“Joyland” – recenzja nowej książki Kinga

 

Po niesamowitym konkursie z prebookiem wśród nagród pora na jedną z pierwszych (pierwszą?) w Polsce recenzję najnowszej książki Mistrza Grozy. Podpisałem taki specjalny papier, że nie będę nic paplał przed 6 czerwca, ale WRESZCIE MOGĘ :) Co więcej, w praniu wyszło, że miałem z tym paplaniem o książce drobny problem.

Najpierw: sylwetka autora

Warto trochę przybliżyć, szczególnie pod kątem podejścia do rzemiosła. Otóż Stephen King pisze książki oparte o obserwacje.  Tworzy sobie świat, wypełnia go postaciami i w milczeniu wycofuje się w cień. Nie przeszkadza bohaterom, dokumentuje jedynie ich posunięcia. To nietypowa metoda prowadzenia fabuł, ale – jak widać – bardzo skuteczna. Część dzieł jest potem horrorami (Lśnienie), część jest sugestywnymi historiami o ludziach (Zielona Mila) a część to obyczajowe “stopklatki” ciekawych czasów (Joyland). Wszystkie jednak łączy metoda powstania.

Autor rozwinął ten temat w “On Writing” (ciepło polecam, jedna z moich ulubionych książek o pisaniu).

Joyland

Najnowsza powieść Kinga to właśnie taki kryminał-niekryminał dziejący się w czasach, gdy jeszcze samotne słuchanie muzyki było sposobem na udany wieczór. Chłopak o złamanym sercu trafia do “wesołego” miasteczka i zaczyna tam pracę jako sezonowy pomocnik. Razem z tą, wydawać by się mogło, prostą fuchą zaczynają się też historie, które zdecydują o jego późniejszym charakterze.

Mamy trochę krwawych i nieprzyjemnych tajemnic z przeszłości, mamy parę wyrazistych postaci, mamy nawet coś strasznego (choć nie bardzo – z góry uprzedzam). To udany koktajl, choć nie należy się nastawiać na horror – to ten mój problem ze wstępu :) Horrorem to jest Miasteczko Salem.

Joyland porywa za to głęboką warstwą kulturową, dialogami i przedstawieniem całego kolorytu pracowników lunaparków. Czyta się go szybko, strony mkną jedna za drugą. Z początku może trochę brakować ostrego uderzenia PRAWDZIWEJ GROZY (Lovecraft mode), ale ostatecznie efekt potrafi rozkochać w zupełnie nowy sposób.

Nie umiem niestety powiedzieć, czy to efekt podrażnienia w jakąś moją specjalną strunę czy ta książka faktycznie jest tu aż tak dobra, ale na pewno przez lata nie zapomnę również tak prostych fragmentów, jak opisy chłodnej plaży lub widoku na spokojne morze.

Podsumowując – czytało mi się to bardzo przyjemnie. Nie tak agresywnie i nietypowo jak Smętarz dla Zwierzaków; o wiele prościej, ale też i z okazjonalną zadumą zakrawającą prawie że o obcowanie z książkami Johna Irvinga. To był dobrze spędzony czas. Cieszę się, że jeden z moich kilku najulubieńszych pisarzy pokusił się o podobny temat i wykonanie :)

Trzymajcie się ciepło,

Andrzej Tucholski


///

PS: Ten wpis jest efektem współpracy z wydawnictwem Prószyński. Nikt nawet nie próbował ingerować w moje opinie, bo to dobre wydawnictwo jest :) Nie dość, że ufa nam aż do poziomu rzucenia na konkurs prebookiem Doktora Sen, to jeszcze wchodzi w jedne z pierwszych tego typu akcji w kraju. Super!

Polecam też wpis z wczoraj: Premiera wygodniejszego korzystania z bloga. Dedykowany stałym czytelnikom :)

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies