Wisła

 

Pisałem już, że lubię filmy katastroficzne. Działania bohaterów spaja w nich prawdziwa misja, każdy ruch jest na wagę złota. Dzięki przerysowaniu konsekwencji zaczynamy się bardziej zastanawiać nad odpowiedzialnością za to co sami robimy. I, kto wie, może po setkach takich obrazów u jednej osoby na świecie zajdą nieodwracalne zmiany upośledzające tak w nas przecież zakorzeniony tumiwisizm.

Trudniejszym pytaniem jednakże wydaje się to dotyczące wydarzeń bliższych naszej rzeczywistości. Czy katastrofa przeżyta naprawdę jest w jakikolwiek sposób skuteczniejsza w kontekście kruszenia monolitu społecznej znieczulicy?

Różnie bywa

Płonnymi okazały się być moje nadzieje z kwietnia bieżącego roku. Polacy wybiegli na ulicę, postali na niej trochę i bez żadnych konkretniejszych przemyśleń wrócili do swoich domów. Które, jak postanowiła w ostatnich tygodniach natura, w mniej lub bardziej anihilujący sposób poobmywały wody. Wzmożone opady doprowadziły do przetestowania wytrzymałości zbiorników retencyjnych i skuteczności oldschoolowych metod radzenia sobie z falą kulminacyjną praktycznie w całej Europie. Nie wyłączając oczywiście naszego pięknego kraju.

W którego to granicach akcje ratunkowe podsumować można dwojako. Z jednej strony nie sposób mówić o heroizmie. Epicka walka o Sandomierz, procedury ewakuacyjne Krakowa, setki mniej lub bardziej wybitnych przykładów przemyślanych i odpowiedzialnych zachowań pozwalają nam na poczucie dumy. Z drugiej zaś, byłoby hipokryzją zapomnieć o (znowu Kraków!) bezsensownym zalaniu worków z piaskiem, pełnych zbiornikach retencyjnych potęgujących jedynie wrażenia i ogólnemu brakowi pomysłu na tego typu sytuacje.

Tutaj remis. Szkoda jedynie, że znowu mało kto wyniósł z całej tej historii wartościowy wniosek (inny od oczywistego: budujmy domy nieco wyżej).

Przyzwyczajenie vs modernizacja

Co więcej – za zaistniałą sytuację ciężko kogokolwiek winić (a przecież to nasz kochany naród wręcz uwielbia). Można się przyczepić do całej rzeszy mniej lub bardziej związanych z problemem ludzi (jakiś unijny ekspert zapytany o skuteczność wałów przeciwpowodziowych i zbiorników retencyjnych pozwolił sobie jedynie na sarkastyczny uśmiech). Można też po prostu dać sobie spokój i trzeźwo zapytać: a czy ktokolwiek był na to przygotowany?

Nie zapominajmy, że na południu kraju w dalszym ciągu trwa tragedia. Że parę dni temu wielką falę przetrwała Francja. Tam walka o każdy metr nie wyjałowionych wodą pól uprawnych i pojedyncze suche piwnice trwa nadal. Oczywiście, że gdyby zamiast zbiorników i piaskowych worów poszczególne powiaty (bądź ich pofrankońskie odpowiedniki) dysponowały polderami z prawdziwego zdarzenia bądź innymi cudeńkami najnowszej techniki, może wszystko potoczyłoby się trochę spokojniej. Przy czym, choć może to jedynie moje zdanie, czy szukanie winnych ma jakikolwiek sens? Lunęło hardo. Tak hardo, że aż zaskoczyło wszystkie ośrodki meteorologiczne w okalających nas państwach. Potem już był tylko nieustający pojedynek z nacierającym żywiołem. Którego, w wielu miejscach, nie powstrzymałyby i najnowsze zdobycze techniki.

I znowu, w pewnym sensie, remis. Bo można się zżymać na pojedynczych polityków, na odosobnione przypadki niosące za sobą konsekwencję niczym pchnięty pierwszy klocek ustawionego pionowo domina. Ale nie ma to większego sensu bo to trochę tak jakbyśmy się znienacka obrazili na cały świat, bo chodzą po nim kryminaliści. No, zdarza się.

Człowiek to tylko człowiek.

Swoje wytrzyma, ale granice ma

Mam dosyć często okazję przejeżdżać przez Mazowsze. Mijać platformę Grójec, mijać Mogielnicę i przypatrywać się w międzyczasie okolicznym polom. Spokojnie połowa z nich w okresie kiedy kulminacyjna fala powodziowa mijała Warszawę była zwyczajnie zatopiona. Mniej lub bardziej, czasem w całości. Ucierpiały też sady. Biorąc pod uwagę rolnicze kredytowania na zasiew lub, zwyczajnie, przeciętne oszczędności Polaków – może być nieciekawie.

O stanie portfeli i finansowych planów na przyszłość mieszkańców południa kraju wypowiadać jest się o wiele trudniej. Tamtejsze realia mogą wracać do normy na przełomie wielu lat. O ile wrócą kiedykolwiek.

Naruszone zostały bowiem tak wyśmiewane przez Jokera w ostatnim Batmanie, ogólnie rozumiane, zasady rządzące tym światem. Zauważa to celnie jeden z demotywatorów. Czy można w takim momencie szacować, że nastąpią masowe migracje lub zmiany społeczne na dotkniętych klęską terenach? Najprawdopodobniej nie bardzo. Lepiej jest odżyć po katastrofie na własnym (nawet w gorszych warunkach) niż próbować bez naprawdę wyraźnego powodu sił na nowym. A przynajmniej tak by mówiła logika. Przy czym, w takich chwilach, niekoniecznie warto brać ją za miarę wszechrzeczy.

Tak jak ekonomia oparta jest o regułę stałości rynku, często podobnie patrzymy na nasze życia. Część z nas planuje sobie wszystko do późnych lat emerytalnych, część skupia się na wymarzonej pracy, część na kupnie nowego samochodu. Części wystarczają wymarzone studia, części zaś po prostu czas spędzony tak jak się chce.

A wszystkie te fakto-rozważania chciałbym podsumować cytatem z Woody’ego Allena.

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? To coś zaplanuj.

Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies