London: First Approach

 

Pamiętasz, jak w ostatniej notce pisałem o zmierzaniu pewnym krokiem w stronę tabliczki z napisem Country Border? No więc, aby nie było zbyt patetycznie, pomyliły mi się oczywiście korytarze i odnalazłem się po kilku chwilach stojąc na odprawie do lotów lokalnych na terenie Wielkiej Brytanii. Moja podświadomość ma ewidentnie o wiele głębiej rozwinięty zmysł podróżnika niż podejrzewałem, udało mi się jednakże ją w porę zaprząc w chomąto zdrowego rozsądku i, przy pomocy operującego ekstremalnie irlandzkim akcentem, wytatuowanego członka obsługi, dotarłem do właściwych bramek. Po kilku uroczych chwilach spędzonych w okolicach bagażowych karuzel udało mi się dorwać do swojej torby i wreszcie dostać się do… kolejnych hal miasteczka zwanego też lotniskiem Heathrow.

Dzięki moim wtykom na miejscu (dzięki Kasiu! :) zamiast kosztować się jak reszta otaczającej mnie tłuszczy na pojedyncze bilety (wspominałem już, że w Anglii wszystko jest naprawdę droższe, niż u nas? Nie? To jeszcze wspomnę) zafundowałem sobie od razu Oyster Card, paypassową kartę miejską pikaną zarówno przy wejściu jak i wyjściu z metra lub kolejki naziemnej. Gdy zapomnisz się odpikać albo spróbujesz wyjść na strefie, do której dostępu nie masz wykupionego (gdzie praktycznie calutki Londyn mieści się w zonach 1-3, port lotniczy zaś ulokowano w siódmej) podchodzi do Ciebie bardzo groźnie wyglądający pan i ładnie tłumaczy, jakie są takiego postępowania konsekwencje. Na szczęście tej jednej atrakcji udało mi się akurat w Londynie uniknąć. W przeciwieństwie do większości innych dostępnych w stolicy Starego Królestwa. Ale wszystko od początku.

Z notesem w metrze

Po przetransportowaniu mej zacnej persony z lotniska na stację koło której mieszkałem (Picadilly do Leicester Sq., Northernem do Kennington a tam po zmienieniu pociągu już prosto do Balham) i szybkim przepakowaniu wypadliśmy wraz z moją semiautochtoniczną Kuzynką na miasto. Z zaobserwowanych po drodze rzeczy muszę z dziennikarskiego obowiązku podzielić się z Tobą przede wszystkim kilkoma spostrzeżeniami. Przede wszystkim niesamowite wrażenie robi wszechobecne wyposażenie obywateli tegoż wyspiarskiego kraju w najnowsze cuda techniki. W sekundę po zamknięciu się drzwi w wagonie znacząca większość pasażerów wyciąga z kieszeni swoje iPody Touch i iPhone’y (nie odtwarzacze i telefony tylko właśnie sprzęt marki Apple) i rozpoczyna maniakalne smyranie ekraników aż do osiągnięcia ekstazy wartej ponownego schowania ekraniku do kieszeni (na, około, jedno mrugnięcie oka przed stacją, na której chcą wysiąść). Powszechność luksusowego, przenośnego sprzętu elektronicznego jest niesamowita.

Z niejaką przyjemną pogardą patrzyłem jedynie na większość z tych ludzi korzystających ze swojego highendowego sprzętu muzycznego przy pomocy stockowych słuchawek lub innych wynalazków nie mających nawet względnie naturalnego brzmienia (chociaż raz się minąłem z typkiem posiadającym moje AKG K518 DJ. Standardowa wymiana uśmiechów nastąpiła). No ale nic, naszemu światu w dalszym ciągu potrzeba silnego uświadomienia, że nawet salonowy Koenigsegg CCX nie pojedzie na powszechnie dostępnej wodzie mineralnej.

Zostając jednakże w temacie muzyczno-sprzętowym dziwne wrażenie robi kolejna z napotkanych przeze mnie scen. Na jednej ze stacji wsiadła matka z córką, usiadły obok siebie, wyjęły swoje iPody i puściły muzykę, każda sobie, na osobnych kabelkach. Ja może jestem staroświecki a Polska to kraj niekoniecznie przodujący w rozwoju socjalnym na świecie, ale to chyba już lekka przesada. Nie wyobrażam sobie jechać gdzieś z kimkolwiek, kogo znam (może to być widziany raz kolega, a co dopiero własna mama!) i się przy pomocy słuchawek na tę osobę wyłączyć. Co więcej – oczekiwać tego samego od niej! Tutaj stanowczy minus – analogiczne pomysły na spędzanie wspólnego czasu widziałem też wielokrotnie później. Stanowczo nieładnie.

Podobnież nieładnym widzi mi się kierunek, w którym zmierza dziecięca moda. Tutaj akurat szoku nikt nie przeżył – podobne nastroje zaczynam już widywać nad Wisłą. Anglia jednakże, jak to ma w zwyczaju, jest o parę lat przed nami w dziedzinie ewolucji tolerancji społecznej i tam tego typu rzeczy przechodzą na porządku dziennym. O czym mówię? O małych, siedmioletnich dzieciach ubranych w markowe jeansy – rurki, wysokojakościowe koszulki i sweterki oraz, znowu, markowe kurtki lub, teraz perełka, płaszczyki jesienne. Do tego czapki i szaliki w stonowanych kolorach.

Wracamy chyba do tradycji egipskiej, w której to dziecko rodziło się jako dorosły, tylko taki mniejszy fizycznie i mniej kumaty. Być może po raz kolejny na przełomie jednej notki brzmię anachronicznie, ale to mi jednak wygląda na kradzenie dzieciom ich dzieciństw. Widziałem kilka podstawówkowych maluchów ubranych w kolorowe bluzy i jaskrawe kurtki z czapeczkami. Była to jednakże jawna oznaka ich niższego statusu społecznego. Żal mi tych dzieci. Ja z mojego przełomu lat wczesnej podstawówki pamiętam właśnie moje ulubione bluzy w chore barwy, kolorowe dresiki do biegania i ukochane t-shirty, które schodziłem wszystkie aż do ostatniej nitki. I jestem z takiego stanu rzeczy zachwycony. Nie wiem czy te spotkane przeze mnie, majętne dzieciaki będą mile wspominać swoje pierwsze pola od Lacosty. Już pomijam, że przez styczność z takimi markami od urodzenia tracą one wszelką elitarność w oczach wzrastającego właśnie pokolenia. Ale to akurat jest już problem marketingowy do zajęcia się kiedy indziej.

Pod dachami metropolii

Udało nam się wreszcie dojechać do celu. Postanowiliśmy rozpocząć poznawanie radosnych zakamarków Londynu od zobaczenia British Museum, legendarnej wręcz galerii wypełnionej wszystkim co sobie można tylko wymarzyć. Z początku nie zrozumiałem jeszcze kalibru tego, na co dane jest mi patrzeć. Bo oto oglądałem sobie kamień z Rosetty (tzw. Pierwszy Słownik). Oglądałem pełne płaskorzeźby z perskich pałaców, pełne wystroje greckich świątyń oraz mozaiki pamiętające jeszcze pierwszych faraonów. Lustrował mnie wreszcie tępym wzrokiem chochoł z wysp wielkanocnych (prywatnie, moi idole. Uwielbiam te posągi). Śmieszne wrażenie, chodzić dookoła tego wszystkiego. Oglądać miskę mającą więcej lat niż cała zachodnia cywilizacja.

Podobnie zabawne uczucie towarzyszyło mi podczas chodzenia po National Gallery.  Ale to akurat jest już częstsze wrażenie – oglądać jakiś obraz wielokrotnie w formie przedruków lub ilustracji w książce lub albumie i w końcu móc stanąć pół metra od niego. Znając na pamięć kształt i kolorystykę móc przypatrzeć się fakturze i emocjom płynącym z naszych wyobrażeń ruchów pędzla artysty (np. z dzieł Moneta). Cóż. Chyba znowu muszę się wybrać do Muzeum Narodowego w Warszawie bo mi jakoś się tęskno za malarstwem zrobiło w trakcie pisania tych słów.

Ulicami i mostami

Po wyjściu z gościnnych progów muzea (większość takich obiektów w Londynie ma darmowy wstęp) popatrzyliśmy chwilę na słynny Trafalgar Square (do obejrzenia parę fotek powyżej). Pamiętasz może reklamę Citroena Picasso z niesforną maszyną do malowania karoserii? Tą, w której na końcu podpisuje się ona na burcie samochodu? No to na czas mojego pobytu na Wyspach duży mechanizm takich właśnie natryskarek został ustawiony pod kolumną Nelsona i zabawiał przechodzących tańcem (zamiast końcówek barwiących miał zamontowane świetlówki – przyjemny efekt). Niestety, nie zajął mnie na tyle, bym spędził w jego otoczeniu resztę wieczoru. Poszliśmy więc przez Embankment Place aż na nabrzeża Tamizy.

Niesamowita to rzeka (widoczna ładnie parę zdjęć poniżej). Szersza od Wisły i wielokrotnie bardziej eksploatowana. Ruch na wodzie w godzinach szczytu przypomina korki na trasach wjazdowych do największych miast Polski – barki w karnym porządku czekają na swoją kolej i zajmują spokojnie połowę powierzchni akwenu. Co zaś ciekawe – widok z mostów wcale nie jest powalający. To nie Nowy Jork, w którym skyline jest jedną z głównych atrakcji. To Londyn, gdzie atrakcje czekają na tych, którzy zapędzą się w gąszcz uliczek i wespną się na najwyższe obiekty dostępne w mieście (no oczywiście, że piszę o sobie).

Z powierzchni nabrzeża widać albo wielce oddalone City albo piękny kompleks parlamentu i opactwa Westminster. O którym to więcej napiszę później, gdyż został przeze mnie potraktowany osobną wycieczką.

Spacerując po południowym nabrzeżu rzeki wpadliśmy akurat, bo w stolicy Wielkiej Brytanii wpada się na coś takiego dosłownie co kwadrans, na drobny happening w postaci otwartego mikrofonu i dzikiej plaży. Grupa ludzi robiła z piasku ogromne rzeźby, do nagłośnienia zaś dorwał się typek z gitarą i śpiewał nam Beatlesów. A cała widownia wsparta o murek graniczny chodnika nuciła razem z nim.

Zaszliśmy także do Southbank Centre, wielkiego gmachu poświęconego organizacji kulturalnych wystaw, wystąpień lub spotkań. U podnóża którego mieści się legendarna skejtowa miejscówka, którą skojarzyć powinni w tym momencie wszyscy fani THPS 4. Przyjemnie było, będąc początkującym dopiero adeptem sztuki podróżowania na desce z kółkami, patrzeć na zawodowców robiących konkretne triki (jeden z nich uczył się akurat prostego darkslide’a, rewelacja!) w jednym ze słynniejszych spotów temu poświęconych (a korzystając z okazji się pochwalę, że w związku z moją dwutygodniową nieobecnością w domu władze miasta na sąsiednim podwórku wybudowały pierwszorzędny skatepark. Ha!).

Regeneracja

Zmarznąwszy zdrowo postanowiliśmy coś zjeść. Wybór padł na Wagamamę, słynną w Londyni sieć orientalnych restauracji szybkiej obsługi. Jeden z jej lokali mieści się tuż przy Southbanku, więc z dostępem problemu nie było. Dochodząc do jej drzwi minęliśmy spacerujących spokojnie w chłodzie i jaskrawych światłach latarni przechodniów. W środku – zupełnie inny świat. Ogromna sala wypełniona gadającymi żywo ludźmi i biegającą obsługą. Dostaliśmy miejsce po kilku chwilach, zamówione danie zaś – niewiele później. Razem ze stolikiem otrzymaliśmy darmowe kubki zielonej herbaty, aby czas oczekiwania na jedzenie wydawał się odrobinę krótszy (choć nie wiem, jak to niby było możliwe). A gdy w końcu nasze porcje nadeszły – nie wierzyłem własnym oczom. Wyobraź sobie michę wielkości połowy dużego arbuza wypełnioną pysznym rosołem z pływającymi weń kawałkami kurczaka, tofu, surimi, krewetek, azjatyckich grzybów, domowej roboty makaronu i jeszcze paru śmietków? W momencie, gdy moja duża, drewniana łyżka skrobnęła już o dno naczynia myślałem, że będę musiał poprosić okolicznie się stołujących o pomoc w wyjściu z pomieszczenia (np. poprzez wyturlanie). A ciepło pozostałe w żołądku po tak przyprawionym posiłku starczyło nam jeszcze na dobre parę godzin łażenia po mieście.

Podobnie pyszną przekąskę (acz zupełnie innej natury) zjadłem sobie pomiędzy muzeami. W niejakiej Ruskin’s Cafe. Do dużej latte wybrałem bardzo trafnie ciastko zwane chocolate crunch. Rodzaj twardego, łamliwego brownie wypełnionego orzechami, warstwami lukru i posypanego cukrem pudrem. Wymiękłem. A był to dopiero początek moich przygód ze słodyczami na tym Eurotripie. Ale nie wszystko naraz.

SoHo dla odważnych

Po wyjściu z Wagamamy znowu mieliśmy okazję popatrzeć na miasto z mostu. Tym razem było już rozpromienione nocnymi iluminacjami co wyglądało zabójczo zarówno z perspektywy nadrzecznego oglądania jak i, później, podczas spacerowania pomiędzy takimi lśniącymi budynkami.

Dotarliśmy w ten sposób aż do Lester Square, legendarnego placyku wypchanego kinami, w których mają swoje premiery największe ze światowych premier. To, że jest na nim rozwijany czerwony dywan niosący na swych włóknach Brada lub Angelinę to copiątkowy standard. To, że bilety na codzienne seanse zaczynają się od piętnastu funtów też jest tam standardem. Podobnie jak wszechobecne, ogromne neony, reklamy, tłumy ładnie ubranych ludzi wybierających sobie film na ten wieczór, kawiarnie i sklepiki. Podobnie jak obecne parę uliczek dalej londyńskie Chinatown, z którego to ulic nie było widać nieba spomiędzy zawieszonych na wysokości pierwszego piętra girland z czerwonymi, zapalonymi latarniami. Tam było jeszcze magicznie.

Trochę mniej magicznie było na prawdziwym SoHo pełnym barów i drag queens opartych o latarnie. Dopóki oglądałem to wszystko z perspektywy przechodzącego było jeszcze okej. Trochę mi jednak humor siadł, gdy jedna z dwumetrowych, nieogolonych blondynek z tatuażem w kształcie węża na umięśnionej łapie sterczącej z obcisłej, obszytej cekinami czarnej sukienki nonszalancko do mnie mrugnęła. W tym momencie zapadła decyzja o powolnym wracaniu. Powędrowaliśmy więc do metra, zahaczając po drodze o sklep, w którym to znalazłem napój Milky Way smakujący jak zmiksowane w jednym pojemniku pamiętne gwiazdki, batoniki z mlecznym nadzieniem i szklanka mleka. Ambrozja, mówię Ci.

Gdzieś na mijanych ścianach kamienic znaleźliśmy też plakietkę upamiętniającą 2i’s Coffee Bar, legendarne miejsce wylęgu artystów pomiędzy latami 50′ i 60′. Dzisiaj ich nazwiska prawie nikomu nic nie mówią, chociaż ktoś taki jak Joe Brown mógł o Twe uszy kiedyś się otrzeć. Przy czym z góry zaznaczam, że nawet jeśli i tak to odkrycie nic Ci nie mówi – poczekaj na moje sprawozdanie z wypraw na Abbey Road oraz do Camden Town. Nazwiska znalezione tam powiedzą Ci dużo więcej.

A w ramach muzyczno-radosnego zwieńczenia notki poprzez ciekawostkę – muzyka Chopina jest w angielskiej telewizji obecna prawie cały czas (podobnie jak kolejne wznowienia Friendsów i Scrubsów, poczułem się osobiście uhonorowany) dzięki używającym jej w swoich tłach reklamom sieci Orange. Fajnie było sobie w środku nocy pisać notatki wraz z Rachel i Rossem i znienacka zostać potraktowanym patriotycznymi brzmieniami najliczniejszej irlandzkiej grupy emigranckiej. Miło tak.

Wymagałeś ode mnie długiej notki? Chciałaś, bym się wreszcie prywatnie rozpisał? Proszę, mam nadzieję, iż tę potrzebę choć wstępnie zaspokoiłem. Radzę też uporać się z tym wpisem względnie szybko gdyż już za parę dni wrażenia z Dnia Drugiego, zawierającego Greenwich, dom Sherlocka Holmesa oraz wiele innych atrakcji (spotkanie z Włochami poznanymi na tygodniowej wymianie dwa lata temu included).

Cały Eurotrip 2010 znajdziesz tutaj.

A tymczasem trzymaj się ciepło,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies