Autor: Andrzej Tucholski | 8 maja 2014 | Komentarze:
Tematy:

Milion smutnych dzieci

Byłem ostatnio na wykładzie profesora Zimbardo. Tego słynnego psychologa od zła, dehumanizacji, wojen i eksperymentu Stanfordzkiego. Uczyłem się z jego książek, więc bardzo się cieszyłem, że mogę go zobaczyć na żywo. Pośród wielu wartych wyniesienia wniosków szczególnie wypompował on powietrze z całej auli jednym, jedynym spostrzeżeniem dotyczącym polskich dzieci.

Bohaterowie dnia codziennego

Zaraz do tego smutnego spostrzeżenia przejdę. Najpierw trochę kontekstu.

Phil Zimbardo zdecydował się poświęcić swoje stare lata zupełnej odwrotności dotychczasowej zawodowej kariery. Teraz interesuje go głównie dobro. Tak jak razem z innymi naukowcami powołał kiedyś do życia wykaz cech własnych i środowiskowych, które mogą pchnąć jednostkę do zła, tak teraz ma ochotę stworzyć podobny kwestionariusz dla życzliwości. Uprzejmości. Troski i opieki.

Projekt nazywa się Heroic Imagination i możesz znaleźć go tutaj.

Będę wdzięczny, jeśli pokażesz ten link znajomym nauczycielom i profesorom.

Dzięki. Dużo to dla mnie znaczy

Ile dzieci w Polsce jest smutnych?

W ramach tych nowych badań i budowania wiedzy, Phil Zimbardo natrafił na dramatyczną, nie zmieniającą się na przestrzeni ostatnich lat oraz W ŻADEN KONKRETNY SPOSÓB NIE NIWELOWANĄ liczbę. Ilość smutnych dzieci w Polsce.

Jest ich milion.

Smutnych z powodu nieprzynależenia. Problemów komunikacyjnych. Poczucia odtrącenia od grupy rówieśniczej. Z powodu wykluczenia. Na wykładzie dostaliśmy tę daną w sposób surowy, dla bezpieczeństwa założę zatem, że pod użytym słowem “sad” ukryły się wszelakie stany obniżonego samopoczucia, obniżonego komfortu, niepewności społecznych itp. Nie pamiętam, kiedy ostatnio w podobny sposób zatrwożyła mnie rzeczywistość, w której przychodzi nam przeżywać nasze dni. Skorzystam z takiego fajnego guziczka w klawiaturze i powtórzę:

PONAD MILION DZIECI W POLSCE JEST SMUTNYCH.

Co można z tym zrobić

Działać, i to szybko. Natychmiast przeprowadzić szerokie przeszkolenie dla nauczycieli, by umieli rozpoznawać symptomy. By w poprawny psychologicznie sposób wiedzieli, w jaki sposób przekazać taką informację rodzicom i w jaki sposób spróbować skontaktować dziecko z profesjonalistą, by poprowadził jego przypadek aż do szczęśliwego rozpuszczenia się we wspomnieniach.

Przeprowadzić debatę społeczną nie o tym, czy gimnazja powinny istnieć, nie o tym czy dzieci powinny mieć etykę, ale o tym, czy wychowawcy nie powinni mieć obowiązku na Godzinie Wychowawczej namawiać swoich uczniów do cotygodniowego przygotowywania prezentacji o największym hobby danej dziewczynki czy chłopaka.

Nienawidzę poruszać tematu edukacji, bo poza naprawdę pojedynczymi przypadkami nie mam na jej temat do powiedzenia nic pozytywnego. Zawsze uczęszczałem do publicznych szkół (i to raczej nie tych z górnej półki, może poza liceum, ale do niego akurat miałem blisko z chaty) i z mojej perspektywy największym darem, który mi one dały są umiejętności nie wiedzowe, a społeczne. Ale to akurat dlatego, że zdecydowałem się swoje słabości i kompleksy przewalczać przy aprobacie wspierających rodziców. Nie każde dziecko ma takie dziwne podejście, nie każde dziecko ma takich rodziców.

Głównie z tego powodu organizatorzy życia szkolnego i lekcyjnych programów powinni się puknąć w czoło czymś bolesnym i ciężkim. Te programy i tak są do zmielenia i posypania wapnem. Do dzisiaj nie znalazłem praktycznego zastosowania wiedzy o pustynnych ripple-markach a o informatyce, na której w ramach zaliczenia kolorowaliśmy boki tabel w Wordzie staram się bardzo czynnie zapomnieć. Druki, które pokazywała nam pani na Podstawach Przedsiębiorczości – z tego co wiem – zostały zresztą zdeaktualizowane. Jakoś program zapomniał nauczyć nas ogólnej logiki, zamiast konkretnego narzędzia.

Może tak raz – DLA ODMIANY – zamiast programów pogadalibyśmy o dzieciach, co?

A przede wszystkim: o Minecrafcie

Minecrafcie, Youtuberach, One Direction, komiksach, strzelaniu selfiesów, nowej płycie Mesa, przyszłych meczach Barcy, ostatnich wakacjach Beyonce, zmianie cen żarcia w McDonaldzie i wszystkich innych sprawach tego pokroju.

Wieczorem po tamtym wykładzie Zimbardo długo zastanawiałem się, czy i mnie przypadkiem gdzieś w życiu nie spotkało społeczne odrzucenie. Doszedłem do wniosku że ba, nawet nie raz. Ale też zorientowałem się, że pomijając każdorazowo masywne wsparcie rodziców, bardzo często pomagały mi gry wideo i internet.

Jeszcze zanim miałem w domu kabelek na świat, czytanie recenzji gier i listów do redakcji pism growych często dawało mi poczucie, że mam w Polsce bardzo dużo ludzi dzielących ze mną tę dziwną, absolutnie BEZ WYJĄTKU wyśmiewaną przez nauczycieli pasję.

Dostęp do netu dał mi za to konta na zagranicznych forach, na których łamanym angielskim szybko znalazłem podobnych do mnie fanatyków Zeusa: Pana Olimpu. Dał mi klan, z którym przez prawie całe liceum codziennie wieczorem ciąłem w shootery i z którego niektórymi członkami do dzisiaj utrzymuję czynny kontakt. Jeden z nich jest zresztą moim bliskim przyjacielem.

Gaming dał mi wreszcie szansę odkrywania moich zainteresowań i rozwijania ich, choć ile razy zostałem wyśmiany przez rówieśników i nauczycieli, że prowadzę swojego poprzedniego bloga to dziś już nie pomnę. A z poprzedniego bloga zrodził się ten, jestKultura.

Moja praca, furtka na świat, największa trampolina możliwości i codzienne źródło rozwoju.

Do czego zmierzam

Zgadnij, co łączy Antka, 13-latka z odległej wsi pod Warką, Michała, 7-latka z blokowiska w Lublinie, Asię, 12-latkę z prywatnej szkoły w Konstancinie i Ritę, 15-latkę spod Pruszcza Gdańskiego?

Cała ta czwórka tnie wieczorami w Minecrafta. Cała ta czwórka ogląda kanał SKKF. Cała ta czwórka kmini, czy „Ghost Stories” będą dobrym albumem.

Nie wiem, czy Antek, Michał, Asia lub Rita odczuwają wykluczenie. Skoro dyskomfort zgłasza ponad MILION polskich dzieci, to zakładam, że pewnie jedno (lub dwoje) z nich – tak. Ale mam też taką roszczeniową, pełną nadziei myśl, że może zgłaszają one nieprzynależność fizyczną, “nie-internetową”, tą w szkole. Bo obiecuję Ci, że cała ta czwórka odczuwa naprawdę potężne przywiązanie do swoich pasji, z których zlewają zarówno wszyscy nauczyciele jak i naprawdę przerażający odsetek rodziców.

Widziałem niedawno w necie rozmowę na forach Gafu, GoGa albo Steama, gdzie jakiś użytkownik posługującym się bardzo prostym angielskim przeprosił, że przerwie rozmowę, ale w jego wsi będzie przerabiana droga i uwali im internet na przynajmniej tydzień. Reszta składu zapewniła go, że spoko stary, poczekamy, najwyżej rozegramy jeden meczyk bez ciebie. Reszta składu miała pouzupełniane częściowo dane lokalizacji. Byli tam ludzie z połowy globu.

Faktycznie. Strasznie debilne hobby.

Wojna o sześcian

Wydaje mi się, że jeśli polscy nauczyciele (i – niestety – część rodziców) ma takie odważne marzenie jak utrzymanie kontaktu ze swoimi dziećmi oraz zapewnienie im szczęśliwego poczucia przynależności to te grupy dorosłych zwyczajnie NIE MOGĄ SOBIE POZWOLIĆ na dalsze tchórzostwo przed współczesnymi zajęciami młodych ludzi.

Ja wiem, że ripple-marki i kolorowanie tabelek w Wordzie jest super-czadowe i dzięki niemu wyrosnę na porządnego obywatela próbującego przebić się przez podwójną magisterkę i potem pracować w jakimś państwowym molochu. Buzi na drogę, nie chcę was widzieć. Mnie już straciliście, raczej żadnej państwowej instytucji edukacyjnej więcej w pełni nie zaufam.

Tak się jednak składa, że dzięki prawu i tradycjom społecznym macie jeszcze w swoich trzewiach, drogie szkoły, grube miliony przyszłych obywateli. Pierwsze projekty przeznaczone dzieciom zdolnym, oparte o tolerancję i zainteresowanie, chcące poznać kolejne pokolenia już powstają. Wiem o tym od paru znajomych ekspertów, czasem też przebąkną coś media. To jest start. Ale ten start trzeba natychmiast podlać dodatkowym paliwem.

To jest cudowny moment, by się zastanowić, co chcecie z tej dziecięcej gliny ulepić, moi drodzy.

Czy Wasza niechęć do “tych paskudnych klocków na komputerze, i syczą” jest naprawdę silniejsza od faktycznej misji bycia profesjonalistą społecznego zaufania. Czy kultywowanie tej zaściankowości psychicznej przyniesie Wam aż tyle korzyści, że Antek ze wsi pod Warką może ani razu nie podnieść z uradowanym zdziwieniem oczu na swojego wychowawcę.

Antek w wieku 13 lat objawia ponadprzeciętne zdolności inżynierskie i skandalicznie wysokie predyspozycje do rozumienia złożonych ciągów przyczynowo skutkowych w maszynach zamkniętych. Antek osiąga to układając po szkole sześciany razem ze swoim ulubionym youtuberem.

Wy mu każecie wyłączyć te sześciany, by liczył sześciany Wasze, wydrukowane w podręczniku z lat 60, gdzie kontekstem kulturowym zadań są jabłuszka w prostopadłościennych koszyczkach.

To jest cudowny moment, by się zastanowić, czy przypadkiem Antek nie bije Was o parę dystansów.

Ciao,

Andrzej Tucholski

Bądźmy w kontakcie:
  • Dobry tekst, ale błagam – zmień to Phil na Philip. Bo z jednej strony chcesz okazać Zimbardo szacunek i to, że uczyłeś się z jego książek, a potem określasz go tak jakby był Twoim kolegą z podwórka. No chyba, że tylko mnie to gryzie w oczy i trochę się za bardzo spinam, ale mi też było dane kiedyś być na jego wykładzie i uczyć się z jego książek i nie pozwoliłbym sobie na spoufalanie się, mimo iż na żywo pewnie jest naprawdę spoko ziomem.

    • Zimbardo przedstawia się i działa na calutkim świecie jaki Phil :) Tak rozpoczął wykład, tak się podpisuje, tak każe do siebie mówić. Nie mam zwyczaju spoufalać się z ludźmi, którzy sami tego nie zaczynają.

      • To zwracam honor. Teraz to mi nawet trochę głupio i wstyd, że byłem przez 5 lat studiowania psychologii wkręcony w każdy możliwy temat związany z Zimbardo, a nie wyłapałem, że faktycznie jest dość wyluzowany :)

  • Andrzej, jako mama kilkulatki dziękuję Ci za ten tekst.

  • Wszystko rozbija się o to, że ogromna większość speców od edukacji nie nadążą za rozwojem nowych technologii. Nie kminią zmieniającej się świadomości młodych ludzi, ani możliwości jakie dają sieć i nowe media.
    Jedno pokolenie zabetonowało system edukacji, drugie ma realizować jego założenia, a to najmłodsze, docelowe męczy się w oderwanych od życia realiach.
    Tyle o systemie. Ale mimo wszystko nie wydaje mi się, żeby TYLKO rozwijanie pasji poprawiło sytuację dzieci, tych naprawdę SMUTNYCH. Ich smutek prawdopodobnie zaczyna się w domach i tam należy leczyć jego przyczyny.

    • A to zupełnie inna sprawa. Przy czym na polu smutku pochodzącego z domu akurat mamy w Polsce naprawdę dobrych psychologów dziecięcych, którzy robią co się tylko da wewnątrz prawnych norm i ustaleń.

  • Byłem takim dzieciakiem. Z perspektywy czasu wykluczenie uważam za najlepszą rzecz jaka mogła mi się przytrafić. Dzięki temu miałem więcej czasu na pasje które zdefiniowały moje dorosłe życie.

  • Matrox

    Takie wpisy definiują jK. Dzięki, Andrzej!

    Pamiętam, że w szkole na godzinach wychowawczych często puszczane były różne filmy związane z alkoholem czy narkotykami. Zazwyczaj miały one dość negatywny wydźwięk.

    Nigdy jednak nie pojawił się filmik z pozytywnym przesłaniem. Filmik, który poruszałby problematykę rozwoju, poszerzania swoich pasji, ich pielęgnowania, osiągania wielkich rzeczy. Budowania relacji. Inspirowania się właściwymi ludźmi. Motywacji.

    Skoro lubiano uczniów katować tym, jak rozmnaża się pantofelek, czym jest replikacja DNA, jak stworzyć pokolenie czerwonych krów (tak, miałem nawet takie zadanie na kartkówce :)) czy jak wyliczyć sprawność jakiejś pompy na fizyce to… dlaczego nikt nie chciał poruszać bardziej przyziemnych spraw? W końcu z motywacją stykamy się – powiedzmy – na co dzień, a taka replikacja DNA… no cóż, jak ktoś biologią się nie zakręcił to pewnie na nic się mu ona nie przyda ;)

    Moim zdaniem jako naród jesteśmy niesamowicie bystrymi ludźmi, ale system edukacyjny nie wykorzystuje tego potencjału.

    Jak miałem w podstawówce podzielić się moją nietypową pasją do fajerwerków czy robienia stron? No właśnie. Było ciężko. Szczęście jednak, że miałem już internet. Dzięki temu mając 10 lat zacząłem pisać na forum o fajerwerkach. Potem udało się stworzyć z tego największy polski serwis i forum o fajerwerkach w Polsce. Dzisiaj? W maju jest spotkanie użytkowników. Dziesięciolecie :)

    Problem jest jednak taki, że nie wszyscy są w stanie „ogarnąć się” wtedy, kiedy tego potrzeba. A szkoła w tym nie pomaga, chociaż na etapie podstawówki – powinna. Tak jak piszesz, niektórzy mają szczęście mieć wspierających w tych sferach rodziców. Tu też liczy się szczęście.

    • Pierwsza część Twojego komentarza szczególnie mnie rusza – to prawda. Myśmy też ani razu nie widzieli komunikatu pozytywnego, tylko takie abstrakcyjne sianie strachu.

    • Dawid Róż

      „Moim zdaniem jako naród jesteśmy niesamowicie bystrymi ludźmi, ale system edukacyjny nie wykorzystuje tego potencjału.” podpisuje się pod tym rękami i nogami ;) Sam mam wiele znajomych bez pasji, bez pomysłu na przyszłość. Nie wiedzą na jakie studia iść, co chcą robić w życiu. Mówię tutaj o tych „kujonkach” którzy uczyli się wszystkiego na piątki i nie mieli na nic więcej czasu. Teraz muszą wybierać kim chcą być, podczas gdy ja wiedziałem już wiedziałem to od podstawówki :) Dlatego bardzo podobają mi się akcje w stylu „Link do przyszłości” bo otwierają oczy i pokazują że warto mieć pasje ;)

  • Magdalena Agnieszka Banasiak

    Mój 11-sto letni brat nie jest smutny. Tak, wieczorami układa sześciany razem z kolegami w Minecrafcie. Tylko że… w tym jeszcze nie ma nic kreatywnego :<. Nie każdy dzieciak wyciąga z gier coś mądrego, nie każdy ma potencjał, nie każdy chce robić coś lepszego. Przykro mi, ze nie widzę w moim własnym, najdroższym bracie tego geniuszu. Mały nie czyta książek, nawet tych poleconych przeze mnie. Nie ogląda filmów, jedynie "bajki" na poziomie niemówiącego dwulatka. Rzadko kombinuje. Przykro mi ale ja tu nie widzę miejsca na rewolucję. Nie widzę też wśród jego kolegów. Sama jestem studentką politechniki. Zmysł inżynierski i inne bajery. Od dziecka budowałam różne rzeczy z LEGO, później z drewna. Gotowałam zupy z trawy. Wybitnie samolubnie dostrzegam potencjał w sobie, nie w moim bracie. :<

    • Komputer to nie jest samo-wychowująca maszyna. Chcę tym tekstem i swoją postawą promować tłumaczenie uniwersalnej wiedzy na współczesne narzędzia, nie zaś puszczanie kogokolwiek samopas. Nie mówię tego w kontekście Twojej rodziny – nie znam jej więc nie chcę się wypowiadać – ale skoro pojawiło się takie niedomówienie to wolę skonkretyzować swój przekaz :)

    • Magdalena Agnieszka Banasiak

      Jeszcze jedno: Pracuję jako początkujący lektor językowy z dziećmi. Prowadziłam przez ostatnie tygodnie zajęcia z grupą dzieci, pracujących w systemie edukacji domowej. Wyobraź sobie, ze przyjeżdżasz na pierwsze zajęcia do takiej grupy. Chcesz ją poznać, zapamiętać imiona, cechy szczególne. O co pytasz? Oczywiście, że o pasje, zainteresowania! I tu napotykasz pierwszą ścianę. Dzieci odpowiadają, że nie interesują sie niczym. Albo „Lubię kotki”. Po czym na moje pytanie „Chciałabyś się może dowiedzieć więcej o kotach? O ich życiu, ciekawostkach…” – „Nieeee… ja tylko lubię kotki głaskać”. Ręce opadają.

      • Hubert Wiśniewski

        Bo widzisz. Jak Ty bawiłaś się klockami lego czy budowałaś coś z drewna to każdy potrafił Ci pomóc, bo to rozumiał. Ty bawiłaś się klockami, a dorośli potrafili pomóc ułożyć Ci z nich kwadrat. Dzisiaj dzieci robią dokładnie to samo. Układają klocki… tylko grając w Minecrafta. Problem polega na tym, że nikt nie potrafi wytłumaczyć tym dzieciom, że ta gierka, która daje im mnóstwo frajdy, może być kreatywna. Rodzice (czyli pierwsze osoby, które naśladujemy) nie potrafią wesprzeć tych dzieciaków. Zdopingować, żeby w końcu kwadrat był kwadratem, a nie trójkątem. Tyle, że to też nie jest do końca wina rodziców, że się nie znają na tym, bo dlaczego mają się znać? Mają się znać, dlatego, bo w telewizji znowu mowa o uzależnieniu od gier? Bo jakieś dziecko się skaleczyło… oczywiście winna była gra? Jeszcze nie słyszałem w telewizji programu, bądź nie czytałem w gazecie/czasopiśmie artykułu, gdzie ktoś opowiada o tym jak wykorzystać współczesną technologie do odpowiedniego ukształtowania dzieci. Ciągle słyszymy, że to wina komputerów i testy „jak bardzo Twoje dziecko jest uzależnione od gier”. Nie tędy droga. Oczywiście, uzależnienie to zło i trzeba tego unikać, ale niech dziecko usłyszy chociaż raz, że zbudował piękny domek w Minecrafcie.

  • Masz całkowitą rację i właśnie przypomniałeś mi, że ja sam, dzięki pewnej grze zdobyłem bardzo wiele. Konkretnie dzięki Harvest Moon. Nauczyłem się angielskiego (siedząc z padem i słownikiem na kolanach), współtworzyłem najpopularniejszy polski serwis o tej grze, a moje Tips&tricks pojawiły się na łamach PSXExtreme. Dla dwunastolatka, to było jak gwiazdka z nieba. Kultura gamingowa dała mi niesamowicie wiele i dziękuję Ci bardzo za przypomnienie o tym.

    Jak tylko wrócę do domu, instaluję na każdym komputerze Minecrafta.

    • Ale ekstra! Ja Harvest Moona odkryłem dopiero w zeszłym roku (powaga….), ale za to całe dzieciństwo ciąłem w tycoony :)

      • Najlepsze w tych projektach czy klanach graczy, było pełne zaufanie. Wymienialiśmy się hasłami, wysłaliśmy sobie książki i gry na drugi koniec Polski. Jakoś nie mieściło nam się w głowie, że ktoś kto przez 8 godzin dziennie ochrania Twoje plecy (czy to shooter czy strategia), mógłby Cię oszukać.

        Ps. Te klany shooterowe, to dobrze zgaduję, że piszesz o CSie? :)

        • Właśnie nie! CoD4 + Team Fortress 2 + Left4Dead. Byliśmy dziwni :-)

          • Za moich czasów jeszcze tych gier nie było :) (nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie napisać)

          • Jak CS panował to z kolei ja jeszcze chodziłem do kawiarenek, ciężko mi było utrzymać stałe relacje z innymi graczami :)

      • Goszcząc u moich rodziców w długi weekend, ukradłem młodszym braciom drugą część rollercoastera. On i airline kształtowały moją świadomość wartości pieniądza i… zarządzania projektami.

  • Izzy

    „Strzelaniu selfiesów” – brrr, aż mnie ciarki przeszły, gdy przeczytałam tą spolszczoną nazwę w podwójnej liczbie mnogiej. „Strzelanie selfie” albo „strzelanie selfies” nie byłoby lepsze?

    • Nie :)

      • Izzy

        No dobrze :) Jestem u Ciebie gościem, także nie wypada się za bardzo panoszyć :-) Co do samego tekstu (bo byłoby głupio, gdyby tylko z niego ukłuły mnie dwa słowa), to hm… Wychowywałam się razem z bratem mojej mamy i on, odkąd pamiętam, był tępiony za granie w Fifę. Serio, strzelanki to był jakiś ułamek jego ulubionych gier. Najważniejsza była Fifa i jakieś tam inne Football Managery. Ciągle miał wpajane do głowy, że musi siedzieć nad książkami, że nie może iść na boisko pograć z kolegami. Dodam jeszcze, że słabe oceny w szkole miał głównie z powodu nieodrabiania prac domowych, a nie ze sprawdzianów. Można pomyśleć, że chłopak jest całkiem kumaty. Bo jest. Dzisiaj gra w klubie piłkarskim, zaczął jakieś studia, ale nie udało się ich pogodzić z treningami i meczami. Cała rodzina mu kibicuje i interesuje się wynikami jego meczów (bramek raczej nie strzela, jest obrońcą). Dopiął swego, ma 20 lat i pewnie nikt mu raczej nie będzie mówił, że nie może iść na boisko. Ale przez długie lata, aż do liceum, myślę, że też był jednym z miliona smutnych polskich dzieci.

  • Mats Roslanietz

    = ロ 
    Właśnie zdałem sobie sprawę ze swej żałosności. Nie dość że przez całe życie wojowałem z nauczycielami, którzy usiłowali marginalizować moje pasje, to jeszcze w pewnym momencie zrobiłem dokładnie to czego oczekiwali. Aaaargh!!!

    Jacyś chętni do biegania za piłką do wieczora, a potem oglądania fajnych filmów/grania w fajne gry?

  • Heroic Imagination to jeden z piękniejszych projektów jakie poznałam! Cudownie że o nim dziś wspominasz :) Niech wieść się niesie!

  • MałaMi

    Bardzo chciałam iść na ten wykład, niestety nie dałam rady- dlatego ogromne dzięki za ten wpis! :))

    W tym, co piszesz jest dużo racji. Szczególnie, jeśli chodzi o negatywny oddźwięk filmów z godziny wychowawczej czy braku rozmowy o pasjach uczniów… Tak niewiele potrzeba, żeby szary, nudny program urozmaicić czymś pozytywnym, dającym kopa…
    Niestety, ze zmianą programu nauczania nie jest tak łatwo. Od zawsze noszę w sobie niechęć do szkoły. Spory kawałek swojego życia moja mama była nauczycielką, przeszła przez wszystkie etapy- podstawówka, technikum, wykłady na UW. I również hejtuje system nauczania. :) Ja sama od kilku miesięcy jestem studentką pedagogiki. Zawsze za wszystkie błędy obwiniałam nauczycieli… I miałam trochę racji. Bardzo trudno jest zmienić system nauczania w Polsce. To, że wszystko dąży do zrównania wszystkich do jednego poziomu, na każdym etapie jakieś testy, uczenie „pod klucz”, a nie pokazywanie świata, uczenie własnej interpretacji… Zwracanie uwagi na indywidualność każdego. Bajka, nie do spełnienia. ALE. Co by było, gdyby każdy nauczyciel przeszedł jakiekolwiek przeszkolenie? Moja znajoma skończyła geografię, przygotowanie nauczycielskie miała pół jednego semestru. Pół jednego semestru! I pracuje w szkole jako nauczyciel. Myślę, że nic więcej dodawać nie trzeba… Wystarczy zmienić perspektywę, pokazać jak ważna jest rola nauczyciela.. Mam wrażenie, że większość nauczycieli popadła w „schemat”. Lekcja, sprawdzian, uczeń ma się nauczyć i koniec. W zasadzie nie interesuje ich to, jak wyglądają relacje miedzy uczniami w klasie. Gdy ktoś nie umie się odnaleźć i jej wyśmiewany- staje się dla nauczyciela ciężarem, bo „coś trzeba z tym zrobić”. Niestety często nauczyciel nie posiada kompetencji, żeby „coś z tym zrobić” prawidłowo. Bez krzywdy dla uczniów. Nowoczesne technologie powodują, że dzieci mają problem na skupieniu się w szkole (jest do udowodnione, robiono wiele badań). Ale czy trzeba wszystkich równo usadzać w ławkach? No i ukryty program nauczania, niepisane zasady… Nauczyciel ma zawsze rację, nie można się wyróżniać, nie odzywaj się, nie zadawaj pytań. Masakra! Studia na pedagogice uświadamiają mi, w jak głębokiej… dziurze jesteśmy z nauczaniem w Polsce. Jak wiele talentów się marnuje. Nie mówiąc o kreatywności…
    Na szczęście coraz popularniejsze są w Polsce przedszkola i podstawówki Montessori, w Warszawie otworzyło się chyba jedno z pierwszych gimnazjów… Może jak ludzie poznają jakąś inna perspektywę patrzenia na edukowanie- nie jak na fabrykę, z której wychodzą kolejne identyczne produkty- coś się zmieni

    • To bodajże pierwszy wpis, kiedy realnie zwracam uwage nauczycielom jako takim. Zawsze staram się wychodzić z założenia „hate the game, not the player”, ale akurat w kontekście tolerancji dla zainteresowań dzieci to to jest już prywatna sprawa każdego wychowawcy z osobna. Może dziecku kazać schować ten durny telefon, może przysiąść i spytać się, co fajnego robi.

      • MałaMi

        exactly.. niestety, to wychodzi poza ramy schematycznego patrzenia na zasady panujące w szkole… telefon w szkole?! to takie złe! do książek, oglądać obrazki i czytać teksty! zainteresowania? kolorowe linie tabelek, a nie głupie gry! ;)

  • Wojtek

    „Skoro obniżony dyskomfort zgłasza ponad MILION polskich dzieci, to zakładam, że pewnie jedno (lub dwoje) z nich – tak.” jeżeli tylko milion dzieci czuje obniżony dyskomfort(czyt. podwyższony komfort) to znaczy że cała reszta czuje sie gorzej od nich, zmień to bo chyba chodziło ci o obniżony komfort, a jak nie to z chęcią przeczytam co miałeś na myśli

    • Faktycznie, lapsus, już poprawiam. Podobne uwagi zgłasza się na jestKulturze w uprzejmy sposób – będę wdzięczny jeśli w kolejnych komentarzach przestaniesz się tak panoszyć :)

  • Ania

    To dla mnie najważniejszy tekst, jaki przeczytałam na JestKulturze. A masz ich mnóstwo! Właściwie wszystkie.
    Ale do brzegu!
    Temat mi bardzo bliski. Też mam podobne odczucia na temat systemu edukacji. Wiesz, że jestem psychologiem? A wiesz dlaczego? Bo byłam nieszczęśliwym dzieckiem. Szkoła dał mi mocno w kość, mimo, że zawsze miałam średnią w okolicy 5 i świadectwo z paskiem. Nienawidziłam nauczycieli. Nie miałam kolegów. Średni kontakt z rodzicami. Dramat.

    Teraz postawiłam sobie za cel zrozumieć dzieci moich znajomych :) Nieźle mi idzie ;) Choć przyznam, że czasem nie do końca wiem z czego się zwierzają (chyba jestem dinozaurem ;)). Ale najważniejsze, że mam z nimi świetny kontakt.

    A Zimbardo jest moim idolem.

    • Psycholodzy to fajni ludzie. Spora część mojej najbliższej rodziny posiada to wykształcenie :)

  • To chyba jeden z lepszych tekstów, jaki przeczytałam w tym tygodniu, a biorąc pod uwagę fakt, że mamy już czwartek, prawdopodobnie lepszego już nie znajdę.

    Pamiętam, że zawsze bardzo lubiłam mówić o sobie. Chyba nie było to wyrazem egocentryzmu, czy innego -yzmu, który zawiera w sobie rdzeń „ja”, „moje”, „sobie”. Po prostu lubiłam dzielić się tym, co przeżywam. Niestety – tak, jak piszesz – szkoła nie do końca się tym interesuje, zwłaszcza w okresie gimnazjum. Zainteresowanie wzbudzało, jak poszło się „za szkołę”, porobić te wszystkie niedorosłe rzeczy, których dorośli przecież nigdy w naszym wieku nie robili, prawda? Mówię o pierwszych papierosach, czy innych durnotach, które dla gimnazjalistów są takie „Łał!” Mimo wszystko, ważniejsze było to, czy poszedłeś na „majowe”, czy nie wpadła Ci „lufa” w dzienniku i czy przebrałeś buty na obowiązujące w szkole trampki…

    W liceum było już dużo lepiej i tutaj podzielam Twój entuzjazm. Miałam naprawdę fantastycznych (w większości) pedagogów, którzy potrafili mnie poprowadzić, odkryć zainteresowania, podsunąć książkę, która może mi się spodobać.

    Dlatego tak bardzo rozczarowały mnie studia. Bo mimo, iż nie jesteśmy już dziećmi, to przecież każdy ma w sobie naturalną potrzebę dzielenia się tym, co dla niego ważne. W grupie studenckiej (a moja nie liczy nawet 10 osób…) stajemy się jakby anonimowi. Pierwszą przestrzenią, gdzie można wyeksponować swoje zainteresowania, jest seminarium licencjackie. Wcześniej figurujemy po prostu jako studenci. Zapamiętanie naszych imion jest szczytem dobrej woli? chęci? możliwości wykładowcy? Tak to wygląda u mnie. W tym roku pierwszy raz na pierwszych zajęciach z nowego przedmiotu, wykładowca zapytał: kim jesteś, co robisz oprócz studiów, czym się interesujesz? W grupie takie rzeczy mają znaczenie, przecież mamy razem coś tworzyć, budować cotygodniową dyskusję nad Tokarczuk, Gretkowską czy Karpowiczem.

    Uświadomiłeś mi, że w pewnym momencie życia faktycznie większości z nas brakuje takiego „pola do popisu”, czyli miejsca na dyskusję o sobie. Również przeżyłam taki okres i pamiętam, że uciekłam wtedy w Internet, tam szukałam znajomych, są znajomości, które przetrwały do dziś, choć czas pozmieniał wszystkich. Stwierdzam jednak, że czasem łatwiej odezwać się po latach do znajomego z „virtuala” niż do najlepszego przyjaciela z liceum, który po pierwszym roku studiów w innym mieście przestał się nami interesować.

    • Mądry, fajny komentarz. Ja po studiowaniu na UW dopiero w trakcie Erasmusa w Portugalii poczułem się doceniony za to kim jestem. Jeden z wykładowców – Antonio Oliveira, będę resztę życia pamiętał – usiadł koło mnie i nie rozumiejąc polskiego pytał się pokazując palcem o różne fragmenty bloga i dlaczego tak a nie inaczej to ustawiłem lub prowadzę. Zresztą potem dzięki raportowi z działalności bloga nie musiałem pisać egzaminu, wolał bym poświęcił się własnemu marzeniu :)

      • Zdarzyło mi się wtrącić na zajęciach podczas jakiejś dyskusji o Krymie (a studiuję filologię polsko-rosyjską, więc temat przewija się codziennie i, przepraszam, mam go już dość, bo czas zajęć leci, a dyskusja nic nowego nie przynosi), że pisałam o tym na swoim blogu i tak to widzę… (tu nastąpiła sekwencja zdań, o tym, jak ja postrzegam konflikt, a pierwszy raz włączyłam się do dyskusji, choć nie zamierzałam). Nie było ważne to, co myślę, bo po słowach „na moim blogu” wykładowczyni powiedziała: Zostawmy tą reklamę, przejdźmy do zajęć. Po czym do zajęć i tak nie przeszła, dalej mówiąc o tym, jak ona widzi konflikt…

        Na specjalności dziennikarskiej tylko kilka osób wiedziało o moim blogu – tam najdokładniej poznałam, czym jest zazdrość, zawiść – jakkolwiek to nazwać. Na szczęście miałam to gdzieś – blogować może każdy, ja im nie zabraniam.

        Co by nie odbiegać od tematu – czasem myślę, że nauczyciele – ci szkolni, czy akademiccy – po prostu czują się zakłopotani, bo sami nie przejawiają własnych zainteresowań. Dojdą gdzieś tam do pewnego szczebla kariery naukowej i zatrzymują się w rozwoju… społecznym? Wśród moich wykładowców przedmiotów związanych z dziennikarstwem, tylko pojedyncze przypadki mogą pochwalić się stałym zaangażowaniem w mediach. Tak, jest jedna pani od rozgłośni katolickiej. Cenię ją, bo oprócz teorii wykładała praktykę. Reszta replikowała to, co napisali inni. Rozumiem, że nauczyciele z „niższych” szkół mają wiele klas, wiele sprawdzianów, egzaminy, matury i może w tym wszystkim naprawdę brakuje czasu, by pomyśleć o swoich zainteresowaniach. Nauczyciele akademiccy prowadzą jednak zupełnie inny tryb, niczego nie sprawdzają, poza kolokwium raz na jakiś czas (u mnie tylko w sesjach…) Bum! I tak powstał Chocapic. Tak powstaje milion smutnych dzieci, które dojrzewają i stają się milionem smutnych dorosłych Polaków, co wzrasta do rozmiarów ogólnie smutnego społeczeństwa, które może nie tyle nie interesuje się niczym, co po prostu nie ma w zwyczaju opowiadać o swoim wyjątkowym hobby. Chyba, że weźmiemy pod uwagę kalendarium pozytywnie zakręconych w „Teleexpressie”, ale sam widzisz, jak niewiele to znaczy…

        • Pani od literatury

          Dzięki, za ten komentarz. Z przyjemnością zapoznam się z treścią Twojego bloga i spróbuję „obczaić” temat z moimi studentami. Pozdrowienia! :)

        • Iwona Wardal

          Nauczyciele szkół powszechnych nie mają żadnych wymówek. W zakładzie pracy spędzają mniej czasu, niż inni, co oznacza, że mogą np. po pracy 5h w szkole zrobić sobie wolne do 20.00 i 3h „pracy domowej” wykonać wieczorem – to komfort, na jaki niewielu może sobie pozwolić. Do tego dochodzą wolne wakacje i ferie – oczywiście, nie w całości wolne, bo różne rady pedagogiczne, wybór podręcznika, papierzyska, dyżury itd,. ale to wciąż więcej wolnego, niż ma większość. Pisze to jako nauczyciel – wkurza mnie niemożliwie nagonka na nauczycieli pt. „mają za dużo wolnego, niech siedzą w szkole 8h dziennie, nawet, gdy nie ma już w szkole uczniów, bo jak ja siedzę, to oni też albo niech szukają innej pracy” – ale też nie uważam, by nauczyciel miał prawo zasłaniać się ciężką i czasochłonną pracą wobec zarzutu braku prywatnych zainteresowań, skoro swoje pasje rozwijają budowlańcy, kosmetyczki, architekci, dentystki, kasjerzy z Biedronki, motornicze tramwajów i wreszcie – inni nauczyciele, wcale nie kosztem swojej pracy zawodowej, a często z korzyścią dla niej

  • Piotr

    W ramach kulturalnej wymiany poglądów podrzucam wpis, na który trafiłem jakiś czas temu. Warto przeczytać schodząc nieco z hurra optymizmu: http://psycho-kit.pl/?p=5256 ;)

  • świetny tekst. mówisz głośno o bardzo ważnym problemie. to istotny głos w dyskusji, która powinna rozbrzmiewać dużo głośniej.
    Wiesz, kiedy byłam na praktykach w szkole, widziałam to samo. Widziałam smutne dzieci. Widziałam wszechwiedzących, sfrustrowanych nauczycieli, którzy z nieuzasadnioną lekkością używali słów „debil”, „matoł”, „ćwok”, „ale z takich rodziców, to nie dziwne”.
    Dlatego musimy wyjść z tej idiotycznej kliszy, że dzieci są dziś złe i nieposłuszne w szkole, bo im internet szkodzi. Ta mantra, powtarzana przez nauczycieli, rodziców i pseudoekspertów jest wytrychem, który pozwala szybko uciąć wiele spraw. A rzecz ma się zupełnie inaczej. Dzięki, że zwracasz na to uwagę.

    • Trochę odległy strzał, ale świetnie temat edukacji porusza manga „Great Teacher Onizuka”. Serdecznie polecam :)

    • Z tym internetem to różnie bywa- jeśli rodzice nie ogarniają co dziecko sobie ogląda to skutki mogą być opłakane, byłam kilka lat temu w mojej starej podstawówce i tam dwóch chłopców sięgających mi ‚do kolana’ (wiec pewnie z klas 1-3) podbiegło i zlapało mnie za tyłek- szok nr 1, potem kolejni zaczeli jakies świnskie teksty rzucać- szok 2, starsze dzieciaki w komórkach i tabletach, teksty jak z filmów dla dorosłych-szok nr 3. Rozmaiwałam potem ze znajomą nauczycielką i opowiadała, że to jest codzienność a wrecz bywa dużo gorzej. Madry i zmotywowany pedagog bedzie probowal to jakos ogarnąc, ale pytanie pozostaje: ilu takich jest?

      • wiesz, ale ja nie jestem pewna, czy to wina internetu.
        Na marginesie, miałam podobna sytuację: biegnę, a przede mną dwóch chłopców. Oni się uśmiechają, ja się uśmiecham. Mijam ich, a nagle czuję klepnięcie po tyłku. Więc robię zwrot i do chłopców. Oni usiłują uciekać, teren jest ciężki, ale ja nie z takich, co się poddają. Biegnę i krzyczę „Nie zrobię Wam krzywdy, ale chyba musimy sobie coś wyjaśnić!”. Chłopcy chowają się pod samochodami (co za pomysł?) a ja staję i oświadczam „Zrobiliście mi krzywdę. To było niesprawiedliwe. Nie wydaje się Wam?”. W końcu wyleźli i przeprosili.
        Tak, pewnie opowiadali kolegom (nie daj Boże rodzicom), że goniła ich jakaś wariatka. Moje równościowe tyrady również mogły im umknąć. Ale następnym razem zastanowią się, zanim klepną kogoś znienacka w tyłek.

        • Nie mówię, że to na pewno w 100% kwestia niekontrolowanego dostępu do róznych tresci w internecie, ale na pewno jest to źródło, ktore trudniej kontrolować- tym bardziej w czasach gdzie maluchy juz mają smartfony. Czytałam tez fajne, polskie badanie, że dzieciaki lata 7-9 nie odróżniają treści prawdziwych od nieprawdziwych zamieszonych w internecie, tak jakby wszystko w internecie było tylko prawdą.

          ps, zgadzam się też z przesłaniem posta, że w internecie są również bardzo wartościowe treści i rozrywki, ale pozostawienie dzieciaka bez nadzoru może sprawić, że tam nie dotrze
          ps.2 podziwiam za reakcję z tymi dzieciakami!

  • mainti

    Hej, zanim zmieniłam studia i magisterkę zaczęłam ogarniać z HRu, studiowałam pedagogikę. Z punktu widzenia kształcenia nauczycieli w naszym kraju z żalem stwierdzam, że zmian o jakich pisałeś i jakich pewnie wielu marzy, raczej nie będzie. Nowi nauczyciele wychowywani są zdecydowanie w duchu poprzedniej epoki, przez ludzi, którzy (mimo że już od dawna na emeryturze) często nie mają pojęcia o tym jak w ogóle wygląda codzienne życie szkoły. Pewnie byli w niej ostatni raz sami będąc uczniami. Kiedy wyjechałam na Erasmusa do Finlandii i zobaczyłam jak funkcjonuje jeden z najlepszych systemów edukacyjnych na świecie i jak kształci się tam nauczycieli wiedziałam, że po powrocie do Polski będę się ze swoich studiów ewakuować w ekspresie. Nawet poczucie misji jakoś magicznie mi przeszło :P BTW:Finlandia jest fantastycznym przykładem na to, jak reforma edukacji może w dłuższej perspektywie czasu wywindować całą gospodarkę :)

  • Super tekst. Jak tylko odwiedzę rodzinny dom, to utnę sobie pogawędkę z młodszą siostrą ;)

  • Powtórzę większość komentarzy – naprawdę dobry tekst.
    Liceum. Do szkoły dociera informacja o wojewódzkim konkursie literackim. Trzeba było zgłosić zestaw wierszy lub opowiadanie o dowolnej tematyce. Nie mogłam nie wziąć udziału, gdyż pisanie jest moją największą pasją. Stworzyłam więc historię, z której każdego zdania byłam w stu procentach zadowolona. Niebanalna tematyka siedziała gdzieś w środku mnie, pragnąć wyrwać się na wolność. Dwa tygodnie później powiedziałam nauczycielowi o opowiadaniu, które wysłałam na konkurs. Usłyszałam pytanie wypowiedziane protekcjonalnym tonem, z ironicznym uśmiechem na twarzy: „Dziecko, a co Ty wiesz o porewolucyjnej Kubie?”. Właśnie, co ja, 16-letnia dziewczyna mogłam wiedzieć na ten temat?
    Jakiś czas później. Sala wypełniona obcymi ludźmi. Na scenie stoi człowiek w garniturze i czyta moje opowiadanie. Publiczność słucha w ciszy. Zostaję wywołana na scenę. Podchodzę, odbieram nagrodę za pierwsze miejsce. Uśmiecham się. Publiczność bije brawo. Wymieniam uściski dłoni z krytykami literackimi. Gratuluje mi kilkoro profesorów z różnych arcyważnych uniwersytetów. Pytają, czy byłam na Kubie. Odpowiadam, że nie, choć jest to moje największe marzenie. Dowiaduję się, że to niebywałe, gdyż stworzyłam „wiarygodny i z pazurem napisany obrazek-koszmar z komunistycznej Hawany pod ironicznym tytułem”. Wciąż pamiętam to uczucie. Bo właściwie co ja mogłam wiedzieć na ten temat?
    Oczywiście, mój sukces przypisał sobie tamten protekcjonalny, ironiczny nauczyciel, który nawet przez sekundę nie dał mi odczuć, że wierzy w moje możliwości. Mianował siebie moim opiekunem, choć nawet nie uczył mnie języka polskiego. Na stronie szkoły została opublikowana informacja o zwycięstwie jego podopiecznego. O jego sukcesie. Dopiero gdzieś dalej pojawiło się moje nazwisko. To nic, że nawet nie widział na oczy tego opowiadania.

    • Mam pewne kolorowe słowo, którym określam tego typu ludzi. Niestety nie nadaję się na jestKulturę :)

    • WB

      Czy można gdzieś znaleźć w internecie Pani zwycięskie opowiadanie? Z góry dziękuję za informację.

      • Po pierwsze, nie Pani :) A jeśli chodzi o Twoje pytanie, to odpowiedź brzmi tak, ale najlepiej czyta się je w takiej formie, w jakiej dostało je jury. Bez nadmiaru bodźców w postaci zdjęć bądź kolorowej czcionki, więc jeśli masz ochotę je przeczytać, napisz do mnie na maila (fabulous.blueberry.nights@gmail.com) to podeślę Ci je w pdfie.

    • Ja trafiłem w liceum na najwspanialszą nauczycielkę języka polskiego, która pomagała mi rozwijać pasję literacką. Boję się, co stałoby się, gdybym spotkał na swojej drodze takiego kulfona jak ty.

      • Najlepsze jest to, że nie był to polonista, lecz germanista interesujący się literaturą. Na szczęście, jeszcze trzy matury i śmiało mogę powiedzieć, że etap szkoły średniej mam już za sobą ;)

    • Kamil Krakowiak

      Ogromny hejt dla tego nauczyciela! Ja bym chyba nie wytrzymał i publicznie zdementował te plotki o patronacie germanisty. Dlaczego ktoś ma bezkarnie przypisywać sobie Twój sukces?

  • Kinga

    Mam 19 lat. Niedługo skończę matury, będę już mogła powiedzieć że mam wykształcenie średnie i pozostawić za sobą smutne wspomnienia o edukacji w publicznych szkołach.
    Smutne bo jedyne z czym mi się kojarzy (polska?) edukacja to dążenie do ujednolicenia i otępienia uczniów. Przykładem na to są chociażby wszelkie egzaminy. Albo radość nauczycieli i dyrektorów ze statystyk mówiących że w ich szkole wyniki z matury są najlepsze w całym mieście. No i tylu olimpijczyków tu jest! Naprawdę jestem dumna z tych ludzi, którzy mają pasek na świadectwie, świetne oceny i osiągnięcia na konkursach. Jedyne pytanie mi się nasuwa: ilu z tych ludzi osiąga te wszystko sukcesy dzięki swojej pasji? Na pewno nie wielu. Większość to ludzie, którzy są na tyle zdeterminowani i wydaje im się że pasek na świadectwie coś znaczy. A na kilka miesięcy przed ukończeniem szkoły nie potrafią powiedzieć na co chcą iść na studia albo chociaż co chcą robić w przyszłości, jakie są ich marzenia.
    W typowej szkole są dwie ścieżki: albo stajesz się otępiały i uczysz się ze wszystkiego bo nauczyciele/rodzice wmówili ci, że oceny to jedyne co się liczy, nie obchodzi cię nic po za tym, czego skutkiem jest to że nie wiesz czego chcesz, stajesz się mega zestresowanym robotem, nie masz własnego zdania. Drugą ścieżką jest nie wychylać się, jakoś przetrwać, przykładać się tylko do tych przedmiotów które cię pasjonują a hobby realizować po szkole. Skutek: ludzie mają cię trochę za dziwaka, szczególnie jak wyrażasz swoje niestandardowe zdanie na różne tematy, w tym to o obecnym stanie edukacji.
    Wybrałam tą drugą opcję. Zawsze byłam trochę inna, trochę bardziej dojrzała. Podstawówki za bardzo nie pamiętam oprócz tego że żaden przedmiot mnie nie interesował, bo i po co miał skoro nawet nauczyciele się nim nie interesowali i wiedzą podawali nam w zbyt infantylny lub zbyt poważny sposób.
    Poszłam do prywatnego gimnazjum, więc w nim jakoś się zmieniłam. W mojej szkole było trochę miejsca i wsparcia dla zainteresowań i pasji. Nadal nie bardzo kto mnie rozumiał, więc starałam się nie wychylać. No bo nastolatka, która interesuje się po troszę filozofią, psychologią, socjologią, kulturą i historią sztuki a na dodatek jest introwertykiem? Zawsze wszyscy wolą tych są ekstrawertykami i lubią typowe rzeczy. No i chodzić na imprezy.
    Później niewiele się zmienia. Nawet w „Najlepszym Liceum w Mieście”. Nikt tu nie stara się żebyś myślał kreatywnie, abstrakcyjnie czy logicznie. Tu liczy się tylko to czy umiesz żebrać o oceny by mieć pasek albo ewentualnie czy chcesz się trochę napocić nad olimpiadą lub nad dobrym wynikiem z matury, która sprawdza nie twoją pasję, dojrzałość (Egzamin dojrzałości, hehe) a to jak bardzo umiesz dopasować się do klucza. Nauczyciele lubią takich uczniów.
    Mam 19 lat, zdam maturę, zapomnę o liceum i przestanę już być smutnym dzieckiem.
    Ale nigdy nie przestanę zastanawiać się czemu szkoły to maszyny do otępiania i ujednolicania uczniów, którzy kiedyś byli ciekawymi świata dzieciakami. Mam wrażenie że ja się nie dałam temu systemowi. Trochę zbrał mi on odwagi i akceptacji ze strony rówieśników, ale przynajmniej pozostałam kreatywna, mam pasję i chęć poszerzania swojej wiedzy o świecie. Znam kilku podobnych ludzi. Niewielu.
    Jeszcze trochę i będę miała najdłuższe wakacje w życiu. Poczytam, pooglądam może i popiszę. Muszę tylko trochę „odchorować” i postarać się uwolnić od tego marazmu i lekkiego otępienia.
    Wiem, że komentarz ten jest za długi. Chciałam komuś się wyżalić. I pokazać dlaczego ja stałam się smutnym dzieckiem.
    (Pewnie jest pełno błędów i zawirowań. Przepraszam, jestem dyslektykiem. To też jest nieakceptowane)

    • Dziękuję Ci za ten komentarz :)

    • Kinga, Twój komentarz mogę podsumować jednym tytułem pewnej znanej piosenki. :)
      „Another brick in the wall”

      Świetnie opisałaś sytuację. Również jestem tegorocznym maturzystą i miło zobaczyć swoje obserwacje w słowach innych ludzi.

    • Ewa

      Kingo, jesteś fantastyczną i mądra osobą, żałuję, że nie byłaś moją uczennicą:). Walka o paski, niedostrzeganie pasji i zaunteresowań ludzi zwanych uczniami, koncentracja na wiedzy i odgadywaniu „kluczy” – to największe bolączki współczesnej czyli XVIII-wiecznej szkoły.

  • Te wszystkie reformy oświaty to temat nie na moją głowę, bo wynika z wielu wypowiedzi (niestety, również i twojej Andrzeju, chociaż tak pośrednio), że powinniśmy uczyć się tylko praktycznych rzeczy. Jest jednak jedna dziedzina, która rozwija zarówno humanistów, jak i ścisłowców. Którą można wprowadzać od wczesnej podstawówki. Łacina. Dzieci wyniosłyby znacznie więcej zapewnianej przez nią nauki logicznego myślenia niż z wiedzy na temat fenków i flemingów. Czy sprawiłoby to, że dzieci są szczęśliwsze? Na informatyce w gimnazjum i podstawówce graliśmy w Deluxe Ski Jump. Byliśmy w pewnym sensie szczęśliwi. A przynajmniej zadowoleni. Czy o to chodzi? Chyba nie do końca, dzieci najbardziej uszczęśliwiłoby całodzienne charatanie w gałę (marzyłem o tym!) i granie na kompie (ja akurat w Cezara III i Europę Universalis bym wolał niż w Maincrafta). Nie każde dziecko chce się rozwijać.

    • Może nie tyle „praktycznych” co osnutych o praktyczne konteksty. Matma nie jest praktyczna, szczególnie ta „późna” – statystyka i rachunek prawdopodobieńśtwa. Dzisiaj ciężko mi wyobrazić sobie dwie bardziej życiowe dziedziny nauki, ale oczywiście w liceum były dla mnie „kolejnymi wzorkami”. A wystarczyły nadać kontekst:) Wtedy dziecko nawet nie wie, że się rozwija.

    • Iwona Wardal

      Michale, doświadczenia szkół demokratycznych pokazują, że KAŻDE dziecko chce i potrzebuje rozwijać się, uczyć, współpracować, tworzyć, planować, konstruować, nabywać wiedzę… Wystarczy zlikwidować PRZYMUS, a dzieciaki same zaczynają PROSIĆ o nauczenie czegoś, szukać informacji, wymyślać sobie zajęcia… Niektóre z nich mogą się wydawać bezsensowne, ale prędzej, czy później CZEGOŚ uczą. Twoje gry na 100% nauczyły Cię więcej o historii Europy, niż historia w szkole (a przynajmniej ten wycinek wiedzy masz opanowany ze zrozumieniem, a nie tylko „zakuty”), gra w piłkę każdego dnia to znacznie więcej, niż wuefiści potrafią od współczesnej młodzieży wyegzekwować itd. Dzieciom w szkołach demokratycznych oferuje się różnorodne warsztaty, zaprasza specjalistów, naukowców, artystów, przedstawicieli wszelkich zawodów, czy hobbystów, by zaprezentowali swoje umiejętności, pozwala się im na organizowanie wycieczek w interesujące miejsca i uczenie się w praktyce (zakłady pracy, warsztaty rękodzielnicze, gospodarstwa rolne, ostoje przyrody itd. itp.), umożliwia swobodną wymianę informacji i współpracę (nie ma przymusu, że każdy teraz robi obrazek do tematu – ktoś „artystyczny” zrobi obrazek, ktoś zaproponuje wykres, ktoś – animację komputerową itd.). WSZYSTKIE zajęcia są nieobowiązkowe (choć czasami, w zależności od organizacji szkoły oraz systemu edukacji państwa, w którym się znajduje, tworzy się specjalne „bloki wyrównawcze”, które pozwalają uczniom sprawdzić kompletność swojej wiedzy i uzupełnić ewentualne braki pod kątem egzaminów państwowych np. matury). Bardzo mało dzieci rezygnuje z takich szkół na rzecz ogólnodostępnych. Absolwenci (przynajmniej w USA) osiągają wyniki matur porównywalne z rówieśnikami ze „zwykłych” szkół, jednak znacznie rzadziej porzucają rozpoczęty kierunek studiów (tłumaczy się to tym, że lepiej znają siebie, wiedzą czego chcą i nie ulegają naciskom podczas wyboru kierunku). dzieci, które rozpoczynają edukację w szkołach demokratycznych od pierwszej klasy szybko wdrażają się w ten system. Dzieci, które w późniejszych klasach przenoszą się do szkół demokratycznych ze „zwyczajnych”, na początek reagują tak, jak w Twoim poście – ponieważ nie ma przymusu, to „odreagowują” grając na komputerze, bawiąc się i leniuchując całymi dniami. Okres ten bywa nazywany „detoksem”. Z czasem adaptują się w nowym środowisku, przyłączają do zajęć, które wybierają koledzy, z czasem znajdują na nowo radość w uczeniu się, zaspokajaniu ciekawości, robieniu czegoś nowego.

  • Akurat dzisiaj słuchałem, kiedy trafiłem na Twój tekst. Pasuje zwłaszcza czwarta zwrotka.

    https://www.youtube.com/watch?v=QqvUz0HrNKY

    Przyślę swoje dzieci, żeby Ci podziękowały kiedyś ;) Chociaż ja tam gier raczej nie będę im zabraniał. Co najwyżej wymuszał granie w wersje anglojęzyczne. Sto razy lepszy sposób na naukę angielskiego niż jakaś tam szkoła, czy korki.

  • Cieszę się że poruszyłeś ten temat. Jest mi on o tyle bliski, że sama przechodziłam trudny okres kiedy poszłam do liceum – zupełnie nie potrafiłam odnaleźć się w nowym otoczeniu, a to pociągnęło za sobą inne rzeczy i w efekcie mające te 16-17 lat kompletnie się załamałam. Teraz kiedy wszystko jest okay, a ja mam prawie 10 lat lat więcej na karku, zaczęłam zauważać jak wiele dzieciaków (w zasadzie nastolatków) przeżywa podobne trudność w zetknięciu z rzeczywistością, która niestety nie zawsze jest kolorowa. Nauczyciele nie chcą albo zwyczajnie nie potrafią pomóc, bo niby skąd mieliby wiedzieć jak obchodzić się z takim problematycznym dzieciakiem. Niektórym nastolatkom brakuje wsparcia, innym porządnego zajęcia czy pasji – w każdym razie ilość osób, które mają problemy z zaakceptowaniem siebie jest przerażająca.

    Wyjątkowo wyraźnie widzę to na Twitterze, gdzie zaglądam regularnie. Czasem mam ochotę potrząsnąć taką osobą i powiedzieć jej, żeby dała spokój, przestała pisać dołujące tweety, bo przecież kiedyś na pewno wszystko będzie dobrze. Wiem po sobie, że czasem potrzeba naprawdę dużo czasu zanim zrozumie się takie podstawowe rzeczy i chociaż w pewnym stopniu przestanie się zwracać uwagę na każde małe niepowodzenie.

    Swego czasu usiłowałam rozkręcić bloga, który miał być wsparciem i jednocześnie zbiorem podstawowych informacji dla takich problematycznych dzieciaków. Nie wyszło, ale teraz widzę, że to niekoniecznie coś złego. W końcu takie osoby jak ty (tzn mające naprawdę dużo czytelników) mają znacznie większe pole do popisu i są w stanie cokolwiek zdziałać. Mam nadzieję, że więcej osób poruszy ten temat, bo wciąż poświęca się mu za mało uwagi żeby coś w tej kwestii zaczęło zmieniać się na lepsze.

  • Ta końcówka o Antku mnie rozwaliła! Jestem pewna, że Antek jest lata świetlne przede mną!

  • A co innego mają robić nauczyciele, którzy sami w takim systemie byli szkoleni? To się będzie ciągnęło w nieskończoność niestety. No bo otępiała masa jest lepsza niż kreatywne jednostki, bo otępiała masa będzie ślepo wierzyć mediom, politykom i temu wszystkiemu, co wpaja nam świat. Nie ukrywajmy, że taki jest tego wszystkiego cel – ujednolicić społeczeństwo, zabić w nim kreatywność i chęć do wyjścia poza ramy narzucanego przez władze „klucza”. Niestety żyjemy w strasznie zmanipulowanym świecie ;]

    Końcówka o Antku świetna! W ogóle tekst bardzo dobry i bardzo potrzebny ;) Cieszę się, że go napisałeś.
    Pamiętam jak nabijali się ze mnie w szkole, że gram w gry… a potem na studiach przeczytałam tekst o tym, że gracze są lepiej przystosowani do zmieniającego się technologicznie świata, że mają lepszą zdolność szybkiego wyszukiwania informacji i że generalnie te gry wcale na złe mi nie wyszły, ale na samo dobre i poczułam w końcu satysfakcję ;)

  • Jo Ma

    Jestem nauczycielem z wykształcenia. Edukacja wczesnoszkolna i przedszkolna. Przez rok szukałam pracy. Dostałam staż w przedszkolu, z Urzędu Pracy, jako pomoc nauczyciela. I tak jestem ponad dwa miesiące w niepublicznym przedszkolu, w grupie maluchów (2-3latki). Niektóre dzieci zarówno z grupy maluszków jak i starszaków są ewidentnie zaniedbane przez swoich rodziców. I nie, że chodzą brudne, pobite, czy głodne. Dzieci są użyję słowa – dziwne. Nie lubią spacerów – się męczą. Są zacofane społecznie, słaba komunikacja z otoczeniem. Ale ja nie o tym. Nauczycielem chciałam być od…wow od prawie zawsze. Na początku stażu zarzucono mi, że jestem oschła dla dzieci, że chyba pomyliłam się w wyborze zawodu. Pamiętam, że przepłakałam 10 min (tyle tylko miałam wolnego tego dnia) w toalecie. Strasznie uraziły mnie te słowa. Bo jestem tam osobą, która pije z dziećmi herbatki na niby, gotuje niby zupy…która czyta bajki swoimi słowami, tłumaczy wszystko po 10000 razy, przytula jak komuś jest smutno. Znam imiona wszystkich dzieci, wiem co lubią jeść, jak spędzają czas itp. itd. Jak w sali widzę, że ktoś siedzi sam, podchodzę zagaduję, proponuję zabawę, wymyślam historyjki – byleby dziecko nie było samo – a gry owszem czegoś uczą, ale nie wolno pozwolić, aby stały się wypełniaczem każdej sekundy. A wczoraj chyba usłyszałam jedne z najmilszych słów od podopiecznego. Pewna dziewczynka powiedziała mi po prostu, że mnie lubi, a potem dodała, że mnie kocha.
    I nienawidzę klucza. Niszczy dziecięcą wyobraźnię, każde myśleć jak wszyscy… Sama miałam problemy z kluczem. Chyba byłam bardzo głupia (według Ministerstwa Edukacji) ;)

    Ahh…uwielbiam Twe powiadomienia o nowych postach na mailu :D Serio!

  • Kurczę, nie wiem nawet jak to skomentować. Bardzo fajny wpis, chociaż trochę przygnębiająca jest ta liczba. Ja jako harcerz często pracuję z dziećmi i młodzieżą w różnym wieku, więc widzę i znam jak szeroki jest przekrój ich pasji. Nie każda to od razu fizyka kwantowa czy astronomia, ale każda jest super ;)
    P.S. Chyba podrzuciłem mi następny temat zbiórki harcerskiej, pasja. Dzięki :)

    • Dzięki jednej imprezie szkoleniowej WOŚP poznałem jednego bardzo zaangażowanego harcerza i jak go słuchałem to moje oczy robiły się tylko większe i większe – potężnie niezrozumiana organizacja!

      • Bo nadal w oczach wielu są dwa wizerunki harcerza, które nie koniecznie mają wiele wspólnego z prawdą.
        Pierwszy to taki, że grupa dzieciaków biega po lesie w krótkich spodenkach i przeprowadza babcie przez ulice. Drugi jest niestety jeszcze gorszy. Wiele osób jak mówię, że jestem harcerzem to reaguje, że tam pewnie się nieźle pije. Masakra
        Ja oraz moi znajomi nigdy nie biegaliśmy w krótkich spodenkach po lesie (i nigdy nie założę harcerskich spodenek, zło :P) i nigdy nie piliśmy na żadnych wyjazdach czy zbiórkach.
        Harcerstwo jest świetne :)
        Drużynowy 1 Drużyny Harcerskiej ECHO w Bolechowie :D

      • Zgazda się! a ten tekst pasuje bardzo do ZHP. bo to nasza codzienność. Pozdrawienia od zaangażowanego harcerza :D

  • fyedya

    Wszystko zależy od nas, dorosłych. Nie powinniśmy tak szybko zapominać jak to było gdy byliśmy dziećmi.

    Pozdrawiam!
    Ania
    [mama 11-latka, grająca z nim w Minecrafta, subskrybująca kanał SKKF’a, mająca konto na steamie, na co dzień pracująca w poważnym Banku i karmiąca piersią drugiego syna]

  • Ania Piwowarczyk

    Po pierwsze: spotkanie z Zimbardo! No nie powiem, że nie jestem zazdrosna – ale wiesz, taką dobrą zazdrością :) Spotkać autora książek, z których zdobywało się wiedzę, który nas inspirował i rozwijał to jedno z lepszych uczuć!

    Po drugie tekst bolesny, niestety dlatego, że bardzo prawdziwy. A przy okazji podrzucam polską stronę projektu, centrum jest na Śląsku na Nikiszowcu (kto ze Śląska, to na pewno kojarzy miejscówę): http://hip.org.pl/projekt/

    Po trzecie, trochę optymizmu! W polskiej szkole rzeczywiście zmiany wprowadza się opornie, wolno i bezmyślnie. Ale za to działa wiele programów i projektów, które wspomagają polskie szkoły, a oparte są na pięknych inicjatywach i genialnych rozwiązaniach! I skutecznie zamieniają ten milion smutnych dzieci w milion szczęśliwych, pewnych siebie, które będę w życiu wygrywać :) Mnie najbliższy jest program AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI, więc podaję go jako przykład. Wybacz Andrzeju małe „lokowanie produktu”, ale to jeden z najgenialniejszych i najbardziej pozytywnych projektów, jakie znam :) Ale wiem, że jest jeszcze kilka innych, które również robią wiele dobrego. Najfajniejsze jest w tym to, że można się w nie zaangażować i po prostu zacząć zmieniać to wszystko, a przy okazji odbić sobie własne porażki spowodowane czyimś niezrozumieniem czy brakiem empatii i wyobraźni.
    Dobrego weekendu Wszystkim!

    • Link do Przyszłości też jest super :)

      • Ania Piwowarczyk

        Czyli dobra przyszłość przed nami! ;)

  • Firefly

    Wow, jakie miałeś szczęście. Zimbardo jest jednym z bardziej podziwianych przeze mnie ludzi, jest po prostu niesamowity. A co do polskich dzieci, myślę, że kwestia leży w fakcie, że dorośli często traktują młodszych jako pewnego rodzaju gorszy gatunek: głupie to, bez doświadczenia, nic nie umie itp. Często nawet rodzice wolą zająć się sobą niż wesprzeć własne dziecko. Nikt nie docenia tutaj jak poważne problemy mogą mieć młodzi ludzie. A przecież statystyki nie kłamią, w jakiej grupie społecznej jest najwięcej anoreksji, bulimii czy innych chorób podobnego pokroju? A no właśnie wśród młodzieży. Myślę, że z uwagi na wciąż rozwijający się organizm, burzę hormonów probemy te przeżywane są znacznie silnej niż u jednego dorosłego. Tacy mali ludzie porzebują wsparcia, niestety w chwili obecnej go nie dostają. Trzeba to zmienić.

  • Sao

    Podpisuję się każdą kończyną. Mark Twain powiedział: „Nigdy nie pozwoliłem mojej szkole stanąć na drodze mojej edukacji”. Ja się zgadzam z nim. Z Tobą też. Wszystko prawda. Trochę szkoda, że zamiast współpracować z nauczycielami i szkołą, musiałam kolaborować, obalać, podważać. To niesamowite, że jeśli naprawdę chcesz się uczyć i rozwijać, to szkoła jest kulą u nogi w wielu momentach, zamiast dodawać skrzydeł.

  • Marta

    łał, mega!

  • Monika

    Tak się składa, że właśnie skończyłam jedną szkołę. Przygotowuję się do matury czytając dane o produkcji manioku. Też zawsze chodziłam do szkół publicznych, ale nie mogę się do końca z tobą zgodzić. Bo będąc introwertyczna raczej nie spotykałam się tam z akceptacją rówieśników, ale też zawsze miałam to szczęście, że trafiał się choćby jeden prawdziwy nauczyciel. Na pewno wiesz o co mi chodzi – taki, którego pasja stawała się moją pasją. Który potrafił uwierzyć we mnie, gdy ja sama jeszcze w siebie nie wierzyłam.
    Wszystko zmieniło się, gdy poszłam do dobrego liceum. To ono pokazało mi jak ważna jest kultura, nauczyło retoryki, pokazało milion możliwości. Udowodniło mi, że jeśli się chce to można wszystko. Oczywiście nie było tylko cukierkowo, mam masę niepotrzebnej wiedzy, większość nauczycieli była jednak stereotypowa. Ale zdarzali się też tacy, którzy po prostu się uśmiechali, bo byli szczęśliwi, że tu są i mogą z nami pracować. I tacy, którzy zdają sobie sprawę, że ich uczniowie w pewnych dziedzinach wiedzą więcej od nich, bo też mają swoje pasje. Nie zamieniłabym jej na żadną inną.
    I jeszcze argument dla ciebie chyba koronny: to jedyna szkoła jaką znam, w której w ramach lekcji profesor z UJ poprowadził dla nas obowiązkowy wykład o grach wideo :) Myślę, że w polskiej szkole jeszcze nie wszystko stracone.

  • Polecam film dokumentalny „Alfabet” Erwin Wagenhofera o tym jak strasznie szkoła wybija w dzieciakach wrodzoną kreatywność. Zrobiono badania, udowodniono! Grupa dzieciaków w wieku przedszkolnym odznaczała się ponad przeciętną kreatywnością w 98%, po zakończeniu całej ścieżki edukacyjnej zostało już ich tylko 2%. Koszmar! Sama mam dwie córki w wieku prawie 4 i 6 lat. Jestem przerażona ich pójściem do szkoły i szczerze się martwię p.s pozwolę sobie udostępnić twój tekst na moim fanpage’u. Pozdrawiam

    • nati

      to nie posyłaj dzieciaków do szkoły. masz wybór. możesz zdecydować się na homeschooling. ja tak wybrałam i dylematy dot systemu chorego szkolnictwa póki co na 4 lata mam z głowy.

  • Anna Rossi

    NIe, nie i jeszcze raz nie. Nie rozumiem, jak rozwiązaniem „problemu ogromnej ilości smutnych dzieci” ma byc próba kontaktu dziecka z profesjonalistą, by poprowadził jego przypadek aż do szczęśliwego rozpuszczenia się we wspomnieniach? Każdy powinien miec osobistego psychologa? I jednocześnie dorastac w przekonaniu, że nie jest odpowiedzialny za swoje życie? Super, że taki problem został zauważony. Ale rozwiązanie jest dla mnie nie do przyjęcia. Może nie wyczułam ironi, jeśli tak, to proszę o wybaczenie. Prezentacje o własnym hobby o wiele bardziej do mnie przemawiaja :)

    I kolejna rzecz, z którą nie do końca się zgadzam. Nie jestem przeciwna aż tak bardzo budowaniu relacji w sieci, ale może lepiej główny nacisk położyc na budowę poczucia przynależności wśród dzieci w świecie rzeczywistym? Nic nie zastąpi rozmowy face to face ( i wielu wielu innych rzeczy) w realu :)

    • Przykro mi ale świat się zmienił. Nie ma „real” i „virtual”. Tada.
      Transferujemy się w sieć i myślimy jej kategoriami idąc chodnikiem do pracy.
      Robię to już ja – dziecko trzepaka. Jak inaczej może widzieć świat dziecko, które nie zna życia bez internetu i elektroniki?
      Trzeba się przyznać, że to MY nie nadążamy na nowym-nieznanym, a nie „stare było lepsze”.

      • Anna Rossi

        Rozumiem, że odnosisz się do drugiego akapitu mojej wypowiedzi.

        Zgodzę się z tezą, że zamiast podziału na „real” i „virtual” mamy „augmented reality”. Nie jestem temu przeciwna, a z racji zarówno wieku jak i wykształcenia oraz zainteresowań wydaje mi się, że jeszcze ogarniam i nie uznaję się za dinozaura :)

        Niemniej jednak nie wyobrażam sobie, jak dzisiejsze dziecko ma być szcześliwe posiadając wypasiony komputer z szybkim łączem, mnóstwo przyjaciół na fb i innych portalach z SM – jeżeli nie ma zapewnionej normalnej relacji z rodzicami i rodziną, jeżeli nie posiada choćby kilku prawdziwych przyjaciół.

        Powtórzę raz jeszcze i tego będę się trzymać :) – nic nie zastąpi normalnej rozmowy face to face, weekendu w górach z przyjaciółmi, obiadu w rodzinnej atmosferze w niedzielne popołudnie. W tym wszystkim znajdzie się również dużo miejsca dla SM, byleby całe nasze życie towarzyskie (czy też większość) nie rozgrywało się w sieci :)

  • Właśnie w kawiarni przeczytałam ten wpis i muszę lecieć dalej na zebranie, więc nie mam czasu się rozpisać, ale Andrzej! Naprawdę świetny tekst! Miałam bardzo podobną sytuację, tyle że nie z grami i podpisuję się pod tym w stu procentach.

  • Idzie dalej. Okrzyczę ten tekst na fejsie. Poniekąd uświadomiłeś mi dlaczego grająca ciotka jest tak ważnym ogniwem, i skąd ten pomysł by zaciągać mnie do każdej budowli w minecrafcie z pytaniem „i jak”? Czterokrotnie, z ulepszeniami, które wbijają mnie w dumę nad myślą techniczną koleżankostrzeńca.

  • A właśnie może wbrew pozorom nie tak smutno. Czy wpis z tak uroczym selfie z Tucholskim i Zimbardo w rolach głównych mógłby być smutny? No way. :)

    Tak już przechodząc subtelnie do samej treści: podpisuję się, bo sama jestem podobnego zjawiska przykładem. Może trochę szerzej zakrojonego i niezwiązanego bezpośrednio z grami, ile z samą rzeczywistością wirtualną. Jestem osobą nieśmiałą, wycofaną, o zaniżonym poczuciu własnej wartości. Przed liceum właściwie prawie nie miałam życia towarzyskiego. Przez długi czas stapiałam się ze ścianą na tyle skutecznie, że do dzisiaj potrafię być zaskoczona faktem, iż ktoś z własnej, całkowicie nieprzymuszonej woli chce ze mną rozmawiać. Naprawdę, można przyjąć, że z różnych przyczyn mogłam uchodzić za podręcznikowy przykład takiego smutnego dziecka. Gdzieś w końcówce podstawówki zaczęłam prowadzić bloga z opowiadaniem o swoim ulubionym zespole. Przyznaję, do mistrza pióra było mi wówczas daleko, ale udało mi się zdobyć dwie wierne czytelniczki. Rzecz ostatecznie się w międzyczasie rozjechała, jednak pasja pozostała. Dlatego też zaczęłam na przykład grywać w tekstowe RPGi: kierowanie wykreowaną niemal od zera postacią w żywym uniwersum jest według mnie całkiem niezłą wprawką pisarską. Poznałam kilkoro ludzi, którzy wydawali się urzeczeni tym, co zwykli nazywać moim talentem, parę razy przewinęła się sugestia dotycząca właśnie napisania czegoś na poważnie.
    Tymczasem w rzeczywistości jestem zalewana pytaniami dotyczącymi przydatności swoich studiów (creative writing na dziennikarstwie, kierunek trafiony w dwustu procentach), tego, czy moje aktualne działania dadzą mi dobrze płatny zawód. Marzenia są dla dzieci, jesteś wystarczająco dorosła, żeby zamienić je na przyziemne ambicje.

    W rzeczywistości dostaję dziesiątki sprzecznych komunikatów. Przykłady? Na myśl nasuwają mi się dwa.

    Jeden z wykładowców wysnuł przypuszczenie, że może i mam warsztat, ale nie jest pewien tego, czy mam talent. Przy okazji kolejnej pracy stwierdził jednak, że chyba nie miał racji. Spodobało mi się to uczucie, stan towarzyszący przełamaniu cudzego sceptycyzmu za pomocą własnej twórczości.

    Pewna bardzo bliska mi osoba niedawno stwierdziła, że nawet jeżeli uda mi się coś wydać, szanse, że dostanę się na listy bestsellerów, są marne. Powód? Jestem artystką, nie rzemieślniczką. Piszę rzeczy, które nie mają szansy się sprzedać. Piszę w sposób, który nie zostanie pozytywnie przyjęty przez większość odbiorców. Opisuję świat, w którym osadzam fabułę, zamiast skupić się wyłącznie na toku akcji i dialogach. Podejrzewam, że fakt pewnej charakterystyczności mojego stylu również został uznany za wadę. Swoją drogą, nie wiedziałam, że słowo ‚artysta’ można wypowiedzieć tonem tak nasyconym pogardą. Można. Przyznam, że ten konkretny komentarz trochę mnie złamał i wygrzebywanie się z twórczego dołka nim wywołanego zajmie mi chwilę. Ale tylko chwilę, nie więcej.

    Paradoksalnie na obronę systemu edukacji mam to, że poloniści mieli na mnie w tym przypadku pozytywny wpływ i im akurat nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Z ich inicjatywy udało mi się wygrać nawet jeden konkurs, jeden z może dwóch, w których brałam udział. Zabawna sprawa: pomysł, który opisałam w gimnazjum na trzech stronach znacznie się rozrósł i zamierzam zabrać się za niego ponownie. Powieści z tego nie będzie, ale kilkudziesięciostronicowe opowiadanie na pewno. Mam nadzieję, że wyjdzie dobrze. Ach, co ja psioczę, pewnie, że wyjdzie. Optymizm mode on.

    Tyleż ględzenia z mej skromnej strony. :)

  • Paulina

    Grubo… Ale bardzo wartościowy wpis, powaga.
    Niestety taka jest prawda, z którą myślę, że każdy z nas bardziej lub mniej się zetknął. Ja niestety również całkiem boleśnie doświadczyłam smutku spowodowanego wykluczeniem zarówno rówieśniczym jak i brakiem wsparcia u rodziców…
    Szkoda mi takich dzieci i bardzo im współczuję
    Mam nadzieję, że będzie się mówiło o tym problemie coraz więcej, ale przede wszystkim pracowało nad jego rozwiązaniem.

  • Lou

    Mało kto zastanawia się nad tym, co jest opisane wyżej. Dzieciak ma chodzić do szkoły, mieć piątki z matmy i dobre zachowanie. Co to ma do rzeczy, czy jest szczęśliwe? Damn :/

  • Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że sprawa z kadrą się powoli zmienia. Dużą wagę przywiązuje się do warsztatu nauczania, a przy tym do stwarzania warunków dogodnych dla budowania zdrowej relacji miedzy uczniem a nauczycielem. Nie wyobrażam sobie wyśmiania hobby jakiegoś dziecka. Na pewno gry nie są takie straszne jak je malują, ale mimo wszystko trzeba zadbać o to, żeby dziecko nie uciekało w świat wirtualny, ma umieć przede wszystkim funkcjonować w społeczeństwie, nawet takim, które chce go zakopać pod blokiem, bo przecież jest inny. Brutalne, ale z tym trzeba umieć sobie radzić.

    Co do gier… (tutaj następuje długa anegdotka, ale urocza!) widzę wielką różnicę w relacjach uczeń-nauczyciel.
    Dziesięciolatkowie piszą w pocie czoła charakterystykę kolegi. Zaglądam jednemu z chłopców do kartki i widzę, że ma problem z pisownią „Heroes of Might and Magic”. Pomagam mu poprawić i dodaję, że świetna gra.
    Mina bezcenna. A o I części HoMM słuchali jakbym jakie bajki opowiadała.

  • Dwa dni temu skończyłam 12 lat edukacji i maturę. Szkoły wszystkie „z górnej półki”, więc zawsze było nam wmawiane obrzydliwe „Jesteście Elitą Tego Miasta, Musicie Być Najlepsi” jakby to miało stać się mottem naszego życia. Codziennie od 7.45, na każdej lekcji. Ta modlitwa „Bądźcie Najlepsi” nie oznaczała w żadnym wypadku „rozwijajcie swoje ciekawe pasje, bo jesteście kreatywną garstką ludzi”. To oznaczało – macie mieć paski, biegać i błagać o szóstkę z Wiedzy O Społeczeństwie (na którą trzeba było przepisać dziesięć artykułów konstytucji…dużo nam to dało!), dostać stypendia i czuć się jak bogowie z „Elitarnej Szkoły”.
    Mam gdzieś taką szkołę, szkołę w której jest się super, bo uczy się głupich schematów i za tę robotę dostaje się największe wyrazy szacunku od wszystkich dookoła (jak tylko powiesz super hasło „Jestem z Tej Szkoły”). Dobra szkoła to taka, w której nauka jest czymś ciekawym, nie taka, w której ludzie umieją się uczyć, bo muszą i są w stanie ogarnąć kilka schematów.

  • jan

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)