70 lat Johna Lennona

 

Bardziej ekstremistyczna połowa zajmującego się i pisaniem i komponowaniem duetu Lennon / McCartney, naturalny lider najbardziej kasowego zespołu w historii oraz, prywatnie, miotany niesamowitymi roszczeniami do otaczającej go rzeczywistości człowiek – zawsze opatrzony swoimi charakterystycznymi okularami John – kończyłby dzisiaj równe siedemdziesiąt lat. Zarówno świat ludzi poświęconych jedynie muzyce jak i tych zajmujących się na co dzień kruszeniem betonowego muru znieczulicy społecznej nadal szanuje go jako osobę, która wniosła w ich życia naprawdę wiele. Ciężko bowiem o przykład bardziej mieszającej w nurtach ówczesnej codzienności persony. Pamiętanej do dziś.

Życie kawalera

John, pozbawiony w dzieciństwie obecności rodziców, silnie wiązał swoją przyszłość z niewątpliwie kreatywną fuchą, jaką jest plastyka artystyczna. Jednakże, na szczęście dla całej obdarzonej gustem muzycznym Ziemi, gdzieś w końcu lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia zdecydował się spróbować swoich sił z muzyką. Powstał kawiarniany zespolik The Quarry Men przemianowany wraz z nadejściem nowej dekady na The Beatles. Choć grupie nie od razu udaje się podbić świat (zostają odrzuceni przez spore studio, pozycję perkusisty zwalnia Best a zajmuje Ringo Starr, zmieniają image z rebeliantów w skórach na coś, co dzisiaj nazwalibyśmy retro-indie ;), z czasem przekonują do siebie kolejne rozhisteryzowane grupy nastolatek.

Lata sześćdziesiąte łączą kilka wątków. Okres największego rozwoju Beatlesów (desant na Amerykę, pobijanie kolejnych rekordów i podbijanie kolejnych niewieścich serc) zbiegł się też z powolnym początkiem końca (spotkanie Boba Dylana namawiającego chłopaków do twardych narkotyków, tragiczny wywiad o którym jeszcze wspomnę) oraz z pierwszymi poważnymi zmianami ideologicznymi w psychice Johna Lennona. Otóż spotkał on w okolicach roku 1964 młodą plastyczkę, powszechnie znaną Yoko Ono.

Sinusoida sukcesów

Coraz popularniejsze na Wyspach ruchy hipisowskie skupione na fascynacji orientem oraz ogólnie rozumianym pacyfizmem szybko zmieniły związek dwójki młodych artystów w subkulturowy symbol. To pod jej wpływem Lennon coraz silniej wkręcał się w azjatyckie nurty. I o ile z początku sprawa nie wyglądała tak źle – w końcu cały zespół przeżywał w drugiej połowie lat sześćdziesiątych okres absolutnej fazy na muzykę indyjską – tak z czasem problem przybrał na znaczeniu. John po prostu tracił serce do poświęcania każdej chwili swojego życia na pracę z kolegami z grupy.

Na szczęście w nieszczęściu, w roku 1966 nasz dzisiejszy bohater udzielił niefortunnego wywiadu, w którym wspomniał między innymi, iż Beatlesi są popularniejsi od Jezusa. Zdanie to, wyjęte z kontekstu, obiegło Amerykę doprowadzając do niesamowitych napięć społecznych. Sytuacja, połączona z coraz gorzej idącymi koncertami (agonalne ryki publiki dostającej orgazmu na widok czwórki Anglików często zagłuszały muzykę) zmusiła Żuczki do powrotu do domu i zamknięcia się w studiu na długie miesiące.

Rezygnując zupełnie z grania na żywo mogli dopieścić swoje nagrania na sposoby, których wcześniej nie sposób było wykorzystać ze strachu przed późniejszym koncertowych ich symulowaniem. Na tej zasadzie powstała jedna z najważniejszych (a, jak doniósł mi Rafał (dzięki!), według magazynu Rolling Stone – najważniejsza) płyt w dorobku Liverpoolczyków – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Rosnące niezadowolenie fanów związane z coraz silniejszym poświęcaniem się Johna w swoje prywatne projekty nie wpłynęło chwilowo na szczęście na dalsze działania zespołu. Niestety, historia i tak miała się ku końcowi – w 1967 zmarł ich dotychczasowy manager, Brian Epstein. Spór o jego następcę wpłynął znacząco na i tak już nieprzyjemną sytuację w grupie.

Rzut wiary w politykę

Lennon w 1969 opuszcza Beatlesów przez co ostatnie sesje nagraniowe do albumu Let It Be odbywają się już bez niego. Rok później skład opuszcza Paul McCartney. Rok później nie mający już żadnych zobowiązań John przeprowadza się do USA i w pełni poświęca się swojej aktywności w ruchach pokojowych starających się zmienić sytuację na świecie (m.in. poprzez pacyfistyczne piosenki i manifestacje). Drażni amerykański establishment tak wybitnie (w związku z przerzuceniem się na ateizm jego pomysły straciły niegroźny, hipisowski wydźwięk), że są wręcz gotowi go deportować, akcja nie dochodzi jednakże do skutku dzięki wstawiennictwu wielu znanych ludzi kultury.

Powstaje piosenka Imagine.

W kolejnych latach John przeżywa silny kryzys związany z uzależnieniem od heroiny i problemami w małżeństwie i znika z życia publicznego aż do roku 1980. Nagrywa wtedy album Double Fantasy będący ciepłym dialogiem między nim a Yoko Ono. Płyta swoim optymizmem zaskakuje większość wiernych artyście fanów.

Krótko po jej wydaniu zaś zaskakuje ich omiatająca świat prędkością dźwięku wiadomość, iż założyciel Beatlesów nie żyje, postrzelony dnia 8 grudnia 1980 roku w bramie swojego domu w Nowym Jorku. Tego samego dnia, trochę wcześniej, powiedział w mediach, iż wciąż wierzy w miłość, w pokój, w pozytywne myślenie. Pogrzeb muzyka zebrał ponad sto tysięcy ludzi i pobrzmiewał śpiewanymi grupowo piosenkami lub łamiącymi serce pauzami absolutnej ciszy.

Istnienie w sercach

A co z pozostałymi trzydziestoma laty życia muzyka? Otóż są one pełne kreatywnej interpretacji jego dzieł (covery Beatlesów to epizod w zasadzie każdego powstającego od lat siedemdziesiątych zespołu), pełne podtrzymywania jego wiary w siłę słowa i pokoju oraz wspomnień (polecam oficjalny trybut). Nie ma takiego radia, które by Żuczków okazjonalnie nie puściło, nie ma takiego człowieka, który by przynajmniej jednej ich piosenki nie lubił. Podobnież wszyscy kojarzą Lennonówki i postać Yoko Ono.

Zostawił nam John naprawdę dużo. I miło jest patrzeć (chociaż w znaczącej większości pewnie raczej: słuchać) co z tym dziedzictwem robi świat. Każdy dwunastolatek łamiący sobie palce przy pierwszej próbie zagrania Imagine na gitarze posiadanej od dwóch dni, każde zaśpiewanie jednej z wielu piosenek Lennona na proteście w imię zaniechania wojen, każda jedna mixpłyta nagrana dla ukochanej zawierająca All You Need Is Love – to są właśnie pamiątki po Johnie Lennonie. I niech narastają przez kolejne trzydzieści lat, gdy życzone mu na pewno swego czasu sto lat wreszcie się ziści.

Bo potem nadejdzie pora na kolejną setkę.

Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies