O słowach i ludziach

 

Nie mogę wyjść z podziwu nad ludźmi, którzy zaczynają pisać dla innych. Wybór celu, wybór słów, wybór wniosków. A wszystko publiczne i próbujące sobie poradzić jako samodzielny statek na oceanie ludzkiej uwagi.

Gdy myślę wstecz o początkach pisania jestKultury to wydają mi się one bardzo… organiczne. Mówiłem już o tym częściowo w prezentacji na Blog Forum Gdańsk 2013 (tutaj znajdziesz wpis poświęcony temu wystąpieniu). Mało się w 2009 mówiło o blogosferze, więc po prostu dzień po dniu dłubałem przy kolejnych wpisach. Szkoliłem się u najlepszych amerykańskich źródeł, jasne, ale to były działania jakościowe, nie mające związku z dystrybucją treści jako taką. Wystarczało, że dobrze się bawiłem. Nie wiedziałem, że coś mi może z tego wyjść.

A zarazem z drugiej strony – nie wiedziałem, że może nie wyjść.

Słowa ze wstępu dzisiejszego wpisu napisałem wczoraj wieczorem. Na prywatnym fejsie.

Są wypadkową myśli, które nawiedziły mnie po przeczytaniu wielu różnych rzeczy pod rząd. Po powtórnym zajrzeniu do pięknej książki Pauliny Wnuk (tutaj nagrałem o niej vloga). Po przygotowaniu pytań na spotkanie autorskie z Michałem Kędziorą (widzicie nas na zdjęciu u góry, właśnie wydał fenomenalny poradnik). Po przeczytaniu paru wpisów na polskich blogach, gdzie część autorów już dobrze wie gdzie chce być za rok, a część nie do końca poradziła sobie ze zrozumieniem, gdzie była rok temu.

Dziś o blogosferze mówi się więcej. O wydawaniu książek mówi się więcej. O wszystkim mówi się więcej. Wystarczy pobyć w jakiejś tematyce dziesięć minut, by dowiedzieć się, że na ambitnych, inteligentnych i pracowitych czekają naprawdę zielone wzgórza sukcesu; krainy pełne ładnych domków, smacznego jedzenia, wiernych fanów i szybkiego wifi :)

A zarazem z drugiej strony – że przy trzech procent niedostarczonej projektowi pracy można znaleźć się w gronie kilkudziesięciu tysięcy autorów bez znaczenia. Których blogi zawierają tylko dwa wpisy – “Witajcie” oraz “Przepraszam, że tak długo było tu cicho”. Których książki wydawane są w nakładach pięciuset sztuk, z czego czterysta siedemnaście wraca do wydawnictwa jako zmarnowany papier. Którzy NIKOGO nie obchodzą.

Których szerokie rzesze z wielką siła emitują w stronę nowych: “ZAWRÓĆCIE”.

“NIE DA SIĘ”.

Mam problem z opiniowaniem takich środowisk.

Z jednej strony bardzo je lubię. Cenię sobie twarde zasady i zero poszanowania dla obcinania zakrętów. Dobrze się czuję w sytuacji, w której wyłącznie najwyższy poziom (nie tylko treści; ogółem) jest w stanie dowieźć planowane wyniki. Nigdy nie lubiłem chodzić na skróty. Wolę się męczyć niż udawać.

Ale z drugiej strony bardzo się takich środowisk boję. To dobry strach, bo dzięki niemu nieustannie trzymam gardę. Dzięki niemu nieustannie mi się “chce”. Dzięki niemu łatwo jest mi czuć szacunek do ludzi, którzy zaczynają pisać dla innych.

Z mojej perspektywy zaczynanie w 2009 roku było prostsze, bo i cały ten świat był prostszy. Z perspektywy ludzi, którzy startowali w 2006 już rok mojego półprofesjonanego debiutu wydawał sie przekichany. Umysł podpowiada mi więc, że o tych dzisiejszych autorów nie ma co się tak znowu bać, bo w 2016 najświeżsi blogerzy i pisarze będą z kolei fantazjować, że 2013 to dopiero był fajny :-)

Ale tak sobie myślę, że pomimo relatywności wszystkich wymienianych przeze mnie kwestii warto o tym zapominanym pojęciu: “szacunek“, jednak pamiętać.

Słowa to trudne narzędzia, a czytelnicy to trudni odbiorcy. Nawet z tymi życzliwymi bywa różnie, a przecież należą oni do mniejszości. Wśród odwiedzających księgarnie zdarzają się ludzie zawistni, głupi, agresywni, rozgoryczeni, smutni, wściekli, gardzący, szukający zaczepki, szukający powodu czy po prostu nieszczęśliwi. Dokładnie tacy sami ludzie zdarzają się w internecie.

I pomimo tak wielu zagrożeń, tak wielu niepewnych zmiennych, obserwujemy dzień po dniu nowych autorów, którzy swoje dopracowane, przemyślane dzieła popychają dokładnie w stronę wód zasiedlonych barkami, dżonkami i pływającymi miastami pełnymi – między innymi – wszystkich tych paskudztw sprzed chwili.

Życzę im, by ich dzieła miały na pokładzie fenomenalny GPS a sterowanie wychodziło śpiewająco.

Na początku drogi zawsze jest strasznie.

Ale za to jak potem fajnie się o tym pisze z perspektywy czterech lat na liczniku :-)

Ciao,

Andrzej Tucholski

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies