Autor: Andrzej Tucholski | 20 lipca 2012 | Komentarze:
Tematy:

Open’er 2012 – wrażenia, najlepsze koncerty i jedna porada

To był nietypowy festiwal. Ubrudziłem się na nim tak, jak nie miałem okazji od zeszłego roku (jeszcze nigdy z podobnym entuzjazmem nie wyrzucałem starych butów). Poskładał mnie zupełnie line-upem i zagwarantował masę niesamowitych przeżyć. Nauczył też graniczącego ze strachem szacunku do mocy małych lodówek nastawionych na pełną moc.

No, ale że jesteś tu czytać o koncertach to koncertów będę się trzymał.

A przynajmniej się postaram.

UWAGA: notka jest bardzo długa, ale dostarcza wrażeń i tematów do rozmowy na kolejne kilka tygodni. Tak więc 2-3 uczciwe podejścia i widzimy się w komentarzach. Możemy też zobaczyć się w komentarzach i bez tego, ale sporo stracisz :)
 Krótko o krótkich 

Pomijając “aktywne przechodzenie” na paru występach byłem dosłownie 2-3 piosenki. I choć generalnie upchnąłem je w mieszczącą się pod zdjęciem listę to jeden zasługuje na trochę więcej miejsca.

Mowa o Mineralsach. Gościłem ich w jednym z czerwcowych jestPoranków i bardzo się Wam spodobali. Często grają w Warszawie, ale zawsze do mnie przedtem dzwonią ustalić taki termin, bym za Chiny Ludowe nie mógł się pojawić. Dzięki chłopaki, much appreciated.

Tak więc złapaliśmy się dopiero na Open’erze. Fajni są. Brakuje im jeszcze estradowej charyzmy i luzu, ale są profesjonalni i nieźle brzmią, więc pewnie się wyrobią. Kibicuję im, a jako że śpiewają po angielsku to za parę lat mogliby spokojnie uderzyć na jakiś spory festiwal w Europie :)

Reszta tu, już bez dodatkowego komentarza:

Koncerty świetne, ale musiałem iść dalej: Jamie Woon, M83

Koncerty niezłe, ale nie złapałem klimatu: Tres.b, SBTRKT Live

Koncerty beznadziejne: Jeden. Łatwy do zgadnięcia. Ale o nim nie dziś.

 Niezłe imprezy 

Czyli ci artyści, na których nie dane mi już było spokojnie posiedzieć z popcornem na płycie ale też i nie szalałem pod samą sceną przez bite półtorej godziny. Są to w większości wschodzące gwiazdy ale w zestawieniu znalazło się też kilku bohaterów mogących podrywać w barach na liczbę leżących w sklepach singli. Kolejność losowa :)

Gogol Bordello

Moja drobna fascynacja z liceum. Gogol jest z Ukrainy. Jego zespół jest z Nowego Jorku i ma w składzie Ekwadorczyka, Szkotko-Chinkę, Izraelczyka, Etiopczyka i jeszcze parę osób. Grają cygański punk. Coś pomiędzy nalanym weselem w Kazachstanie i arabskim rockiem.

Kolorowa grupka wylała się na scenę w ubraniach przywodzących na myśl szalone lata dziewięćdziesiąte. Pierwszą melodię zaintonował stary, brodaty akordeonista. Po chwili na samym skraju publiki cudem utrzymał równowagę podskakujący i pijany tłumem Gogol. Złapał mikrofon. Wyszczerzył w stronę falującej rzeszy zęby. Wziął głęboki, głośny oddech.

No i ten, tego. W parę sekund rozpętało się pogo sięgające prawie pod FOH. Meksyk był tak dziki, że nie zdziwił mnie nawet przebrany za banana człowiek skandujący “Purple! Purple!”  tuż nad moim uchem.

Następnego dnia musiałem sobie kupić maść na łydki bo nie mogłem nawet przykucnąć zawiązać butów.

Dry The River

Ci też już gościli na jestKulturze. Cicha i spokojna grupka młodych Londyńczyków bardzo szybko udowodniła zebranym pod tentem fanom, że są tacy tylko z pozoru. Najlepsze wrażenie wywarł brodaty basista. Nie spodziewałem się, że jest też przy okazji wygadanym, uprzejmym i bardzo pogodnym frontmanem. Nie spodziewałem się też, że chłopaki dadzą tak dobry koncert pomimo pełnej awarii odsłuchów w dziesięć sekund przed pierwszym kawałkiem :)

(jeśli nie widzisz filmiku – link do Youtube)

Pomijając świetnie brzmiące na żywo, rozdzierające i rekordowo żałosne piosenki fani zespołu dostali wtedy jeszcze jeden prezent. Otóż zobaczyli swoich muzyków na ich największym do tej pory koncercie. Brzmi dumnie.

Pipes and Pints

Zupełnie przypadkowe odkrycie dokonane podczas wsuwania zapiekanki gdzieś pomiędzy tentem a mainem. “Dudy i browary” to czeski (?) zespół celtic punk rockowy (?!) grający muzykę w stylu pijacko wściekłego AC/DC (!?!). Szok, niedowierzanie i latające staniki.

(Mając minutę wolnego koniecznie obadaj zachowanie tego typka z dudami, najlepiej w momentach, kiedy akurat nie ma nic do roboty i leci na totalnego badassa. Coś pięknego.)

The Ting Tings

Jeden z moich ulubionych zespołów jednej, no, ewentualnie dwóch piosenek. Miałem farta, bo choć wbiłem na ten koncert zdrowo spóźniony i w sumie po dziesięciu minutach miałem z niego lecieć dalej to wyrobiłem się idealnie na całe “Shut up and let me go” (czyli 1/2 ich dorobku, który mi się podoba).

A było na co się wyrabiać.

(jeśli nie widzisz filmiku – link do Youtube)

Po brawurowo wykonanej “zwykłej” części utworu Katie zaczęła trochę demolować scenę. Ostatecznie znalazła się na wywróconym bębnie i skandowała podkręcony basem refren razem z niemieszącym się pod namiotem, podskakującym co do jednego tłumem. Well done.

Janelle Monae

Dziewczynka tak mała, że potrafił zasłonić ją stojak na mikrofon. Dała dobry koncert, chociaż trochę za bardzo się starała – to, że Prince może zachowywać się jak Prince nie oznacza, że dowolny jego follower też da radę udźwignąć taki level charyzmy.

Pomijając jednak te sceniczne gry i zabawy reszta była bardzo w porządku. Janelle zaśpiewała sporo własnych kawałków, dwa covery legend (z czego jeden spokojny a drugi wzięty od Jackson 5) i nawet pobawiła się trochę z tłumem wokalizą.

Zastanawiam się jedynie, czy takie przesadne robienie z siebie multimiliardowej gwiazdy nie skasuje jej tego celu na stałe. No ale parę tysięcy ludzi bawiło się dobrze, więc być może tylko się czepiam :)

Mumford & Sons

Zaraz zostanę zjedzony, ale był to dla mnie “tylko” bardzo dobry koncert. Lubię folk, ale akurat Mumfordów znam 2, może 3 piosenki. A jak ktoś lubi folk to wie, że aby odpłynąć na koncercie trzeba w dany zespół mieć wkrętę. Ja w ten nie mam, ale i tak było przyjemnie.

Ciekaw byłem jak chłopaki sobie poradzą z potężnie kontuzjowanym Marcusem (złamana ręka gitarzysty = zomg), ale wybrnęli z kryzysu bardzo dżentelmeńsko. Zaprosili na trasę do współpracy znajomego muzyka a pozbawionemu instrumentu wokaliście skołowali bębenek, żeby miał co robić :)

Duży plus za charaktery i bardzo sympatyczne podejście do publiczności. Niestety, po paru piosenkach zorientowałem się, że 3/4 ich dorobku ma prawie identyczne bicie i składa się z takich samych segmentów (znajdujących ujście w krzyczeniu melodii pod refren), ale skoro ludziom się podoba to pewnie coś w tym musi być.

Tak więc, jak to mawia mój znajomy, na poły są odczucia moje :)

 OMGBBQLOL 

Dobra, przechodzimy do mojej ulubionej części każdej relacji. Pora na występy, które będę wspominał jeszcze parę ładnych lat i które przy każdej jednek okazji będą wywoływały dokładnie tyle samo emocji co za pierwszym razem. W tym roku spotkałem takie cztery.

The Kills

Moje drugie “odkrycie Open’era”.

Serio :) Przed festiwalem znałem może pięć piosenek, z czego jednej nawet szczerze nie cierpiałem. Ale że już obiecałem to wbiliśmy się na ten wzmacniany teren pod samą sceną i poczekaliśmy do pierwszych dźwięków. Warto było.

Na scenę wymaszerowała czwórka perkusistów. Jednolicie czarne ubiory, jednolicie czerwone bandanki zakrywające twarze od oczu w dół. Stanęli parami, symetrycznie względem osi sceny. Każdy przy identycznym bębnie. Ich choreografia i uwydatnione brzmienie to jeden z lepszych pomysłów, jakie widziałem na jakimkolwiek koncercie.

No a potem wsunęli się i sami Killsi. Seksowna, rytmiczna i urodzona z mikrofonem Alison oraz profesjonalny, chłodny i zupełnie hipnotyzujący Jamie.

Jeśli miałbym określić sceniczny sposób bycia tego zespołu to byłby to czysty seks przekraczający zwykłe ramy płci. Al i Jay pod wpływem własnej muzyki i ekstremalnie reagującego tłumu zamienili się w chodzącego rocka. Bez żadnych domieszek.

Bon Iver

Muzyką tego zespołu zaraził mnie na poważnie jakoś wczesną jesienią mój bliski przyjaciel i już mi tak zostało. Oczekiwania względem koncertu miałem niesamowite, ale na szczęście artyści (z Justinem na czele) wybronili się w stu dwunastu procent. Dali mi każdą piosenkę, spośród tych, które kocham.

Porada: droga rozwrzeszczana szesnastolatko, jeśli nie wiesz kim jest Justin Vernon to nie nazywaj się największą na świecie fanką Bon Ivera. Jeśli udało Ci się w zeszłym roku skojarzyć, że Chris Martin śpiewa w Coldplay to wierzę, że tym razem też sobie poradzisz. Way to go!

Chociaż jeśli już mam się do czegoś przyczepić to, niestety, ani Justin ani kamery Alter Artu nie przejęły się wymyślonym na parę tygodni przed festiwalem przez moje uderzeniowe grono bliskich przyjaciół prześmiesznym żartem z Bonny’ego Beara.

No, nic. Następnym razem.

Justice

Na tych konkretnych Francuzów czekałem od gimnazjum. I wiesz co? Powstrzymam się od komentarza. Niech przemówi za mnie nagranie.

W pewnym momencie muzyka się urywa i Xavier schodzi na dół. Razem z Gaspardem zamierają niczym posągi i zapada przerywana sporadycznymi oklaskami cisza. Znajdziesz ten moment w 2:40. Potem coś się dzieje w okolicach 3:10 i warto obejrzeć chociaż minutę.

Nie ma za co.

(jeśli nie widzisz filmiku – link do Youtube)

Franz Ferdinand

Alex Kapranos z uśmiechającego się spod trzydniowego zarostu i patrzącego złym wzrokiem spod krótkiej strzechy blond włosów angry-beatlesa zmienił się w potworka. Ściął się na grzybka z Mario i wyhodował nad górną wargą pedowąsik mogący wystraszyć nawet niewidome fanki. Sorry, że zaczynam wspomnienia akurat od tego malowniczego faktu, ale przeżycie było tak silne, że nadal się wzdrygam ;)

Na szczęście killersko zaaranżowana muzyka pozwoliła zapomnieć o dokonanej na widowni cichej zbrodni. Chłopaki przyjechały z kilkoma nowymi nagraniami (WRESZCIE!), zagrały też wszystko to, na co każdy i tak czekał. Niewiele mogę tu nawet dodać – po prostu był ogień.

Dosłownie, na bis :)

Podsumowując

Koncerty były niesamowite, ale to już wiesz. Festiwal był trochę mniej niesamowity, ale o tym się jeszcze dowiesz. Nie wszystko na raz. Cieszę się, że pojechałem i choć niektóre miejsca na ciele bolały mnie potem przez blisko dwa tygodnie to wspominać ten niecały tydzień będę, i tak, bardzo kolorowo.

Pytanie

Po dramatycznym dropie statystyk odwiedzin w dniach 3-7 lipca pozwalam sobie wnosić, że wielu z Was odwiedziło Gdynię w tym samym celu (coincidence?).

Tak więc nie wywiniesz mi się, bo bardzo chcę wiedzieć: Jaki koncert najbardziej Ci się spodobał? A może ostro wkurzył?

Dlaczego?

Ciepło pozdrawia Twój bloger,

Andrzej Tucholski

 

///

PS: Jeśli próbujesz swoich sił w blogosferze to pewnie zainteresuje Cię wiadomość, że już w tę niedzielę oferuję drugie, w pełni darmowe szkolenie z różnych fajnych trików przydatnych przy blogowaniu. Tym razem tematem spotkania jest budowanie relacji z czytelnikami, ale mam też na podorędziu kilka śmiesznych hacków przyspieszających rozwój strony.

Całe potrzebne info znajdziesz na dole tego wpisu. Widzimy się :)

Cześć!
Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem oraz twórcą internetowym.

Pokażę Ci jak duży i praktyczny wpływ na człowieka ma psychologia. A także pogadamy o sposobach na ogarnięcie zabieganej codzienności w taki sposób, by życie było spokojne i bardzo udane. Znajdziesz tu lifestyle'owe tematy (seriale) płynnie połączone z praktycznymi poradami (jak się nie spóźnić przez seriale). Zapraszam!

Rozpocznij ogarnięcie!

Przy okazji, napisałem serial.



Co prawda nie taki prawdziwy, do telewizji, ale za to za darmo. "Umowy Śmieciowe" w formie powieści w odcinkach opowiadają historię Hanny Wróbel. Dziewczyna przyjeżdża do Warszawy do pracy i już pierwszego dnia wszystko idzie dokładnie nie tak, jak sobie zaplanowała. Walczy więc nie tylko o wymarzony etat, ale też z własnymi słabościami. I z sercem. I z przyjaciółmi. I z losowymi problemami. I z pogodą. I, bądźmy szczerzy, ze wszystkim innym.

Życie w wielkim mieście nie jest proste.

Powstaje zatem pytanie: czy starczy jej na ogarnięcie tych wszystkich dramatów kawy?


Obejrzyj Przeczytaj odcinek pilotażowy

Aha, nagrałem też kurs.



Kurs uczenia się dla dorosłych to kompleksowe szkolenie uczące jak się uczyć. 17 lekcji wideo tłumaczy od początku do końca jak zbudować własny system nauki. Dzięki niemu przyswoisz psychologiczne podstawy uwagi i pamięci. Nauczysz się korzystać z najlepszych sposobów na efektywną naukę i technik pamięciowych. Zajmiemy się też motywacją i zachowywaniem spokoju w obliczu wyzwań. A wszystko podane tak, by maksymalizować mocne strony uczenia się w przypadku osoby dorosłej.

Mówiąc krótko: zawarłem w nim całość mojego prywatnego systemu do ogarniania rzeczywistości.

Kurs opiera się o moją autorską strategię PROPS.


Przeczytaj Obejrzyj kurs

I to nie jeden kurs!



"Ogarnij maturę w tydzień" to kompletny kurs, który dzięki 7 lekcjom wideo tłumaczy od początku do końca jak zbudować system nauki do matur. Dzięki niemu nauczysz się uczyć, rozplanujesz starania, nie zmarnujesz czasu a nawet zrobimy tak, by się za bardzo nie stresować. Każda prezentowana w nim porada została przetestowana wiele razy i pochodzi z mojego doświadczenia, a także jest oparta o naukę. I co najważniejsze - działa. Tak zwyczajnie.

Mówiąc krótko: zawarłem w nim całość mojego prywatnego systemu do ogarniania rzeczywistości.

Kurs został objęty patronatem merytorycznym Uniwersytetu SWPS.


Przeczytaj Obejrzyj kurs

Pobierz darmowe materiały do ogarnięcia życia
i dołącz do 4 000+ odbiorców newslettera!

Gdy się zapiszesz to od razu dostaniesz w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do najnowszych artykułów
  • 7 plakatów rozwijających materiały z bloga
  • 3 excele przydatne w ogarnianiu życia
  • moją prezentację z TEDx
  • a także kolejne materiały!

Chcę zapisać się do newslettera, a co za tym idzie wyrażam
zgodę na otrzymywanie na mój adres e-mail informacji o nowościach,
promocjach, produktach i usługach Andrzeja Tucholskiego.
Chcesz ze mną współpracować?

Mój blog od lat należy do ścisłej czołówki polskich współprac komercyjnych z influencerami. Zrealizowałem na nim z sukcesem kilkadziesiąt akcji, z których każda wywołała pozytywne reakcje u moich Czytelników oraz zrealizowała postawione przez Klienta cele.

Zawsze jestem gotów porozmawiać o kolejnej, z której potem będziemy dumni :)

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to wielokrotnie nagradzany lifestyle'owy blog ekspercki o psychologii. Prowadzę go od 2009 roku.

Piszę na nim o praktycznym wpływie psychologii na człowieka. I o tym, jak ogarnąć zabieganą codzienność w taki sposób, by życie było spokojne i udane.

Życzę Ci bardzo udanego dnia!.

Informacja

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem - psychiatrą lub terapeutą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!