Przyszłość Papieru

 

Sporo się ostatnio mówi o śmierci książek. Segritta zrepostowała na swojej soupce łapiący za serce reportaż z zamykania kolejnych księgarni, niektórych mających po blisko czterdzieści lat historii. Za taki stan rzeczy obwinia się przede wszystkim rozwój e-booków, ogromne narzuty w księgarniach i brak odpowiedniego nacisku kładzionego w edukacji i społeczeństwie na wartość czytania.

No, cóż. Mam inne zdanie.

Zacznę moją argumentację od końca.

Edukacja & Opinia Społeczna

Jasne, jesteśmy (jak to ładnie ujęła w swojej infografice Natalia Hatalska) Generacją L. Lubimy proste, ładne, niewymagające i lekkie w przekazie. Lubimy obrazek, spot (ale koniecznie krótszy niż 3 minuty), komiksik, kliknięcie w link. Ale przecież jazz też nie jest muzyką dla wszystkich, a jakoś się sprzedaje.

Książki są seksowne. Są wszechobecne i dostępne, a przy tym osnute mgłą przynależności do jakiegoś tajemnego bractwa literatów (w oczach szerokiego społeczeństwa). Są tłumaczone na nasze rodzime języki i wydawane na ładnym papierze.

Harry’ego Pottera przeczytały miliony dziesięciolatków, czyli grupy najbardziej podejrzewanej o wybieranie telewizji i gier wideo ponad wszystko inne. Ale mediom to nie wystarcza, bo te same dzieci lektur już czytać nie chcą (sam to skądś znam – w podstawówce i gimnazjum nie sprawiałem jakichś większych problemów, ale niektóre pozycje na liście obowiązkowej traktowałem jak przymusowy bieg na wzgórze Toccoa).

Być może będzie to spostrzeżenie nieortodoksyjne, ale… Co z tego? W podstawówce nie przeczytałem nic Sienkiewicza bo zwyczajnie nie mogłem go zdzierżyć, leciałem z opracowań Gregga aż wiało. Wróciłem do trylogii i Krzyżaków w liceum i zakochałem się z miejsca. Czy było tak trudno dać mi listę książek obowiązkowych wzbogaconą o dziesięć pustych miejsc na moje własne polecenia (nie ma dla dzieciaka chyba większej radości niż możliwość mądrzenia się przed równolatkami na swój ulubiony temat. No, może poza dostaniem lodów w wakacje) i dać mi swobodę samodzielnego ułożenia kolejności? Albo, nie wiem, zamiast dziesięciu minut lekcji zmarnowanych na grożenie mi, że jak nie przeczytam, to dostanę lachę, nie było lepiej spędzić tego czasu na psychologicznym przekabacaniu mnie, że nie ma na świecie ciekawszej historii niż perypetie Kmicica?

Przecież to hipokryzja. Skoro nie manipuluje się dziećmi, aby były bardziej produktywne (bo nie wolno łamać ich prawa do wolnego osądu etc.), czemu nie mogą chociaż same zadecydować o fragmencie własnego toku nauczania, aby jak najbardziej wpasowywał się w ich zainteresowania? Bez sensu, szczególnie, że dzieci to jedne z najekonomiczniej myślących istot na świecie. Gdybym został przekupiony, że jeśli ładnie przeczytam coś, to wtedy osiągnę coś (wymiernego, nigdy nie lubiłem pseudowaluty ocen) – machnąłbym dystans pomiędzy przednią a tylną okładką z kopyta.

Zresztą, przecież małe dziecko jeszcze nie wie, że tylko leszcze czytają te głupie książki (jaką to perłą mądrości ładnie uraczył mnie dziewięcioletni braciszek znajomego). Po o wiele mniejszych dzieciach siostry widzę, że traktują obejrzenie bajki w telewizji dokładnie tak samo jak pooglądanie obrazków w ogromnej czytance. Wydaje mi się, że to jest właśnie kluczowy moment na wykreowanie w berbeciu odpowiednik postaw.

No, ale nic. Mądrzejsi i skuteczniejsi ode mnie próbowali już coś zrobić z edukacją w Polsce, więc może nie będę próbował pokonać smoka patykiem (chociaż, pojedynczy X-wing Gwiazdę Śmierci rozwalił, więc jakaś tam nadzieja jest).

Chcę tylko powiedzieć, że nic nie stoi na przeszkodzie, by każdy jeden rodzic wychował sobie dziecko – literata (pod warunkiem oczywiście, że będzie to zgodne z zainteresowaniami i poziomem aktywności samego zainteresowanego). Potem jest dosyć analogicznie – każdy ogarnięty młody człowiek wie, że czytanie jest fajne. Że facet czytający w kawiarni jest sensowny a dziewczyna czytająca w metrze jest warta pogadania.

Problem istnieje, dopóki wszyscy się upierają, że jest problemem. Przestańmy się na nim skupiać i będzie wielkie ale jak to?, bo przy użyciu prostych rozwiązań szybko możemy zamienić się w literackie zagłębie Europy. Ale cóż począć, posiadanie medialnej tragedii jest fajniejsze. Wszyscy lubimy mieć o czym rozmawiać :)

Narzuty

Drugi zabójca książek to narzuty na książkach.

Głośno o nich ostatnio za sprawą wielkiej i walnej akcji Nie Karm Książkowego Potwora, której udało się nawet przebić do tzw. Wielkich Mediów. Skrobnęła o niej Gazeta, skrobnęła o niej Wirtualna Polska.

W skrócie chodzi o to, że Empik jest siecią mającą w garści prawie cały rynek fizycznej sprzedaży książek w kraju. Lubi przy tym fajne marże.

Konsumenci się wobec tego zorganizowali i postanowili położyć kres aktualnej sytuacji. Front podjęli razem z nimi wydawcy, szantażując Wielką I Złą Sieć wstrzymaniem dostaw najgorętszych tytułów. Zakładnikami zostały głównie dzieła R.R. Martina i biografia Danuty Wałęsy.

No dobra, wszystko jest szczytne i bardzo mi się podoba, tylko jako aspirujący adept nauk o świecie biznesu mam parę zastrzeżeń. Po pierwsze – czemu do akcji nie włączyła się cała flotylla internetowych księgarni finansujących działania marketingowe mogące przynieść wszystkim (poza Empikiem oczywiście) czysty zysk? Dalej, czemu akcja skupia się jedynie na podpisywaniu enigmatycznej petycji zamiast zająć się uświadamianiem społeczeństw przy pomocy informacyjnej partyzantki (czy to medialnej czy fizycznej)? Ponadto, skoro Empik I TAK ma w ręku prawie cały rynek, ludzie nie przywykli do kupowania w Internecie nie mają wyboru (szczególnie, że działalność tak przeze mnie gloryfikowanych księgarni internetowych to przecież jeden z głównych morderców małych księgarń stacjonarnych) – jaki jest więc cel (poza finansowym wydawnictw)?

Skoro wspomniałem chwilę temu o rynku sprzedaży fizycznej – wiele jest na Facebooku bardzo smutnych grup nawołujących do kupowania w małych księgarniach. Uwielbiam wejść do zakurzonej, zagraconej kanciapy i pogrzebać sobie w pięknych wydaniach – no przecież! Ale opieranie swojej finansowej przyszłości o nadzieję, że ludzie wykażą się daleko idącą romantycznością w podejmowaniu ekonomicznych decyzji jest, hm, niemądre.

Jeśli masz wątpliwości, proszę, zagraj w tę małą grę:

Bardzo Ci zależy na pewnej książce (bo to, że narzuty nie są problemem dla prawdziwego fana literatury, to akurat nie jest fakt wymagający jakiejś zawrotnej argumentacji. Każdy z nas ma swoje ulubione miejsca z tańszymi książkami).

W Empiku kosztuje ona 59,99zł. W Małej Księgarni – 44,99zł (o ile będzie dostępna, czego nie masz jak sprawdzić, bo nie masz czasu zatelefonować w godzinach pracy lokalu). W Wielkiej Księgarni Internetowej – 39,99 i możesz ją odebrać osobiście (za darmo!) pod swoim wydziałem bądź miejscem pracy, nawet w godzinach wieczornych.

Co wybierzesz?

Książka Książce Nierówna

Człowiek lubi komfort, nie lubi zmian.

Chyba nikt na świecie (poza power-geekami i samym Zuckerbergiem) nie zareagował odruchowo na ostatnie zmiany na Facebooku eksplozją szczęścia.

Podobnie jest i ze zmianami w gospodarce i kulturze. Wielka Zmiana Na Polskim Rynku Książek to coś, co dopiero nas czeka. Dlatego też chcę się z Tobą podzielić moimi doświadczeniami płynącymi z bycia Graczem. Nasze dantejskie sceny mieliśmy już jakiś czas temu.

Otóż jeszcze w roku 2007 nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak można kupować gry przez Internet. Przecież wtedy nie ma się pudełka! Nie ma radości odpakowywania i przeglądania instrukcji w trakcie instalowania! Nie mogę poczuć w dłoniach nabytku, nacieszyć się nim i postawić na półce, aby dumnie stał w mojej jedynej w swoim rodzaju kolekcji!

Teraz jest rok 2011 i nie umiem sobie wyobrazić kupienia gry komputerowej w sklepie. Pudełek nie mam gdzie stawiać, instrukcji nie czytam bo produkcje są dzisiaj intuicyjne a żonglowanie płytkami w trakcie instalacji by mnie chyba wyjęło z siebie i postawiło obok. Zresztą, dzięki takim systemom jak Steam lub Origin nie muszę się zastanawiać, gdzie co leży. Klikam i za godzinę gram. Jest też taniej. Finito.

Sądzę, że coś podobnego (tylko na większą skalę, przecież książki mają kilkaset lat tradycji) czeka już wkrótce wszystkich literatów.

Seth Godin, znany amerykański pisarz, postanowił rozpocząć trend. Jego ostatnia książka wyszła na papierze w limitowanym nakładzie 10 000 sztuk, które rozeszły się w zasadzie na pniu. Nazwał to Edycją Kolekcjonerską. Edycję Zwykłą stanowił e-book wydany przez Amazon Direct Publishing na ich najpopularniejszy czytnik świata – Kindle (możesz o nim więcej poczytać u Kominka, ja ze swoim się jeszcze wstrzymuję).

Mam zatem wrażenie, że przejście na e-Czytanie nastąpi w dwóch etapach.

Pierwszy – nauczymy się wreszcie kupować przez Internet. Fizyczna, mała księgarnia zawsze przegra z Empikiem. Kupuje mniejszą paletę za drożej, nie dywersyfikuje przychodów na wiele gałęzi produktów, nie jest powszechnie znana a podatki i tak płacić musi. Co innego mała księgarnia działająca w Internecie. Koszty działalności ma minimalne, zwiększanie działalności nic jej nie kosztuje (fachowo mówi się tu o zerowym koszcie dodatkowego miejsca na półce) a jeśli jest ogarnięta, marketing będzie toczył się sam. Przykład takiej działalności poznasz już jutro, koniecznie odwiedź bloga koło osiemnastej :)

Drugi etap nastąpi, gdy przejdziemy z książek drukowanych na cyfrowe (chciałbym zobaczyć remake Masz Wiadomość w takich klimatach. Ona pracuje w wielkiej sieci, On jest dyrektorem kreatywnym Amazonu. Natalie Portman i Bradley Cooper? Anyone? ;).

I tutaj zaczną się schody. Do niedawna byłbym zatwardziałym generałem w Obozie Książek Drukowanych. Przecież czytanie bez papieru to trochę jak nie czytanie. Tyle że teraz już pamiętam, jak zmieniło się moje myślenie w temacie gier. I już nie jestem taki pewien, gdzie powinienem usiąść. Obóz e-Książek też ma swoje racje. Szczególnie, że na wiosnę ma do naszego kraju przyjść Amazon.

Druk kosztuje. Zmielenie niesprzedanych egzemplarzy też kosztuje. Tak samo jak wynajem sal, kupno przestrzeni na półkach, logistyka. Suma tych kosztów, nawet bez narzutu, przekracza cenę e-książki wielokrotnie. Cenę, w której znajduje się jedynie parę groszy na utrzymanie serwerów i oprogramowania, a reszta pieniędzy idzie pomiędzy autora i wydawcę.

Świat jest mechanizmem ekonomicznym, zostają jedynie te rozwiązania, które przynoszą zysk lub minimalizują stratę. Na razie książki drukowane mogą czuć się w miarę bezpiecznie, ale nie widzę dla nich wielkiej nadziei w horyzoncie, powiedzmy, dziesięciu lub dwudziestu lat. Nawet u nas, w Polsce.

W ostatnich miesiącach wydałem na ciekawiące mnie tytuły coś ponad czterysta złotych. Po dopłaceniu pięciu dyszek miałbym już Kindle’a + dostęp do bazy kilku tysięcy darmowych e-booków. Nie wiem, czy na dzień dzisiejszy byłbym w stanie przeżyć najlepszą książkę mojego życia równie silnie, gdybym czytał ją na ekranie zamiast analogowo. Ale to jedynie kwestia przyzwyczajenia, które musi ulec ekonomii. Matematyka jest bezlitosna.

[button size=”large” color=”blue” style=”none” new_window=”false” link=”http://andrzejtucholski.pl/2011/niech-wiedza-ze-czytam-1/”]Niech wiedzą, że czytam![/button]

Literatura w formie cyfrowej wygrywa też na polu wygody użytkowania. Na Kindle’u mogę w każdej chwili podkreślić dowolne słowo i znaleźć jego tłumaczenie lub definicję. Waży on tyle co dwie lub trzy tabliczki czekolady, mieści parę tysięcy tytułów i nie męczy oczu.

Książka co prawda również nie męczy oczu, ale opcji słownika już nie zawiera. Jest spora i/lub waży często okolice połówki kilograma (dowolny Murakami lub poszczególne tomy Trylogii Husyckiej Sapkowskiego; postój z nimi kiedyś godzinę w autobusie to dopiero pogadamy o przyszłości wydawniczej na świecie) i, no cóż, mieści jedną książkę.

O ile nawet koszty druku wytrzymam (odzywa się we mnie romantyk), tak waga, wielkość i komfort natychmiastowego przetłumaczenia sobie dowolnego słowa (ostatnio czytam prawie wyłącznie po angielsku) przemawiają do mnie wielkimi, drukowanymi literami o ładnych i zadbanych szeryfach.

Co więcej – wraz z rozwojem Internetu, kontakt z niezależnymi wydawcami lub interesującymi, małymi publikacjami jeszcze nigdy nie był równie prosty. Wystarczy mieć dostęp do jakiegokolwiek łącza (może być i takie z telefonu) oraz chwilę na poklikanie w Google’u. Wystarczy chcieć, a można odkryć cuda.

Podsumowując

Nie, książki nie umrą.

Jestem pewien, że zmienią swój dotychczasowy kanał sprzedaży. Jestem też prawie pewny, że niebawem zmienią swoją formę. (Przy czym, cytując klasyka, Róża innym nazwana imieniem równie słodko pachnie; papier to jedynie nośnik).

A czy wróci im społeczna popularność?

Moim zdaniem nigdy jej nie straciły.

W dziewiętnastym wieku książka była (dosyć) wysokonakładowa, jeśli osiągnęła druk w okolicach tysiąca sztuk. Nie mam statystyk analfabetyzmu, ale nie spodziewałbym się, by piśmienna była więcej niż jedna piąta społeczeństwa (o ile w ogóle aż tyle).

Dzisiaj większość książek osiąga nakłady przekraczające dziesięć tysięcy sztuk, sporo dobija do setek tysięcy a niektóre – milionów. Czytać ze zrozumieniem umie grubo ponad połowa społeczeństwa a literaturę można kupić gdziekolwiek. Zgodnie z przytaczaną na początku tego tekstu infografiką, w 2010 roku aż 56% Polaków nie zajrzało do ani jednej książki. Wnioskuję z tego, że 44% zajrzało. 44% z populacji Polski na rok 2010 daje nam liczbę 17 milionów. To mało?

Nie, ale oczywiście, że mogłoby być lepiej!

Tylko, serio, czy mówienie ludziom, że Polacy nie czytają cokolwiek da? Okej, no i nie czytają, i co z tego? Nie lepiej te wszystkie pieniądze i energię przekierować w promowanie czytania jako takiego? Mamy teraz sytuację jak ze świętą Matką Teresą z Kalkuty. Gdy się ją spytano, dlaczego nie chce wziąć udziału w manifestacji antywojennej odpowiedziała, że jej się taka nie podoba. Niech ją zaproszą na manifestację pokojową, to przyjdzie.

Nie zrzędźmy, że ludzie nie czytają, że papier odejdzie, że książki drogie. Książki są tanie, trzeba tylko umieć ich szukać. Będą jeszcze tańsze, gdy odejdzie papier, do czego raczej w stu procentach nie dojdzie nigdy. Jesteśmy tylko ludźmi, lubimy przedmioty materialne.

A ludzie czytają, spokojna. Grunt to ich zainteresować :)

Autorem zdjęcia z nagłówka jest nkzs. Pozostałe obrazy pochodzą z soup.io, autorzy nieznani.

Ciepło pozdrawia Twój bloger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies