Z Małej Chmury Duży Vanquish

Gry
 

Wydawało mi się, że czasy zawziętego grania w strzelanki mam już za sobą. Po cowieczornych sesjach z grupą znajomych (hej chłopaki! :) w Call Of Duty 4 mających miejsce przez pierwsze kilkanaście miesięcy liceum sama idea biegania i pożytkowania amunicji w zbożnym celu niesienia pokoju widziana z perspektywy pierwszej osoby przejadła mi się zupełnie. Z czasem, po długich sesjach w Uncharted lub Infamous znudziłem się też widokiem zza pleców. Żyłem więc w błogim przeświadczeniu, że zostały mi tylko nieśmiertelnie uwielbiane przeze mnie strategie lub erpegi aż tu nagle na horyzoncie growej pasji zagrzmiała tocząca się w moją stronę burza. Burza typowo letnia. Krótka i niebezpiecznie intensywna.

They EXPLOOOOODE!

Ale, po kolei. Wszystko zaczęło się parę tygodni temu podczas kolejnego powrotu z uczelni spędzanego z Gamespot Presents: The Hotspot na uszach. W pewnym momencie audycji Kevin VanOrd uznał, że poopowiada trochę o swojej najnowszej miłości, grze zwanej Vanquish. Tytuł nic mi nie powiedział. Z kolejnych zdań dowiedziałem się, że mowa o arkadowej, futurystycznej strzelance zorientowanej na niezdejmowanie palca ze spustu i zdobywanie abstrakcyjnych punktów. I że zrobiła ją SEGA. Dane te podziałały na mnie na tyle kusząco, że aż powędrowałem bezwiednie dłonią w stronę kieszeni z ukrytym weń iPodem w celu zmienienia słuchanego odcinka na jakiś sensowniejszy. Lecz, wtem, znienacka cała ekipa zaczęła się przekrzykiwać, żeby jak najwięcej nachwalić omawiany tytuł. Każdemu było mało ekstremalnie podekscytowanych słów, aby opisać jego przeniesamowicierzadkospotykaną wybitność. Pierwszy raz chyba tak zgodnie się czymś podniecali.

Po powrocie do domu odpaliłem sobie wideorecenzję gry, też na Gamespocie. Tam znowu napotkałem sympatyczną postać Kevina, tym razem poza głosem obdarzoną też nieprzyzwoicie gestykulującym ciałem. I własnie z owej recenzji (w której, swoją drogą, musiano wypikać najwięcej pochlebnych wulgaryzmów w historii serwisu) pochodzi kwestia, która zaowocowała potwierdzeniem nadania przelewu za grę niecałe dziesięć minut później:

Things don’t just explode. They EXPLOOOOODE!

Dużo, szybko, efektownie

San Francisco zostaje zmiecione z powierzchni planety wielkim, kosmicznym laserem (nieźle). Do ataku przyznaje się terrorysta bytujący na orbitującej dookoła Ziemi, zamieszkałej przez ludzi satelicie o kształcie typowego amerykańskiego pączka (lepiej). Satelita w kilka chwil zostaje wypełniona po brzegi jego żołnierzami a my wraz z dzielną amerykańską armią robimy abordaż w celu przywrócenia światu pokoju (mistrzostwo).

Od bardzo wymownego (gra nie bez powodu ma ograniczenie wiekowe 18+) intra i wysoce interaktywnego samouczka, przez wszystkie napakowane akcją po sufit misje aż po nie-do-końca sensowne, ale pasujące do konwencji zakończenie akcja nie zwalnia nawet na jedną, pojedynczą sekundę. Kojarzysz, jak w większości współczesnych gier są gdzieś w fabule umieszczone takie pojedyncze emocjonujące momenty, po których robisz pauzę, przypominasz sobie o wzięciu oddechu i ocierasz spocone czoło? Nazywają się cinematic moments. Vanquish składa się tylko i wyłącznie z takowych. Pomiędzy kolejnymi sekwencjami, z których każda jedna może obronić grę z dowolnego krytycznego argumentu, znajdziesz najwyżej minutę odpoczynku, podczas której upgrade’ujesz broń (przy pomocy sprzętu znajdowanego na polu walki – przez całą kampanię ani razu nie wchodziłem do żadnego menu) i słuchasz wprowadzenia do nadchodzących wyzwań.

A te są, pomimo prawie zawsze identycznie brzmiącego celu (zmasakruj wszystkich!), niesamowicie różnorodne. Z reguły tradycyjnie biegniemy do przodu doprowadzając do wybuchu wszystko co jest zwrócone lufą w naszą stronę. Często też (wraz z upływem czasu) będziemy podróżować satelitarnym metrem i ostrzeliwać się od namolnych statków wroga. Ale czasem też będziemy szli mrocznym tunelem chroniąc transportowca. Albo będziemy uciekać co sił nam mama armia w nóżki dała z walącego się mostu. Albo po cichu włamywać się do silnie strzeżonej bazy. Albo w jawnej walce podobną bazę wysadzać w powietrze.

Kogo, gdzie i czym?

Gra trzyma nas cały czas idealnie poza granicą strefy komfortu. Gdy tylko ogarniemy sposób zachowywania się danego typu przeciwników system zaczyna wywalać na nas hordy nowych. Adwersarzy znajdziemy w czterech wersjach – małych (nasz wzrost), średnich (na obrazku powyżej, pan z kolczastym młotkiem), bossów oraz prawdziwych bossów. Przedostatnich spotykamy dosłownie co parę chwil, na ostatnich wpadamy w ważnych dla fabuły momentach gry. Starcia z nimi to śmierć natychmiastowa dla wszystkich epileptyków o słabym ciśnieniu. Zwyczajnie dostaną zawału.

Spotykamy ich na zróżnicowanych mapkach jednego z pięciu aktów, spośród których każdy ma zupełnie inną stylistykę. Dlatego też, pomimo spędzania czasu na jednej i tej samej satelicie, odwiedzimy tunele, otwarte miasto, nocne downtown, dżunglę i podniebne systemy transportowe. Niestety, będzie to wizyta naprawdę krótka. Na poziomie casual, od którego swoją przygodę rozpocząłem (jest też tryb auto casual ze wspomaganiem celowania, w sam raz dla Twojego dziecka!), kampania starczyła mi na lekko ponad trzy i pół godziny. Oczywiście wraz ze zwiększaniem pułapu wyzwań czas ten się wydłuża, zostaje też zawsze powtarzanie pojedynczych misji aby nabić lepszą punktację. Tyle że Vanquish nie posiada trybu multiplayer. A więc kiedyś się po prostu kończy.

Ale zanim to nastąpi wysadzimy w powietrze setki (…tysiące?) przeciwników przy pomocy, po pierwsze, zróżnicowanych broni (karabin w dwóch typach, shotgun, bazooka, granaty, autonamierzający laser, snajperka, LFE Gun inwazyjny jedynie dla żywych tkanek i jeszcze parę cudeniek), po drugie zaś, naszego własnego kostiumu. Jesteśmy żołnierzem tajnej organizacji naukowo-militarnej (dosyć powiązanej z wydarzeniami będącymi motorem fabuły) wyposażonym w super zbroję. Jako że steruje się naprawdę bardzo wygodnie i dokładnie, jeśli giniemy, wiemy że to przez nasz błąd a nie złośliwość pada. Dowodzenie naszym żołnierzem jest dzięki temu bardzo dokładne i możemy do cna wykorzystać każdy z naszych atutów bojowych – ślizgać się na kolanach w zawrotnym tempie dookoła przeciwników (to trzeba zobaczyć w akcji. Pograjcie w demo – jest dostępne na obu platformach, na której można znaleźć Vanquisha – PS3 i X360), spowalniać czas w trudnych sytuacjach lub, wreszcie, sprzedawać oponentom szczodrego dzwona w czajnik przy pomocy efektownych, bezpośrednich fatality. A jak efektownie wygląda zmiana aktualnie używanej spluwy!

No to co, skusić się?

Jasne, że tak. Gra wygląda nieprzyzwoicie fenomenalnie. Zarówno świetnie wyreżyserowane i efektowne cut-scenki jak i regularna rozgrywka prezentują wizualnie najwyższy światowy poziom. Ładny design i cudownie wykorzystane efekty graficznie czynią z najprostszej nawet potyczki kandydata do bycia osobnym, odnoszącym w sieci sukcesy popularności filmikiem. Podrasowanym świetną, elektroniczną muzyką i wyrazistymi efektami dźwiękowymi! No i ten voice-acting! W Vanquishu nie tylko postacie i ich sposób bycia lub wysławiania się są wyładowane testosteronem (lubisz Christiana Bale’a w Batmanie i Marcusa Fenixa z Gears of War? Zakochasz się z miejsca). Tutaj nawet karabiny mają trzydniowy zarost i palą fajki bez filtra.

W tej grze jest wszystko. Akcja, strzelanie, unikanie, miasto, dżungla, psychopaci, starzy znajomi, wątek polityczny, wątek zdrady, ba, nawet wątek romantyczny się znajdzie! Między nami mówiąc, czasem trwania kampanii też się nie martw. Jak zmienisz poziom na medium albo hard będziesz mógł w uniwersum fabuły spędzić do ośmiu godzin. Przy czym nawet jeśli, jak ja, zaczniesz zabawę od casual, gra starczy Ci na kilka dni (pomijając zresztą fakt, że potem pewnie przejdziesz ją jeszcze raz. I jeszcze raz). A wiesz czemu? Bo Vanquish jest po prostu zbyt epicki. Dostarcza zbyt wielu wrażeń. Choćbyś i chciał grać całą noc, po godzinie masz absolutnie dość. I jesteś zmęczony.

A, zapomniałbym. Za każdego killa lub wykonaną akcję dostajesz punkty. Jak za automatów.

I właśnie dlatego jest to jedna z najlepszych gier w historii gatunku. Polecam z całego serca!

Plusy: tętniąca adrenaliną, przepiękna, wciągająca, różnorodna, walki z bossami!

Minusy: krótka, albo się ją pokocha albo znienawidzi, brak multi

Ocena: 9.0 | W swojej wąskiej niszy – absolutny ideał

Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies