London: Main Points II

 

Huhuhu, a to Ci przerwę zarządziłem! Poprzedni odcinek Main Points poleciał przecież w styczniu bieżącego roku. Jedenaście miesięcy temu. To chyba wystarczająco długo, by wrócić do pisania cyklu, prawda? Szczególnie, że zostawiłem Cię z klamką Opactwa Westminsterskiego w dłoni i brakiem jakiegokolwiek poczucia, co może wydarzyć się w następnej kolejności (no, poza wizytą w Opactwie oczywiście). Przepraszam. Już wracam i jedziemy dalej!

Westminster’s Abbey

A więc, jak opowiadałem, mniej więcej w połowie mojego trzeciego dnia w Londynie zdecydowałem się odwiedzić jedną z najsłynniejszych katedr świata. Wywarła na mnie niesamowite wrażenie od samego przedsionka. Razem z biletem dostałem elektroniczny przewodnik wraz z parą słuchawek. Jakżeż głębokie było moje zdumienie, gdy po przyłożeniu gąbeczek osłaniających membrany do uszu dobiegł mnie przyjemny głos polskiego lektora. Mówiącego w moim rodzimym języku. Serio!

Niestety, pierwszym czym się ze mną podzielił był całkowity zakaz robienia zdjęć na terenie obiektu (jak nikomu nie powiesz to niżej znajdziesz fotkę, którą jednak zrobiłem. Pamiętaj, ciiiii!), ale smutek szybko minął, gdyż zostałem zaproszony do przejścia do głównej nawy.

Świątynia robi równie wielkie wrażenie z czterech powodów. Po pierwsze – jest przeogromna. Fizycznie. Obejście jej ważniejszych miejsc zajmuje ponad półtorej godziny a sklepienie znajduje się tak wysoko, że aby je zobaczyć, trzeba się wygiąć w równy łuk (swoja drogą – warto. Jest przepiękne). W chłodnym powietrzu między ścianami unosi się delikatny kurz i czuć, naprawdę czuć, ile pokoleń Anglików przychodziło upaść na tę sam kafel w posadzce, na którym stoję ja teraz. Wrażenie pogłębia spotęgowany echem szmer ludzkich rozmów i okazjonalnych śpiewów.

Zaraz potem – ta katedra jest stara. Żaden fragment muru nie może pochwalić się już chropowatą powierzchnią. Wszystko jest wyślizgane do stanu otoczaka wyjętego prosto z górskiego strumienia. To samo tyczy się naw, zdobień i tablic. To wnętrze ma kilka stuleci. I dobrze o tym przypomina odwiedzającym.

Co więcej, razem z wiekiem idzie znaczenie historyczne. Spacerując pomiędzy nawami i komnatami natrafiłem na groby królów Anglii, o których czytałem w szkole. Widziałem groby Tudorów, o których czytałem w książkach. Stałem nad tablicami honorującymi pamięć najważniejszych angielskich literatów i muzyków.

Tutaj anegdota: przez większość czasu spędzonego w tej świątyni chodziła mi po głowie aria Lascia Chioi Pianga (link prowadzi do notki, w której o niej pisałem). Wyobraź więc sobie moje zdziwienie i towarzyszący mu dreszcz (taki od karku po dłonie), gdy zupełnie niechcący stanąłem twarzą w twarz z grobem George’a Friderica Handla, kompozytora. Wyłączyłem się na dobre parę minut.

Ale, wracając do wyliczania cech. Po czwarte – Westminster’s Abbey jest pełne natchnienia. O równej godzinie (była to bodajże piętnasta) z głośników poleciało ogłoszenie, że właśnie będzie miała miejsce kilkuminutowa modlitwa. Każdy z odwiedzających powinien się wtedy zatrzymać i w ciszy własnego serca pomodlić w swojej wierze, lub też, po prostu, pomyśleć dobrze o swoich bliskich, bo w gruncie rzeczy, to o to chodzi. I tak też się stało. Calutki kościół stanął. I wszyscy się uśmiechali.

Gdy świat ruszył z powrotem, pobiegłem szybko (rosły, czarnoskóry ochroniarz pokazujący najpierw na swój zegarek, potem na pałkę przy boku i znowu na zegarek wbija człowieka na nowe wyżyny wytrzymałości fizycznej) na kościelny dziedziniec (piękny i zadbany, do zobaczenia tutaj) i oto co znalazłem:

St. James’s Park & Buckingham Palace

Po wyjściu z katedry skierowałem się w stronę Parku Św. Jamesa. Po drodze (Tothill St.) minąłem gmach, w którym założono ONZ (o, ten) oraz, to już chyba oficjalne, najbrzydszy budynek na świecie (wyglądający jak nieudolna, betonowa kopia Minas Tirith).

Parę minut (i zakrętów. Przeklęte brytyjskie uliczki) później dotarłem do eleganckiego, zadbanego parku z widokiem na Horse Guards (wspominałem o tym budynku ostatni0). Park, ponieważ byłem w Anglii, zawierał staw wielkości warszawskiego osiedla, małą wioskę (z prawdziwymi uprawami) oraz kilka kilometrów ścieżek i traktów. Plus parę mostów, dla urozmaicenia. A wszystko to w świetnym stanie, jakby dopiero co odnawiane. Otoczenie pełne też było przyjacielskich, wchodzących Ci na ramię zwierząt.

Dodatkowe punkty do klimatu dało mi znalezienie ścieżki Księżnej Diany – czegoś w rodzaju interaktywnego pomnika kierującego Cię przez jej ulubione miejsca w londyńskich parkach. Spróbowałem nawet przez chwilę podążać jej śladami, ale niebawem wybrałem kierunek wychodzący na The Mall, a nie dość, że bardzo chciałem dotrzeć pod pałac Buckingham to jeszcze miałem chwilowo dość wielkich ulic (wcześniejsze kręcenie się przy Parlamencie skutecznie mnie ogłuszyło). Skręciłem zatem i, w towarzystwie ujmujących widoków, wszedłem między drzewa.

Po zjedzonej na szybko kanapce (zresztą, nie tylko ja się załapałem), dzięki której poczułem się jak prawdziwy brytyjski japiszon spędzający swój późny lunch na leżącym nieopodal korporacji skrawku łączki, zdecydowałem się chwilę odpocząć. W tym momencie symbioza z autochtonami osiągnęła apogeum.

Pomyślałem jednak, no przecież nie ma co tak leżeć. Po paru artykułach wstałem, otrzepałem się z trawy, pomachałem do cieszącej się na mój widok grupki studentów i ponownie podjąłem marsz w stronę domu Królowej. Muszę przyznać, że wyspiarze mają należny ich nacji rozmach i plac przed Pałacem Buckingham robi naprawdę niezłe wrażenie. Wielkie rondo, z POTĘŻNĄ fontanną (obładowaną złotymi pomnikami, a jak) na samym środku i patriotycznymi masztami dokoła. Aż głupio mi było na skuśkę przebiegać.

Niestety, dobre wrażenie minęło równo z momentem podejścia pod onieśmielające bramy Elżbietowej chaty. Nie wiem, kto tego dnia pełnij gwardię honorową, ale nie byli to Prawdziwi Angielscy Gwardziści (ci sami, z których robi sobie śmiesznie Banksy, a których czapki mogą służyć za awaryjny kostium borsuka). Przepraszam, ale być pod pałacem pod nieobecność tych panów to jakby tam nie być w ogóle.

No, ale cóż począć. To ewidentny znak, że muszę niebawem wpaść w odwiedziny raz jeszcze.

Styknie Na Dziś

Absolutnie kontent po przybiciu piątki z bramą królewskiego pałacu podążyłem dalej śladem parków i zieleni. Minąwszy bardzo pomysłową fontannę-pomnik Kanady przemierzyłem kolejne długie mile otoczonych drzewami ścieżek. Wyszło mi się znienacka pod Łukiem Wellingtona, jednym z kluczowych miejsc dla każdego turysty w stolicy Starego Królestwa (nie bez powodu ta część cyklu nazywa się tak, a nie inaczej).

Równo z moim wejściem na teren placu władowało się na niego kilkunastu rowerzystów – wracających z pracy ludzi biznesu na małych, nowoczesnych składakach. Niesamowicie pozytywny widok. Na zdjęciu trochę ich widać, ale głównie załapali się zwykli cykliści. Podziwiam i zazdroszczę. W Warszawie taką gromadę spotkać można jedynie podczas akcji Masy Krytycznej. A szkoda.

I to chyba tyle na dziś. Zarzucę Ci jeszcze najbardziej porypaną rzeźbą konia, jaką widziałem w życiu (przy samym metrze) i znikam.

Kolejny odcinek już wkrótce :)

Cały Eurotrip 2010 znajdziesz tutaj.

Trzymaj się ciepło,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies