Dobre głośniki nie są złe

 

Jako że dzielę się z Wami sporą ilością muzyki i filmów, pora na coś pochodnego – a mianowicie głośniczki. Dostałem je do testowania w związku z moim drugiem zakresem obowiązków (prowadzeniem Gemono!), ale postanowiłem tekst wrzucić też na bloga. Wiecie czemu? Bo polecam ten sprzęt szczerze. Jest naprawdę niezły!

Bo widzicie, nie każdy ma w domu rozstawione sześć highendowych głośników o idealnych nastawach i purystycznie podopinanych kabelkach. Nie każdy ma warte kwartalną wypłatę słuchawki przygotowane do zadowalania koneserów najczystszego gatunku. Bo też i nie każdy zgłasza na taki sprzęt zapotrzebowanie. Większość z nas będzie zachwycona „zwyczajnym” sprzętem wysokiej klasy o naprawdę korzystnym przeliczniku jakość/cena. Takim, który będzie odpowiedni do różnych zadań, starczy na długo a i prezentować się będzie porządnie. Takim właśnie cudem są jedne z popularniejszych głośników Creative’a – Gigaworks T20 Series II.

Kiedy wróciwszy z zajęć zobaczyłem na swoim biurku konkretnie opakowaną przesyłkę, uśmiechnąłem się. Pudełko, choć gabarytów niepozornych (dokładnie takie, jakiego byście się po głośnikach spodziewali), swoje waży i rozpakowywanie paczuszki było zajęciem przywodzącym na myśl dowolne urodziny bądź święta. „Jachcęjachcęjachcę!” myślałem pokonując kolejne warstwy pocztowej tektury. Potem sekundka walki ze śmiesznym zamknięciem górnej części pudełka właściwego i już biurko me ozdabiały dwie prześliczne kolumienki oraz parę kabelków.

Może to tylko mój gust, ale design głośników jest rewelacyjny. Profesjonalnie wyglądające , fajnie nachylone, naprawdę dobrze się prezentują obok monitora lub, jak to miało miejsce w moim przypadku, laptopa. Obudowa zewnętrzna została wykonana z ciemno grafitowego plastiku matowego, przednia zaś z polerowanego w kolorze piano black.

Prawa kolumna, naczelna, poza dwudrożnym zestawem głośników przykrytych zdejmowaną siateczką ochronną (w czym się akurat od lewej niczym nie różni) szczyci się zestawem trzech pokrętełek. Bez gmerania w żadnych opcjach możemy sobie zmienić natężenie basów i tonów wysokich tudzież, co akurat jest oczywiste, zredukować bądź podwyższyć głośność (nastawienie poziomu na zero powoduje wyłączenie sprzętu. Gaśnie też bajerancka, niebieska obwódka dookoła potencjometru). Pod trzema oczkami znajdziemy również dwa wejścia – liniowe (frontowe, jest jeszcze tylnie główne) i słuchawkowe.

Po odwróceniu głośniczka oczy nasze uraduje widok trzech dziurek – w jedną wpychamy zasilanie, w drugą połączenie z głośnikiem lewym, w trzecią wreszcie sygnał liniowy prowadzony standardowym minijackiem.

Gigaworksy T20 współpracują ze wszystkim co ma wyjście słuchawkowe. Podłączałem już do nich odtwarzacz mp3 iRivera, laptopa, iPoda oraz, tak dla zabawy, Nintendo DS Lite. Niezależnie od puszczanej fonii, radziły sobie świetnie.

Podczas grania (testowałem Call of Duty IV, Team Fortress II oraz Left4Dead) świetnie zachowywały przestrzenność dźwięku, nie miałem problemu ze skojarzeniem kierunku, z którego dochodził do mnie odgłos przeładowywania bądź mlaskania zombie. Jakość dźwięku nie pozostawiła żadnych nieprzyjemnych wspomnień, tony interpretowane były właściwie i w przyjemny sposób (brak przeskoków bądź wytłumień).

Filmy i seriale również śmigały bardzo dobrze, lecz na najtrudniejszy test pora miała dopiero nadejść. Postanowiłem przepuścić kolumienki przez mój słynny gdzieniegdzie tournament muzyczny złożony z utworów typu różnego a jakości przedniej. Rozpocząłem delikatnie, nie mając pewności, czy zdobyczny sprzęt wytrzyma do końca.

„Elephant Love Medley” z soundtracku do musicalu Moulin Rouge dał radę bardzo. Bogactwo tła, czysty wokal, kilkustopniowe chórki – słychać było wszystko. Każda pojedyncza nutka wyleciała z membran Creative’ów w postaci idealnej, głębokiej i soczyście przestrzennej. Plus.

Potem klimat stanowczo się zagęścił – „Skellige” zespołu Duan udowodnił mi, że niepozorne czarne skrzyneczki potrafią dmuchnąć takim basem, że aż zadrżały mi na biurku słuchaczki od przenośnego odtwarzacza. Potrafią też, jak wyszło, zadbać o muzykę instrumentalną w sposób iście królewski. Każda z linii melodycznych dostała w emitowanym dźwięku swoje konkretne i bardzo wyraźne miejsce. Kolejny plus.

Wreszcie przyszła pora na coś innego. „I’ve Got A Woman!” z repertuaru Raya Charlesa nie pozostawiło mi żadnych złudzeń w kolejnej dziedzinie tak istotnej dla muzyki. Minimalizm tła i silne scentrowanie melodii na głosie legendarnego ojca soulu sprawiły, że po zamknięciu oczu, DOSŁOWNIE czułem, jakbym siedział metr od niego, te kilkadziesiąt lat temu. To było to!

Kolejne minuty pisania tego testu umiliły mi takie sławy jak Norah Jones, AC/DC, Franz Ferdinand, Daft Punk w wersji Live 2007 oraz, najmilsze zaskoczenie,  Sigur Rós.

Lubię islandzkich muzyków, nie ukrywam. Ale nie podejrzewałbym się nawet przez chwilę, że uwielbiam ich piosenki AŻ TAK. Uświadomiły mi to dopiero testowane głośniczki, dzięki którym usłyszałem każdy jeden szept instrumentów z tła. Dzięki którym cichy bridge zakończony fajerwerkami w „Staralfur” jeszcze nigdy nie zafundował mi takich dreszczy jak ostatnio. Korzystając ze świętego prawa autora do wprowadzania dygresji – po tym poznaje się dobry utwór. Po latach słuchania wciąż potrafi zaskoczyć.

A wracając do tematu – i podsumowując zarazem – kolumienki Creative Gigaworks T20 Series II to naprawdę świetny sprzęt za rozsądną cenę. Zadowolą każdego – Gracza, kino- i melomana, organizatora domówek (dasz na nich czasu samym iPodem bez żadnych problemów) oraz podróżnika (spakować je do torby to kwestia 10 sekund a, jak już chyba miałem przyjemność wspomnieć, dasz na nich czasu samym iPodem. Albo dowolną inną empetrójką).

Duży szacunek dla peryferyjnego giganta za stworzenie sprzętu na takim poziomie. Z jednej strony nie jest on boski w żadnej dziedzinie – ani nie są to nieokiełznanie potężne kolumny, ani przestrzenny zestaw 5.1, nie są to też perfekcyjnie skalibrowane słuchawki. Ale jeśli nie oczekujesz aż tak przegiętej jakości, jeśli Ci wystarczy „jedynie” fenomenalna – cóż. Znalazłeś głośniki dla siebie.

Sprzęt testowany dzięki uprzejmości Creative Polska //

Zrecenzował Twój blogger,

autograf

CO TO ZA MIEJSCE?

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i jestem psychologiem biznesu oraz strategiem od skuteczności. Zajmuję się wysokosprawczością.

Znajdujesz się teraz na moim wielokrotnie nagradzanym blogu. Prowadzę go od 2009 roku. Oprócz setek artykułów znajdziesz tu linki do mojego kanału na YouTubie, podcastu, a także komiksu na instagramie.

Życzę Ci dużo dobrego!

INFORMACJA

Żadnej publikowanej przeze mnie treści (blog, youtube, podcast, instagram, newsletter) nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam ich też przez mail.

W przypadku naglących problemów gorąco zachęcam do kontaktu z fachowcem – terapeutą lub psychiatrą. To profesjonaliści, którzy pół życia szykowali się właśnie po to, by dobrze pomóc potrzebującym. Warto skorzystać z ich usług!

© Andrzej Tucholski 2009-2022 Wszelkie prawa zastrzeżone | Projekt strony & wykonanie: Designum.pl | Polityka prywatności i cookies