Open’era 2011 Dzień Trzeci

 

Chmury zasnuwały niebo od samego świtu (o czym wiedzieliśmy), ale na szczęście, w przeciwieństwie do drugiego dnia festiwalu, miało już raczej nie padać (o czym nie wiedzieliśmy). Okutani zatem w co-tylko-się-udało-suchego-w-torbie-znaleźć rześko maszerowaliśmy w stronę bramek prowadzących na teren miasteczka koncertowego. Kolejka do rozdających czułe uściski ochroniarzy schodziła szybko, po chwili znaleźliśmy się więc przed sceną główną.

Dzień Trzeci

Sobota została wstępnie zaplanowana jako Oficjalny Dzień Prince’a. Sugerowały to plakaty, sugerował to line-up. Dookoła występu legendy miało orbitować wszystko. Na szczęście, ostateczną realizację trzeciego dnia festiwalu pozostawiono samym imprezującym (tj. nam), więc udane koncerty toczyły się jak tylko Gdynia-Kosakowo szerokie przez cały wieczór.

  • Sistars

Pierwszy koncert sobotniego Main Stage’a. Bardzo profesjonalny, zachodni wręcz. Identyczny jak na Orange Warsaw Festival. Ta sama kolejność tych samych piosenek i, niestety, równie kretyński pomysł, by dawać w przerwie między kawałkami mikrofon wokalistkom. Sorry siostry, ale charyzma nie jest Waszą mocną stroną.

Na przełomie ich absolutnie prześmiesznych konwersacji ulatywał z widowni calutki flow wygenerowany przez poprzednie kilka utworów. Godzien wspomnienia i zapamiętania strzał w stopę. Dosyć szkodliwy zresztą, gdyż na ponowne usłyszenie Sutry albo Na Dwa cieszył się jakiś hektar Open’erowiczów.

A przy okazji – moja prywatna teoria spiskowa. Nie sądzisz, że Another Way To Die (2008) bardzo zabawnie (głównie refren i pianino lub gitara robiące trzy opadające nuty w tle) przypomina Inspirations (2005)?

  • The Asteroids Galaxy Tour

Koncert zadziwiający z dwóch powodów. Po pierwsze – przyciągnął zauważalne ilości nastoletnich (~gimnazjalnych?) dziewczynek wraz z rodzicami lub dziadkami. Albo o czymś nie wiem, albo Disney Channel ma w swojej ramówce dziwne rzeczy. Po drugie – dzierżąca mikrofon Dunka pomimo niewielkiego doświadczenia (reklama Apple’a, reklama Heinekena, support Katy Perry) radziła sobie bardzo sensownie (pewnie sporo u siebie w kraju występują). Luźne piosenki wchodziły podekscytowanej publice gładko niczym zroszony chłodem sok porzeczkowy zmęczonemu winobraniem Włochowi z południa.

No i możliwość pobujania się z piętnastotysięcznym tłumem przy The Golden Age – bezcenna.

  • Primus

Stojąc w pewnej odległości od sceny uzmysłowiłem sobie ciekawą rzecz. Gdybym był dojmująco pijany, byłby to najlepszy koncert mojego życia. Rzecz w tym, że nie byłem i muzyka tworzona przez steampunkowo wyglądających panów (kamizelka, zegarek, okrągłe okulary z drutu) miała działanie raczej odstraszające niż uprzyjemniające czas. Była też hipnotyzująca i tego jej nie odmówię. Niestety, w tamtym momencie, przetrawienie słyszanych piosenek wymagałoby potężnego popijania, którego w planach nie umieściłem. Dlatego też spróbowaliśmy szczęścia gdzie indziej.

  • Kate Nash

Pod Tent Stage zawitaliśmy równocześnie z wysypaniem się zespołu na scenę. Co prawda Kasia kojarzyła mi się głównie z Dickhead, dziwnymi ubraniami i porypanym wykonaniem Habanery, ale fajnie jest zobaczyć na żywo fascynację znaczącej grupy moich znajomych. No i jedną z wokalistek-pionierek, które jako pierwsze odniosły sukces dzięki powszechności Internetu i rosnącego znaczenia portali społecznościowych. Jako bloger – poczułem się.

Niestety, sytuacja okazała się być jeszcze bardziej złożoną niż w przypadku koncertu Primusów sprzed chwili. Tam wiedziałem czego mi ewentualnie potrzeba, aby zrozumieć co słyszę. Kasina losowość w wydawaniu z siebie przeszywających dźwięków podobnej substancji zmiękczającej nie miała. Na wpół krzyczane refreny dosyć szybko przegoniły mnie z powrotem na świeże powietrze.

http://www.youtube.com/watch?v=CZiTKmFw3G8

Zresztą i tak zbliżał się pewien inny koncert, na którym chciałem być.

  • Prince

Karmelek. Wróżka w chmurce pyłu. (Jakiekolwiek inne określenie opisujące szyty ze złotych i srebrnych nici kostium wokalisty, pewnie bardziej odblaskowy niż kapoki ratunkowe). Absolutna eksplozja seksownych brzmień i powalającej miłości własnej pod postacią drobnego wokalisty robiącego w trakcie każdej solówki minę wyglądającą identycznie do tej emotki – :C. (Ten ostatni znak to kropka, nie pieprzyk). Jeden wielki dialog z publiką, którego nie idzie zapomnieć przez długie lata (o ile kiedykolwiek. Zresztą – po co w ogóle?).

Co prawda, koncert nękały różnego rodzaju chochliki (sceniczny sposób bycia Prince’a trzeba było zaakceptować, ale tego, jak dźwiękowiec spartaczył poziomy dźwięku na pierwszych kilku piosenkach, nie tłumaczy nic), ale zabawa i tak była przednia. Brawurowe wykonania wszystkich najbardziej znanych piosenek artysty, dodatkowe zwrotki traktujące o Polsce dośpiewywane w trakcie przejść instrumentalnych i dziesiątki innych atrakcji skutecznie trzymały publikę na maksymalnych obrotach (osobne pozdrowienia dla imprezującego obok mnie, na oko, siedemdziesięcioletniego pana w berecie. Możesz mi, Czytelniku, wierzyć – miał on w sobie więcej werwy i szczęścia niż stojąca nieopodal horda młodszych o ponad pół wieku hipsterów).

Emocje zaczęły opadać dopiero po drugim bisie, zostawiając nas w stanie radosnego zmęczenia po bisie piątym (wytrzymałość piosenkarza zdziwiła nawet technicznych). Radosne zmęczenie bardzo płynnie przeszło w niegasnący blisko dziesięć minut uśmiech wywołany pięknym (naprawdę pięknym) pokazem fajerwerków. Sto lat, Open’erze.

  • Chapel Club

Zmachani i styrani Princem wpadliśmy jeszcze na moment pod namiot w poszukiwaniu inspiracji na resztę wieczoru – tak poznaliśmy się z chillującym i bardzo klubokawiarnianym zespołem z Anglii. Po paru piosenkach wokalista uznał, że najwyższa pora na opowiedzenie o ich powiązaniach z Polską, co zaowocowało dosyć przyjemnym faktem. Chapel Club, w czasach, gdy jeszcze nie miał żadnej płyty, profesjonalnej piosenki lub koncertu na koncie, miał już w Internecie jednego fana. I tym fanem był niejaki Mateuesh Kueade (lub podobnie brzmiące). Polak.

I tym zabawnym faktem zwieńczę trzeci dzień relacji.

Czwarty, ostatni zarazem, wkrótce :)

Autorem zdjęcia z nagłówka jest Tomasz Kamiński.

Wciąż się trochę jara Twój bloger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies