Autor: Andrzej Tucholski | 26 marca 2017 | Komentarze:
Czas czytania: około 50 minut

Umowy Śmieciowe – odcinek trzeci

Co, jeśli po studiach nie zdobędę wymarzonej pracy?

Co, jeśli stracę wszystkich znajomych przez przeprowadzkę do innego miasta?

Co, jeśli ostatecznie wyląduję na ulicy, zamiast na stanowisku dyrektora ważnej korporacji?

I najważniejsze: co, jeśli zabraknie kawy?

Te pytania krążą po głowie Hanny Wróbel, która dopiero co przyjechała do Warszawy i która, no cóż, wyobrażała sobie życie w stolicy nieco inaczej. Dziewczyna musi się nagle nauczyć działać samodzielnie, akceptować popełniane błędy i jednocześnie przeskakiwać kłody rzucane jej nieustannie pod nogi przez życie każdego dnia.

Umowy Śmieciowe to opowieść o niej. Pełen humoru serial literacki, który świetnie przedstawia problemy współczesnego społeczeństwa. Każdy odcinek przybliża nam nowe decyzje Hanny. Decyzje, przez które poznaje ona prawdziwy świat i rządzące nim prawa, często zupełnie od nowa.

Jako dorosła kobieta.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, co będzie dalej – śledźcie koniecznie „Umowy Śmieciowe”!

(Powyższą zachętę napisała jedna z Czytelniczek – Kornelia Urbaniak! Dziewczyna ma mega potencjał! Pomogłem tylko trochę korektorsko tu i ówdzie, ale jestem pod mega wrażeniem jej obserwacji.)

To już trzeci odcinek!

Cześć wszyscy! Mam dla Was prezent – trzeci odcinek Umów Śmieciowych! Dowiadujemy się w nim, jakie skutki miała decyzja zamykająca poprzedni epizod przygód Hanny. A także poznajemy kogoś ciekawego, kto… nie powiem! Dobrze wiem, jak w internecie traktowani są ludzie, którzy publikują spoilery! :)

Nie namówicie mnie na takiego samobója, gagatki ;)

Podzielę się za to z Wami śmieszną myślą, która przyszła mi do głowy parę tygodni temu. Otóż ludzie raczej chcą, by ich dzieła nazywały się ładnie. Księgarnie są pełne książek o seksownych tytułach, które od razu wzbudzają wyobraźnię. Sam działam identycznie. Moje wszystkie dotychczasowe próby literackie zawsze były naznaczone dążeniem do poetyckiego, ślicznego tytułu. Aż nagle uznałem, że nazwę mój serial do czytania „Umowy Śmieciowe”.

Śmieciowe.

Aha.

Nie bardzo jestem w stanie powiedzieć, skąd taka decyzja. Coś mi zabrzmiało w tym określeniu, w jego wieloznaczności opisującej różne poziomy życia Hanny. Ale kurczę, mieć w tytule „śmieciowe” i nie pisać dokumentu to trochę bieda.

Ale cóż, jak to mawiają, może nie będzie tak źle :)

Sprawy organizacyjne

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że przegiąłem z długością odcinka. Ale cóż począć, gdy zależy mi na maksymalnych wrażeniach a intuicja podpowiada: „stary, wiesz co by było fajne? kolejna scena!”. No więc wyszło jak wyszło, ale wierzę, że mi to wybaczycie :)

W kwietniu czeka mnie parę sporych obowiązków, więc istnieje TYCIA szansa, że kolejny odcinek opóźni się o tydzień, ale zrobię co w mojej mocy, by do tego nie doszło. Pisanie tego serialu to moja ulubiona rzecz na świecie. Staram się ze wszystkich sił, by zawsze miała najwyższy priorytet. Trzymajcie kciuki, by się udało!

Powoli zbliżam się też do szerszych działań promocyjnych. „Umowy Śmieciowe” zaraz doczekają się czwartego i piątego odcinka, będzie już ich zatem całkiem sporo. Fajnie by było pokazać historię Hanny szerszemu gronu odbiorców. Mam parę pomysłów na ciekawe akcje i pewnie zacznę się nimi zajmować późną wiosną :) Marzy mi się, by UŚ dotarły do kilkudziesięciu tysięcy stałych Czytelników i wierzę, że jest to możliwe. Trzeba tylko działać mądrze i jakoś to będzie, ha!

O! I wreszcie moja ulubiona część – podziękowania! Na aplauz i pochwały zasługują: Kinga Kasperek (redakcja), Monika Kondela (korekta), Marzena, Ania oraz Ola. Bez Was bym tego nie zrobił :)

Dotychczasowe odcinki

Pierwszy odcinek Umów Śmieciowych można przeczytać pod tym adresem.

Drugi czeka tutaj.

Trzeci – poniżej. Życzę przyjemnej lektury :)

[Spis odcinkówpierwszydrugitrzeci, czwarty, kolejne wkrótce]

 

Umowy Śmieciowe

Odcinek trzeci. Środek września.

Zapytana o to, dlaczego nie mogła się powstrzymać, odpowiedziałaby, że słyszała zza białych drzwi tajemnicze wołanie. Co prawda nikt inny go nie słyszał, ale to nie jest argument, gdy stawką może być czyjeś bezpieczeństwo.

W efekcie Hanna po raz czwarty w ciągu dziesięciu minut zajrzała do lodówki.

Przy tym podejściu z góry założyła, że ze sobą przegra. Po drodze zgarnęła z szuflady dużą łyżkę. Wsadziła ją do ust, by zwolnić ręce, i zwinnie zanurkowała w głąb lodówki. Wszystko wewnątrz wyglądało dokładnie tak samo jak przed chwilą. Choć stan rzeczy nie uległ zmianie, zmienił się stan ducha dziewczyny.

Pokusa wygrała z samokontrolą.

Hanna wróciła do pokoju, niosąc słoik masła orzechowego, miskę jogurtu naturalnego zmieszanego z dżemem i talerz naleśników z poprzedniego ranka.

Rozstawiła naczynia na parapecie, obok laptopa. Rzuciła okiem na zegar wiszący na ścianie. Powinna wyjść za kwadrans, ale chciała dać sobie jeszcze parę minut wytchnienia.

Włączyła końcówkę odcinka serialu, na którym zasnęła w nocy. Jedząc, nieszczególnie śledziła perypetie Harveya i Rossa.

Dźwięk był wyciszony, obraz ruszał się w tle, a Hanna myślała.

Wzięła duży kęs naleśnika z dodatkami.

Przed chwilą puściła ostatni mail z ostatnim pakietem danych do swojego ostatniego klienta z internetu. Tym samym zwieńczyła karierę ghostwriterki prac magisterskich.

Niewielu ludzi wiedziało, że dorabiała w ten sposób. Nie odprowadzała z tych pieniędzy podatku, więc wolała trzymać cały biznes po cichu. Był to jednak bardzo owocny epizod w jej życiu. Pozwolił na przeprowadzkę do Warszawy, zagwarantował jej bezpieczeństwo w trakcie szukania pracy, dzięki niemu poznała Kota.

A teraz był już za nią i miała do niego wracać wyłącznie we wspomnieniach.

Hanna uśmiechnęła się, choć od odkąd się obudziła, bolało ją lekko serce. Miała dzisiaj domknąć jeszcze jeden wielki projekt, ale nie będzie to już tak proste jak wysłanie grzecznego maila. Będzie on od niej wymagał pojechania w pewne miejsce. Będzie wymagał dłuższej rozmowy.

Będzie wymagał kilku kłamstw.

W tym przypadku Hanna też z góry założyła, że ze sobą przegra.

O ile się nie spóźnię, pomyślała, patrząc na godzinę wyświetlaną w rogu ekranu komputera.

Powinna wyjść minutę temu. Pochłonęła więc na trzy kęsy resztę naleśnika, zatrzasnęła laptopa i, odniósłszy wszystko do kuchni, potruchtała się ogarnąć.

Po chwili, ubrana i umalowana, czesała się przed uchylonym oknem w pokoju.

Głębia kolorów stawała się na tyle soczysta, że Hanna zupełnie nie odczuwała potrzeby używania filtrów na Instagramie. Na gałęziach drzew dojrzewały kasztany. W ciepłym wietrze plątały się pierwsze siwe włosy jesieni.

Lato miało się ku końcowi.

Hanna postanowiła wykorzystać pierwszy w tym roku spadek temperatury i do zielonej, trochę niegdysiejszej sukienki dobrała jasny, lekki trencz.

Gdy w trakcie przeprowadzki pakowała go do walizki, nie była pewna, czy kiedykolwiek założy go w Warszawie. Gorsza wersja scenariusza zakładała, że płaszczyk będzie wyłącznie pasażerem na gapę, nieprzydatnym i zapychającym miejsce.

Rzuciła okiem na wiszącą na wieszaku kurtkę zimową. Na razie odsuwała od siebie myśli o dalszej przyszłości.

Dziś jest dziś, przypomniała sobie słowa babci, gdy wiązała trampki.

Popatrzyła na jaskrawy zegarek na wyświetlaczu wieży w pokoju Kota. Było dwadzieścia pięć minut po czasie.

Nie miała żadnych szans na wyrobienie się autobusem. Miała jednak pierwszą od dawna w miarę wolną sobotę i chciała sobie pozwolić na kilka drobnych przyjemności. Jedną z nich była późna pobudka. Drugą – niedietetyczne śniadanie. Trzecią – zamówienie sobie taksówki.

Po wpisaniu adresu docelowego i potwierdzeniu kursu w aplikacji bez pośpiechu zebrała się do wyjścia. Sprawdziła wielokrotnie, czy dobrze się spakowała. Tego dnia potrzebowała więcej rzeczy niż zazwyczaj. Oprócz plecaka przygotowała torbę na basen. Niedawno zauważyła, że w Warszawie nikt nie da ci spokoju, dopóki nie przedstawisz tej osobie przekonującego argumentu, dlaczego nie możesz skorzystać z zaproszenia. Wolała więc mieć przy sobie zamykające dyskusje rekwizyty. Oby argument pod tytułem „mam trening” wystarczył.

Wszystko wydawało się w porządku.

Omiotła spojrzeniem puste mieszkanie, założyła na nos duże okulary przeciwsłoneczne i zeszła na dół do samochodu.

W trakcie przejazdu znalazła chwilę na przejrzenie internetu. Czekało na nią kilka wiadomości od Kota. Rano była tak śpiąca, że ledwo pamiętała jej wyjście do pracy. Od tamtej pory koleżanka pisała do niej co kilkadziesiąt minut.

„Ptaszyna, jak tam, rozbudzona już?”

„Boże, ale nudy.”

„Ptasiek, a może jak już ogarniesz rzeczy, to wpadniesz na trochę? Jest wolny dzień, mało kto zagląda, pogadamy sobie we dwie? Wiem, że sporo ostatnio się widujemy, ale hej, przyjaciółkom zawsze mało, nie?”

„Jak coś, to siedzę tutaj do popołudnia. Podpowiedź: trochę mi zależy.”

Hanna przewróciła oczami. Sądziła, że nic nie zepsuje jej humoru po równie luksusowym poranku, ale proszę bardzo.

Cześć Kot, fajnie cię widzieć. Dawno się nie odzywałaś. Co tam u ciebie? Bo chyba nie jestem na bieżąco. Ile to już czasu upłynęło bez rozmawiania o tobie? Sześć godzin? 

Czuła, że zaniedbuje ostatnio współlokatorkę, ale nie miała na ten problem gotowego rozwiązania. Od przyjazdu do Warszawy poświęcała sto procent czasu i uwagi zabezpieczaniu swojej przyszłości. Musiała o wszystko sama zawalczyć i dopiero od niedawna osiągała jakiekolwiek sukcesy i Kot mogłaby to zrozumieć, naprawdę, chociaż ona jedna.

Hanna musiała się teraz skupić na sobie.

Tak jak i Kot się cały czas skupia się na sobie, szczerze mówiąc. Ostatnie pięć spotkań było tylko o niej. Raz nie mam czasu na jej prywatne telenowele i już robi się dramacik.

Ale, z drugiej strony, jak ja mam problem, to ona też jest dla mnie i mnie wspiera. Może nie warto rozliczać się tak jeden do jednego, przecież nie o to chodzi w przyjaźni. A my się z Kotem powoli robimy takie przyjaciółki z przymusu.

Tak jakby.

Chociaż, z trzeciej strony, jeśli ten balans jest zawsze zaburzony na jej korzyść, może nasza relacja w ogóle nie powinna się przeradzać w przyjaźń?

Zamyślona, postukała telefonem w okno. Przejeżdżali właśnie przez Wisłę.

Rzeka oślepiała tysiącem gwiazd na tle jasnego, błękitnego nieba.

Gdy znowu wjechali między budynki, Hanna westchnęła i odpisała.

„Kot, wiesz, że bardzo chętnie, ale nie dam rady. Jadę teraz dokończyć projekt z Adamem, potem mam inne plany. Może posiedzimy wieczorem w domu, przy herbacie? Albo jutro? Jak jutro stoisz z czasem?”

Ikona oznaczająca aktywność rozmówcy pojawiła się w sekundę po wysłaniu wiadomości. Po chwili przyszła odpowiedź.

„Ja wolę dzisiaj. Ale okej, wieczór lub jutro są spoko, bez napinki, wiesz jak jest.”

I po minucie kolejne.

„To znaczy, o ile będę miała czas.”

„Dam jeszcze znać, ok?”

„Nie wiem, jakie mam plany, ale o której byś była?”

Ale Hanna już nie odpisała. Popatrzyła na zadane pytanie i schowała telefon do kieszeni płaszcza.

Gdyby powiedziała, że będzie wcześnie, musiałaby się potem tłumaczyć ze spóźnienia. Gdyby powiedziała, że będzie późno, musiałaby się potem tłumaczyć z powodu takiego stanu rzeczy. Wolała na razie pozwolić planom, by rozwijały się zgodnie z naturalnym tempem.

Czekało ją dzisiaj kilka trudnych wyzwań i wiedziała, że musi mądrze rozporządzić nimi w czasie. Zdążyła wymienić je kilkukrotnie w głowie, gdy kierowca ogłosił, że dojechali pod podany adres.

Hanna podziękowała i, wypełzając z niskiego samochodu, znalazła się twarzą w twarz z Adamem.

Jezu, a ten co?

Chłopak siedział na krześle przysuniętym pod sam krawężnik i przechylał się mocno przez podłokietnik. Wisiał tuż przy parkującej taksówce. Wyglądało to na szalenie niewygodną pozycję. Jej rozdziawione ze zdziwienia usta zdawały się jednak sprawiać mu wielką radość.

– Widzę, że wozi się dziś pani po arystokracku. – Wziął od niej plecak i torbę. Wsunął wszystko pod stolik i wskazał wolne miejsce naprzeciwko siebie.

Ogródek lokalu znajdował się na skraju chodnika, tak, by jednocześnie zostawić spory prześwit przy budynku, a zarazem uniemożliwić samochodom stawanie poza jezdnią. Kelnerzy biegali więc od drzwi kawiarni do stolików i z powrotem, starając się nie zderzyć z licznymi spacerowiczami.

Ulica migotała w światłocieniu rozłożystych, drżących na wietrze koron drzew. Przywodziła na myśl mijaną przed chwilą Wisłę.

Pomiędzy samochodami lawirowały rowery, na podwórkach bawiły się dzieci, a każde krzesło z każdej knajpki było przez kogoś zajęte. Część gości rozmawiała, część czytała książki, część rozglądała się po ładnym świecie dookoła.

Starszy pan bardzo głęboko spał. Materiałowa czapka na jego brzuchu ruszała się w rytm miarowego oddechu.

Nocą nad miastem przetoczyła się ciężka ulewa. Powietrze nadal pachniało świeżą, bujną zielenią.

Saska Kępa w leniwe, ciepłe dni potrafiła być bardzo urokliwa.

– Po arystokracku – powtórzyła za kolegą Hanna.

Odsunęła z głośnym chrobotem krzesło, siadła i zarzuciła swobodnie nogę na nogę. Gdyby nie trampki, wyglądałaby niczym tajny agent z francuskiego filmu z lat sześćdziesiątych.

Sukienka podjechała jej do połowy uda.

– Wręcz jaśniepańsko – dopowiedział Adam, lekko zmieszany, udając, że nie widzi niepokojąco odsłoniętych nóg Hanny.

– Tudzież wielmożnie. Zresztą, to tylko dzięki twoim przelewom tak mi się powodzi. Wszelkie uwagi dotyczące mojego rozpieszczenia będę więc przekierowywać do ciebie.

– Można by rzec: po królewsku. Widzisz, jak jest dobrze wykonana praca, to i dobrze płacą.

– Iście ekscelencko. Jesteś pewien, że mówi się „po arystokracku”?

– Jestem pewien, że zrozumiałaś, o co mi chodziło.

– Punkt dla ciebie. – Hanna mrugnęła porozumiewawczo i, schylając się po plecak, poprawiła sukienkę, tak, by sięgała chociaż do kolan.

Chciała jak najszybciej przejść od powitalnych żartów do liczenia tabelek. Kiedyś usłyszała, że podobno gdy człowiek pracuje, łatwiej jest mu ukrywać emocje. Hanna bardzo chciała, by te słowa okazały się prawdą.

Ale kurczę, nie chcę spędzić naszego ostatniego spotkania wgapiona w skoroszyty.

– Chcesz kawę? – Uśmiechnął się Adam i ręką przywołał kelnera. Wyglądał, jakby mu ulżyło.

– Tak. Jakąś słodką.

– Świętujemy dziś coś?

– A nie? – Hanna przerwała rozkładanie komputera. Nachyliła się do przodu i rzuciła koledze długie spojrzenie znad oprawek okularów.

O nie. Ma dla mnie kolejne zlecenie?

– A tak? – Adam rozsiadł się wygodnie na krześle i złączywszy ręce na brzuchu, zakręcił kciukami młynka.

Hanna odchyliła głowę do tyłu.

Nie może mieć dla mnie kolejnego zlecenia. Będę musiała odmówić. Ale jeśli go o to nie zapytam, od razu wyczuje, że coś jest nie tak. Przecież ja się zawsze pytam o zlecenia.

– Poczekaj – powiedziała, przeciągając samogłoski.

– Tak?

– Masz dla mnie coś nowego?

– Nie, na razie nie, no coś ty.

Boże, jak dobrze.

– Szkoda.

– Przecież wiesz, że bym ci od razu powiedział. A czemu pytasz?

– Czyli nie zauważyłeś?

Z powodu nagłego pojawienia się kelnera zmieszanie Adama zawisło w powietrzu. Hanna wzięła wielką, karmelową, mrożoną, z syropem i posypką. Adam, klasycznie, flat white. Jedno właśnie kończył dopijać. Zawsze zamawiał sporo małych kaw. Lubił, by ciągle były ciepłe.

– Czego nie zauważyłem? – Zmrużył oczy, chowając portfel do wewnętrznej kieszeni marynarki.

No hej, koleżko, pomyślała Hanna. Mogłeś zauważyć. Skoro wbrew obietnicom nigdy nie znalazłeś dla mnie pracy, to chociaż mogłeś zauważyć koniec projektu.

– To nasze ostatnie spotkanie. Chcę poświętować, zrobiliśmy dobry biznes – powiedziała i z szerokim uśmiechem przesunęła okulary wyżej, na czoło, by pełniły funkcję opaski do włosów.

Dokończenie tego wspólnego projektu naprawdę traktowała jako sukces, więc na chwilę mogła sobie pozwolić na szczerość. Od razu poczuła, jak uspokaja jej się oddech. Ulga rozlała się po jej ciele gęsią skórką.

Adam zastygł z kawą przy ustach. Zamrugał. Odłożył powoli kubek na stół i przetarł twarz z mlecznej piany.

– Jak to ostatnie?

– Przerobiłam już wszystkie dane od ciebie.

– No tak.

Zostało nam wyłącznie wdrożyć zmiany na twoich plikach i przelecieć razem sumy kontrolne, czy na pewno nie ma błędów. Według mnie nie ma, ale wiesz, jak to mówią: takich trzech par oczu jak naszych dwóch, to i jednej ze świecą szukać.

– Wiem, zauważyłem.

– Czyli to nasze ostatnie spotkanie.

– Ale czemu ostatnie?

– No, zawodowe. Nie masz dla mnie etatu, kolejnego projektu raczej nie będę brać, bo sam mi mówiłeś, że dwie firmy naraz to za dużo, a mam już innego klienta w kolejce.

Ostrożnie, Wróbel. Na półprawdach też się wyłożysz, jak będziesz nimi tak szafować niepytana.

– Ale zobaczymy się jeszcze prywatnie? – spytał pospiesznie.

– Pewnie tak. – Hanna wzruszyła ramionami.

Adam złapał z talerzyka saszetkę z cukrem, przedarł ją i bardzo powoli wsypał zawartość do kawy. Potem, jeszcze wolniej, pomieszał napój łyżką.

Nie wyglądało to naturalnie. Adam nie słodził kawy.

Hej, powiedz coś. Czemu się ze mną nie cieszysz?

– No dobrze – rzucił w końcu.

Brzmiał na zawiedzionego.

– Hej, coś się stało? – spytała Hanna wyraźnie zaskoczonym głosem. Nie zdążyła ukryć zdziwienia na czas.

– Nie, nie. Masz rację. Faktycznie kończymy projekt. Zróbmy, co mamy zrobić. – Rozłożył na stoliku swój komputer i na chwilę zatonął w myślach, czytając coś uważnie na ekranie.

Hanna opuściła okulary z powrotem na nos. Twarz skierowała dla niepoznaki w stronę knajpki. Oczami ukrytymi za ciemnymi szkłami wytrwale świdrowała twarz kolegi.

Nie rozumiała, skąd ten nagły chłód. Bała się, że zostanie przejrzana, że zepsuje zupełnie tę dziwną, odległą relację, którą między sobą zbudowali.

Odczuwała silną potrzebę wyjaśnienia sytuacji, ale w przeciwieństwie do porannej słabości przy lodówce, tym razem rozsądek wygrał z sercem. Nie znała dobrze Adama. Nie wiedziała, czy lubi omawiać problemy od razu, czy też nie.

Uznała, że bezpieczniej będzie najpierw popracować, ostudzić emocje. Zrobić, co jest do zrobienia, i jak najszybciej przejść do innych tematów. Odwróciła więc swój komputer tak, by oboje mogli widzieć ekran i, nie pytając o pozwolenie, to samo zrobiła z laptopem Adama. Przywitała uśmiechem jego zdziwione spojrzenie.

Po chwili, trochę krzywo, choć bez wątpienia szczerze, odpowiedział tym samym.

Siedli więc do pracy i w skupieniu spędzili kolejne kilka godzin. Na przemian przykrywali sobie nogi oferowanymi przez kawiarnię kocami, to je znów odkrywali, rozchylając też poły płaszczy.

Dzień był letni, jednak co kilka minut wrzesień-zdrajca podszywał ubrania wiatrem i przechodził delikatnym dreszczem po karku i plecach.

Uporali się wreszcie z tabelkami.

W międzyczasie stolik wzbogacił się o stertę notatników, parę długopisów i trzy kolejne, teraz już puste filiżanki.

Adam dla pewności zapisał gotowe tabele i raporty w kilku miejscach. Na komputerze, w chmurze, na przenośnym dysku i w pamięci pendrive’a, który schował do kieszeni spodni. Dopiero gdy ikonka Dropboxa poinformowała go, że plik został zsynchronizowany z serwerem, chłopak rozsiadł się i odetchnął głęboko. Zamknął ekran laptopa i postukał w niego palcami.

– Czyli już? – spytał z powagą. Sięgnął po swoją torbę pod stół, by się spakować.

– Już. – Uśmiechnęła się Hanna.

Swój komputer schowała wcześniej, czekając aż Adam ujarzmi paranoję zapisywania wszystkiego po kilka razy. Siedziała teraz, znowu odsunięta od stolika, znowu z nogą na nogę. Schowała ręce pod koc. Odchyliła głowę do tyłu i patrzyła przez zmrużone powieki na ruchliwe plamki błękitnego nieba, to pojawiające się, to znikające za listowiem drzew.

Czuła się spełniona. Na chwilę odsunęła od siebie mącące spokój jej ducha fakty.

Rano zamknęła rozdział prac magisterskich, teraz zamknęła rozdział pierwszej, czysto zarobkowej pracy z Adamem. Jedno i drugie zajęcie było na czarno i nie dawało perspektyw, ale było też potrzebne, więc nie kwestionowała tych wyborów.

Z Kotem bywało różnie, ale nadal się dogadywały. Hanna planowała zresztą poświęcić koleżance ogrom uwagi, jak tylko w jej życiu zostanie jeden projekt, a nie trzy naraz, tak jak do tej pory.

Właśnie.

Razem z pożegnaniem magisterek i zamknięciem projektu Adama Hanna mogła w pełni skupić się na kwitnącej współpracy z Teodorem. Od paru tygodni dłubała jego zlecenia. Też miała z nich sporo pieniędzy, ale, co ważniejsze, mogły realnie zaowocować etatem.

Szkoda tylko, że przypłacała je wyrzutami sumienia.

Hanna ukrywała przed Adamem to, że od blisko miesiąca pracuje dla innej firmy. Wyraźnie poinformował ją, by tego nie robiła, ale co mogła poradzić? Teodor pojawił się znienacka i naciskał na szybkie działanie.

Rozterki moralne ostatecznie zawsze jednak znikały, bo i Adam zachował się nie w porządku. Ani razu nie spróbował zagadać do działu kadr o możliwości rekrutacyjne. No i jeszcze ta cała historia z pseudonimem.

Panna Numerek.

Hanna westchnęła z rezygnacją.

Ostatecznie nigdy nie znalazła w sobie odwagi na spytanie się Adama, dlaczego publicznie tak ją nazwał. Zawsze, gdy była bliska takiej konfrontacji, natychmiast wracała wspomnieniami do pytania, jakie zadała w podstawówce koleżance – dlaczego ta śmiała się na przerwie akurat z niej. Po chwili śmiała się z niej już cała klasa.

Czasem próbowała wysondować znajomych, czemu coś robią. Ale, no właśnie – znajomych.

Hanna zrozumiała w międzyczasie, że w korporacyjnym światku ludzie generalnie nie są dla siebie nawzajem specjalnie uprzejmi i dziwne określenia pojawiają się na porządku dziennym. Skoro Louis wytrzymał bycie „Żabą”, ona mogłaby przeboleć „Pannę Numerek”.

Bolało ją jednak, że to dziwne określenie nadał jej Adam.

Od samego początku wydawał jej się sympatycznym kolesiem i nawet ze dwa razy przeszło jej przez myśl, że mógłby ją zaprosić na randkę. Nie wiedziała jeszcze, czy miałaby ochotę kiedykolwiek wziąć go za rękę, ale na randkę by poszła. Ucieszyłaby się z kwiatów. Wybaczyłaby mu nieporadność, mógłby nawet niechcący strącić ze stolika kufel i potem w zamieszaniu rozglądać się, czy być może cudem nikt nie zwrócił na to uwagi.

Ale wymyślenia dla niej chamskiej ksywki nie mogła mu wybaczyć. Traktowała go więc z dystansem, na co Adam reagował dziwnymi zachowaniami. W efekcie ona jeszcze bardziej zwiększała dystans. Na co on jeszcze bardziej zwiększał dziwność.

A na dokładkę jeszcze te jej wszystkie kłamstwa.

Hanna znowu westchnęła.

Była już zmęczona tym tańcem niedopowiedzeń z niezrozumieniem.

Cieszyła się, że od dziś będą mieli mniejszy kontakt.

Ta myśl trochę ją rozpogodziła.

– Co tak wzdychasz? – spytał Adam.

– Ciebie nie satysfakcjonuje dobrze wykonana praca?

– Skromnisiu.

– No co – zachichotała. – Wiem, kiedy robię coś dobrze. Jeśli nie dostaniesz premii za te obliczenia to…

– Oddasz połowę kasy?

Hanna wystawiła język.

– Piwo ci postawię.

– Ej.

– Chciwiec.

– Sknerus.

Uśmiechnęli się do siebie.

Hannę zawsze dziwiło, jak dobrze się dogadują. Od pierwszego spotkania nadawali na podobnych falach. Czasem nurtowało ją, czy gdyby jednak pozwoliła sobie na szczere powiedzenie Adamowi, że nie był w porządku i ma do niego żal, czy może wtedy mogliby się, zwyczajnie, zakolegować.

Byłby fajnym kumplem.

Mógłby tylko wiecznie nie mieć na głowie tej swojej pracy. 

Nigdy nie zaproponował mi innego powodu spotkania, nigdy nie napisał w innej sprawie. Może gdyby od początku dbał o to, bym była dla niego człowiekiem, to wybrałabym pracę z nim zamiast z Teodorem. Nadal wierzyłabym mu, że kiedyś załatwi mi etat.

Ale skoro chciał, by łączyła nas tylko praca, to tak jest.

Szkoda tylko, że to właśnie zawodowo mnie źle potraktowałeś.

Szkoda tylko, że to właśnie zawodowo cię okłamałam.

Innych wspólnych tematów, które mogłyby posłużyć jako podstawa do załagodzenia sporu, nie mamy. Tylko zbrukana naszym zachowaniem praca.

– Hanna? – spytał nagle Adam, trochę zamyślony.

– Aha?

– A jesteś pewna, że nic nie da rady zrobić z tamtym algorytmem?

Żeby się nie zdradzić, Hanna musiała spojrzeć w bok. Przykryła to udawanym kichnięciem.

– Na zdrowie – powiedział Adam.

To był kolejny temat, na który go okłamała.

Nagle zrobiło jej się za ciepło pod kocem. Wysunęła na wierzch ręce, ale teraz z kolei nie wiedziała, co z nimi zrobić. Zgarnęła więc ze stołu długopis i zaczęła się nim bawić, klikając nerwowo.

– To samo co tydzień temu, nawet nie dotykałam sprawy od tamtej pory, a co?

– Tak tylko pytam. Początkowo świetnie ci z nim szło.

– Prawda. Początkowo wszystko jest łatwe.

– Nigdy mi nie powiedziałaś, co się stało.

– Za dużo zmiennych. Nie umiem napisać tego tak, by działało.

Adam skrzywił się wyraźnie podenerwowany.

– Szkoda, liczyłem, że mi pomożesz z tym programem. Nie tylko dałoby mi to premię, ale też może awans, za rok albo dwa – powiedział ze sztucznym żalem w głosie.

O co ci chodzi? Przecież nie możesz wiedzieć o tym, co się naprawdę dzieje z algorytmem.

– Chciałabym móc zrobić więcej.

– Nie szkodzi. Dziękuję, że próbowałaś.

– Przynajmniej podstawowe obliczenia nam super wyszły – Hanna spróbowała zmienić temat.

– Fakt. Pomazałaś się.

– Co?

– Na ręku. Pomazałaś się.

Hanna spojrzała na swoje dłonie. Widocznie źle policzyła kliknięcia, bo długopis, którym się bawiła, był otwarty, a spora część lewej dłoni – niebieska.

– No nie – szepnęła, próbując zmazać kolor drugą ręką, ale nic to nie dało.

Tuszu było za dużo, a tarcie zbyt bolesne.

Adam parsknął.

– Widzisz, komputery są ci przeznaczone.

– No weź, niezdara ze mnie.

– Nie mów tak, każdemu się zdarza. Jako największa niezdara w tym kraju wiem, co mówię.

Hanna rzuciła mu krótkie spojrzenie znad okularów.

– Ty też tak nie mów – rzuciła.

– Hanna?

– Aha?

– Ile masz teraz czasu?

– To znaczy?

– Teraz. Dzisiaj.

– Niedużo. Idę za moment, na chwilę, sama popracować, a potem na basen. Nie ruszałam się od przyjazdu do Warszawy. – Hanna szturchnęła stopą swój drugi pakunek. Pierwszy raz miała go ze sobą. Z reguły pojawiała się wszędzie z samym plecakiem.

Kolejne kłamstwo.

– A o której kończysz?

Co oni wszyscy mają z tym kończeniem dzisiaj?

– Nie wiem jeszcze, a co?

Adam poprawił się na krześle.

– Pomyślałem sobie, że moglibyśmy jeszcze chwilę popracować nad tym algorytmem.

Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu.

Ulicą przetoczył się głośno samochód dostawczy z okolicznego sklepu. Rowerzyści rozpierzchli się przed jego czołem niczym ławica ryb i z powrotem złączyli w ciasny ruch, gdy tylko przejechał.

Ty chyba żartujesz.

– Nie – odpowiedziała chłodno, wstając.

– Hej, poczekaj. – Adam wstał razem z nią.

Hanna zarzuciła na ramię plecak i torbę.

Cieszyła się, że wzięła rano z domu okulary. Poprawiła je palcem, bo od nagłego ruchu zsunęły jej się nisko na nosie i przez moment było widać jej rozczarowane spojrzenie.

– Skończyliśmy projekt, cieszę się, ale nie mam zamiaru setny raz ci tłumaczyć, że nie potrafię zrobić tego algorytmu. Nie poradzę, nie potrafię, nie tykam.

– Jakbyśmy chwilę popracowali, to potem moglibyśmy też jednym piwem poświętować udaną współpracę?

Ty naprawdę widzisz we mnie tylko Pannę Numerek. Za mało popracowałam, żeby zasłużyć na zwykłą rozmowę, tak?

W ramach świętowania wystarczy mi dzisiejsza kawa.

– Chociaż godzinę?

Miałeś dziesiątki godzin, kolego. I zawsze wybierałeś tylko pracę.

– Niestety, nie mam na to dzisiaj czasu.

– Czemu?

Poklepała torbę na ramieniu.

– Praca. Basen. Muszę lecieć.

– Ale…

– Trzymaj się, Adam.

Odwróciła się na pięcie i spokojnym krokiem zaczęła iść w dół ulicy. Adam zerwał się, by ją zatrzymać, ale na stoliku nadal leżała masa jego notatników i papierów, nie mógł ich tak zostawić. Na większości z nich były poufne dane jego korporacji.

Zaklął głośno.

– Hanna, kurczę, poczekaj!

– Odejmij mi od ostatniej transzy za dzisiejszy rachunek – powiedziała głośno przez ramię i zniknęła między budynkami.

Chodząc bez celu, wezwała taksówkę na najbliższe większe skrzyżowanie. Dotarła na miejsce przed samochodem. Siadła na murku. Ciężko oddychała.

Minęła ją spektakularna para na longboardach. Jechali powoli, trzymając się za ręce. Chłopak, wysoki, w białym podkoszulku podkreślającym nienachalną muskulaturę. Dziewczyna, szczupła, w krótkich szortach wydłużających optycznie idealnie opalone, smukłe nogi. Oboje z burzami złotych włosów i w modnych czapkach z daszkiem.

Popatrzyła za nimi pustym wzrokiem. Też tego chciała. Wolnego weekendu, by cieszyć się pogodą. Czasu, by móc wrócić do swoich zainteresowań.

Może nawet osoby, która by jej w takim relaksie towarzyszyła.

Potrząsnęła głową.

Koło jej nóg zatrzymał się jasny, wyglądający jak przerośnięta mydelniczka samochód. Wsiadła do środka i od razu wpisała do aplikacji nową lokalizację docelową.

– Zmieniłam adres, czy to nie będzie problem?

– Nie – odpowiedział z silnym, wschodnim akcentem kierowca i wyszczerzył zęby. – Ja wszystko mam w swoim GPS-ie.

Hanna uśmiechnęła się do niego grzecznie i wróciła wzrokiem do telefonu. Na czas pracy z Adamem włączyła tryb cichy. Teraz dopiero przeglądała wiadomości, które w międzyczasie dostała.

Jedną wysłała Kot:

„No dobra, to jak się miniemy, to trudno, może w domu chwilę pogadamy. Mam problemy z tamtym facetem, wiesz którym.”

Piąty raz w tym tygodniu.

Drugą wiadomość napisał Louis. Od kilku dni rozmawiali na Telegramie. To znaczy: Louis dużo opowiadał o tym, co go akurat interesuje, a Hanna sporo potakiwała.

„Zdecydowałem, że będę mówił na ciebie Piaf. Tak jak Edith Piaf. Ale nie dlatego, że śpiewasz, tylko dlatego, że jesteś wróbelek.”

Hanna, pomimo złego nastroju, zachichotała. Dokładnie potrafiła wyobrazić sobie skrajnie skupionego Louisa, który ledwo był w stanie angażować się w najprostsze życiowe czynności, bo tak zajmowało go wymyślenie cwanej ksywki.

Ten człowiek uwielbiał inwestować wysiłek w nikomu niepotrzebne, drobne sprawy.

„Długo nad tym myślałeś?” – odpisała.

Louis był online.

„Większość zeszłego tygodnia. Masz pozdrowienia od mojej żony, mówi, że masz mnie pilnować, żebym się tylko z takimi fajnymi ludźmi zadawał.”

Hanna przewróciła oczami.

„Buziaki dla Zosi. Jesteście razem w Paryżu?”

Louis et Sophié! Oui!

Hanna znowu przewróciła oczami.

„Nienormalny jesteś.”

„Ale za to jaki przystojny. Pozdrów ode mnie Camille, jak ją zobaczysz!”

You know it.”

C’est quoi cette langue étrangère?

„Aha?”

„Napisałem: a co to za obcy język.”

Po chwili przyszła jeszcze jedna wiadomość:

„Sophie mówi, że masz się uczyć języków, bo to ważne.”

Tym razem Hannie zabrakło siły na jakąkolwiek reakcję. Bardzo ceniła sobie znajomość z Louisem. To był przedziwny facet, ale miał serce po dobrej stronie i z jakiegoś powodu po prostu lubił jej doradzać. Starała się szanować jego zdanie. Nawet jeśli się z nim nie zgadzała.

Nie było to łatwe, bo trudno w całej Warszawie znaleźć kogoś o gorszej zawodowej opinii niż Louis. Wszyscy go lubili, nikt by mu nie dał nawet stu złotych do zainwestowania.

Ciekawe czemu.

– Już – pochwalił się kierowca i przejechał palcem po swoim telefonie, by zakończyć naliczanie kursu.

– Dziękuję. – Hanna skinęła ku niemu głową i wysiadła z samochodu prosto w bramę Łazienek Królewskich.

Jeszcze przez pół godziny należała tylko do siebie, bez żadnych zleceń, bez oczekiwań, bez wymagań. Chciała przeznaczyć ten czas sobie samej. Przypomniał jej się napis na Teatrze Polskim w Poznaniu: „Naród Sobie”.

Hanna Hannie.

Może być.

Wybrała zacienioną ławkę, schowała pod nią plecak i torbę, siadła ze skrzyżowanymi nogami na samym środku, by nikomu nie przyszło do głowy jej przeszkadzać.

Dzięki Louisowi miała lepszy humor.

Powietrze pachniało setką kwiatów naraz.

Nieopodal kwakało głośno stado kaczek.

Dziewczyna przeciągnęła się, aż chrupnęło jej w kręgosłupie, i wygięła do tyłu na tyle, na ile pozwalało oparcie.

Spojrzała na kłębiastą, dużą chmurę, która leniwie przepływała idealnie nad jej głową. Obłok ruszał się sennie, ale konsekwentnie.

Ten to pewnie nie ma żadnych zmartwień, pomyślała Hanna.

Było tak spokojnie, że aż poczuła chęć wrzucenia do internetu zdjęcia. Takiego na pamiątkę, dla innych.

Wybrała więc kadr, zagajnik młodych drzewek i jaskrawe, głęboko niebieskie niebo, uwieczniła je, wyjątkowo nie wybrała żadnego filtra i była prawie gotowa do publikacji. Zostało tylko wpisać status.

Hanna postukała telefonem w udo.

Odłożyła go obok.

Wzięła głęboki oddech i rozejrzała się, gniotąc dłońmi zebrany między jej nogami materiał sukienki.

Chciała powiedzieć śledzącym jej poczynania znajomym, że daje radę. Że nie jest źle. Że późne lato w Warszawie jest takie, jak sobie wyobrażała. Że parki są niesamowite. Że z ludźmi można się dogadać. Że ma kasę. Że jest trochę z siebie dumna.

Że wszystko sprzysięgło się przeciwko niej, ale ogarnia i stara się być w porządku, na tyle, na ile sytuacja pozwala.

Że będzie lepiej.

Westchnęła ciężko. Wypuściła z rąk sukienkę. Sięgnęła po telefon. Wstukała podpis pod fotkę.

„Koniec lata, zaraz Wszystkich Świętych, potem Boże Narodzenie i człowiek ani się obejrzy, a tu nagle znowu samotne Walentynki [*] #warsaw #blessed”

Z ciężkim sercem kliknęła „wyślij”.

Nie podobało jej się, że jedynym sposobem, by jej znajomi nie szydzili z niej publicznie, było ciągłe szydzenie z samej siebie. Wtedy nagle stawali się mili i wspierający, tak jak dawniej.

Chwilowo jednak nie miała na nich innego pomysłu.

Dziś jest dziś, powtórzyła w myślach.

Wiedziała, że zaraz dostanie krytyczną wiadomość od Louisa. Nie cierpiał przesadzonej autoironii i zawsze ją rugał, gdy – według niego – myliła dystans do siebie z podlizywaniem się obcym ludziom.

Posiedziała jeszcze moment, obracając w głowie różne emocje. Postanowiła zepchnąć Adama w głąb głowy i zająć się nim dopiero, gdy znajdzie chwilę wolnego. Na razie nie zasługiwał na więcej.

Gdy poczuła się silniejsza, zaczęła się zbierać. Rzuciła okiem na zegarek. Od wejścia do parku minęło dwadzieścia jeden minut.

Niezmiennie ją dziwiło, jak niewiele trzeba, by uspokoić serce. I zarazem jak trudno jest o tych skromnych sposobach pamiętać na co dzień.

Włożyła do uszu słuchawki i puściła na telefonie playlistę „Everyday Commuting”. Szybkim krokiem wyszła z parku i po paru piosenkach była pod umówioną restauracją.

No, to działamy.

Poprawiła włosy i nacisnęła klamkę. W środku nie było tłoku, więc wybrała jeden z wolnych stolików w głębi sali. Poprosiła kelnerkę o dwie karty i szklankę wody. Przesunęła okulary na czoło.

Miejsce pachniało świeżo wykrochmalonymi obrusami. Pobyt uprzyjemniała trudna do zidentyfikowania muzyka instrumentalna. Wystrój był nowoczesny, ale monotonny. Ubrani w fartuchy pracownicy na tle nudnych zasłon bawili się telefonami.

Hannie przeszło przez myśl, że to miejsce kojarzy jej się z jakąś ogromną windą.

Pewnie hotelową, skoro pachnie praniem.

Nagle ktoś otworzył drzwi.

Ding, pomyślała Hanna.

Do pomieszczenia wszedł Teodor. Jak zwykle miał na sobie nienagannie dopasowany garnitur. Jak zwykle wyglądał groźnie.

Bez chwili wahania skręcił ku Hannie, nie nawiązując z nimi kontaktu wzrokowego minął dwóch kelnerów i siadł naprzeciwko dziewczyny.

– Cześć. – Skinął głową. – Zamówiłaś już coś?

– Wodę. Przyszłam minutę temu.

– To w takim razie koniecznie weźmy po tatarze, mają wspaniały, wędzony dymem sekundę przed podaniem.

– Niech będzie.

– Potem mięso czy wege?

– Mięso.

– Dobrze.

Chłopak wezwał gestem kelnera i złożył pełne zamówienie. Nie potrzebował karty. Widocznie często tu bywał. Do picia wziął napój energetyczny.

Spojrzał na leżącą przy stole torbę.

– Byłaś gdzieś? – spytał, opierając się na łokciach o blat.

W sumie, co za różnica. Okłamałam Adama, to i Teodora mogę.

– Na basenie.

– Na basenie – przedrzeźnił ją.

O co ci chodzi?

– Z kilometra czuć, jak ściemniasz. Pracowałaś z Adamem?

Przez kręgosłup Hanny przeszedł silny dreszcz. Rozważyła różne opcje. Poznała już Teodora na tyle, by nie bać się jego agresywnego sposobu rozmawiania, ale dyskusje z nim nadal nie sprawiały jej przyjemności.

– Tak. Czemu cię to nagle obchodzi?

– To mnie nie obchodzi. Obchodzi mnie, że kłamiesz.

Okej. Nie lubię cię.

– Nie wydaje mi się, by w zakresie naszej współpracy leżało informowanie cię o tym, jak spędzam prywatny czas.

– Praca z inną firmą nie jest twoim prywatnym czasem.

– Od początku ci mówiłam, że możemy poczekać, aż skończę projekt dla Adama.

– Jesteś tak zawzięta na ten etat, że nawet przez chwilę takie rozwiązanie nie wchodziło w grę. Oboje o tym wiemy.

Nieprawda. Ale nie chce mi się go przekonywać. Do niczego. Ani teraz, ani nigdy.

Co za buc.

Być może.

– Widzisz. – Teodor skinął głową.

– Tak, pracowałam z nim.

– I jak?

– Skończyliśmy. Teraz jesteś moim jedynym klientem.

– I tak ma zostać. Mam nadzieję, że zaoferowane pieniądze pozwolą mi cię przekonać, byś na razie nie brała nowych.

Hanna pomyślała o kwocie, którą zaproponował jej Teodor. To były wielkie pieniądze. O ile kiedykolwiek je dostanie, oczywiście.

Nie ufała obietnicom wypłat. Uspokajały ją dopiero wydrukowane potwierdzenia przelewów.

– Tak jak się umówiliśmy – odpowiedziała.

– Dobrze.

Teodor uśmiechnął się do niej kącikami ust, wyjął telefon i przez chwilę był nim zupełnie zajęty.

– Co robisz? – spytała Hanna.

– Właśnie dostałaś połowę kasy. Transze bankowe przesuwają się po piętnastej, czasem po siedemnastej, więc dziś wieczorem powinnaś zobaczyć przelew na swoim koncie. – Odłożył telefon na stół, ekranem do góry.

Hanna poprawiła się na krześle. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego czuła się przy tym człowieku tak niekomfortowo. Chyba chodziło o jego niespójność. W jednej chwili potrafił przeprosić, a następnie bez problemu atakował z pełną agresją.

Zapłacił jej szybciej niż ktokolwiek, ale zrobił to z pogardliwą łaską, tak często właściwą samozwańczym dyktatorom. Hannę naszła ochotę, dla zasady, odesłać mu tę wypłatę i na jego oczach skasować dotychczasowe wyniki pracy.

W międzyczasie kelnerzy przynieśli wszystkie dania naraz, zgodnie z życzeniem Teodora. Ten zarzucił krawat na ramię i rozłożył serwetę na kolanach. Stuknął widelcem o nóż.

– Smacznego – powiedział.

Jedli w milczeniu.

Hanna nie czuła się komfortowo. Miała ochotę porozmawiać o czymś nieistotnym, zabić tę ciszę. Zorientowała się jednak jakiś czas temu, że nie ma ochoty poznawać Teodora. On z kolei nigdy nie wyraził zainteresowania czymkolwiek poza wynikami jej pracy.

Siedzieli więc i stukali sztućcami o talerze. Jedli smaczne potrawy. Patrzyli na swoje dłonie.

Teodor skończył pierwszy. Odsunął od siebie resztkę deseru i od razu zamówił gorzką kawę.

– A więc – powiedział – przechodząc do interesów.

Hanna, nadal z kęsem sernika w buzi, podniosła na niego oczy.

On chyba żartuje.

– Aha? – powiedziała z pełnymi ustami.

– Zamówiłem u ciebie opracowanie kilku tabel i dalszą pracę nad tym algorytmem Adama. Tabele ostatecznie zgraliśmy na twój komputer, bo powiedziałem ci, że mam na to zgodę szefostwa.

Ty jesteś wredny, mnie boli tyłek od ciągłego siedzenia, a dzisiaj jest sobota. Omówimy jeszcze jakieś oczywistości?

Teodor rozłożył ręce.

– Możesz skasować te dane – dokończył.

Hanna uniosła brwi.

– Co?

– Dałem ci je tylko po to, by zobaczyć, jak pracujesz. Nie obchodzą mnie. Mam w firmie podwładnych od takich danych. To nawet nie były wyniki mojej korporacji, znalazłem jakieś luźne pakiety informacji w sieci.

– Ty chyba żartujesz.

– Nie, poważnie. – Uśmiechnął się. – Potraktuj tę pracę jako zadanie rekrutacyjne. Interesował mnie ten algorytm, o którym Adam opowiadał w barze. Nie miałem jednak jak sprawdzić, czy naprawdę ty jesteś jego autorką. Nie lubię płacić kłamcom.

O ty hipokryto.

I kłamco.

Przecież ja już raz przeszłam rekrutację w twojej firmie, moje papiery dosłownie leżą w twoich kadrach. Wystarczy tam pójść i sprawdzić, a nie marnować dziesiątki moich godzin na twoje paranoje.

Hanna była o włos od wybuchnięcia, ale ostatecznie się powstrzymała. Żeby zająć czymś ręce, powoli piła wodę.

– Ale – kontynuował Teodor – to naprawdę twoje dzieło, więc możemy działać dalej. Jesteś niezła w analitykę. Nie wiem, czy to twoja przenikliwość czy szczęście, ale ten algorytm jest godny większego budżetu. Kto wie, może nawet jakiś skrypt wewnętrzny byś nam napisała?

– Nie umiem programować.

– To sobie zatrudnię programistów. Cenny jest dla mnie tok myślenia i pomysł na filtrowanie informacji, nie sama egzekucja wykonawcza. To będzie najprostsze akurat. Zresztą, i tak nie masz dostępu do naszych baz danych, nie wiesz, jak przechowujemy rekordy.

– Faktycznie.

– Widzisz. Jeśli dobrze to rozegramy, możemy przyspieszyć kilka procesów decyzyjnych o dzień, może nawet dwa dni.

– Pisałam algorytm, żeby odciążyć ludzi, a nie, żeby przyspieszyć ich pracę.

Teodor wzruszył ramionami. Przypomniał sobie o krawacie i zsunął go z powrotem na koszulę.

– Nie wiem, po co to pisałaś. Fakt, twój algorytm pozwala ocenić pewien rodzaj danych bez udziału pracownika firmy, ale traktowanie go jako narzędzia dla człowieka nie ma sensu. O wiele lepiej użyć go zamiast człowieka.

Hanna przekrzywiła głowę. Zaczynała rozumieć.

– Zamiana jednej warstwy decyzyjnej, layera w korporacji, na wąską, wyspecjalizowaną sztuczną inteligencję?

– Nie schlebiaj sobie za bardzo. Nie na sztuczną inteligencję. Na skrypt. Ale, tak, o coś takiego chodzi.

– I co ci to da?

– Puszczę algorytm modelowo przez kilka tygodni ze swojego działu i potem przygotuję raport. I potem z tym raportem pójdę do mojego szefa. Jeśli uda mi się zoptymalizować działanie firmy o, powiedzmy, pięć stanowisk, w zasadzie na bank dostaję awans. Chociażby z powodu zaoszczędzonych pieniędzy.

Hanna poczuła mocny dreszcz. Przeszedł od jej karku, przez łopatki, plecy, rozlał się nad lędźwiami. Zadrżały jej ręce. Rozlała trochę wody na obrus.

– Czekaj – szepnęła.

– Tak?

– Optymalizacja stanowisk to zwolnienia?

– Oczywiście.

– Ale ja nie chcę, by ktoś przeze mnie stracił pracę.

Teodor wytrzeszczył na nią oczy i niespodziewanie zaniósł się tym swoim wysokim, drażniącym chichotem.

– Dziewczyno, ale ty jesteś naiwna. – Uspokoił się po chwili.

Hanna ściągnęła wargi. Nie lubiła nie rozumieć sytuacji, w jakiej się znajdowała. Drażniło ją, że nie ma podobnego doświadczenia co Teodor i ewidentnie nie może tego przeskoczyć.

– Jestem? – spytała tylko.

– To znaczy, albo jesteś naiwna, albo jesteś komunistką. Bo głupia nie jesteś, to już sprawdziłem. Korporacje chcą zarabiać. Pniesz się w górę, gdy pomagasz im zarabiać. To najlepsza droga do wyższych szczebli. Chcesz mieć pracę? Wypełniaj w stu procentach oczekiwania szefa. Chcesz awansować? Dodaj do tego gratisowe dziesięć procent wysiłku, nakierowanego na zysk całego przedsiębiorstwa.

– No dobrze, ale ja nie jestem częścią twojego przedsię…

Telefon chłopaka zadzwonił. Na ekranie pojawiła się nazwa kontaktu: „Perełka”.

Hanna odwróciła wzrok.

Teodor sięgnął po komórkę, odrzucił połączenie, wyłączył dźwięki i odłożył urządzenie z powrotem na stół, tym razem ekranem do dołu.

Hanna poczuła, że też powinna tak zrobić. Nie włączyła cichego trybu po taksówce do Łazienek i, jak znała życie, to Kot pewnie zbombarduje ją wiadomościami w najmniej odpowiednim momencie. Adam też może zaraz zacząć wydzwaniać. Dla pewności wybrała więc tryb samolotowy i położyła telefon na stole, też ekranem do dołu.

– Co mówiłaś? – Teodor uśmiechnął się, zupełnie zbywając nagłe wydarzenie.

– Nie jestem częścią twojego przedsiębiorstwa i nie życzę sobie, by ktokolwiek został przeze mnie zwolniony.

– Tylko widzisz, zapomniałaś o dwóch rzeczach.

– Jakich niby?

– Po pierwsze, jeśli ja awansuję, to i ty masz pracę. Wątpię, by firma rzuciła się na oszczędności wynikające ze zwolnienia pięciu nieprzydatnych ludzi. Może za to potraktować te pieniądze jako inwestycję, mającą na celu budowanie dalszych algorytmów oszczędzających kasę udziałowców. Czy to zrozumiałe?

Ale ja nie chcę pracować po to, by ktoś tracił pracę. Mam złożone papiery w jego korporacji, ale może w innym dziale będzie otwarcie? Może niekoniecznie pod nim?

Nie chcę z nim pracować.

Nie lubię go.

– Zrozumiałe.

– To zostaje druga sprawa.

– Tak?

– Już ci zapłaciłem.

Skubany.

Hanna znowu ściągnęła wargi. Postukała palcami w pustą szklankę. Kelner natychmiast podbiegł i nalał do niej świeżej wody. Dziewczyna, zdziwiona, podziękowała. Wzięła długi łyk.

– Czy się rozumiemy? – spytał Teodor.

Hanna założyła okulary. Długo patrzyła w oczy bezwzględnego biznesmena po drugiej stronie stołu. Nie mogła mu zaufać, to nie wchodziło w grę. Ale mogła być przydatna. Przynajmniej dopóki sama nie znajdzie innego zawodowego zaczepienia. Potem mogłaby próbować odzyskać samodzielność.

A zwolnienia?

Przecież mnie też nie przyjęto do pracy, bo się jakiś budżet nie spiął. Więc czemu się przejmuję etatami innych ludzi?

Kurczę, Hanna, bo jesteś sobą. Przecież ta sytuacja musi mieć rozsądne, uczciwe i dobre rozwiązanie. To, że go teraz nie widzisz, nie oznacza, że go nie ma.

Czyli co, mam odmówić Teodorowi, skasować algorytm i dalej wysyłać CV? W ciągu ostatniego miesiąca wysłałam ich ponad pięćdziesiąt. I nie dostałam zwrotki na żadne.

Ani jednej odpowiedzi.

Nic.

Może uda mi się zrobić ten algorytm tak, by jednak nikogo nie zwolniono?

Tak, by wystarczył tylko na zatrudnienie mnie?

Okej – odpowiedziała wreszcie cichym głosem.

– Ile ci to zajmie?

– Nie wiem. Kilka tygodni?

– Ile planujesz pracować każdego dnia?

– A co to za różnica? Tyle, by było dobrze i szybko. Nie narzekałeś chyba do tej pory na tempo moich obliczeń.

Teodor zmarszczył czoło.

– Słusznie. Niech tak będzie. Rozliczam się z tobą od projektu, a nie od godziny, więc mogę przystać na twoje warunki.

Dziękuję, jaśnie panie, zbytek łaski.

– Tak. Czy możemy w takim razie siąść do pracy?

– Ty tak, ja znikam.

– Jak to: znikasz?

– Zwyczajnie. Nie ma sensu, żebym z tobą siedział. To nieefektywne. Marnuję swój czas, a tobie w niczym nie pomagam.

– To po co mnie tu w ogóle dzisiaj ściągałeś?

Teodor podniósł z kolan serwetę i złożył ją kilkukrotnie w równy trójkąt. Rzucił ją potem niedbale na stół.

– Chciałem pogadać. Przekazać informacje. A także zagwarantować ci ładne miejsce do pracy. Obsługa ma numer mojej karty kredytowej, zamawiaj, co chcesz, na mój koszt. Zostali już o tym poinformowani.

– Wolałabym pracować z domu.

– Nie, nie wolałabyś.

Nie, nie wolałabym.

– Ale skoro nalegasz, to zostanę tutaj.

– Dobrze. Czy coś jeszcze?

– Nie, chyba nie.

Teodor wstał, mrugnął porozumiewawczo i po chwili już go nie było.

Hanna siedziała, trochę otumaniona. Wysoka, przywodząca na myśl grecki posąg, dziewczyna z obsługi podeszła zebrać ze stołu puste naczynia. Przyniosła za to karteczkę z hasłem do sieci wifi oraz kubek kawy. Prosty, porcelanowy. Niepasujący do otoczenia.

– Teodor powiedział, że lubisz pracować przy zwykłej czarnej. – Kelnerka uśmiechnęła się. – Przyniosłam ci trochę w normalnym kubku, mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?

Hanna uśmiechnęła się do dziewczyny.

– No coś ty, dziękuję.

– Nie ma za co. Chcesz jakieś ciastko?

– Jeszcze sernika?

Kelnerka roześmiała się perliście.

– Wszyscy uwielbiają nasz sernik. Ukroję ci większy kawałek.

– Chcesz, żebym tu zamieszkała?

– Mamy wolną komórkę pod schodami.

– A dolatują tam sowy?

– Tylko te magiczne – szepnęła teatralnie kelnerka i wróciła do pracy.

Hanna parsknęła i zaczęła bez przekonania rozkładać swoje stanowisko pracy. Ustawiła precyzyjnie komputer, notes, długopis, wyprostowała kabelek od słuchawek. Podpiętą ładowarkę też równo ułożyła. Porządek ją uspokajał.

Teodor okazał się człowiekiem, który dla ukochanej osoby zrobi wszystko. Problem leżał wyłącznie w jednym: Teodor kochał tylko siebie.

Nie da się ukryć, że w korporacyjnym światku będzie pewnie szybko awansował.

Hanna skrzywiła się.

I może mnie pociągnąć ze sobą.

Ale czy warto?

Wyrównała niesfornie turlający się po obrusie długopis, klasnęła dłońmi w nogi i pomasowała sobie przez sukienkę kolana. Coś ją wewnętrznie drażniło.

Przeszkadzało jej, że nie ma z kim podzielić się wątpliwościami. Kot jej wysłucha, ale po sekundzie przekieruje temat na samą siebie. Przyjaciółki z Lublina jej nie wysłuchają, nie naprawdę, za to na pewno zbombardują tysiącem przemądrzałych porad. I tak źle, i tak bez sensu.

Rodzice też średnio mają czas. Są bardzo zaangażowani w deklaracje maturalne młodszej siostry Hanny. Zresztą, przeprowadzając się do Warszawy, postanowiła nie mieszać ich w swoje problemy. Zawsze mogła na nich liczyć i bardzo ich kochała, ale wiedziała, że przy najmniejszej oznace niepokoju przekręciliby całe swoje życie tak, by jej pomóc. Na razie wolała mówić im, że daje radę, i pytać, co u nich. Zasługiwali na to.

Starym znajomym przestała ufać. Nowym jeszcze nie zaczęła.

Z Adamem miała relację czysto zawodową. A Louis…

A Louis by mnie zrugał. Powiedziałby, że w życiu liczy się szczerość i że dla złych ludzi nie warto pracować nawet za dobre nagrody.

Hanna cmoknęła z niezadowoleniem.

Łatwo byłoby mu sadzić takie rady, skoro sam już dawno przepłynął przez mielizny szukania pracy i co najwyżej męczył się z rocznymi wynikami finansowymi, nieświadomy, jak ciężko jest współczesnym absolwentom cokolwiek ugrać.

Kelnerka przyniosła kawałek ciasta. Położyła przy komputerze i, po chwili kontemplacji, przesunęła go tak, by komponował się z resztą przedmiotów na stole.

Zupełnie niespodziewająca się tego gestu Hanna wybuchła śmiechem. Nie mogła się powstrzymać.

Kelnerka spaliła się rumieńcem.

– No co? – spytała żartobliwie. – Też lubię, jak jest równo.

– Obiecuję, że jak zjem, to łyżeczka będzie leżała prostopadle do boku komputera. – Hanna przyłożyła dłoń do piersi.

– No, i tak ma być. – Kelnerka pokazała uniesiony kciuk i wróciła do siebie, na zaplecze.

Hanna popatrzyła za nią przez chwilę.

Okej, nie wszyscy na świecie są wredni. Może Teodor też ma bardziej ludzką stronę? Albo, nie wiem, Louis – bardziej biznesową? Tylko że dopóki nie zrobię tego algorytmu, to mogę o tym jedynie gdybać, bo nigdy nie będę częścią ich świata i nigdy się o tym nie dowiem.

Więc może najpierw go zrobię, a potem się zastanowię, co zrobić ze sobą?

Hannie spodobała się ta myśl. Była pragmatyczna. Prowadziła do czegoś. Można ją było zamienić w czyn.

Zjadła więc szybko sernik, zapiła ogromnym łykiem kawy i rzuciła się w wir pracy nad algorytmem. To nie było proste wyzwanie, ale na szczęście miała proste wytyczne. Wiedziała, jaki jest cel. Łatwo jej było więc rozpoznawać błędy i kategoryzować je tak, by nie zmagać się ciągle z tymi samymi zagadkami.

Lubiła to.

Czuła, jak z każdą iteracją kodu poprawia jej się humor.  Każda próba dawała jej satysfakcję i stabilizowała jej poczucie pewności siebie.

Hanna uspokajała się. Coraz bardziej wierzyła, że da radę.

W pewnym momencie tak się rozpędziła, że nawet znalazła w tyle głowy odrobinę przestrzeni na dodatkowe myśli. Rozważała sprawę z Adamem. Może trochę zbyt mocno wybuchła. Obiecała sobie potem do niego zadzwonić i pogadać, faktycznie pójść na to piwo. Może się pogodzą. Powie mu o Teodorze, zruga go za pseudonim, dogadają się. Przydałby jej się dobry kolega w tym mieści. Ktoś poza Kotem.

Czas mijał niepostrzeżenie. Cienie przecinające oświetlony złotym, popołudniowym słońcem świat wydłużyły się i zaczęły skubać ulice.

Hanna podniosła głowę znad komputera.

Bolały ją plecy.

Bolały ją oczy.

Czuła się świetnie.

Zamknęła laptopa i schowała do torby. Rozsiadła się wygodnie i wyprostowała nogi. To był długi dzień, ale sporo zrobiła. Zaczęła o wiele lepiej rozumieć problem i miała wrażenie, że jest bliżej rozwiązania.

Pomachała stopami.

Rozejrzała się po restauracji. Teraz było w niej dużo gości. Popołudniowa pora zwabiła ładnie ubranych ludzi na późny obiad lub wczesną kolację. Kelnerka od sernika uwijała się między stolikami, nosząc po cztery przystawki naraz.

Hanna była pod ogromnym wrażeniem jej zwinności. Dziewczyna musiała być przynajmniej o głowę wyższa od większości facetów, a gracji jej ruchów mogły zazdrościć zawodowe tancerki.

Nagle złapały się wzrokiem i uśmiechnęły do siebie, obydwie, w tej samej chwili.

Dobra, Hanno Wróbel. Patrz, jakie to łatwe. Już masz koleżankę. Przestań się tak nad sobą użalać. Będzie dobrze.

Przeproś i zaproś na piwo Adama. Przeproś i zaproś na nocne żarcie lodów i picie szampana Kota. Zaangażuj się w życie przyjaciółek z Lublina.

Pomóż młodszej siostrze z deklaracjami, przecież mała musi teraz panikować, mając przed sobą takie decyzje.

Dostań robotę i tyle.

Hanna od kilku dni czuła się, jakby wiosłowała w górę rzeki. Tak, robiła pewien progres i pod koniec każdego dnia mogła powiedzieć: „jest lepiej”, ale przypłacała to wysiłkiem i wypaleniem. Każdego kolejnego dnia rano budziła się z coraz większym zniechęceniem. Powoli męczyło ją, że wiecznie walczy z prądem.

W chwilach takich jak ta wydawało jej się, że może wcale nie musi wiosłować, że może ma na łodzi żagiel i tak naprawdę jej cel wcale nie leży u źródła rzeki, tylko gdzieś zupełnie indziej. Na przykład za oceanem. Taka wyprawa byłaby dłuższa, ale co z tego, jeśli płynęłaby na żaglach i zgodnie z wiatrem?

Hanna pobujała się chwilę na krześle, pełna nadziei, że jakoś to będzie.

Spakowała się, ułożyła ładnie puste kubki i talerzyki na stole. Spojrzała na torbę z rzeczami na basen. Powalczyła przez chwilę ze sobą, zastanawiając się, czy faktycznie się tam nie wybrać. Skoro już tylu osobom dzisiaj na ten temat ściemniła, to może teraz byłoby zabawnie zmienić kłamstwo w prawdę?

Niestety, gdy wstała, po jej ciele rozlało się zmęczenie, wywołane spędzeniem większości dnia w niewygodnej, mało ergonomicznej pozycji. Zarzuciła na plecy oba tobołki i skierowała się ku wyjściu.

Przy samych drzwiach zatrzymała na moment wracającą z sali kelnerkę.

– Słuchaj, nie masz może ochoty skoczyć na plotki w wolnym czasie? – spytała ją, bez pardonu, nie bardzo wiedząc, skąd znajduje w sobie odwagę na takie słowa.

Kelnerka nadęła oba policzki i wypuściła powietrze, wydając z siebie śmieszny dźwięk.

– To najdziwniejsze pytanie, jakie usłyszałam w życiu. A weź pod uwagę, że średnio raz na miesiąc ktoś mi się oświadcza w tej knajpie.

Hanna wzruszyła ramionami.

– My, neurotycy z nerwicami, powinniśmy się trzymać razem.

– Coś w tym jest.

– Hanna. – Hanna wyciągnęła rękę.

– Łucja. – Łucja ją uścisnęła.

– Złapiesz mnie na fejsie? Na nazwisko mam Wróbel, łatwo zapamiętać.

– Pewnie. Ja na zdjęciu profilowym mam moje kudły, więc szybko mnie rozpoznasz.

– Ale super.

Łucja uśmiechnęła się i pokazała łokciem w stronę kuchni.

– Teraz muszę lecieć. Do pogadania?

– Do pogadania. – Hanna dygnęła teatralnie.

Dziewczyny odwróciły się od siebie jak na sygnał. Jedna poszła złapać kolejne zamówienia, druga wyszła na ulicę.

Hanna podreptała w miejscu, nie bardzo wiedząc co teraz. Była z siebie dumna, że sama do kogoś podeszła i po prostu powiedziała, jaki ma cel. Męczyły ją ciągłe niedopowiedzenia. To akurat było coś, z czym zmagała się od dzieciństwa. Ludzie zawsze mają problemy z nazywaniem swoich intencji. Wszędzie na świecie, nie tylko w Warszawie.

Hanna czasem zastanawiała się, czy i ona sama nie jest na tym polu bez winy. Wierzyła mocno w założenie, że kłótnie prawie zawsze płyną z prostych nieporozumień, które czas obudowuje w gorycz i zniechęcenie. A ostatnio kłóciła się z ludźmi sporo. Częściej niż kiedykolwiek.

Z Kotem.

Z Adamem.

Jednak zawsze, gdy zaczynała o tym myśleć, coś odwracało jej uwagę…

Łucja.

Mam nową koleżankę?

Uśmiechnęła się pod nosem i poszła ku głośnemu skrzyżowaniu nieopodal. Uznała, że zgarnie z pracy Kota. Postanowiła nie pisać z wyprzedzeniem, Kamila zasługiwała na miłą niespodziankę.

Złapała więc autobus. W dzień powszedni walczyłaby w nim z masą biznesmenów z Mokotowa. Teraz, w sobotę, z linii korzystali przede wszystkim starsi państwo.

Dziewczyna patrzyła na nich, stojąc przy środkowych drzwiach niskopodłogowego pojazdu. Wyjątkowo elegancka staruszka w prostej, czarnej sukience i białych, koronkowych rękawiczkach pomachała do niej. Hanna odpowiedziała uśmiechem i skierowała spojrzenie za okno.

Do wieczoru nadal zostało kilka godzin.

Zrobiło się cieplej.

Zrobiło się duszniej.

Fale rudego, miękkiego światła późnego popołudnia zalewały miasto. Spacerowicze rozpinali koszule i zdejmowali z szyi apaszki. Kupowali sobie lody, pili dużo wody. Szukali w przejściach, bramach i na rogach ulic zrywających się wieczorami wiatrów. Ich ubrania powiewały wtedy leniwie, oddając choć odrobinę zebranej za dnia temperatury.

Hanna czuła, jak z każdym metrem pokonywanym przez autobus uchodzi z niej energia. Dogoniło ją kilka godzin wytężonej pracy umysłowej. Poczuła senność.

Była minimalnie rozdrażniona sprzeczką z Adamem i dziwnym traktowaniem jej przez Teodora, ale uznała, że wczesny sen lub dziewczyńska randka z Kotem załatwią temat.

Wysiadła na swoim przystanku, dosłownie kilka metrów od drzwi kawiarni „Porto”. Liczny, barwny tłum ludzi podążał w obie strony ulicy. Połowa kierowała się prosto w blask, ku słońcu. Połowa szła ku rosnącym na wschodzie cieniom.

Hanna próbowała przeciąć tłum w poprzek.

Nagle wpadła na Adama.

– Tutaj jesteś. – Chłopak uśmiechnął się na jej widok.

Zdążył się przebrać. Rano jego strój był formalny, teraz jednak odpuścił i wybrał płaskie sneakersy, proste jeansy i kolorową koszulkę z krótkim rękawkiem. Nadruk przedstawiał kubek kawy i napis: „damn fine coffee”.

Adam wyglądał, jakby dopiero szedł na studia.

– A gdzie mam być? – Hanna uniosła brwi.

– Dzwonię do ciebie od paru godzin. Masz wyłączone dźwięki?

A, faktycznie.

Tak, nie chciałam, żeby mnie rozpraszały. Co tu robisz?

Adam przestąpił z nogi na nogę.

– A wiesz, niezręcznie wyszło rano. Chcę załatwić sprawę. Nie odbierałaś, to przyszedłem do „Porto”, uznałem, że skoro pracujesz, to pewnie będziesz tutaj. Kot mi powiedziała, że nie przyszłaś.

– Nie, nie przyszłam.

– Słuchaj. Tak na marginesie… – Adam złapał Hannę za ramię i przesunął bliżej budynków.

Tłum ciągnący w obie strony ulicy był potężny i popychał ich to w jedną, to w drugą stronę.

– Czy z Kotem wszystko gra?

– A czemu ma nie grać?

– Pytała się mnie o pracę. Coś lepiej płatnego.

Hanna podrapała się za uchem.

– Nie miałam dla niej czasu ostatnio.

– Właśnie ja też.

– Martwić się?

– Wiesz, to Kot. – Adam siadł na murku przy oknach kawiarni. – Mieszkacie razem, więc pewnie znasz ją lepiej, ale na tyle, na ile miałem okazję zaobserwować, nie wygląda najlepiej.

– Mi też sygnalizowała, że coś nie gra.

– Trzeba z nią pogadać.

– Chcę ją wziąć na babski wieczór. Nie wiem, czy go potrzebuje, bo ostatnio ze swoimi przyjaciółkami ciągle gdzieś łażą, ale skoro wspomniała mi o swoich problemach, to może też się przydam.

– Pragmatyczna jesteś.

Hanna wzruszyła ramionami. Położyła na ziemi plecak i torbę, bo zaczynały jej ciążyć. Nie siadała jednak. Bolały ją plecy. Chciała chwilę postać.

– Czasem trzeba. Jest jeszcze?

– Kto?

– Kot, w „Porto”, na swojej zmianie. Jest jeszcze?

– Nie. Złapałem ją, gdy wychodziła. Nie mówiła, dokąd idzie.

– Najwyżej potem do niej zadzwonię.

– Może jest zmęczona i poczłapała do domu?

Pod okoliczny sklep zajechał stary polonez przerobiony na kabriolet. Ubrany na podryw kierowca zgasił silnik, wyciągnął telefon i zaczął coś w nim klikać.

Głośna, wakacyjna muzyka dudniła z głośników. Kilka głów spośród tłumu zaczęło bezwiednie kiwać głowami w rytm podbitego elektronicznym beatem refrenu.

Hanna pomasowała odciśnięcie na ramieniu. Noszone od rana tobołki zaczynały dawać jej się we znaki.

– Pewnie tak. I tak do niej zadzwonię, ale masz rację, może jest w mieszkaniu. Znajdę ją więc, umyję, pogłaszczę, padniemy we dwie na materac i będziemy, niczym styrane, ale zdolne do filozofowania mopsy, gawędzić aż do świtu o życiu i śmierci.

– Też jesteś zmęczona?

– A daj spokój.

– Taki dzień?

– Od przyjazdu do Warszawy każdy dzień.

– Zaczynanie w tym mieście nie jest łatwe, co? Sam przez to przechodziłem.

Hanna wykrzywiła usta w podkówkę.

– Nie jesteś stąd?

– A skąd. Ale to nie jest rozmowa na siedzenie na murku, nie sądzisz?

– Faktycznie.

– Tak czułem.

Adam rozluźnił ramiona i oparł się wygodniej o okno lokalu. Spojrzał na swoje buty. Potupał nimi w miejscu.

Spojrzał na leżącą koło jego nóg torbę Hanny. Przejechał wzrokiem do jej stóp, wspiął się po jej nogach, na chwilę skręcił na jej dłonie, aż najwięcej czasu i uwagi poświęcił jej oczom.

Hanna poczuła, że się rumieni.

Co to ma być? Może jeszcze mam się rozebrać?

– Co się tak gapisz? – spytała.

Zabrzmiała agresywniej, niż chciała.

– Nie byłaś na basenie? – zignorował jej pytanie Adam.

Poważnie, o co dzisiaj chodzi z dziwnymi pytaniami?

– Jak to? Byłam.

– I nie otwierałaś torby? Rano miałaś do niej tak dziwnie przyklejony jakiś śmietek, nadal tam jest.

– Nie rozumiem. Nie wiem, może go po prostu nie strąciłam?

– Aha.

– No co?

– I długopis z wnętrza lewej dłoni też się nie zmył? – Adam parsknął.

Hanna spojrzała na swoje ręce. Faktycznie, nadal miała pomazaną plamę z porannego spotkania.

– Nie rozumiem. Może byłam, a może nie byłam. Może potem pracowałam i znowu się pomazałam?

Adam roześmiał się głośno.

– Jasne. I po pływaniu nie przebrałaś się w nic wygodniejszego? Odtworzyłaś makijaż? Niezła jesteś.

Hanna poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku.

O co mu chodzi?

A może ja lubię dobrze wyglądać?

– Bardzo to w tobie cenię.

– Nie wolno mi?

Adam ściągnął brwi. Wyglądał na zdziwionego.

– Jej, wolno. Oczywiście, że wolno – odpowiedział wesołym tonem. – Ale czemu tak dziwnie reagujesz na każde pytanie?

– Bo nie rozumiem, dlaczego obchodzi cię moje prywatne życie.

Zdziwienie na twarzy chłopaka zmieniło się w niechęć. Wyglądało jak więdnący w ciągu sekundy kwiat.

Adam poczuł się zraniony.

– Po prostu się spytałem o parę pierdół. Czemu odbierasz to jako atak?

Dudniąca muzyka z poloneza kabrioletu nie cichła. Ludzie też byli głośni. Temperatura – nieprzyjemna.

Choć poznanie Łucji i uśmiech od starszej pani w autobusie poprawiły Hannie humor, oba te przebłyski radości szybko rozwiewały się w gorących wiatrach wieczoru. Zmęczenie sprowokowało irytację.

Hanna poczuła każdy z setki swoich drobnych dyskomfortów. Od wielu godzin była w tej samej sukience, a przez pośpiech zapomniała zdjąć z siebie w autobusie płaszcz. Teraz też nie miała już co z nim zrobić, bo nie chciała w miejscu publicznym pokazywać spoconych plam na sukience.

Bolało ją ramię. Bolały ją plecy. Bolały ją stopy. Czuła się lepka i styrana.

Boże, jaka styrana.

Chciała pójść na zimne piwo z koleżanką lub sama pod zimny prysznic.

– Adam. – Pokręciła głową.

– Tak?

– Muszę lecieć.

Chłopak wstał natychmiast, zrobił krok ku Hannie, ale od razu się zreflektował i wrócił na bezpieczny dystans. Włożył ręce do kieszeni. Wyglądał na strasznie zdenerwowanego.

– Ale specjalnie po ciebie tu przyszedłem.

– Może, ale nie wiem po co. Jak mamy coś do obgadania, to proszę, obgadajmy to jutro, dobrze? Miałam długi dzień.

– Jesteś pewna?

Hanna poczuła, że wyczerpuje się jej cierpliwość. Zupełnie nie miała teraz serca do radzenia sobie z dziwnymi zachowaniami Adama.

– Nie, jeszcze czekam na ostateczny faks decyzyjny – rzuciła cynicznie.

– Hanka, jej.

– Co?

– O co ci chodzi?

O co MI chodzi?

Miałam bardzo długi dzień, trudny między innymi dlatego, że rano średnio mnie potraktowałeś. Jeśli w tamtej sprzeczce była też moja wina, to chętnie się do tego sama przyznam, ale proszę, daj mi najpierw odpocząć i wziąć prysznic.

– Trochę była.

Hanna przewróciła oczami.

– Fantastycznie, potrzebowałam teraz tej informacji. Gdy to przemyślę, napiszę do ciebie, dobrze? Teraz nie mam siły. – Z każdym słowem jej dykcja robiła się coraz wyraźniejsza. – Być może to z mojej strony nieładne, w takim razie mogę od razu cię przeprosić i za to, ale zwyczajnie nie mam już siły.

Adam zrobił kolejne pół kroku w tył.

– Dobrze, rozumiem. Ale…

– Jest wieczór – Hanna przerwała mu w połowie wypowiadanej samogłoski – a ty łapiesz mnie pod kawiarnią i chcesz gadać na temat Kamili. A potem czepiasz się mojego basenu. Może byłam. Może nie byłam. Adam, do jasnej cholery, co cię to obchodzi?

– Powtórzę. Czemu każde pytanie odbierasz jako atak?

– Poważnie się pytasz?

– Tak, poważnie.

Hanna skrzyżowała ręce na piersi.

– Bo przez ponad miesiąc ani razu nie wyrażasz najmniejszego zainteresowania moim życiem prywatnym, a teraz nagle wszystko cię ciekawi.

Adam się skrzywił. Kolejne zranienie. Wbił ręce głębiej w kieszenie spodni.

– Może tak było – przyznał – ale chcę to naprawić.

– A może teraz nie mam na to ochoty?

– Jak to?

– Nie mam najmniejszej potrzeby opowiadać o moim życiu prywatnym.

– Ale dzisiaj czy w ogóle?

Hanna poprawiła okulary i zmierzyła chłopaka agresywnym spojrzeniem. Zacisnęła z całej siły żuchwę i ściągnęła usta.

Nie rób tego, nie rób tego, nie rób tego.

– Nie mam najmniejszej potrzeby opowiadać o moim życiu prywatnym tobie – powiedziała bez emocji.

Brawo.

Adam uśmiechnął się kwaśno. Trzecie zranienie. Podniósł głowę.

– Nie wiedziałem, że mam prawny zakaz kolegowania się z tobą.

– Kolegowania?

To wybiło go z rytmu. Ewidentnie miał przygotowaną kolejną uwagę, ale nie spodziewał się tego pytania.

– Tak. Kolegowania – rzucił. – Tego słowa też mi nie wolno używać? A jest cokolwiek, co wolno mi robić, jaśnie panno?

Hanna poczuła w żołądku wrzącą gorycz. Jej przełyk zapłonął świeżą, kwaśną zgagą.

Panno?

Schowała twarz w ręce. Przetarła pot z nosa i ust, starając się nie naruszyć resztek makijażu. Podsunęła dłonie złączone jak do modlitwy pod podbródek.

– Nie mam kolegów, którzy za plecami koleżanek wymyślają na kogoś gówniane powiedzonka.

– Co?

– Po kimś, przez kogo mówi się o mnie w światku biznesowym „Panna Numerek” spodziewałabym się jednak, że będzie miał gdzieś, czy się lubimy.

Adam kilkukrotnie otworzył i zamknął usta. Wypuścił wreszcie nosem powietrze i rozłożył ręce.

– Moja wina – powiedział.

– Nie da się ukryć.

– Od dawna wiesz?

– Od dawna.

– I nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć?

– To tak nie działa, Adam.

– Może i nie działa, ale od jakiegoś czasu czułem, że coś w sobie kisisz. Gdybym wiedział, jak cię to zaboli, spędziłbym bity tydzień, dzwoniąc po ludziach i odkręcając sytuację. Przepraszam, serio. To taki… odruch.

– Odruch?

Adam usiadł z powrotem na murku.

– Że mówi się o ludziach bez szacunku. Jak inaczej niby mam się tobą pochwalić w barze, żeby potem koledzy nie męczyli mnie przez miesiąc?

– Aha, biedny Adaś – powiedziała Hanna z teatralną troską w głosie – wstydzi się, że sam nie umie liczyć cyferek, więc ośmieszy nową kobietę na rynku. Taki mądry Adaś.

– Hanka, kurde. Nie pozwalaj sobie.

– Ja mam sobie nie pozwalać?

– Tak. Przeprosiłem. Zadzwonię do kogo trzeba i powiem, że byłem głupi, że tak cię nazwałem. I tak miałem potem wyrzuty sumienia. Daj mi to naprawić. Tylko teraz ze mnie nie szydź.

– Podsumujmy. Najpierw ośmieszasz mnie na rynku, potem przez kilka tygodni podejmujesz ze mną tylko biznesowe tematy. Nigdy nic prywatnego. A teraz, gdy wreszcie nie musimy mieć ze sobą kontaktu, nagle ci odbija i chcesz mnie poznać prywatnie, tak?

Adam wyglądał na ciężko zmieszanego.

– No… tak.

– Trochę za późno.

– To był durny żart w pubie. Ty też na pewno, jak rozmawiasz z Kotem, to nie mówisz o mnie „Adam” tylko „ta niedojda”.

Hannę aż zapiekło gardło.

– A żebyś się nie zdziwił. Zawsze cię bronię i mówię o tobie po imieniu, cwaniaku. Może nie mierz innych swoją miarą.

– No to ja nie jestem taki święty. Przepraszam. Skoro aż tak cię drażnię, to po co w ogóle dla mnie pracowałaś, co?

– Dla kasy.

Adamowi zadrżały usta. Po chwili jednak uspokoił się i zmrużył oczy.

Coś się zmieniło. W jego oczach błysnęło zrozumienie.

Cholera.

– Jeśli wiesz o tym, że to ja pierwszy nazwałem cię „Panną Numerek”, to znaczy, że rozmawiałaś albo z Jackiem… – tutaj przerwał.

Nie zdradź się, nie zdradź się, nie zdradź się.

– … albo z Teodorem – dokończył.

Hanna przygryzła wargę.

Adam wyglądał, jakby zjadł cytrynę.

– Masz drugiego klienta – powiedział z pogardą. – Tamten telefon, gdy mnie olałaś i przesunęłaś swobodnie spotkanie na inną godzinę, te wszystkie dziwne wymówki, nagłe zakupy, nagły basen, twoja nagła zmiana w traktowaniu mnie kilka tygodni temu, twoje nieodbieranie telefonu i ogrom skoroszytów na pulpicie komputera, które ewidentnie należą do korporacji, ale ty od blisko miesiąca kłamałaś mi w żywe oczy, że sobie trenujesz, tak?

Hanna zgarnęła torbę i plecak. Odwróciła się na pięcie i poszła.

Adam na moment zamarł w ciężkim szoku, ale na widok pleców dziewczyny otrząsnął się i ruszył za nią. Wyrównał tempo tak, by iść ramię w ramię.

– O proszę, czyli trafiłem za pierwszym razem – kontynuował. – Coś pominąłem?

– Nie – wycedziła przez zęby Hanna.

– I to ja miałem ciebie przepraszać?

– Tak.

– Za co niby.

– Za to, że ty już tu pracujesz, Adam. Ty już masz tu ludzi, znajomych, życie, pracę, pieniądze i karierę.

– I?

– I na wejście robisz tak, by mi było trudniej. Myślisz, że łatwo mi będzie znaleźć kolejnego klienta, jeśli na moje nazwisko od razu zareagują: „o, to przecież Panna Numerek”?

– A ty myślisz, że ktokolwiek w ogóle cię skojarzy? W tym świecie przedstawiasz się ludziom dziesięć razy, zanim w ogóle ogarną, że widzieli cię już dwadzieścia razy.

Hanna nigdy o tym nie pomyślała. Kiedyś przez moment, jeszcze na studiach, przylgnął do niej pseudonim „Strudel”, bo miała epizod jedzenia ogromnej ilości ciastek w trakcie sesji, i po chwili o ksywce wiedziała połowa uczelni. Założyła, że tutaj też tak jest.

Zatrzymała się. Rozejrzała dookoła. Byli na pustym, zacienionym podwórku, kilkadziesiąt metrów od jej klatki schodowej.

Adam też przystanął.

– Może i masz rację – powiedziała cicho.

Adam machnął ręką.

– Oczywiście, że mam rację. Wywracam szklanki, ale jestem dobry w tym, co robię, i mogłabyś czasem potraktować mnie poważniej.

– Przecież traktuję cię poważnie.

– Tak? Masz nowego klienta i od razu spychasz mnie w dół kolejki? Może jeszcze mi powiesz, że to dlatego nie masz czasu poprawić algorytmu… – Adam przerwał w połowie pytania, widząc minę Hanny.

O nie, pomyślała.

Poczuła ucisk w klatce.

– … bo przecież oboje wiemy, że jesteś zdolna go napisać – dokończył cicho Adam.

– Adam.

– Teodor chce od ciebie kupić algorytm, tak?

– Adam, nie.

– Coś, co ja ci zaproponowałem i ja ci pokazałem, ty teraz chcesz sprzedać za pieniądze dalej, tak?

– Adam, proszę.

Chłopak roześmiał się gorzko.

– No, Hanna, widzę że wspaniale sobie poradzisz w Warszawie. Kradzież pomysłów, kłamanie współpracownikom i polityczne dobieranie projektów. A jesteś tutaj ile, miesiąc? Dwa miesiące?

– Półtora.

– Półtora. Gratulacje.

– Nie mów tak.

– Czym cię przekupił?

– Co?

Adam przekrzywił głowę i uśmiechnął się smutno.

– Kasą? Tyle wystarczyło, byś olała swojego pierwszego biznesowego znajomego w Warszawie na rzecz jednego z najwredniejszych ludzi w całej branży?

Hanna założyła ręce za głowę.

– Nie, nie kasą – szepnęła.

– To czym?

– Pracą. Obietnicą pracy. Ty też mi taką złożyłeś, a nigdy jakoś nie dotarłeś do tych swoich magicznych kadr.

Adam nadął pierś.

– Bo nie było ku temu powodu – krzyknął.

Echo jego głosu poniosło się po podwórkowej studni. Z wysokiego kasztanowca zerwało się stado ptaków.

– Nie krzycz – powiedziała przestraszonym tonem Hanna.

– To ty się zachowuj dojrzale. Wiesz, ile trwało, zanim dostałem awans i z trybika, który nosi kawę, stałem się trybikiem, który pracuje przy projektach?

– Nie wiem.

– Strzelaj. Rok? Trzy lata? Pięć lat?

– Trzy lata?

– Dwa miesiące.

– Jak to?

– Wystarczyło tylko raz się wykazać i po dwóch miesiącach nadarzyła się okazja. Cały mój dział został wtedy na nocną zmianę, szefostwo w akcie łaski przyniosło nam skrzynkę napojów energetycznych, a ja jako jedyny zamiast czytać tysiące przepisów jak idiota, napisałem program. Oni po trzech godzinach byli w połowie pracy, ja nie miałem nic. Oni po pięciu godzinach byli w trzech czwartych pracy, ja nadal, pozornie, nie miałem nic.

Hanna jeszcze ani razu nie spojrzała na Adama z podziwem. Aż do tej pory.

– Po siedmiu godzinach – mówił dalej z zagadkowym uśmiechem na ustach – oni sprawdzali już ostatnie błędy, a ja uruchomiłem pisany przez cały ten czas skrypt i w mniej niż trzydzieści minut przerobiłem dane całego działu. Wróciłem do domu wziąć prysznic i się ogolić, wrzucić na siebie nowe ciuchy. Z powrotem w biurze czekał na mnie uścisk dłoni przełożonej i papiery świadczące o tym, że przenoszą mnie wyżej.

– Nie wiedziałam.

– A skąd miałabyś wiedzieć? Też mnie nigdy o nic nie spytałaś. Być może inni dostają to, co chcą, ciężką pracą. Ja nie umiem ciężko pracować. Ciągle coś psuję. Pracuję więc sprytnie. Pracujesz ze mną, więc i z tobą chciałem pracować sprytnie. Gdybyś dokończyła co trzeba, istniałyby spore szanse, że załatwiłbym ci jakąś podstawową robotę.

Stali przez chwilę w ciszy.

– Czemu nigdy nic nie powiedziałeś?

– Po pierwsze: nie pytałaś. Po drugie: po co? Po trzecie: wiem, co robię. Wystarczyło mi zaufać.

– Ufałam ci.

– Nieprawda. – Adam westchnął i siadł na metalowej ławce przy osiedlowym trzepaku. – Ale z drugiej strony – kontynuował strasznie zmęczonym głosem – nie dziwię ci się. Mogłem cię upewnić, że zmierzamy w dobrą stronę.

Hanna podeszła i siadła obok niego. Spoglądała na swoje buty. Czuła się ohydnie.

– Do niedawna pisałam ludziom magisterki, wiesz? – powiedziała cicho.

– Poważnie?

– Sporo roboty, niezła kasa. Miałam za co żyć. Dlatego tak mi zależało, by praca tutaj, praca warszawska, z ludźmi z biznesu, prowadziła do pracy, a nie do kolejnej kasy.

– Etat i kasa są powiązane, wiesz?

– Nie wtedy, kiedy zaczynasz.

Adam się zamyślił.

– Okej, fakt. Przyjmuję ten argument.

– Przepraszam, że cię tak potraktowałam.

– Przepraszam, że cię tak nazwałem.

Popatrzyli na siebie.

– Teodor już mi zapłacił za ten algorytm.

– Podejrzewam. On zawsze tak robi. To bardzo dziwny koleś, uważaj na niego.

– Ciągle mówi, że dzięki temu awansuje i może pociągnąć mnie za sobą.

– Zastanowiłbym się, czy lepiej ufać komuś, kto coś mówi, czy komuś, kto coś robi.

– Ty ani nic nie mówiłeś, ani nic nie robiłeś.

Adam wzruszył ramionami.

– Może i racja.

– Głupio wyszło.

– Tak to jest, jak ludzie od razu nie mówią, o co im chodzi.

Hanna parsknęła. Choć wszystko się zawaliło, czuła ulgę. Nawet jeśli mieli więcej nie rozmawiać, to przynajmniej nie było już między nimi żadnych kłamstw.

– Mądry się znalazł.

Adam pokręcił głową.

– Serio. Tak jest. Ja często coś chrzanię, bo jestem niedokładny. Mam sporą wprawę w naprawianiu. O ile wiem, że coś popsułem.

– Zapamiętam.

– Proszę.

– Głupio wyszło – powtórzyła Hanna.

– Strasznie dużo żalu do mnie miałaś.

– Nadal mam. Źle cię potraktowałam, to prawda. Przepraszam za ten algorytm. Ale przezwisko, jakie mi dałeś? Cisza w sprawie etatu? Wiecznie tylko te liczby, i liczby, i liczby? Jak dzisiaj była okazja poświętować, to też gadałeś tylko o liczbach. Nie rozumiem tego. Dlatego zaczęłam kłamać, a ja naprawdę nie kłamię, przyrzekam. Po prostu nie wiem, jak się robi, żeby być naraz sobą, ale też osiągać coś na rynku pracy. I tutaj totalnie mi nie pomogłeś. Nie twoja wina, tylko… początkowo chciałam się zakolegować. Ale teraz, szczerze mówiąc, strasznie mnie to już męczy. Może wyjściem jest oddzielenie życia prywatnego od zawodowego? Tak zupełnie? Nie wiem, Adam. Nie mam pojęcia.

Ulicą po drugiej stronie osiedlowej bramy przejechał na sygnale wóz straży pożarnej.

– Czyli będę leciał – powiedział Adam, wstając z ławki. – Może i miałaś rację, że dziś nie był najlepszy dzień na jakąkolwiek rozmowę.

– A właśnie.

– Co?

– Po co tu przyszedłeś?

Hanna siedziała, ściskając mocno dłonie na kolanach. Patrzyła na chłopaka. Bardzo mało rozumiała z tego, co się właśnie stało, ale poczuła, że coś prawdziwego zaczyna dziać się między nimi dopiero teraz.

Zdjęła z nosa okulary przeciwsłoneczne i zaczepiła je o dekolt sukienki. Nie były już jej potrzebne.

Adam przestąpił z nogi na nogę. Roześmiał się nerwowo.

– Załatwić sprawę z rana? – spytał.

To jest pytanie?

Hej. A naprawdę?

– Z Kotem też chciałem pogadać.

– Ale powiedziałeś, że to do mnie nie mogłeś się dodzwonić.

– Bo chciałem załatwić sprawę z rana – powtórzył.

Hanna zacisnęła zęby. To, co chciała powiedzieć, mogło wywołać kolejną eskalację konfliktu, ale nie mogła się powstrzymać.

– A pewny jesteś? – uśmiechnęła się z całą sympatią, którą potrafiła w sobie znaleźć. Nie miała złych intencji

Patrzyli sobie w oczy w zupełnej ciszy.

Pytam serio, pytam serio, pytam serio.

Wreszcie Adam znowu wsadził ręce do kieszeni i zabujał się na piętach.

– To ma związek i z rankiem, i z tym, o czym gadaliśmy przed chwilą – powiedział. – Czasem mam problem z ogarnianiem niektórych spraw. Dlatego potrzebowałem twojej pomocy. Praca nad różnymi programami liczącymi jest dla mnie łatwa, sam projektuję zawodowo dwa spore naraz, ale codzienne zlecenia przyprawiają mnie o ból głowy. Dlatego wynająłem ciebie. I jak zobaczyłem, jak szybko wykonujesz zwykłe tabele, postanowiłem podrzucić ci też projekt jeszcze innego algorytmu, o którym od jakiegoś czasu myślałem.

– Czemu sam się nim nie zająłeś?

– Nie mam czasu. A skoro znalazłem kogoś tak samo dobrego jak ja, jeśli nawet nie lepszego, to pomyślałem: „czemu nie?”. Trzy to więcej niż dwa. Dodatkowa szansa na dalsze awanse.

– Aha?

– No i nam się świetnie rozmawiało o tej pracy, o liczbach, o rozwiązywaniu problemów. Z tobą w ogóle fajnie się pracuje, tak wiesz, ramię w ramię.

Adam denerwował się coraz bardziej.

Hanna zupełnie nie rozumiała, o co mu chodzi.

– Dzięki? – Uniosła brwi.

– I słuchaj, co jakiś czas chciałem cię spytać o coś prywatnego, ale nie wiedziałem, czy chcesz być tak traktowana, czy nie, więc nigdy nie pytałem. Wydawało mi się, że lubisz gadać o liczeniu, to gadałem o tym. Chciałem dobrze, naprawdę.

Jak on się mnie spyta, czy możemy jednak popracować nad tym algorytmem, to mu strzelę.

– Aha? – ponagliła go Hanna.

Adam uśmiechnął się do niej z rezygnacją.

– Od paru dni wiedziałem, że dzisiaj kończymy wspólną pracę. Dlatego chciałem spotkać się też wieczorem. Poświętować.

– Powiedziałeś, że w sprawie algorytmu.

– A co miałem powiedzieć, skoro tylko praca nas łączyła?

Hanna znowu traciła cierpliwość.

– To po co chciałeś się spotkać? Skoro tylko praca nas łączyła, to mogła nam wystarczyć ta słodka kawa z porannego spotkania.

Adam wzruszył ramionami.

– Wiem. Ale chciałem pod pretekstem tego durnego algorytmu pogadać dziś z tobą o czymś niezwiązanym z pracą. No wiesz, poznać cię jako dziewczynę.

– Co? – Hannie przeszedł przez głowę huragan skojarzeń, które błyskawicznie formowały się w przeczucie, że…

– Chciałem cię zaprosić na randkę – uprzedził jej myśli Adam.

Na drzewo, pod którym siedzieli, wróciły wszystkie przestraszone wcześniejszym krzykiem ptaki.

– Ale teraz to już chyba bez znaczenia, nie? – dopowiedział cicho, jakby do samego siebie.

Wieczorne cienie odliczające czas ich rozmowy dobiły do przeciwległej ściany blokowej studni. Pięły się teraz po kolejnych piętrach, zamykając rozmawiającą dwójkę w coraz głębszych ciemnościach. Pachniało dusznym, gęstniejącym ciepłem.

Adam mrugnął konspiracyjnie.

– Przelew puszczę w poniedziałek – dodał i odszedł.

… ciąg dalszy – czwarty odcinek – znajdziesz tutaj

A w nim: Czy Hanna poradzi sobie z coraz mocniejszym poczuciem beznadziei? Czy znajdzie rozwiązanie kryzysu zawodowego? Czy jeszcze kiedyś Adam będzie miał u niej szansę? No i najważniejsze – czy starczy jej na to wszystko kawy?

Dowiedz się z czwartego odcinka!

Zapisz się do newslettera „Tajemna Lista” i nie przegap kolejnych odcinków.

Dołącz do Sekretnej Kawiarni i podyskutuj z innymi Czytelnikami.

Ciao ,

Andrzej Tucholski

 
Bądźmy w kontakcie:
  • PannaPollyannaa

    Przeczytałam hurtem wszystkie trzy i czytało się świetnie. Czekam na kolejne :) Iza od Psa

    • O nie, Iza Ty też tutaj? Zrobiłam podobnie, super innowacyjny pomysł z tym „serialem” :)

      • PannaPollyannaa

        😂😂😂 ja tu przychodzę, czytam i się uczę. Tak samo jak od Ciebie ❤️

    • Justyna

      Dokładnie tak samo, trzy w jednym. Wciąga jak mało co:)

  • nat

    Miesiąc? Nie wiem jak wytrzymam tyle czasu do kolejnego spotkania z Hanną i jej – moimi – problemami. Będę czekać z niecierpliwością :)

    • To ja idę pisać!:)

      • nat

        A ja biegnę kupić wreszcie masło orzechowe, bo trzeci raz podchodzę do przeczytania odcinka ponownie, ale po fragmencie o maśle jestem w stanie myśleć już tylko o jedzeniu :) Brakuje mi disclaimera – „Czytanie może powodować chęć podjadania. Czytasz na własną odpowiedzialność, autor nie odpowiada za zmianę wagi” :D

        • Raz tak miałem z jedną z powieści Agaty Christie. Smakołyki były tak ładnie opisane, że nie potrafiłem minąć fragmentu z nimi bez przygotowania sobie deseru :D

  • Aneta Siemieniak

    czuję się jakbym czytała powieść wydawaną w odcinkach , w gazetach na początku XX wieku! Pozostaje życzyć tylko weny do pisania kolejnych części , a w przyszłości ,wydania w twardej oprawie :)

  • Madzia

    Po takim zakończeniu nie mogę się doczekać kolejnej części! ;)

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)