Jestem w Porto, choć to tylko jedna ulica

 

Ooookej, wracamy do spacerów! Ostatnio pokazałem Ci Walencję (nawet filmik był!), dzisiaj jestem już znowu w moim ukochanym Porto. Chcę pokazać Ci jedną ulicę, która przy odrobinie samozaparcia wystarczy do poznania dobrych czterech kultur. Spodobała mi się jeszcze w październiku, ale znalazłem czas na powtórne przejście – już z Nikonem – dopiero teraz.

UWAGA: Notka smakuje dwa razy lepiej gdy w tle słucha się Gomeza.

Ulica nazywa się Boavista i łatwo ją zauważyć na fotce z nagłówka. To ta “w poprzek”, prosta jak strzała, ciągnąca się od dużego ronda w mieście do małego ronda nad samym oceanem. Macie? Dobra, to teraz po kolei.

Przy tym rondzie, które zaczyna “właściwą” część Boavisty (bo ona się jeszcze ciągnie trochę wcześniej, ale nie jest spektakularna) stoi ogromna hala koncertowa – Casa da Musica. To jeden z najsłynniejszych takich obiektów w Europie. Byłem na zwiedzaniu wnętrza i robi nawet lepsze wrażenie niż surowa bryła samego budynku. Sal jest wiele, każda ma inne zastosowanie, wszystko zbudowano przy użyciu najnowszych osiągnięć inżynierii.

W niektóre dni tygodnia są darmowe koncerty dla mieszkańców – kultura w Portugalii to jedna z wartości najwyższych :)

Wystarczy jednak odwrócić się na pięcie i cyk, klasyczne Poro. Kamieniczki kryte kafelkami, każda inna. Te są trochę podniszczone, gdyż centralna część miasta nie jest aż tak reprezentatywna jak nadrzeczna, która zgarnia większość funduszy. Co ciekawe jednak – Porto dwa lata temu klepnęło sobie plan rewitalizacji miasta. Dzięki niemu różne podwórka i piwnice zamieniają się w ogromne centra kulturowo-designerskie przynoszące zarówno renomę jak i pieniądze dla całej okolicy.

Ponieważ akurat stuknęła druga, wypadało się zatrzymać na kawkę. Wybraliśmy losowy lokal, jeden z tysiąca. Okazał się mieć 80-letnią tradycję. Młodziak. Najczęściej przesiaduję w Cafe Progresso, która niedawno obchodziła 110 urodziny :))

Do kawy wziąłem takie ciasteczko. Było niesamowite. Kruche i delikatne z zewnątrz, w środku wypełnione marcepanową marmoladą owocową i posypane orzeszkami. Uwielbiam te ich dzikie wypieki ♥

Obiektem “kończącym” klasyczną część centrum jest taka o, kolorowa konstrukcja. Gadałem z typkiem, który był związany z jej powstaniem. Grupie aktywistów udało się namówić radę miasta, by uświetnić to miejsce “sztuką nowoczesną”, którą przygotował jeden lokalny street artysta, bez specjalnego przekminienia o co tak naprawdę chodzi :D

 I po chwili wchodzimy w rejon luksusowych domów i willi. Każda taka, że do nagrania dobrego czarnego kryminału z wątkiem romantycznym nie trzeba żadnej innej scenografii :)

Aw please! :D

PALMA W OGRODZIE!

Mając klasyczne kamieniczki daleko za plecami, po dłuższym paśmie samodzielnych, pięknych domów wchodzimy w przestrzeń, którą najprościej nazwać brazylijskim modernizmem. Wszystko jest od wszystkiego oddalone całymi boiskami, wiatr hula jak szalony, linie działowe wyznaczają drogi szybkiego ruchu.

Na szczęście po kilkuset metrach znowu dochodzimy do niesamowitych budowli.

A ot, chociażby, ten domek jest w murze. To dawna posiadłość rodziny ogrodnika, prawdziwa willa stoi jakieś 50 metrów w głąb najgęściej zarośniętej polanki na świecie. Oczywiście całość wyremontowana na 100%. Mógłbym sobie tak pomieszkać trochę. W takiej scenerii to by się dopiero pisało!

Dwie trzecie za nami :)

Szybki rzut oka w tył. Teren jest pofałdowany, więc teoretycznie nic nie powinniśmy widzieć, ale JAK SIĘ PRZYPATRZEĆ, to idealnie nad białym pasem w samym centrum zdjęcia widać tyci dzyndzelek – to potężna kolumna, która stoi tuż przy Casa da Musica z samego początku notki :) Przeszliśmy już jakieś pięć, może sześć kilometrów…

… tylko po to, by dojść do wspomnianego w spacerze po parkach Parque da Cidade. Przypomnę:

Nazywa się, werble, Parque da Cidade (czyli park miejski) i przypomina coś pomiędzy warszawskimi Łazienkami a Hyde Parkiem. Dużo przestrzeni, dużo drzew, dużo płaskiego. W jakiejś publicznej debacie obywatele zdecydowali, że ich nowy park ma być zupełnie nie-taki-jak-dotychczasowe. Oczywiście chodziło o kąt nachylenia łąk :)

Obiecałem, że wrócę do niego z aparatem i oto jest.

Oho, zanosi się na zachód słońca :) Stoimy przy Wodnym Pawilonie, zakątku z dala od rekreacyjnej części parku. Wygląda jakby był tu przynajmniej kilkaset lat. Jak znam to miasto – pewnie tak jest naprawdę.

To też jakieś mury sprzed kilku królów. Przez kamienne okienko widać ocean :)

O, dokładnie ten ocean.

To był udany, ale męczący spacer. Chyba skoczę teraz na trochę do kawiarni, popracować w zaciszu darmowego wifi i najlepszych kaw na świecie. Przymierzam się powoli do przygotowania dla Was spaceru pokazującego, no cóż, samych Portugalczyków. A także takiego o lokalnych potrawach. Gdybyście mieli jeszcze jakieś pomysły to zapraszam do dzielenia się w komentarzach, na pewno rozpatrzę :)

Aparat!

Wszystkie fotki w tym wpisie wykonałem aparatem Nikon D600. Spisał się dzielnie, jak zwykle. Tknęło mnie jednak, że dotychczas nie wspomniałem chyba o jednej z jego największych zalet. Skurczybyk jest leciutki – jak na pełną klatkę. Trzymanie w ręku aparatu przez dobre 6 godzin spaceru to ostra zabawa, a z tym konkretnym sprzętem poczułem lekkie zmęczenie dopiero przy samym oceanie. Trochę szok :) Miejscami zapominałem nawet, że go w ogóle trzymam.

Ale gdy był potrzebny – hyc hyc hyc – fotka gotowa. Wygoda i responsywność. To lubię.

Keep tight,

Andrzej Tucholski

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Mam na imię Andrzej. Jestem psychologiem biznesu i strategiem od skuteczności, a także pisarzem i scenarzystą.

Znajdujesz się teraz na mojej stronie domowej, z której możesz przejść do bloga, YouTube’a, na jeden z moich podcastów, na konto na instagramie, a także znajdziesz tu zapis na newsletter i przejście do sklepu z moimi książkami i kursami.

Życzę dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies