Jestem w Porto, dzisiaj jeeeemy!

 

Temat tego, co Portugalczycy jedzą był jak do tej pory drugim najczęściej proszonym w komentarzach o udokumentowanie. Okej, okej, ależ proszę :) Dzisiaj same żarcie, z drobnymi przerwami na picie i desery. 

Portugalskie jedzenie to w ogromnym skrócie: ciastka, kawki, (dodawane do wszystkiego!) frytki, ryby i wino porto. Są też oczywiście sałatki, tosty, różne takie europejskie jedzonka, ale nie ma co ich pokazywać skoro w prawie każdym kraju wyglądają tak samo. Dzisiaj zajmę się tym, co wyjątkowe :)

Śniadania

Oczywiście na sam start zapomniałem zrobić jakiejkolwiek fotki śniadaniom. Pewnie za każdym razem byłem zbyt głodny :) Pierwszy posiłek je się w Porto dosyć mały, najczęściej jest to tzw. Torrada (wysoki, maślany tost) z kawką. Tyle.

Przekąski słone

Do obiadu droga daleka, więc trzeba urozmaicić sobie dzień różnymi ostrymi drożdżówkami. Są przepyszne – wypchane choricao (lokalne mikro salami), serem oraz różnymi warzywami. Mają zresztą wiele wersji.

O, tak się prezentują jedne z ponad dziesięciu. Każda ma w środku trochę inny zestaw składników.

Można też zamówić sobie tzw. pataniscas (te tutaj nazywają się konkretnie rissois de camarao, bo są z krewetką). To takie kruche z zewnątrz, miękkie w środku (mów mi kotku) ciasteczka z różnymi rybkami. Są kalmarowe, dorszowe, łososiowe oraz najsmaczniejsze – z koktajlowymi krewetkami. Będę za nimi tęsknił.

Obiady

Na główny posiłek dnia Portugalczycy prawie na pewno będą jeść rybę. Dowolną, przyrządzoną na jeden z tysiąca sposobów.

Możliwe jednak, że wezmą sobie pataniscas com fejiao czyli te ciasteczka sprzed chwili z potrawką z czerwonej fasoli. Super sprawa, przygotowuje się ją w parę chwil a jest smaczna i skutecznie wyłącza głód.

Na południu kraju spróbowałem też ABSOLUTNEGO MISTRZOSTWA, którym jest bób duszony w bardzo wysokiej temperaturze z chorizo, takim salami. Dwa składniki. Milion smaków. Coś cudownego.

Francesinha

Zupełnie osobnym tematem są Francesinie. Słowo to oznacza po portugalsku “małą Francuzeczkę” i jest lokalnym przysmakiem północy, pochodzi konkretnie z mojego aktualnie zamieszkałego Porto.

Tak w dużym skrócie jest to, hm, odwrócony burger. Patrząc warstwami od dołu – wołowina, boczek, tost, chorizo, tost, boczek, wołowina. Wszystko zalane serem. Jajko sadzone na górę. Sos dookoła.

Chodź brzmi to jak choroba wieńcowa w formie dania – impreza stanowczo warta grzechu. Szczególnie, że sos przygotowuje się z pomidorów, czerwonych papryczek i piwa. Nie jestem w stanie wyjaśnić tego smaku, ale jest rewelacyjny :)

Hot Dogi

A o tym fenomenie chciałem napisać już jakiś czas temu. Nikt w Portugalii nie wie czym jest hot dog :)

Na południu dostaniesz coś takiego – cebulową kanapkę z parówką.

Na północy zaś taką inną francesinhę, tyle że mniej mięsa a więcej parówek i bułki. Chociaż bekon oczywiście też się trafi. Na wszystko zaś ser i sos. Oni ten sos leją chyba na wszystko, jak się głębiej zastanowić :)

Sery, mięsa i bakalie

Portugalia to taki kraj w stylu Francji lub Włoch. Kochają jedzenie. Mają więc dużo regionalnych smakołyków, które połowę turystów rozkochają a druga połowa natychmiast pobiegnie do toalety.

Jednym z nich są sery. Charakterystycznymi odmianami dla Porto są takie kruche, ale z lejącym się środkiem oraz te czerwone – uwędzone oraz pokryte ostrą papryczką. Pierwsze mi nie podchodzą, ale drugie są cudowne do wina.

Jeśli chodzi o mięsa to stanowczo najbardziej tradycyjnym landmarkiem regionu będzie świńska gicza, wędzona przez 12 do 16 lat. Wiem jednak, że trzy czwarte czytelników tego bloga to dziewczyny, widok zostanie więc Wam oszczędzony :)

Poza prawie całymi świnkami warto tutaj zainteresować się dosłownie setką odmian salami – chorizo, chourico, salsichao – wszystko niby podobne do znanych nam mięs lub do siebie nawzajem, ale jednak po paru tygodniach zaczyna zauważać się drobne różnice i można sobie fajnie urozmaicać kanapki lub przekąski.

Ojej, no tak, bakalie. To ostatni z klasycznych dla Portugalii symboli jedzenia. Orzechy są tu zaskakująco drogie, ale każdy sklep z tak wyglądającą wystawą ma też dziesiątki słojów z kandyzowanymi owocami. Oni tutaj kandyzują dosłownie wszystko. Dynie, ananasy, jabłka, gruszki, śliwki, marakuje, daktyle, khaki, wszystko. Kandyzowane owoce są tutaj symbolem świąt – nie ma wigilii bez ogromnej babki WYPCHANEJ bakaliami.

Alkohole

Przede wszystkim – wina. Porto oraz inne. Samego porto można w Porto znaleźć dobrze ponad 20 marek (z czego jedne z najlepszych kosztują u mnie 5 euro za dużą butelkę, cztery razy taniej niż w Polsce). Win zaś są tu setki, tysiące. Nie do ogarnięcia.

Nie chce mi się jednak ich poznawać. Wystarczająco zakochałem się w porto. Najbardziej znane są trzy rodzaje – ruby (ciężkie, owocowe, czerwone), tawny (lżejsze, winne, czerwone) oraz branco (leciutkie, słodkie, białe). Po spróbowaniu kieliszka nie chce się do zwykłych win wracać już nigdy :)

Zupełnie inną kwestią są tzw. “inne alkohole”. W Polsce mamy właśnie boom na smakowe wódki, Portugalia jest w tej kwesti rozwinięta dalece, dalece, cudownie dalece bardziej. Dobrym przykładem jest ta półka ze zdjęcia, wcale nie najbardziej okazała spośród napotkanych na mieście.

Od lewej: likier czereśniowy, wiśniowy, wiśniowy, nie wiem, miodowy, mleczny (?), mandarynkowy, marakujowy, maderski, śliwkowy i nie wiem. Są też migdałowe, kasztanowe, dżemowo-winne, poziomkowe, bananowe… Coś pięknego. Wszystkie raczej niskoprocentowe (większość koło 15%) i cudowne do drinków.

Mamy też Sangrię :)

No i śmieszna sprawa tyczy się piw. Ta butelka po lewej to ruskie piwo znalezione w ukraińskim sklepie koło domu (albo odwrotnie) – pół litra. Tak zwana “klasyczna polska butelka”. Żółty Imperial to piwo 0.33, czyli tutejsze “duże”. Ostatni cudak, Sagres, to buteleczka 0.2l czyli lokalne piwo “małe”.

Po paru miesiącach korzystania z tutejszych wielkości – piwa w butelkach po 0.33l (cena za litr to około połowy ceny w Polsce) są o wiele wygodniejsze, zarówno do nadzorowania upływającej ilości jak i generalnego delektowania się napojem, chociażby gaz wolniej ucieka. Szkoda, że nie mamy takiej tradycji butelkowania w Polsce. Bardzo mi się podoba :)

Przekąski słodkie

Pomijając ciastka ze spaceru jedną ulicą oraz kawki z knajpek, chyba już jesteście gotowi na pełnię tutejszych przysmaków. Oto DOWOLNA piekarenka jakich są tutaj tysiące.

Półka pierwsza – ciasteczka oparte o tutejszy rodzaj cukrzonego, morelowego marcepanu. Kilkanaście rodzajów.

Półka druga – makarony (ciężkie i pełne), bezy, normalne ciastka.

Półka trzecia – kilka tart ze świeżymi owocami, tzw. pasteis de nata (jajeczne gryzki) oraz brownies.

My dla nauki się poświęcamy i bierzemy dwa najdziwniejsze ciastka, jakie udało nam się znaleźć. To po lewej to napoleonka, tyle że wielkości OGROMNEGO jabłka. To po prawej to z kolej jezuitek, nazywany też ciasteczkiem dla babć:) Tym razem nie trafiliśmy, ale to wszystko na potrzeby notki. Normalnie bierzemy lepsze :)

Aparat

Wszystkie zdjęcia w notce wykonałem aparatem Nikon D600 lub Nikonem P310 i wyjątkowo nie napiszę o nich ani słowa recenzji. Z dwóch powodów. Po pierwsze – bo nie jestem z tych fotek do końca zadowolony. Większość z nich powstała jeszcze w moich początkach oswajania aparatu i najprawdopodobniej robiłem je na automacie. Nie lubię recenzować fotek na auto. Jedynymi wyjątkami są te zdjęcia, które wyglądają zauważalnie lepiej od innych, te są z zeszłego tygodnia. Przy nich też jednak nie mam za wiele do powiedzenia a nie chcę generować tutaj pustych słów jedynie z rutyny.

Po drugie – za tydzień lub dwa będzie o nich sporo :)

Głosowanie

Na którą z tych potraw chcielibyście na jestKulturze dostać fachowy przepis? Zabawię się pewnego dnia w stuprocentowy blog kulinarny, taki z fotostory i moimi fotkami w killerskim fartuszku, który dostałem dawno temu od Karoliny i czeka w Warszawie. Możecie wybrać jedno danie. Które? Piszcie w komentarzach :))

Keep tight,

Andrzej Tucholski

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies