Konkretne Kino: 2012

 

Lubię filmy katastroficzne. Choć brzmi to abstrakcyjnie – odpoczywam na nich. A raczej dzięki nim. Bo spójrzcie sami – przez te kilkaset minut na przemian trzymam się kurczowo fotela, powstrzymuję po męsku łzy (a jak!), mam ochotę wiwatować razem z załogą fikcyjnego śmigłowca/frachtowca/czegokolwiek. Przechodzę od skrajności w skrajność. Męczę się. A potem nadchodzi świt, nowe życie, kolonizacja. I wiem, że też jestem zdolny do zmieniania świata. Może to tylko ja, może da się mnie kupić najprostszymi emocjami. Może lubię prymitywnie patetyczne przemowy i bezsensowne akty heroizmu dokonywane przez szarych obywateli globu. Mi to wystarcza. Mam naładowane bateryjki. Czuję, że coś znaczę.

I lubię to.

Tak samo było w przypadku 2012. W pierwszych minutach mamy przedstawiony krótki setting sytuacji. Ot, Ziemia jaką znamy nie pożyje długo. Na przełomie kilkunastu minut już wiemy czyje twarze będziemy oglądać przez resztę filmu. Jest naukowiec, porzucony mąż, dzielny prezydent i jeszcze kilku oczywistych. Jeśli oglądaliście Dzień Niepodległości lub Pojutrze możecie opowiedzieć praktycznie w całości (i bez większych pomyłek) fabułę najnowszego dzieła reżysera całej trójki, Emmericha.

Sceny globalnego zniszczenia z przerażającą punktualnością są wypierane z ekranu przez ujęcia wzruszających scen pożegnania oraz wzniosłych przemów. Od początku, do końca, na przemian. Bez żadnych uchybień od planu. A bohaterowie raz za razem uciekają od błyskawicznej śmierci dosłownie na sekundy przed jej nieuchronnym przybyciem. Fabuła nie powala, ale jest epicka.

Start samolotu w ostatniej chwili (zresztą, żeby jeden…), ruszenie samochodem już z pękniętej ulicy, statek wodujący w moment po nadejściu sutej fali – przecież wszyscy wiemy, jak to się skończy. A i tak, dopóki muzyka z gwałtownej i agresywnej nie przejdzie w triumfalną, panikuje cała sala. And that’s the point.

Podczas oglądania tego typu produkcji nie myślimy. Działamy intuicją i uczuciami. Szukamy siedzącej obok nas przyjaciółki (Maryś, hej hej :), nie orientujemy się, że właśnie wysuwa się nam pod fotel komórka z kieszeni. Że jeszcze centymetr ruchu nogą i zwalimy odłożony na chwilę megakarton z popcornem. Przeżywamy każdą sekundę wyświetlanego nam filmu w pełni.

Nasza wiedza, przeczucia, inteligencja i zdrowy rozsądek idą w cholerę. Nie zwracamy uwagi na fakt, że zaraz się zadusimy na śmierć (bo kto by pamiętał o oddychaniu w takim momencie!) przez grupkę aktorów w nadmuchanych kreacjach biegających po błękitnych pomieszczeniach, na które niezliczona rzesza jedzących pizze grafików (zdolnych nieokiełznanie, nawiasem mówiąc) naniosła widoki walących się miast. Bo i po co. Liczy się tu i teraz. Liczy się chwila.

Która potem czka Ci się kilka dni. Masz wszechogarniające uczucie, że możesz zmienić świat. Że możesz wiele. I, co dopiero jest ciekawe (zważywszy, że mowa o wrażeniach po filmie, w którym ginie ponad pięć miliardów ludzi), nie tracisz nawet na oddech przekonania, że faktycznie Ci się to uda. Czujesz świt.

A, jak wielokrotnie już na łamach tego bloga wspominałem, to jest najważniejsze.

Poleca Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies