Zostałbym Królem

 

Wiesz, własny szofer, machanie do ludu i te sprawy, przecież to czysta przyjemność. Poza tym, gdybyś słyszał westchnięcie mojej koleżanki na widok Colina Firtha w oficjalnym mundurze to też byś poważnie rozważył desperackie próby adopcyjne wycelowane w pałac Buckingham. Jeśli jesteś facetem – żeby załapać się na taki mundur. Jeśli jesteś dziewczyną – żeby załapać się na Colina. Bo dobry z niego król. A z historii o jego dochodzeniu do czystej wymowy – wbrew pozorom – dobry film.

Bo przyznam się bez bicia, że opowieść o bohaterskim logopedzie i ćwiczeniach na dykcję jego królewskiej mości brzmiała mi z początku, jak na tematykę wysokobudżetowego kina, co najmniej głupio. Na pierwsze doniesienia o powstającej produkcji zareagowałem jedynie absolutnie niezaangażowanym mruknięciem (podobnym do tego tutaj, na końcu).

Ale!

Na kilka chwil przed rozpoczęciem przygody z obejrzanym parę tygodni temu Mr. Nobody wyemitowano nam zwiastun owego średnio zanoszącego się filmu o szaleńczych perypetiach Jerzego VI i jego przeuroczego, australijskiego pomocnika. I wiesz, co Ci powiem? Że się to wszystko zaczęło znienacka prezentować dobrze. Niepokojąco, wręcz wybitnie dobrze.

Na szczęście rzeczywistość nie zapomniała o kurczowym trzymaniu się swoich torów i ostateczny efekt nie jest aż tak epicki, jak powyższy zwiastun. Czy to dobrze? Wyjątkowo zawieszę na kołek moją miłość do wszystkiego co magiczne i powiem: tak, to dobrze. Choć porównanie nie jest do końca odpowiednie, finalny nastrój panujący na sali kinowej w trakcie trwania seansu przypomniał mi Ojca Chrzestnego. Momenty ciekawe rozbudzały naszą uwagą przede wszystkim celnymi dialogami i trafnym humorem, momenty ciekawe inaczej pozwalały po prostu przebywać w kreowanym na wielkim ekranie świecie.

Niestety, Jak Zostać Królem nie obfituje w gęsty niczym partacko rozrobiony budyń klimat legendarnych filmów o sycylijskiej mafii. Spokojne chwile odwiedzania przedwojennej Anglii, pozbawione kluczowych dla fabuły wydarzeń sceny potrafiły zdrowo znudzić (czy też, zważywszy na dworskość ocenianego filmu, powinienem powiedzieć: potrafiły w szlachetny sposób dać relewantny margines dla naszych emocji). Było ich za dużo i często występowały jedna za drugą. Ale, na szczęście, to mój jedyny zarzut.

Gdyż!

Calutka reszta produkcji to jeden wielki plus. Wybitna rola Colina Firtha (gdybym nie pamiętał jego płynnych oświadczyn z Dumy i Uprzedzenia, nie wpadłbym na to, że jąkanie to cecha granej postaci) walczy o prymat z bardzo urokliwą kreacją Geoffreya Rusha. Na drugim planie fenomenalna Helena Bohnam Carter. Wszystko dopełnione zapierającymi dech w piersiach ujęciami (niewysłowienie magiczna, londyńska mgła. No i specyficznie na mnie działająca sceneria – większość z pokazanych miejscówek widziałem przecież, nie tak znowu dawno, osobiście) i ścieżką dźwiękową tak spójną i przyjemną, że aż chyba będę ją sobie przy jakiejś okazji prezentował (koniecznie przesłuchaj umieszczony na dole notki motyw przewodni. Ten fortepian wart jest natychmiastowej abdykacji).

A o wspomniane trochę wyżej w tekście okazjonalne dłużyzny się nie martw. Są obficie wynagradzane przez wszechobecny w większości pozostałych scen, typowo brytyjski humor. Rozkosznie uzupełnia się on ze skrajnymi jak na tego typu kino wulgaryzmami użytymi w celach, hmm, czysto edukacyjnych (“Willy, shit and fuck, and … tits!”). No a wszystko doprawione wyspiarskim akcentem. Łatwo jest się zakochać.

Łatwo też zapomnieć się przez chwilę i nie wstać z miejsc, nawet gdy już dawno zostaną zapalone światła w kinie. Bo bycie na napisach końcowych oznacza obejrzenie też całego filmu (w większości przypadków, oczywiście. O fetyszach oglądania samych napisów wolę się nie wypowiadać). Spędzenie kilkunastu dziesiątek minut w towarzystwie dwójki bardzo ludzkich i, pewnie dlatego, intrygujących postaci zostawia nas w dobrym humorze na dłuższy czas. Bo, co by o Jak Zostać Królem nie mówić, jest to historia przede wszystkim o odwadze i przyjaźni. O wartościach, których w kulturze masowej strasznie ostatnimi czasy mało.

Więc skoro już się pojawiają, warto dać im szansę. Obiecuję Ci, że się nie zawiedziesz :)

http://www.youtube.com/watch?v=bb69fGhJC8A

Królewsko macha do swoich Czytelników Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Mam na imię Andrzej. Jestem psychologiem biznesu i strategiem od skuteczności, a także pisarzem i scenarzystą.

Znajdujesz się teraz na mojej stronie domowej, z której możesz przejść do bloga, YouTube’a, na jeden z moich podcastów, na konto na instagramie, a także znajdziesz tu zapis na newsletter i przejście do sklepu z moimi książkami i kursami.

Życzę dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies