więcej w linku powyżej ;)

  • Uwielbiam fetysz zmęczenia! Także jego pochodne w stylu: bóle pracoholików oraz wzajemne mierzenie poziomu zmęczenia. Unikam każdego przerosty formy nad treścią. Jednocześnie sama staram się, aby go nie tworzyć Wyznaczam jasne, realne cele. Podejmuje wyzwania. Pracuję. Nie chcę przyłapać siebie na ‘popracowaniu’ dlatego unikam tej czynności, gdy po prostu jestem zmęczona.

  • Też miałam taką fazę, ale na szczęście powoli się to stabilizuje. Podejrzewam, że grunt to odpowiednie rozplanowanie pracy :)

  • Anna Maria Cza

    Ej, te “niepopularne” wpisy to moje ulubione!

    Odniosę się do moich doświadczeń: juz od dziecka miałam problem z określeniami “pouczyć” “popracować” “Poczytać”. Popracować to mogę w ogródku a poczytać to mogę blogi przed zaśnięciem;) Jako, że nigdy nie byłam w stanie się do tych wyrażeń w sposób jasny odnieść to ich nie używałam i zaakceptowałam, że najwyraźniej inni mają mistyczną umiejętność wydzielania bloków czasu na “pracę” a ja po prostu robię listę i działam… Mojego poczucia własnej wartości nie poprawiały też stwierdzenia “O, czytasz , zazdroszczę Ci, że masz czas, ja muszę POPRACOWAĆ” lub “O, robisz na drutach? Kiedy znajdujesz czas na takie rzeczy? Ja jsię wolę zająć POWAŻNYMI RZECZAMI” (jedna z piękniejszych form komplepojazdu;)). Ostatnio podejrzewam, że to co inni nazywają popracowanienm ja nazywam “przeczytałam 20 stron i resztę czasu grałam w głupią grę on-line, a moja samokontrola płacze, bo boli ją brzuszek po obżarciu się czekoladą”, chociaż nie wiem, może po prostu jestem leniwą kluską;)

  • Uśmiałam się strasznie przy starym dowcipie o freelancerach :D

    • On w oryginale trochę brzydszy jest, ale staram się trzymać poziom na blogu :)

  • Zapracowywanie się w imię styrania już mi przechodzi. Konkretna praca i, co najważniejsze, odpowiedni przydział energii do danego zadania (prawo Yerkesa Dodsona, dzięki!) pozwala mi nie rozczulać się nad drobnostkami, a prawdziwego kopa energii dać rzeczywiście tam, gdzie trzeba uderzyć.
    Mniej pracuję, więcej żyję, wcześniej chodzę spać. Zbieram siły na kolejne fale :)

  • dziękuję Ci za ten tekst, bo daje fajnego pstryczka w mózg :)

  • Zabiłeś Vandrerowi ćwieka tym wpisem. Trzeba przeczytać raz jeszcze i pomyśleć:)

  • Przechodziłem taki sam okres w życiu (głównie czasy liceum), chociaż i teraz zdarzy mi się na tym złapać. Są dni, że bardziej efektywnie wykorzystam 2 godziny niż innego dnia jak to dobrze ująłeś “zajeżdżając się”, aż ledwo na oczy widzę i na końcu stwierdzam, że i tak mogłem z tego czasu wycisnąć więcej :)

  • Chyba każdy tak czasem ma, że się narobi 5 godzin, zmęczony jak wół siedzi i użala się nad sobą, a czasem z marszu zrobi wszystko i jeszcze mu czas zostanie

  • Dziwne, niby rozumiem, że można pracować do późnych godzin czy nawet porannych… Jednak sama nie umiem ;-) Nie pamiętam, bym kiedykolwiek zarwała noc w celu uczenia się, pisania czegoś czy pracy nad czymkolwiek. Zawsze jakoś odpuszczałam i kładłam się spać, bo czułam, że muszę. Jestem nieefektywna, gdy chcę spać i dobrze o tym wiem. A co najlepsze – jeśli nie skończę jednego dnia, drugiego spinam poślady i nadrabiam. Jakoś zawsze mi się udaje, wiem na ile mnie stać :) Praca – owszem – nawet ta moja, którą uwielbiam, ale bez przesady. Za bardzo szanuję swoje ciało, żeby je sponiewierać z takiego powodu ;-)

  • Fajny artykuł. Polakom ciężko przychodzi znalezienie środka między pracą, a wypoczynkiem. Powinniśmy czerpać inspirację od Skandynawów, o których pisałem tutaj: http://manageplus.pl/szwecja_ciekawostki/ Zapraszam!

Cześć!
Nazywam się Andrzej Tucholski i piszę bloga oraz nagrywam filmy o ogarnianiu fajnego życia.

Lubię łączyć treści przyjemne z pożytecznymi. Dlatego, jeśli zaglądasz tutaj by odpocząć, pewnie podrzucę Ci nowy pomysł. A jeśli zaglądasz w poszukiwaniu rozwiązania, pewnie trochę odpoczniesz.

Rozpocznij ogarnięcie!

Przy okazji, napisałem serial. Jest za darmo!



"Umowy Śmieciowe" to serial do czytania opowiadający historię Hanny Wróbel. Dziewczyna przyjeżdża do Warszawy do pracy i już pierwszego dnia wszystko idzie dokładnie nie tak, jak sobie zaplanowała. Walczy więc nie tylko o wymarzony etat, ale też z sobą oraz, bądźmy szczerzy, większością otoczenia. Życie w wielkim mieście nie jest proste.

Powstaje zatem pytanie: czy starczy jej na ogarnięcie tych dramatów kawy.


Przeczytaj serial

Pobierz darmowe materiały
i dołącz do 12 000+ odbiorców newslettera!

Gdy się zapiszesz to od razu dostaniesz w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do najnowszych artykułów
  • 7 plakatów rozwijających materiały z bloga
  • 3 excele przydatne w ogarnianiu życia
Chcesz ze mną współpracować?

Mój blog od lat należy do ścisłej czołówki polskich współprac komercyjnych z influencerami. Każdej akcji poświęcam pełną uwagę i dbam, by łączyła doskonałą treść dla moich Odbiorców z pełnym zrealizowaniem wyznaczonych celów dla Klienta.

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)