Test sprzętu: Cowon E2

 

Szykując się do kolejnej z tegorocznych, wakacyjnych podróży, mając jeszcze w zanadrzu kilkanaście minut spokoju, postanowiłem przedstawić Wam moje ostatnie odkrycie sprzętowo-muzyczne. Malutkie ustrojstwo, które było moim prywatnym skokiem wiary w koreańską myśl techniczną. Skokiem udanym, gdyż nie miałem jeszcze w historii bardziej użytecznej empetrójki. Czyżby malutki i nie posiadający wyświetlacza Cowon E2 był lepszy od mojego poprzedniego iPoda Nano 5G?

Feel the power!

Na pewno jest od niego silniejszy sprzętowo. Tak, tak, dobrze napisałem. Piąta generacja jabłuszek Nano nie potrafiła w pełni napędzić nawet własnych, stockowych słuchawek. Cowon z kolei gwarantuje głośną, naprawdę głośną muzykę nawet na sprzęcie tak wymagającym jak AKG K518DJ (duże, DJ-ejskie słuchawki). Najciekawsze jest to, że ten mierzący niecałe siedem centymetrów długości mikrusek nie zawodzi również na polu czystości dźwięku. Brzmienie ma naturalne, w zależności od wybranego nastawienia wyższe i cieplejsze lub głębsze i basowe.

Byłem bardzo zadowolony z tego co docierało do moich uszu niezależnie słuchanego gatunku muzyki. Czy był to James Blunt, Strauss, AC/DC czy też Daft Punk – wszystko brzmiało jak powinno. Wyraźnie, głośno, przyjemnie i naturalnie. Szczególnie, że Cowon E2, oprócz standardowo branych formatów, obsługuje także zaniedbane przez rynek popularnych odtwarzaczy muzyki pliki FLAC. Jako dosyć ekstremistyczny purysta w dziedzinie jakości dźwięku byłem naprawdę zachwycony tym, że moje ważące po trzydzieści megabajtów pliki muzyczne przestaną się kurzyć gdzieś w zakamarkach komputera i wreszcie wyjdą wraz ze mną na piękne, warszawskie ulice.

Przyjazny Breloczek

A wyjść z Cowonkiem na dwór to żaden wstyd. Maluch wygląda naprawdę fajnie, szczególnie dobre wrażenie robi srebrny pierścień wkomponowany w górną część urządzenia. Można w niego wkręcić specjalny spinacz np. do paska torby, ale równie dobrze sprawdza się jako breloczek podpięty do szlufki spodni. Wytrzymuje na ciągłym chodzie zdrowo ponad dziesięć godzin, dzięki umieszczonym po obu stronach obudowy, wystającym guziczkom bardzo łatwo przełącza się piosenki bez patrzenia, chociażby z kieszeni.

O każdym ważniejszym kliknięciu informuje nas pogodny, kobiecy głos. Shuffle on! Shuffle off! BBE Headphones One! BBE Normal! Z początku byłem lekko zdziwiony nową atrakcją w moich słuchawkach ale z czasem można się przyzwyczaić. Szczególnie, że gdy już ustawimy sobie wszystko na stałe, będziemy manipulować jedynie głośnością i zmienianiem piosenek. A te czynności są już ogłaszane cichym piknięciem.

Cichym piknięciem zareagował także mój umysł, gdy zaraz po rozpakowaniu odtwarzacza z pudełka moim oczom ukazał się dołączony do sprzętu kabelek. Jest to przejściówka USB – 3.5 minijack. Jak żyję i mam tatę z zacięciem elektrycznym nie widziałem jeszcze podobnego cuda. A najlepsze jest to, że działa. Wypina się słuchawki, podpina tę hybrydę i możemy odtwarzacz ładować (również sieciowo) lub rozporządzać zawartością jego dysku. System rozpoznaje Cowona jako pamięć przenośną USB więc przegrywanie plików nie nastręcza zbytnich trudności.

Miastoodporny

Z jednej strony, na dłuższą podróż najrozsądniejszym wyjściem jest  iPod. Okładki albumów, tracklisty, zdjęcia i reszta obsługiwanych multimediów skutecznie przemawiają na jego korzyść. Z drugiej zaś – niemożność dogrania nawet jednego pliku na miejscu bez iTunesów oraz, przede wszystkim, słaba moc (a co za tym idzie – ciche słuchanie), choć to zdrowo dla naszych uszu, bardzo często niesamowicie przeszkadzają. W takim momencie pojawia się Cowon E2.

Nie ma wyświetlacza, przejawia dziwne tendencje do zawieszenia się przy wciśnięciu za dużej ilości przycisków (ale podniesiony z jezdni liść idealnie się nadaje do wciśnięcia reset na tyle obudowy) oraz gdy najdzie nas ochota na tę konkretną piosenkę – nie ma szans. Trzeba się przeklikiwać przez całość biblioteki. A i tak, przynajmniej moim zdaniem, jest odtwarzaczem świetnym.

Znajdziemy go za lekko ponad dwieście złotych (wersję dwu- i czterogigową), napędzi nam dowolnie potężne słuchawki, zmieści się wszędzie i, gdy nie podejdzie nam akurat wylosowany utwór, przełączymy go jednym ruchem, bez patrzenia. Na codzienne chodzenie, dojeżdżanie tramwajem lub jogging nadaje się idealnie. I do takich też czynności go z czystym sercem polecam.

Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies