Żyję, choć pewna linia lotnicza chciałaby inaczej

 

Okej. Sorki za te parę dni bez wpisów. Powoli mogę zacząć opowiadać moją najnowszą opowieść. Trwa dopiero od przedwczoraj, choć wydaje mi się jakby upłynął już dobrze tydzień. To chyba kwestia nadmiaru wrażeń. Zaczęła się, tak jak wiele innych udanych historii, na lotnisku.

Otóż jest sobie środa, minuty po piątej rano. Lecę z Okęcia do sporego lotniska ulokowanego około trzy i pół tysiąca kilometrów na południowy zachód od Warszawy. Bezpośrednich rejsów nie ma a w celu uniknięcia strajkującego Frankfurtu mieliśmy mieć nie jedną a dwie przesiadki.

– Wie pan co, to ja panu nadam bagaż od razu na lotnisko docelowe, żeby przez check-iny nie przechodzić tyle razy – rzuca pracowniczka LOTu kładąc ręce na wypchanej do granic możliwości torbie z pewnym charakterystycznym piorunkiem naklejonym na burtę.

Przytaknąłem.

Aw yeah. Nie ma to jak pozornie fajne rozwiązania.

Belgia

No, ale na razie wszystko było w porządku. Lot do Brukseli przebiegł bez specjalnych atrakcji. Z godzinnego pobytu w tym pięknym kraju, w którym na lot mówi się flucht wyniosłem jednak dwie ciekawe obserwacje. Po pierwsze – mają niezłe, choć cienkie piwo. Po drugie – choć lubię nawiązania do tradycji to z tą grafiką Coca Coli jest coś nie tak. Nie jestem pewien, czy chcę poznać taki smak Belgii:)

Niestety, choć taki mógł być plan, nie udało nam się ustawić na wspólne blogowanie z Kominkiem. Czas na lotnisku upłynął szybko, boarding ogłoszono znienacka. Po chwili prułem już przez pękate chmurki, nie przeczuwając nawet ile jeszcze ten dzień przyniesie atrakcji.

Portugalia

Po zimnej Polsce i całkiem zimnej Belgii wytoczenie się na trzydziestostopniowy skwar Lizbony zrobiło mi niespodziewanie dobrze. Przeciąganie się po siedzeniu w samolocie jest spoko, ale przeciąganie się w taką pogodę to już coś nieprzyzwoitego.

W przeciwieństwie do międzylądowania w stolicy czekolady, tutaj nie miałem wydanej odgórnie karty pokładowej na kolejne połączenie i trzeba było ruszyć tyłek do odpowiedniego okienka. Po szybkim (ale obowiązkowym) zgubieniu się po hali przylotów znaleźliśmy odpowiedniego typka i zaczęło się fajne.

– All right, so there is some problem with your tickets.

Tłumacząc dalszą część jego wypowiedzi – przez stosowany w takich sytuacjach overbooking sprzedano więcej biletów niż jest miejsc w samolocie i zostaliście postawieni w stand-by. Przyjdźcie tutaj po zakończeniu się podstawowego boardingu to sprawdzę czy jest dla was miejsce czy nie, a jeśli nie ma to zarezerwuję wam bilety w kolejnym locie, za półtorej godziny.

Great.

Szybko wyszło, że facet nie ma za wielkiej mocy decyzyjnej więc podreptaliśmy do okienka customer service. Uprzejma dziewczyna uprzejmie powtórzyła słowa faceta dodając jeszcze, że “takie procedury”. Dostaliśmy też ulotki na wpisanie skargi.

Z braku innej opcji wróciliśmy do pierwszego okienka i z ulotkami na wierzchu staraliśmy się wyglądać na bardzo smutnych. Pracujący na checkinie koleś, z początku zajęty innymi pasażerami, w pewnym momencie zaczął gdzieś dzwonić i szybko dyskutować. Nagle przeskoczył przez wagę do bagażu i pokazał nam, którędy mamy iść. “Jest spora szansa, że załapiecie się na ten lot. Rozmawiałem z osobą na waszym gate i bądźcie tam za parę minut. Bagaże są już na pokładzie.”

Okej, biegniemy w takim razie.

Na miejscu czeka na nas pogodny koleś żartujący z naszego bagażu i imienia Karoliny. Każe nam siąść i jeszcze moment poczekać, dopiero zaraz otworzą znowu wejście. Pokazuje nam fotele i gdzieś znika.

Już nie wraca. Na otworzeniu boardingu jedyną pracującą przy bramce osobą jest permanentnie uśmiechnięta, ciemnowłosa dziewczyna. W kolejce czekamy my, na oko dwudziestoosobowa wycieczka Francuzów i para Francuzów osobno. Na ekranie z detalami rejsu zapala się zielona ikonka.

Jesteśmy pierwsi w kolejce. Podchodzimy z potrzebnymi dokumentami. Dziewczyna patrzy na nasze dowody osobiste i dowiadujemy się, że przykro jej, ale niestety samolot jest już pełen i nie ma dla nas miejsca. Kiedy z niedowierzania robimy krok do tyłu na pokład zostaje wpuszczona cała dwudziestoosobowa wycieczka. Podchodzimy raz jeszcze, tym razem zauważając, że przecież wszyscy mamy bilety o dokładnie tej samej cenie. To samo – samolot jest pełen, przykro jej.

Po chwili akceptację dostaje też ta druga para.

Podchodzimy po raz trzeci i historia się powtarza. “Sorry, but the airplane is full and there is no empty seats”.

– Ale własnie wpuściliście dwadzieścia osób i jakoś były dla nich miejsca.

– No tak, ale was wylosował system.

Jak dzięki tej historii zarobiliśmy 500 euro, czemu Mc Donald’s jednak coś majstruje przy zdjęciach i w którym momencie zgubiono nasze bagaże – już w kolejnej notce. To jest, gdy znowu uda mi się znaleźć sensowny Internet. Ogłoszę też niebawem bardzo fajną akcję. Tak czy inaczej – stay tuned :)

Z daleka nadaje Twój bloger,

Andrzej Tucholski

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies