Nite life definiowany na nowo – Część I

 

Nie przesadzę, jeśli powiem, że zdziwiłem się bardzo. W okresie od maja do lipca bieżącego roku czynnie  imprezowałem na praktycznie codziennych osiemnastkach moich bliższych lub dalszych znajomych (a jeśli chodzi o  ‘okazjonalnie’ to w sumie trwa to nadal). I o ile samemu miałem dosyć konstruktywne podejście do granicy sponiewierania, jaką można osiągnąć przed północą (granicy, dodajmy, całkiem rozsądnej), tak spotykałem na parkietach, przy barach (a raczej pod nimi) lub w innych miejscach, których opisu Wam oszczędzę, ludzi których granice były tyleż umowne co wręcz nie istniejące. Ale spotkałem też osoby, w których stylu życia nie ujrzymy nawet kapki z codzienności wyżej wymienionych celibariuszy. Osoby, których moda i potrzeba jednoczenia się doprowadziły do jednego z silniejszych nurtów wśród nastolatków ostatnich lat.

A dzisiaj, zupełnie dzisiaj, spotkałem kogoś, kto jest pierwszą jaskółką nadchodzącej recesji i jednych i drugich.

Rozchodzi się o modę. Lata 50′ i propagowanie palenia papierosów, lata 90′ i propagowanie w sumie wszystkiego. Lata współczesne i wielki powrót do dekadencji znaczenia zarówno przed- jak i powojennego. Powrót, który odbył się na przełomie dosłownie jednego rocznika.

Wśród aktualnych klas maturalnych (moi rówieśnicy) nie spotka się zbyt wielu masowo-najmodniej ubranych lub wręcz wystylizowanych osobników. Nie chodzi mi o brak stylu w doborze ubrań. Chodzi mi o silniejszy indywidualizm, brak kopiowania siebie nawzajem, tak jak czynią to roczniki młodsze. Kojarzycie zapewne duże grupy noszące grubooprawkowe okulary, rurki, Chucki Taylory lub wariacje dookoła-sneakerowe tylko dlatego, że jest na to hype. Tak, to o nich mówię.

Oni również są propagatorami absolutnego ewenementu na skalę krajową, a mianowicie spędzają czas na pseudointeligenckich rozrywkach POZA domem. I nie są studentami. Dekują się na godziny w kawiarniach tudzież herbaciarniach i faktycznie rozmawiają o muzyce (fakt, również hype’owanej, ale za to przynajmniej przyzwoitej), offowych filmach lub – o zgrozo – książkach. I tym również różnią się od tegorocznych abiturientów tak przecież przyzwyczajonych w swojej najbardziej licznej grupie do sportu, wspólnego jedzenia i imprezowania w trybie hard.

I znowu – nawet imprezy grupy… Nazwijmy ją “Indie”, przez wzgląd na najsilniej z nimi kojarzony gatunek muzyczny. Nawet imprezy Indie Grupy w niczym nie przypominają tego, do czego przyzwyczajony jestem ja. Grupa Testowa (maturzyści) to ekipa odpowiedzialna przede wszystkim za wszelkie możliwe synonimy burzliwej i – zwyczajnie – świetnej zabawy. Nie stroni od alkoholu, palą tylko palacze, muzyka jest zróżnicowana i nikt się przed disco nie wzbrania. Tematami rozmów są inne imprezy, sport, szeroko rozumiana kultura popularna. Jest to najczęściej taka grupa “na winie” – co się nawinie, to do grupy. Panuje tolerancja, ale też i ujednolicenie poziomu.

Indie’owcy zaś to zupełnie inna bajka. Ichnie imprezy to coś pomiędzy “wysublimowaniem” a “dekadencją” właśnie. Króluje modna i wystylizowana muzyka, nie może ona przeszkadzać w rozmowach. Alkohol jedynie w postaci drinków lub czystej (w końcu nawiązanie do krakowskiego la belle epoque nie padło bez powodu), palą zaś wszyscy. I to nie “fajki” lecz diarumy lub slimy. Bo moda. To o nią się rozchodzi.

Źródło: soup.io

Na przełomie niecałych dwunastu miesięcy przeogromna część młodzieży z lepszych domów sięgnęła po (mniej więcej) wyższą kulturę. Niezależnie od tego, czy zostali oni do tego naprowadzeni przez trendsetterów czy sami na to wpadli – jest to proces wysoce pozytywny. Ich spotkania cechuje raczej niezły poziom, praktycznie z każdym można znaleźć wspólny temat dzięki rozległości propagowanej tamże kultury masowo-wysokiej oraz fascynacji pozycjami kultowymi (np. graniczące z uwielbieniem postrzeganie aktorów w stylu Audrey Hepburn albo Jamesa Deana). Trzeba jednakże uważać na słowa, gdyż nie posiadając aury osoby znaczącej i ciekawej można łatwo się pośliznąć – proste dowcipy w takim towarzystwie nie przejdą. Bo są proste. Ale w końcu każda grupa ma swoje wady. Negatywem tej jest relatywnie silny ksenofobizm.

Oraz lokalnie rozumiany “lans”, który przecież jest pojęciem dosyć paradoksalnym. Ci, którzy się go czepiają, czym się przejmują? Przecież walory akcesoriów lub zachowań nastawionych na przesadzoną promocję siebie się ich w ogóle nie imają. A Ci których to bierze i sami zaczynają nurt naśladować – no cóż – ich prywatna sprawa. Zarzut przeciwko lansowaniu się to jedna z bzdur, których nigdy nie mogłem pojąć. Aż tak potrafi zaboleć, że ktoś się megacieszy z tego, do jakiej grupy przynależy? Niech sobie te wayfarery nosi, przecież nikogo tym nie rani. Jeśli się lepiej z tym czuje, być może osiągnie coś, za co nigdy by się sama nie wzięła. Może dzięki temu pozna nowych znajomych. Faktycznie, czyste zło.

A co do ubioru ogółem – jasne, nie jestem zachwycony wyglądem czterech praktycznie identycznych dziewczyn ubranych w takie same semibiurowe bluzki z H&M (okulary i buty okazjonalnie, rurki obowiązkowo), ale… Ale tak naprawdę zarzucić nie da się wiele. Noszą się ładnie i czysto, a w sumie o to powinno być największe halo w społeczeństwie. To, że przypominają siebie nawzajem zaś łatwo możemy wytłumaczyć potrzebą przynależności.

Zresztą, każdy jakoś zaczyna – jeśli poprzez docenienie koszul i stylu półformalnego jakaś dziewczyna wyrobi w sobie wyczucie smaku, z czasem zainteresuje się modą i być może rozwinie w tej dziedzinie – mamy zwycięstwo. Jeśli ktoś dzięki byciu “nowoczesnym” dotrze do klasyków kinematografii amerykańskiej lat 60′ – wygrywamy znowu. Jeśli ktoś słuchając muzyki indie i przeglądając katalog z wzorami Chucków odkryje np. AC/DC albo Floydów – strzelamy hattricka. Każda kultura prowadzi do innej. I tego sie trzymajmy.

Indie’owcy rozgrzeszeni. Nie są ulepszoną wersją nas, lekko starszych nastolatków. Są ich inną wersją. Kulturalniejszą i bardziej wystylizowaną, na pewno. Mniej zabawną i nudniejszą (w kontekście przewidywalności), na pewno. Nie mi dane decydować, którzy lepsi od których. Załóżmy równowagę.

I w ten sposób doszliśmy do miejsca, w którym felieton zakładany na parę akapicików rozrósł się na dwie części. O tym co doprowadziło do tak szybkiego rozprzestrzenienia się Grupy Indie wśród bogatszych licealistów, dzięki czemu moda ta, na przełomie kwartału przeskoczyła na gimnazja; a także – przede wszystkim – o temacie przewodnim naszego felietonu, o rozpoczynającej się recesji tegoż nurtu; już wkrótce.

Bo, jak wszystko, chyli się on ku punktowi kulminacyjnemu (a może już go osiągnął?) i zaczyna znowu przekształcać.

Zdjęcie w nagłówku jest mojego autorstwa i przedstawia Warszawę nocą.

Prezentuje swój punkt widzenia Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies