Wojna o Internet – Część Szósta

 

Dwa dni temu opublikowałem przedostatnią część cyklu, w której zająłem się zarówno najbardziej optymistycznymi jak i najbardziej pesymistycznymi trendami w prawno-społecznych systemach na świecie. Dzisiaj leci finał, w którym próbuję to wszystko ładnie spiąć oraz zastanawiam się nad faktyczną przyszłością Internetu.

Podsumowując

Nie chcę kończyć tego cyklu usłyszanym niedawno od mojego przyjaciela stwierdzeniem:

Internet zaczyna być naszym największym wrogiem, a nie potrafimy bez niego żyć.

Może jednak uda mi się trochę poprawić Ci humor przed zostawieniem Cię sam na sam z okienkiem komentarza (poświęciłem temu tematowi sporo czasu i ciekawi mnie Twoje zdanie, więc byłbym wdzięczny za zostawienie swojej opinii pod wpisem).

Po pierwsze – wolność słowa a piractwo to nie to samo. Niestety, o czym zapomina sporo państw, dążenie do takiego zaostrzenia prawa, by wszystko co im niewygodne stało się nielegalne, też jest raczej nie w porządku.

Przykro mi, że z powodu nieprzystosowania się rynku muzycznego do współczesnych realiów (długi kanał produkcyjny zawierający dziesiątki managerów, wytwórców, tłoczni, marketingowców i przedstawicieli stracił rację bytu jeszcze w latach dziewięćdziesiątych) tracić muszą wszyscy. Ja będę bał się wpisać cokolwiek w Google, nieświadome prawa dziecko wrzucające do sieci swoją wersję wokalną motywu z Gwiezdnych Wojen pozbawi Internetu całe osiedle a nowy album popularnego wykonawcy i tak będzie kosztował dziesięć dolarów (zwyczajowa stawka na Amazonie lub iTunes).

http://www.youtube.com/watch?v=2_0dLDsc-Vw

Jeszcze bardziej mi przykro, że jedyną reakcją wielu państw na uświadomienie sobie mocy i potęgi Internetu stało się chore wręcz zapotrzebowanie na ograniczenie tego medium pełną kontrolą. Będę teraz przez chwilę smutnym idealistą, ale nie mogę wytrzymać decyzji białoruskich i irańskich władz. Tyle zrozumieli z historii Egiptu i Libii, że należy tych wywrotowych internautów śledzić, odnajdywać i odbierać im ostatnią nadzieję. Ekstra.

Drażni mnie też zachowanie piratów. Z całym szacunkiem, ale to oni tutaj naruszają status quo. I to oni powinni wyjść do władz, niestety, nie odwrotnie. Jeśli  faktycznie są aż tak zjednoczeni jak twierdzą (w co wątpię) i mają równie silną potrzebę dominowania nad sytuacją (w co nie wątpię), czemu nie postawią jednolitego i udanego frontu edukacji konsumenckiej? Wtedy to oni rządziliby opinią publiczną i dyktowali warunki przyszłych umów między korporacjami. Ale, cóż. Wolą wojnę.

Jestem zwolennikiem dialogu i wychodzę z założenia, że lepiej jest osiągnąć mniej jako przedstawiciel własnych ideałów niż osiągnąć wszystko jako osoba bez zahamowań. Piraci, jeśli utrzymają swoją pozycję jawnego wroga, sami proszą się pojedynek.

Pojedynek, w którym, szczerze się przyznam, nie mam pojęcia kto wygra. Narzekałem w tym tekście na Białoruś i Iran, ale przecież podział na kontynenty nastąpił w Internecie całe lata temu. Ogrom filmików na Youtube (to on zaczął kroić sieć), wachlarz usług szeroki niczym Bajkał (mam tu na myśli Hulu bądź Netflixa) oraz tysiące ekskluzywnie projektowanych produktów sieciowych dostępnych jest jedynie w Stanach. Podobnie odcięta jest Azja lub Rosja. A nawet w naszej zjednoczonej Europie zupełnie inne prawa przysługują choćby Anglii (teledyski Foo Fighters na Youtube długo były dostępne własnie jedynie dla wyspiarzy).

Ale nie musi to wszystko od razu oznaczać końca świata.

Wierzę, że inteligencja poświęcona trochę wyższym ideom niż dobranie się do dodatkowych worków dolarów (swoja drogą, nawet tego nie poruszyłem – wiesz, że piractwo to nie kradzież? To jedynie nielegalne powielenie) jest trochę więcej warta od tej czysto ekonomicznej lub politycznej. Wierzę, że sinusoidalna teoria historii znowu znajdzie swoje zastosowanie i po okresie wzmożonych represji i nadużyć względem wolności słowa stanie się coś i międzynarodowa myśl znowu nabierze wiatru w żagle.

Bo aktualnie trwa proces kiszenia. Niektóre państwa chcą odciąć jeden Internet od drugiego, niektóre korporacje chcą pozwać wszystkich ludzi w państwach rozwiniętych, niektórzy ludzie chcą pełnej kontroli nad każdym przepływającym bajtem a niektórzy piraci wręcz przeciwnie, żeby nie dało się nadzorować niczego. Kisimy się na całego.

Podczas okresu Wikileaks nagminnie używano słowa iskra. Nie wiadomo jaka, ale iskra. Podpalająca ogień wolności, autonomii jednostki, czegokolwiek. Podobnie było przy walkach w Egipcie i Libii. Iskra, iskra, iskra. Wszystko się wtedy w sieci iskrzyło i wszystko się od tych iskier miało zajmować. Tylko coś łatwa do zduszenia była ta iskra, po fakcie.

Według mnie aktualną i przyszłą sytuację lepiej odda trochę inne porównanie.

Ktoś po prostu weźmie ten nasz kiszący się słoik w ręce i go z hukiem rozwali o okoliczną sosnę (tudzież betonowy pachołek).

Ciężko jest mi wróżyć przyszłość. Nie wiem, czy SOPA przejdzie (raczej nie), czy ACTA znajdzie zastosowanie w wewnętrznych systemach prawnych sygnatariuszy (oby nie), czy też Białoruś i Iran faktycznie znikną z internetowych map świata. Trochę się boję, że w świecie pełnym demokracji, pośrodku dwóch wiodących prawny i kulturowy prym na świecie kontynentów powstanie potężna, totalitarna siatka prześladowań ludzi za miniaturowe nawet nadużycia względem prawa (jestem pewien, że zdolny prawnik jest się w stanie przyczepić do dosłownie wszystkiego).

Ale ze strachu jeszcze nic budującego nie powstało, więc go odrzucam.

(Plus, spostrzeżenie do przemyślenia. Czy jakiekolwiek rozwiązanie, które nie podobało się nikomu poza warstwą rządzącą zostało w danym społeczeństwie permanentnie? Nie. Czy jakiekolwiek niedziałające rozwiązanie w Internecie działa dłużej niż pół roku? Też nie. Czy nawet najbardziej podzielona ludność potrafi się zjednoczyć gdy odbiera im się – w ich mniemaniu – podstawowe prawa? Tak.)

Będę śledził wydarzenia. Ciebie też do tego namawiam.

Ale z optymizmem, kurczę.

Bo tak się składa, że to właśnie czasy zawieruch i kryzysów (na marginesie, uwielbiam angielskie słówko turmoil) sprzyjają najinteligentniejszym.

A my to niby kto? :)

* Koniec (na razie) *

Zaprasza do dyskusji Twój bloger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Mam na imię Andrzej. Jestem psychologiem biznesu i strategiem od skuteczności, a także pisarzem i scenarzystą.

Znajdujesz się teraz na mojej stronie domowej, z której możesz przejść do bloga, YouTube’a, na jeden z moich podcastów, na konto na instagramie, a także znajdziesz tu zapis na newsletter i przejście do sklepu z moimi książkami i kursami.

Życzę dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies