Autor: Andrzej Tucholski | 1 września 2015 | Komentarze:
Czas czytania: około 14 minut

10 mitów na temat szkoły

Szkoła jest bardzo ważnym okresem w życiu człowieka. Świetnie przygotowuje go do życia pełnego roszczeń, wymówek i braku odpowiedzialności. Chyba, że przestanie się wierzyć w jej mity.

Wtedy może być umiarkowanie ciekawą przygodą, dzięki której człowiek uczy się podejmować trudne decyzje, rozumieć sporo zasad rządzących „prawdziwym światem” i, w dłuższej perspektywie, odnosić sukces :)

Dzisiaj chcę przedstawić Ci moją opinię na temat dziesięciu popularnych mitów dotyczących chodzenia do szkoły. Przy każdym z nich zwrócę uwagę na to, co jest w danym przekonaniu prawdziwego, a także w jaki sposób można mu przeciwdziałać.

Wierzę, że jeśli jesteś jeszcze w szkole, poznanie tych punktów widzenia na wybrane sprawy pomoże Ci skuteczniej ogarniać swój edukacyjny obowiązek. To by były dobre rady dla kilkunastoletniego „mnie” ode mnie dzisiaj, pod koniec studiów, gdybym mógł nadać list przez wehikuł czasu :)

Ważna uwaga na wstępie

Ten artykuł nie ma na celu bagatelizowania problemów, które dręczą polską edukację. Jest ich sporo, choć pewnie część prezentowana jest w mocno przesadzony sposób. Chcę jednak zwrócić uwagę na to, że zarażanie problemami z edukacją uczniów jest bardzo krzywdzące dla samych uczniów. Oni muszą jakiś nietrafiony egzamin najpierw ZDAĆ, a dopiero potem mogą zająć się np. staraniami społecznymi, by go nie było.

Dlatego wierzę, że ważne jest wyrobienie w sobie poczucia własnej skuteczności i odseparowanie się od wymówek i roszczeń. Im wcześniej, tym lepiej. Uczennice i uczniowie, to jest artykuł dla Was :)

1. Szkoła zabija kreatywne myślenie

Jedna z najczęściej powtarzanych opinii. „Rycie”, nadmiar przedmiotów ścisłych i tak dalej są odpowiedzialne za „produkowanie trybików a nie żywych ludzi”. Jest w tym założeniu dużo prawdy, ale głównie wtedy, gdy ktoś z takich pojedynczych aspektów chodzenia do szkoły tworzy cały rdzeń tego, czym szkoła jest.

Przykładowo, dla mnie szkoła zawsze była przede wszystkim doświadczeniem społecznym, nie mogłem się doczekać kolejnego spotkania z przyjaciółmi. Dopiero potem skupiałem się na lekcjach jako takich. A gdzieś na samym końcu, na ich zaliczaniu :)

W efekcie szkołę wspominam jako jeden z najbardziej kreatywnych okresów mojego życia. To wtedy zacząłem blogować.

Co jest w tym micie prawdziwego: jeśli uczennica lub uczeń skupia się tylko i wyłącznie na faktycznych mechanizmach przekazywania, przyswajania i zaliczania wiedzy to można łatwo wpaść w pułapkę przekonania, że istnieją jakieś „jedyne prawdziwe odpowiedzi”. A to zabija kreatywność jak mało co.

Jak możesz mu przeciwdziałać: miej świadomość, że szkoła to do pewnego stopnia „zbiór różnych kursów”, których nauka jest interesującą podstawą pod resztę życia. Ich zaliczanie raczej nie będzie kreatywne, ale to, co zrobisz potem na własną rękę? To równie dobrze może się skończyć Noblem :)

2. W szkole chodzi tylko o odpowiadanie pod klucz

Nieprawda. O to chodzi w egzaminach. Standaryzacja ocen szkolnych nie jest jakaś niesamowicie super, ale też i „na co dzień” nie ma jej za dużo w życiu ucznia. Pojawia się w przypadku kartkówek, klasówek, sprawdzianów, egzaminów i matury. Warto tutaj jednak pamiętać, że – choć to nie jest idealne porównanie – w przypadku ukochanej pracy też się ma pewne niefajne zobowiązania.

Wyobraź sobie coś, co kochasz robić – taniec, rysowanie, programowanie, pisanie – i pomyśl, że nawet jeśli większość takiego zajęcia jest cudowna to i tak musisz raz na miesiąc pamiętać o różnych składkach, ubezpieczeniu i podatkach. Urząd Skarbowy nie będzie się specjalnie tolerancyjny dla artystycznego podejścia do podliczania kosztów działalności ;)

Co jest w tym micie prawdziwego: standaryzacja ocen istnieje i trzeba się do niej dostosować – taki jest system. Nie ma się jej jednak non stop przed oczami i sam proces nauki może wyglądać u Ciebie jak tylko chcesz.

Jak możesz mu przeciwdziałać: traktować uczenie się i zaliczanie przedmiotu jako dwie osobne sprawy. „Zdawanie” to umiejętność sama w sobie i im szybciej się ją przyswoi, tym większą radość się ma z samych zajęć.

3. Oceny są wymierną oceną umiejętności ucznia

Nie są. Są wystandaryzowaną oceną umiejętności ucznia. Warto o tym pamiętać.

Problem ze standaryzacją czegokolwiek jest taki, że w ogóle nie widzi człowieka jako jednostki. Widzi człowieka jako odchylenie od przeciętnej. Ale, jak to często w życiu bywa, istnieje też jasna strona danej kwestii.

Otóż zaletą standaryzacji jest to, że ma bardzo czytelne zasady działania. Sprawdziany z reguły mają taką lub inną formę sylabusa (przykładowo: treść rozdziałów w podręczniku od poprzedniego sprawdzianu) i przy należytej porcji wysiłku można zadbać o wynik zbliżony do przeciętnej.

Co jest w tym micie prawdziwego: uczennice i uczniowie bardzo rzadko mają szansę poznać prawdziwą ocenę swoich umiejętności. Nie jest to winą sprawdzianów, bo ich funkcją nie jest feedback lecz „sprawdzenie” czy materiał leci tak, jak nakazuje program. Stanowczo powinna jednak istnieć dodatkowa instytucja sygnału zwrotnego dla uczniów.

Jak mu przeciwdziałać: znaleźć zewnętrzne wskaźniki (np. zwracać uwagę na jakość swoich prac domowych lub pisemnych, których standaryzacja jest trochę luźniejsza od testowej), ale problem i tak pozostanie. Zresztą, w „prawdziwym życiu” jest bardzo podobnie. Szybka nauka samooceny zawsze jest w cenie.

4. Szkoła uczy rzeczy nieprzydatnych w życiu

Rzadko co jest „przydatne w życiu”. Pomijając pisanie artykułów, prezentacji i tak dalej, większość mojego „prawdziwego życia” to obsługa plików w Excelu, paru innych programów, ewentualnie proste przeróbki graficzne. Oprócz tego chodzę na siłownię i dbam o dom.

Czy to znaczy, że w szkole powinienem uczyć się tylko obsługi komputera, sprzątania i mieć WF? No pewnie, że nie. Byłbym  głąbem. Nie umiałbym ze zrozumieniem przeczytać żadnego doniesienia ze świata i nie radziłbym sobie z naukowymi książkami poświęconymi psychologii. Dużo psychologii wywodzi się z biologii lub ekonomii. Biologia jest nie do zrozumienia bez podstaw chemii i, szczerze mówiąc, fizyki. Ekonomia to z kolei matma i logika. No i dużo historii i geografii, jeśli chce się rozumieć zależności pomiędzy rynkami i państwami. Żeby umieć czytać te książki przydałaby się też znajomość języków: polskiego i angielskiego.

I znienacka podstawa mojego „prawdziwego” życia sprowadza się do wtorkowego planu zajęć z gimnazjum :)

Co jest w tym micie prawdziwego: szkoła uczy podstaw. Nie są one przydatne w życiu. Ale bez nich nic by nie było przydatne. Nie jestem pewien jaki skutek będzie miało popularne teraz „ograniczanie podstaw”, ale to jest temat dla ekspertów, a nie dla osoby, która po prostu szkołę przeżyła :)

Jak można przeciwdziałać: jest kluczowe, by wcześnie ten podział na podstawy i „nadbudowywanie wiedzy” pojąć i pogodzić się z faktem, że OGROM pracy leży potem w Twoich własnych rękach. Nikt jej za Ciebie nie wykona.

5. Za młodu trzeba wybierać, co się chce robić przez resztę życia

Nie do końca prawda. Mam koleżankę, która po sześciu latach biol-chemu poszła na ASP. Mam też znajomego, który po sześciu latach klas humanistycznych zaczął zawodowo analizować ryzyko na rynkach finansowych.

Jeśli przedłuży się swoje szkolne zainteresowania studiami lub wykształceniem technicznym jedyne co, to jest się na swojej „pozycji startowej w życiu” trochę SZYBCIEJ. Ale nic ponadto.

Jeśli się pod koniec liceum lub technikum poczuje potrzebę zupełnego zwrotu, nie jest to koniec świata. Po prostu trzeba trochę bardziej przyłożyć do pracy. Zainwestuje się w naukę dodatkowy rok lub dwa. Jak świetnie to ujęła Mary Schmich: większość trzydziestolatków nadal do końca nie wie, czym się chce zajmować w życiu. A co dopiero maturzyści :)

Co jest w tym micie prawdziwego: za młodu najlepiej jest wybierać rzeczy dosyć optymalnie, bo jakiekolwiek ostre specjalizacje potrafią potem kopnąć w plecy. Nie będzie to jednak jakikolwiek wielki dramat, po prostu obsuwa.

Jak mu przeciwdziałać: muszę się powtórzyć, ale… rozdzielić naukę od zdawania. Daj sobie luz i wolność na odkrycie przy czym najciekawiej spędza Ci się czas i dopiero potem zacznij fiksować się na maksymalnych wynikach :)

6. Jak się nie zda roku to świat wybucha

Eee… nie :)

Mam w rodzinie parę osób, którym zdarzyło się powtarzać rok. Wielu moich znajomych (o ile w ogóle mają studia – lub nawet maturę, jeśli już być dokładnym) też miewało roczne lub dwuletnie obsuwy.

Jasne, że lepiej jest wszystko ogarniać w pierwszych terminach (to rada, która szczególnie zyskuje na studiach – sami zobaczycie) ale poprawka, nawet jeśli roczna, po prostu trochę Was spowalnia. W życiu takich stopów miewa się sporo, czasem z bardziej przykrych powodów niż uwalona matma. Nie ma się co martwić.

Co jest w tym micie prawdziwego: nie ma nic przyjemnego w powtarzaniu roku.

Jak mu przeciwdziałać: pamiętać, że wystarczą PRZECIĘTNE wyniki ze wszystkiego, by mieć spokój przez CAŁĄ szkołę. Dbaj o nie w pierwszej kolejności i dopiero potem sięgaj po wyższe stopnie :) A jak się coś uwali, no to trudno, przynajmniej z innych przedmiotów będzie prościej i ten czas można zagospodarować np. na naukę programowania w Pythonie, bo się przydaje w eksperymentach psychologicznych.

7. Po szkole TRZEBA iść na studia

Nieprawda. Przede wszystkim, zamiast liceum można wybrać technikum i później kontynuować edukację zupełnie innym tempem niż „klasyczna autostrada ogólniak -> uniwerek”.

Zamiast studiów można też wybrać rozpoczęcie stuprocentowego wysiłku rynkowego pięć lat przed rówieśnikami. Zamiast studiów dziennych można wybrać wieczorowe i pełen etat. Zamiast studiów od razu po liceum/technikum można wyjechać na rok pracować za granicą lub motocyklem przemierzać Amerykę Południową… opcji jest tyle, ilu ludzi. Warto się zastanowić, która będzie najbardziej optymalna.

Co jest w tym micie prawdziwego: w BARDZO wielu środowiskach wykształcenie jest mile widziane lub wręcz konieczne, więc skoro w Polsce jest ono darmowe (możecie nie mieć pojęcia, jak to jest rzadka i cenna cecha naszego kraju) to nieroztropnie jest je olewać. Zresztą, nawet płatne wykształcenie jest w Polsce bardzo tanie. Porównajcie sobie absolutnie najwyższego sortu Uniwersytet SWPS z czymkolwiek w Stanach :)

Jak mu przeciwdziałać: nie dać sobie wmawiać, że jest jakakolwiek „poprawna” metoda na przeżycie życia. Nie ma. To jest Twoje życie. Ale musisz też pamiętać, że możesz swój pomysł na nie mieć, zwyczajnie, niedopracowany. A wtedy najmądrzej jest podejmować decyzje optymalne, aż go dopracujesz.

8. Liceum jest tylko po to, by dobrze zdać maturę

Nieprawda. Z mojej perspektywy liceum było głównie po to, by mieć cudowny czas z przyjaciółmi i się ewentualnie co jakiś czas mocno zakochać :)

Dla nauczycieli liceum to przede wszystkim zadbanie, by ich uczniowie dostali się na wymarzone uczelnie – to stąd tak częste podkreślanie wagi matury. Tak między nami to warto traktować te nagabywania z szacunkiem, bo nauczyciele też nie mają najłatwiejszego zawodu na świecie. Ale to nadal nie jest cała prawda.

Liceum jest od przyswojenia wiedzy z liceum. A potem są matury. Do których, tak między nami, można się na luzie nauczyć w dwa miesiące i potem złapać wyniki powyżej 70 procent :)

Co jest w tym micie prawdziwego: matura jest kluczem do dalszego wykształcenia. Jeśli chcecie je zdobywać, warto do niej usiąść. Nie jest jednak w żaden sposób definiująca dla tych pięknych trzech-czterech lat życia każdego młodego człowieka. Po prostu je wieńczy.

Jak mu przeciwdziałać: warto pamiętać, że matura nie ma za dużej wartości sama w sobie. Nikt nigdy Was nie spyta o wyniki z matury. To wyłącznie KLUCZ na studia. Gdy tak się o niej myśli, staje się mniej straszna :)

9. Szkoła ma gwarantować… cokolwiek

Pracę, wykształcenie, miejsce na studiach itp itd. Nie. Nieprawda. Szkoła nic nie gwarantuje. Szkoła jest edukacją dającą podstawę wiedzową i logiczną pod inne starania. Dobrze płatną pracę to do wybuchu kryzysu sub-prime w 2007 roku miały gwarantować prestiżowe uczelnie w USA. A potem się okazało, że wpycha się w nie dziesiątki tysięcy dolarów a jakoś dyplomem nieszczególnie się kto przejmuje.

U nas edukacja jest darmowa i wcale nie jest na jakimś niesamowicie niskim poziomie. Warto z tego korzystać.

Co jest w tym micie prawdziwego: szczerze mówiąc, z mojej perspektywy, nic. Nie lubię roszczeniowego podejścia do świata, bo rodzi ono wyłącznie płynność w generowaniu wymówek. A wymówek też nie lubię :)

Jak mu przeciwdziałać: bardzo wcześnie się nauczyć, że generalnie nic w życiu nie jest gwarantowane przez nic. Nic nie jest pewne. No może poza podatkami i śmiercią, jak głosi mroczne powiedzonko. A potem się zorientować, że to nawet fajnie. Bo życie oznacza staranie. Wtedy dni są piękne a człowiek wie, do czego zmierza, nawet jeśli tylko krótkoterminowo :)

10. Szkoła w ogóle nie przygotowuje do prawdziwego życia

To jest mit bardzo podobny do punktu czwartego, ale zarazem widzę w nim coś, co warto poruszyć osobno. Rzadko się o tym mówi, ale… szkoła to, w mojej opinii, bardzo dobra symulacja „prawdziwego życia”.

A już na pewno do momentu, w którym się nie pozna swojej prawdziwej pasji i nie zbuduje się życia dookoła niej – jeśli tak sobie uznacie :)

Sami zobaczcie: trzeba robić coś, co jest umiarkowanie ciekawe. Część ludzi lubicie, a część nie. Ktoś ma nad Wami władzę. Regularnie są ewaluacje wyników sprawdziany a co około trzy lata istnieje opcja awansu, ale tylko pod warunkiem dobrych wyników. Jeśli jest się sprytnym społecznie, to jest łatwiej. Jeśli nie – jest trudniej. Jak się człowiek nieszczęśliwie zakocha to skupienie mu siada i może mieć problemy u szefa u nauczyciela.

Nie wiem jak Wy, ale to jest albo 90% dużych firm w Polsce, albo dowolny ogólniak :)

Co jest w tym micie prawdziwego: tak jak wspominałem w punkcie czwartym, wiedza wyniesiona ze szkół to wyłącznie podstawa do dalszych starań. Jasne, przydałyby się takie przedmioty jak „nauka wypełniania dokumentów podatkowych” i tak dalej, ale to rozmowa na inną okazję :)

Jak mu przeciwdziałać: choć czasem pomyśleć o szkole „meta”, to znaczy czego ona uczy sama w sobie, nie tylko przez przedmioty. Można się zdziwić, jak dużo różnych rzeczy :)

Skąd wziąłem te mity

Większość wymienionych w tym artykule mitów na temat szkoły to wypowiedzi pewnej Czytelniczki, która podzieliła się nimi w komentarzu pod innym tekstem na tym blogu. Inne wziąłem z mediów.

Moja rada

Myśleć. Kwestionować, ale nigdy „dla zasady”, tylko w celu zdobycia większej ilości informacji. Podejmować optymalne decyzje, które pozwalają Wam na wielką wolność w wielu różnych procesach decyzyjnych.

Szkoła bardzo zyskuje, gdy wyrzuci się z równania problemy „techniczne”. Nadal można mieć w jej trakcie problemy z przyjaciółmi czy, powiedzmy, sercowe – no pewnie :) – ale gdy przestaje się myśleć o „systemie” jako takim, życie staje się o wiele prostsze.

Większość złych przekonań na temat szkoły ma pewną „dobrą stronę”, o której warto czasem pomyśleć. Sporo problemów można rozwiązać kilkoma sprytnymi pytaniami. Generalnie człowiek uczy się w życiu wyłącznie przez problemy, przeszkody i porażki. Nie warto ich unikać, warto je rozwiązywać.

Jak się ma otwarty umysł, mało co jest straszne.

Życzenie dla uczennic i uczniów :)

Nie chcę zabrzmieć tutaj wrednie, ale – jeśli jesteście w szkołach – to życzę Wam wyłącznie problemów z przyjaciółmi i sercem. To uczy wrażliwości, empatii, zaufania, radości, smutku, szczerości i prawidłowego przeżywania wielu innych odczuć.

A jak będziecie czuli się dobrze z własnymi odczuciami to inne sprawy powinny się już potoczyć całkiem dobrze :)

Ciao,

Andrzej Tucholski

Bądźmy w kontakcie:
  • Nie chodzę już do szkoły, ale podejście o którym piszesz aplikuje się równie mocno do dorosłego życia :) Szczerze wierzę w to, że im szybciej nauczymy się walczyć z popularnymi wymówkami i skupimy na skutecznym pokonywaniu stojących nam na drodze przeszkód będzie nam w życiu po prostu łatwiej i przyjemniej :) Z chęcią pokażę ten wpis moim znajomym uczniom, dzięki!

  • MC

    Nie mam do szkoły żadnego specjalnego stosunku emocjonalnego. Była bo była, nie przeszkadzało mi, że muszę się uczyć i odrabiać lekcje, gdyż bardzo lubię różne, zdawałoby się nieprzydatne, ciekawostki. A jaka była lepsza droga żeby je poznać, niż hobbystyczne przeglądanie encyklopedii, ewentualnie mojego ulubionego słownika wyrazów obcojęzycznych. Takie postrzeganie szkoły nie za bardzo pozwala mi odnieść się do przedstawionych mitów. Oprócz jednego. Nie uważam, że szkoła zabija kreatywność. Człowiek za bardzo przejmuje się szkołą, patrzy w niewłaściwym kierunku i nawet niechcący sam ją w sobie zabija. Ja, przez 10 lat w tej samej, wiejskiej szkole, zawsze mogłam rozwijać swoją kreatywność.

  • Bardzo mocno wśród części rodziców zakorzenione jest przekonanie, że oni nie muszą już wiele robić, bo szkoła za nich zrobi większość: nauczy, wychowa, zaopiekuje się. Niestety takie przekonania są szkodliwe dla dzieci, ich rozwoju, relacji z rodzicami perspektyw na przyszłość.

  • Chodziłem do szkoły w czasach, kiedy nauczycielom się nie chciało i nie potrafili wykrzesać w nas ciekawości świata. Nie wiem jak jest teraz pewnie nie wiele się zmieniło.
    Szkoła (jako system) dała mi tylko kompleksy, obniżyła samoocenę i kompletnie nie przygotowała na to co zastanę po niej, próbowała zabić moje kreatywne myślenie, a dzięki temu, że się nie dało przetrwałem liceum.
    Część wyżej wymienionych mitów mitami nie są. A część jak najbardziej.

  • onelukone

    Piszesz, że w szkoła, to jeden z najbardziej kreatywnych okresów w twoim życiu i właśnie wtedy zacząłeś pisać bloga, ale czy to dzięki temu, że usłyszałeś na zajęciach coś co skłoniło cię do pisania, czy może wyniosłeś to właśnie z doświadczeń społecznych, które były istotniejszą częścią samego chodzenia do szkoły. A może był to mix tych dwóch aspektów?

    Osobiście uważam, że emocje, które potęgują się w szkole + wiedza, którą się zdobywa rodzą w człowieku kreatywność. Jednak w szkole są jeszcze ci, jak im tam było.. o.. nauczyciele, którzy są już dorośli i za chuj nie chcą się bawić w te młodociane gierki i to oni skutecznie zabijają w młodych ludziach kreatywność. Cholera! Z jednej strony nie akceptują, żadnego innego, niż ich, zdania, a z drugiej strony, nie akceptują żadnych towarzyszących, młodym ludziom, emocji. Według mnie właśnie stąd bierze się późniejsza niechęć chodzenia do szkoły.

    • Obstawiam połączenie tych dwóch rzeczy. Poza tym mnie motywują trudności i brak wiary z otoczenia – jedna z moich nauczycielek w ogólniaku wprost szydziła z tego, że prowadzę „stronkę w internecie” (mój stary blog o grach prowadzony razem z przyjacielem w latach 2009-2010). Pamiętam, że dodawało mi to energii :)

  • Brawa za ten wpis Andrzej :-) W Polsce edukacja jest naprawdę na dobrym poziomie co pokazują choćby liczne zwycięstwa na arenie międzynarodowej w konkursach matematycznych czy informatycznych. Oczywiście, można się czepiać, że w USA to mają to, a w Norwegii tamto, ale prawda jest taka, że każdy system ma swoje wady i zalety. Kiedyś stawiano na specjalizację od wczesnych lat. Później okazało się, że takie podejście mocno utrudnia elastyczność na rynku pracy. Także u sąsiada zawsze trawa bardziej zielona :D

  • O jaki ładny tekst Andrzej! Lovely! :D

  • Punkty 4,9 i 10 Amen. Vandrer właśnie pracuje nad tekstem o złym podejściu do studiowania więc cieszy się że natknął się na podobne myśli u Ciebie:)

  • Na początku szkolnej kariery miałam do tej instytucji złe podejście. Zmieniło się to w gimnazjum, gdy zaczęłam rozwijać swoją kreatywność. W technikum było już całkiem miło i miałam odpowiedni dystans do systemu. Dziś czuję się lepiej ucząc się czegoś fajnego dla siebie.

  • Yes

    Świetne spostrzeżenia! Najbardziej niesamowity jest Twój talent pisarski, że potrafiłeś z krótkiego tekstu Julii napisać tak wielki artykuł. Analizę zagadnienia umieściłeś w bardzo pomysłowych ramach myślowych! Jestem pod wrażeniem!!!

  • Kinga Czapnik

    Tekst trafia do czytelników i osób, które sie uczą… Tak właśnie jak ja, bardzo podobał sie mi. Przeczytałam go z zapartym oddechem i przyznałam sama sobie, że wielu rzeczy wymienionych w tym blogu nie wiedziałam. :)

  • „życie to staranie”, no bardziej w punkt się chyba nie da, doskonałe! :) z tą myślą przygotowuję plan na jutro, ahoj!

  • Ven

    Ja po mat-fizie francuskojęzycznym poszłam na dziennikarstwo, a poza tym jestem fotografem. Nienawidziłam szkoły, nie chciałam do niej chodzić nawet dla przyjaciół, bo ich tam nie miałam – panował okropny wyścig szczurów. Ale dopiero teraz widzę, że czegoś się tam nauczyłam. Wybierania priorytetów (możesz wierzyć, lub nie, ale w moim liceum nauczenie się na wszystkie klasówki w tygodniu graniczyło z cudem), ignorowania opinii ludzi, których zdaniem nie warto się przejmować i tego, że nie chcę całe życie robić czegoś, czego nienawidzę z kimś, kto nienawidzi mnie. A poza tym lepiej odnalazłam się na studiach! Bo do moich maturalnych przedmiotów musiałam uczyć się sama, z niektórych lekcji rownież nie wynosiłam żadnej wiedzy, więc siedziałam i próbowałam rozgryźć to w domu! Aktualnie całkiem nieźle mi się w życiu udaje. Dlatego szkoła chyba uodparnia, lepiej dostać kopa wczesniej, niż pózniej.

  • Niniu

    Dzięki! Z pewnością będę wracać do tego tekstu w gorsze dni!

  • Kiedy ktoś pyta, czego nauczyła mnie szkoła, odpowiadam, że… życia. Jakim byłabym człowiekiem, ucząc się zamknięta szczelnie w domu, z prywatnym nauczycielem lub ucząc się przez Internet? Szkoła jest miejscem, w którym zostajemy nagle wrzuceni w wir socjalizacji. W przedszkolu czy zerówce również, ale wtedy jesteśmy jeszcze zbyt głupi, żeby to pojąć i właściwie przeżyć, wykorzystać. Moim zdaniem w szkole nie chodzi tylko o naukę w sensie przyswajania wiedzy, a naukę życia – rozróżniania fałszywych koleżanek od prawdziwych przyjaciółek, przeżycia za 2 złote całego dnia w szkole, walki o miejsce w kolejce do sklepiku, wyścigu na stołówkę. Czy te wszystkie sytuacje nie mają odniesienia w późniejszym, dorosłym życiu? Ponadto uczymy się sprytu (ściąganie), dyplomacji (przekładanie sprawdzianów), a za sprawą rówieśników kształtujemy swoje przekonania i poglądy. Nie samą nauką człowiek żyje – tu się z Tobą zgadzam – nie chodzi się do szkoły dla samej nauki, a dla obcowania z ludźmi.

  • Przemek Kasprzykowski

    Szkoła nie uczy mnemotechnik, które bardzo ułatwiają dalszą naukę. To różnica, jak między kopaniem łopatą a używaniem koparki. Poza tym nasz system edukacji z samej swojej natury jest gówniany. Wrzucanie do jednej klasy dzieci ze względu na wiek, a nie ze względu zainteresowania lub umiejętności? Przymuszanie ich do nauki nudnych, często niepotrzebnych rzeczy? Szkolnictwo oparte na przekazywaniu wiedzy w dobie powszechnego dostępu do informacji jest śmieszne.

    Owszem, są pozytywne aspekty chodzenia do szkoły, ale nie są one cechami charakterystycznymi wyłącznie dla szkoły zarezerwowanymi. Cokolwiek pozytywnego można wynieść ze szkoły, można także wynieść spoza niej. Moje przyszłe, hipotetyczne dziecko do szkoły na pewno nie będzie chodzić, a przynajmniej nie do tej tradycyjnej, przestarzałej.

  • 10.06.1998(żeby Koko wiedział

    Świetny tekst!!! Zgadzam się w 99% bo to nauka wypełniania podatków to zdaje się jest fragment materiału z podstaw przedsiębiorczości. ;)

  • Spodobało mi się to porównanie szkoły do pracy w firmie – w sumie całkiem prawdziwe :) Niedawno pisałam u siebie o tym, czego szkoła nie uczy, a fajnie jakby zaczęła to robić. To często nie są sprawy wymagające osobnych przedmiotów (np. sama sztuka efektywnego uczenia się, albo mały kurs dobrych manier), ale rzeczy które można zrobić na godzinie wychowawczej, a mocno ułatwiłyby potem człowiekowi życie. Mam nadzieje, że system edukacji zacznie to dostrzegać i będziemy cały czas szli ku lepszemu :)

  • Cocoon

    Świetny wpis!
    Ostatnio rozmawiałam na ten temat z kolegą. Z racji, że studiujemy, to problemy szkolne mamy już za sobą, ale doszłam do takich samych wniosków – szkoła fantastycznie przygotowuje do dorosłego życia.

    W dzisiejszych czasach ludzie mają bardzo roszczeniowe podejście do systemu edukacji. Przy jak najmniejszym nakładzie pracy chcą mieć jak najwięcej, BO IM SIĘ NALEŻY. Młodzież narzeka na nauczycieli, że nie potrafią zainteresować, że nudzą na lekcjach. Nauczyciele mają pretensje do rodziców, że nie dbają o
    dzieci i nie poświęcają im tyle czasu, ile powinni w wychowywaniu. Z kolei rodzice oczekują, że belfrowie nie tylko nakłonią młodzież do nauki, ale też wychowają i nauczą życia. Jak sobie o tym pomyślę, to mam wrażenie, że każdy skupia się na tym, na czym nie powinien.

    Młodzież mogłaby zacząć traktować naukę jako przygodę, formę zdobywania nowych umiejętności. Coś jak gra komputerowa – musisz przejść misję, żeby wejść na wyższy poziom. Im wyżej, tym trudniej (wiadomo), ale też ciekawiej. Nauczyciele to już w ogóle inna sprawa, bo przecież nie każdy pracuje z zaangażowaniem. Spora część utkwiła w tym zawodzie nie mając pomysłu na coś innego. Z kolei rodzice powinni rozmawiać z dziećmi o życiu, o tym, co będzie je czekało, nakłaniać do rozwijania pasji, odkrywania nowych rzeczy i rozwijania się. Chodzi o takie racjonalne popychanie do przodu i wspieranie, a naprawdę wiele młodych ludzi nie zaznało takich ciepłych uczuć w rodzinnym domu.

    Oczywiście teraz łatwo jest mi tak pisać, ale będąc w liceum też miałam wrażenie, że uczę się niepotrzebnych rzeczy. Ciągle marudziłam na samą myśl o matmie czy fizyce, ale teraz wiem, że to liceum OGÓLNOKSZTAŁCĄCE, a to znaczy, że ma wykształcić ludzi w ogólnym zakresie z wielu dziedzin. Po to, aby mieć ogólne pojęcie o świecie i życiu, aby być człowiekiem wykształconym, oczytanym, mądrym. Bo mając wiedzę książkową o wiele łatwiej jest uczyć się tej życiowej i eksperymentować.

    Powinno się tłumaczyć młodym ludziom, że wszystko na świecie jest połączone i jeśli chcą sobą coś reprezentować, to muszą się uczyć. Wiedza rozwija. Ludzie mądrzy są pewni siebie, a co za tym idzie wiedzą czego chcą. Tego, co mają w głowach nikt im nie zabierze. iPhony, laptopy, wypasione ciuchy – to wszystko się zniszczy, zepsuje. Umiejętności, łatwość łączenia faktów, logiczne myślenie – to zostaje w głowie. Czy na starość ludzie żałują, że w młodości nie mieli najnowszego iPhona? Nie. Żałują, że nie poświęcili więcej czasu rodzinie, że nie dbali o rozwój pasji, że nie pojechali z przyjaciółmi na trip po Europie, że nie zagadali do kogoś, kto im się podobał, itd. Nie marnujmy życia na pogoń za rzeczami, które dają nam tylko fałszywą radość, chwilowe poczucie euforii. Tak naprawdę szczęście tkwi w tych sprawach, które nie są materialne i myślę, że jeszcze trochę czasu minie zanim ludzie to zrozumieją.

  • Pyechar

    „w BARDZO wielu środowiskach wykształcenie jest mile widziane lub wręcz konieczne, więc skoro w Polsce jest ono darmowe” Darmowe?! Miałeś ekonomię i piszesz, że wykształcenie jest darmowe – potwierdza to opinię o niskiej jakości edukacji w Polsce. A przecież wielu ekonomistów (m.in. Milton Friedman) mówiło o tym, że nic nie jest darmowe. Edukacja tutaj wyjątkiem nie jest – jest płatna i to nawet bardziej niż w USA, tylko, że nie jest to tak odczuwalne bo się bierze pieniądze od każdego, niezależnie czy korzysta z niej czy nie, plus, robi się to przez całe życie jednostki. Nie jest to tak odczuwalne jak w USA, gdzie każdy zna cenę edukacji i płaci tyle, ile korzysta. Ale twierdzenie, że edukacja jest darmowa, to jest najbardziej błędne jakie może być. Wiem, że Ci chodziło o to, że nie jest to koszt, który trzeba wliczać do swojego budżetu. Ale walczysz z mitami na temat edukacji, a sam jeden powielasz. Dużo lepiej zabrzmiałoby: ‚za edukację płacimy już w podatkach, tak czy inaczej, więc dlaczego z niej nie skorzystać skoro nie możemy przestać jej finansować?’
    Na koniec powiem, że to nie ma być hejt, tylko walczenie z mitami dot. ekonomii jest sprawą bardzo bliską mojemu sercu i nie mogłem tego tak zostawić ;)

    PS.: Polecam bardzo ten wykład Friedmana:
    https://www.youtube.com/watch?v=77fdRWpV_-4

    • Mhm, czytałem zdanie Friedmana i ciężko mi nie dostrzegać w nim logiki. Tylko podtrzymam to, co napisałem we wstępie – z punktu widzenia licealisty nauka publiczna w Polsce jest darmowa. A prywatna – relatywnie tania. To, czy faktycznie tak się ma sprawa jest kwestią, na którą człowiek ma jakikolwiek wpływ dopiero będąc samodzielną jednostką na rynku, czy to politycznym czy ekonomicznym :) Czyli, przynajmniej, po osiemnastce.

      • Pyechar

        Ok, ale koszt jest nadal, tylko, że jest na barkach rodziców utrzymujących swojego ucznia.
        Nauczyciel dostaje pieniądze za swoją pracę, dyrektor i szkoła także. Więc skądś muszą iść – idą z budżetu. Do budżetu trafiają z podatków. Kto płaci podatki? Wszystkie prywatne podmioty. Urzędnicy, policjanci, wojskowi wbrew pozorom podatków nie płacą, bo ich płace są finansowane z budżetu. Więc, tak naprawdę szkoła jest utrzymywana przez wszystkich pracujących w prywatnym sektorze.
        I powszechnie mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie jest to obciążenie finansowe w przeciągu życia jednostki.
        A czy to wpływa na osobę do osiągnięcia pełnoletności?
        To zależy od tego, czy większa ilość pieniędzy w portfelu rodziców (tych pieniędzy, których nie musieliby wrzucać do wspólnego koszyka zwanego ‚szkolnictwem’) by im pomogła czy nie.

        • Madix

          Jest to jednak sprawiedliwe społecznie obciążenie. Najwięcej na edukację łożą Ci, którzy odprowadzają największe podatki. Ci, którzy mają niskie pensje, płacą mniej, ale mają dostęp do edukacji taki sam, jak Ci, którzy zarabiają wielokrotnie więcej, a to niesamowicie wyrównuje szanse.
          Dzięki temu, że edukacja nie jest dodatkowo płatna, czy to student, czy jego rodzice muszą łożyć jedynie na jego utrzymanie w trakcie studiów, a to znacząco zmienia postać rzeczy – łatwiej jest dzieciakom z biedniejszych rodzin zarobić tylko na swoje utrzymanie, aniżeli na utrzymanie + edukację.

          Zakładasz, że każdy, kto dostałby pieniądze z podatków do ręki, potrafiłby je racjonalnie zagospodarować.
          Niestety, nie wszyscy ludzie są równie obrotni, a dzieciakom mało zaradnych życiowo rodziców nie powinno się rzucać dodatkowo kłód pod nogi… tacy mało obrotni rodzice, gdyby dostali do rąsi te pieniądze, na pewno nie byliby w stanie odłożyć ich na edukację dziecka (bo przez mało obrotne rozumiem osoby, które nie potrafią zarządzać swoimi finansami). Pogodzenie pracy i darmowych, dziennych studiów, nie jest łatwe. Osobiście dziękuję niebiosom za to, że nie muszę płacić za edukację, bo bardzo możliwe, że gdyby studia byłyby płatne, nie zdecydowałabym się na nie, a w ich toku nauczyłam się naprawdę wielu fantastycznych rzeczy, przy okazji IMO o sporej wartości rynkowej.

  • słuszne podejście. szkoła rozumiana stricte jako źródło zdobywania wiedzy wypada raczej słabo. w dobie internetu i dostępu do niesamowitej ilości informacji w mgnieniu oka, szkoła wydaje się być instytucją przestarzałą. jednak trzeba jej oddać, że nic nie nauczy nas życia i umiejętności radzenia sobie z ludźmi tak dobrze, jak właśnie ona :)

  • Zgadzam się, że takie mity istnieją, i że w większości lepiej je obalać, niz podtrzymywać…
    Szczególnie nie zgadzam się z tym, że szkoła zabija kreatywność.
    Będąc w klasie maturalnej jestem szalenie kreatywna. Nauczyły mnie tego lata odrabiania lekcji na kolanie, wyciągania od ludzi podstępem i szantażem notatek, bycia ofiarą takich szantaży i wyciągania, streszczanie ludziom lektur, uczenia się chemii na pięć minut przed sprawdzianem, łamania regulaminu tak, by mnie nie przyłapano, robienia wszystkich zadań tak, żeby nikt się nie przyczepił, a żeby było ciekawie…
    Czasami mam wrażenie, że szkoła specjalnie udaje, że jest nudna, żeby sprawdzić, kto jest na tyle kreatywny, żeby zrobić z jej nudnych zadań coś naprawdę interesującego. Moim sukcesem z gimbazy nie są epickie oceny tylko bardzo fajna gazetka naścienna o nazwie „Gazetka absurdalna” na której wieszałyśmy z dziewczynami różne dziwne teksty i zagadki dla innych uczniów. Nikt nam tego nie kazał, nikt nie zabronił. Kreatywność po prostu.

    Nigdy nie zostanę psychologiem, ale wyniosłam z samego liceum dużą wiedzę o psychice człowieka. Poznałam wielu fascynujących, trudnych ludzi. Nauczyłam się ich rozumieć. To jest dopiero fascynujące. Gdyby nie szkoła, nie miałabym możliwości ich wszystkich poznać.

    W ostatniej klasie „normalnej” szkoły stwierdzam uroczyście, że szkoła jest fajna i jestem jej wdzięcza za to, jaka była. nawet jak chciała mnie zniszczyć, była w tym jakaś pokręcona logika.
    pozdrawiam

  • To wszystko prawda. Wystarczy pamiętać, że nigdy nie jest za późno. Daj sobie wolność i nie patrz na to co inni myślą, uważają za poprawne. Próbuj nowych rzeczy, steruj psychiką. Są biedni i szcześliwi oraz bogaci i nieszczęśliwi.

  • Punkt pierwszy to – wybacz określenie, ale nie znajduję innego – stek bzdur. Ne tylko do szkoły sama chodziłam, ale teraz obserwuję ją z perspektywy rodzica, macochy 11-letniego dziecka, i widzę, że szkoła nie tylko nie rozwija kreatywności, ale właśnie ją zabija, i to nie chodzi o to, że uczeń sobie świadomie wbija do głowy, że są jakieś gotowe schematy, odpowiedzi itp. To byłoby za proste. To się podświadomie dzieje! Moja Zuza nie jest żadnym tępakiem, który się uczy tylko dla ocen i tylko kuje na pamięć, ale jak idzie do szkoły, to ma w głowie, że rządzą nią pewne mechanizmy, pewne ogólne prawdy, które nawet jeśli są bullshitem, to trzeba powtarzać, bo tak uczą i wymagają w szkole, a ona nie będzie się przecież stawiać (zresztą trudno o to będąc w 6 klasie, to jeszcze ten czas, gdy nikt nie chce się wybijać i każdy chce być taki jak wszyscy). Nie sądzę, by ona się, tak jak piszesz, skupiała tylko na tych mechanizmach, wręcz przeciwnie, to mądry, energiczny i – na szczęście – wciąż kreatywny (bardziej w swoim wolnym czasie niż pod kątem szkoły) dzieciak.
    Natomiast co do punktu czwartego w sumie racja, to, czego się uczyliśmy w szkole, na pewno jakoś się przydaje, bo uczy logicznego myślenia, czytania ze zrozumieniem itp., ale nawiązując do punktu dziesiątego, wydaje mi się, że to za mało, że szkoła uczy za mało przydatnych rzeczy, bo totalnie pomija coś tak super ważnego jak przystosowanie do życia w społeczeństwie i w ogóle pracy itp. Nie uczy się na przykład pracy w grupie, a zajęcia WDŻ wykorzystuje na jakieś totalne pierdoły zamiast np. pogadać o dyskryminacji ze względu na płeć, przemocy seksualnej, domowej czy ekonomicznej i wielu innych naprawdę super istotnych sprawach, z którymi jest problem.

    • Mortycja, bardzo się zgadzam, zarówno jako była uczennica, jak i siostra, pedagog czy osoba, która pisała magisterkę na ten temat. Wystarczy przeczytać dowolną książkę Kena Robinsona, lub z naszych – Szmidta, Nęcki.. jest cała paleta antytwórczych zachowań nauczycieli oraz samych uczniów.

  • AnastazjaDewm

    Podstawówka
    Wtedy nauczyciele uczą schematycznie, próbują nas dostosować do „społeczeństwa ” ( co niestety czasem im nie wychodzi i okazuje się, że z podstawówki wychodzimy jako osoby nie rozumiejące społeczeństwa, nie umiejące pracować w grupie i często nie przygotowani na dorastanie) pokazują klucze odpowiedzi , mówią że pomarańcza to pomarańcza :D itp. A tu taki przykład typowego zadania :
    Zadanie matematyczne: 6+8= 6+4+4 = 10+4 = 14. Dziecko przy kolejnym zdaniu na polecenie „napisz, ile jest 5+6”, napisało 5+6 = 5+3+3 = 8+3=11, czyli podało inny (ale próbujący schematycznie odwzorować propozycję autorów podręcznika) sposób dojścia do wyniku, który nie jest uznawany przez twórców zadania za prawidłowy. Sama dostrzegam ten problem u mojej młodszej siostry. Może i jest to złe , może powinna być zmieniona metoda pisania zadań i rodzaju patrzenia na prawdę . (Jednak to prowadzi do zwiększenia czasu poświęconego przez nauczyciela na jednego ucznia, na co często nie ma czasu w szkołach.)
    Na szczęście jest nadzieja dla dzieci bo wiele moich rówieśników czyli „liceum/młodzi dorośli” ma takie wrażenie ( jak ja )że myślenia kreatywnego zaczynamy uczyć się dopiero gdy jesteśmy w gimnazjum.Gdy już nie jesteśmy jak rozszalałe wichry, nie sprzeczamy się z rodzicami o to czy brokuły to ochydnę gluty a psy mogą być z natury niebieskie. Zaczynamy być uważniejsi i powoli precyzujemy swoje drogi myślowe . I właśnie wtedy przychodzi czas gdy uczymy się patrzeć na świat z różnych perspektyw , dowiadujemy sie , że 2+2= ryba , pokazują nam, że w zadaniach nie zawsze jedna odpowiedź jest prawidłowa lub interpretacja zachowań może być inna niż oczekują tego twórcy zadań. przekierowują nasze myśli z już utartych szlaków na nowe nie zbadane tory i chwała im za to.

    Co do wiedzy jaką nabywamy w szkole to :

    w podstawówc nauczyłam się kiedy nie warto wychylać się poza schemat( może to i dobrze) a w gimnazjum to były lata walki o wybicie i bycie innym od ogółu , ale i zalążki myśli , że nie zawsze warto gnać za ludem. I co ważne, że świat nie zawsze jest sprawiedliwy i musimy walczyć o swoje. Cóż ale tak na prawdę kreatywne i niestereotypowe myślenie zostało mi pokazane w technikum,gdy byłam ze szkołą wysyłana na przeróżne iwenty, spotkania z ludźmi uczącymi że każdy z nas patrzy na świat inaczej i niekoniecznie nieprawidłowo ! Nauczono mnie jak rozwiązywać problemy, od nauczono mnie wyśmiewania ( „w duch”, tu w takim znaczeniu, że nie przyjmowania do wiadomości takiej informacji,prawdy ) czyjegoś poglądu.

    Miejmy nadziej że i wy macie takie wrażenia z Technikum :P

  • Paulina

    Cześć, ten wpis jest naprawdę świetny, bardzo prawdziwy i wartościowy. Większość tych mitów zgadza się z moją opinią na temat szkoły, więc fajnie było poznać kontrę, skłania do zastanowienia, nie powiem,że nie… ;)

    Jestem maturzystką, która cały czas się nie wie co robić po liceum i jakie studia wybrać. Szczególnie cenny jest dla mnie punkt 7, bo właśnie nad rokiem przerwy (zna ktoś fajniejsze polskie tłumaczenie ‚gap year’?) się ostatnio szczególnie zastanawiam. Nie zmienia to jednak faktu, że wymyślić sobie kierunek studiów też by się przydało…

    Dzięki! :)

  • Ola

    Andrzeju, napisz jakieś rady dla przyszłych studentów, proszę! :D

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)