Autor: Andrzej Tucholski | 22 maja 2013 | Komentarze:

Wygraj nową książkę Stephena Kinga – „Joyland” oraz… „Doktor Sen”

No, kochani, podobnego konkursu jeszcze dla Was nie miałem! Co prawda jego teoretyczną grupą docelową są „jedynie” fani prozy Stephena Kinga, ale że jest tu nas całkiem sporo, chyba się jakoś dogadamy. Konkurs jest wyjątkowy z dwóch powodów.

Po pierwsze – głównymi nagrodami są trzy najnowsze książki Stephena Kinga „Joyland” wysłane przez wydawnictwo tak, aby kurierzy dotarli do zwycięzców dokładnie w dniu polskiej premiery (6 czerwca). Skoro jakość to jakość, nie ma przeproś :)

Po drugie – aż się uśmiecham, gdy piszę te słowa – w rozszerzonej wersji konkursu, oprócz premierowego „Joylandu”, do wygrania czeka prebook „Doktor Sen”, kontynuacji kultowego „Lśnienia”. Książka ma premierę w okolicach jesieni/zimy, wstępne wydruki recenzenckie (SUPER trudne do zdobycia, ściśle regulowane) pojawią się zatem późnym latem / jesienią. To „miękka” nagroda, nie mam ani jej zdjęcia ani nie jestem w stanie powiedzieć, czy to będzie dobra książka (choć znając bzik Kinga na punkcie wartości własnej pracy pewnie będzie w porządku), ale HEJ. Dostać kontynuację jednej z najważniejszych książek autora na kilka tygodni przed światową premierą? Dla fana jego stylu i wyobraźni? To piękne! :)

Ale najpierw – zapowiedź!

Czytam „Joyland” już od paru dni, ale niestety nie mogę za bardzo dzielić się publicznie przemyśleniami. Napiszę więc chociaż to, co już powszechnie udostępniono :)

Jest sobie Devin Jones. Devin ma złamane serce, co jest częstym efektem ubocznym źle ulokowanej miłości. Zatrudnia się więc w międzyczasie w lunaparku. Niestety (a dla nas, czytelników – stety!) lunapark skrywa tajemnicę sprzed lat. Brutalne morderstwo. Devin, jak to protagoniści książek grozy mają w zwyczaju, wikła się w związane z tym ohydnym wydarzeniem historie. No i jazda!

Więcej niuansów + moją opinię poznacie o świcie w dniu premiery. Mija mi wtedy embargo na informację i szykujcie się na pozbawiony spoilerów spam :)

Konkurs „Joyland”

Nagroda: trzy kopie „Joylandu” wysyłane na premierę

Termin: koniec dnia 26 maja (niedziela). Wyniki ogłoszę w tym wpisie 27 maja rano.

Zadanie: Napisz w komentarzu pod tym wpisem jaka była Twoja pierwsza książka Kinga i dlaczego sięgnąłeś, sięgnęłaś po drugą. To są dwie rzeczy do spełnienia naraz :) Nagradzam ciekawe odpowiedzi.

Konkurs „Joyland” + „Doktor Sen”

Nagroda: kopia „Joylandu” wysłana na premierę + prebook „Doktor Sen” dosłany w swoim czasie

Termin: też do końca dnia 26 maja (niedziela). Wynik ogłoszę w tym wpisie 27 maja rano.

Zadanie: Udostępnić publicznie tę notkę na fejsie/twitterze/blogu razem z opatrzeniem tego share’a konkursowym komentarzem (treścią). Niech wieść się niesie. Co ma być tą treścią? Już tłumaczę! Książki Stephena Kinga to często „coś, co staje się złe”. Na początku jest samochód, potem zło. Na początku jest miasteczko, potem zło. Łapiecie schemat. Napiszcie mi więc jaka zupełnie normalna rzecz mogłaby stać się złem w hipotetycznej książce Stephena Kinga :) Innymi słowy: jak i co mógłby ciekawie rozwinąć mistrz. Nagradzam najstraszniejszą opcję. Linki udostępnień należy wkleić tu w komentarzach, tak będę je sprawdzał.

Można brać udział w obu konkursach naraz, ale w razie podwójnego docenienia wybieram automatycznie opcję lepszą :)

POWODZENIA!!!

Wyniki

Pakiet Joyland + Doktor Sen trafia do Pauliny, za jej opowiadanie o… sami się przekonajcie. Swoją drogą to Paulina była moim pierwszym wybranym komentarzem do zwykłej nagrody, ale skoro podrzuciła też link to, zgodnie z zapowiedzią, wskakuje wyżej :)

Po Joylandzie z kolei otrzymują: Michał (powodzenia z książką!), aojka (za Przyjaciół) i Monika (ale pod warunkiem że już nie będziesz chciała bić bibliotekarzy!:). Zwycięzcom gratuluję historii, wszystkim biorącym udział zaś dziękuję za udaną zabawę!

Zwycięzcy niech sprawdzą maile.

Keep tight,

Andrzej Tucholski


///

PS: Konkurs organizowany przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Kochani są :)

Bądźmy w kontakcie:
  • Moją pierwszą książką Kinga była „Komórka” – świetna opowieść, trochę podobna klimatem/tematem do „Czarnego Poniedziałku” Reissa.
    Cóż mogę rzec – wyraźne postaci, brak dłużyzn, napięcie od początku do końca. Znajoma mi ją poleciła i nie pożałowałem.
    Po Komórce sięgnąłem po kolejne pozycje: Zielona Mila, Lśnienie, Smętarz dla zwierzaków, Sklepik z marzeniami. Teraz w kolejce czeka Dallas ’66 i Pod kopułą, na pewno się nie zawiodę, to po prostu niemożliwe :)

  • Aleksandra Wójcik

    Pierwszą książką, jaką przeczytałam był „Sklepik z marzeniami” – za tytuł, który moje (wtedy) nastoletnie serce kusił zapowiedzią czegoś delikatnego i zmysłowego. Rozczarowałam się. Po kilku latach dostałam od znajomych „Pod kopułą” (z dopiskiem poczynionym ręką koleżanki „masz nierówno”), przeczytałam, zakochałam się (w Kingu). Teraz mam zamiar znów sięgnąć po „Sklepik…”, aby go przeprosić za opinię z przeszłości. :-)

  • Aleksandra Dudek

    Pierwsza książka – zbiór „Nocna z miana”. Dlaczego? Mało finezyjnie – z przymusu. M. chciał sprawdzić moją, rzekomo nie do złamania, odporność psychiczną na literaturę która każe Ci po nocach zapalać lampkę, choć wyrosłeś już dość dawno z pieluch. Chwaliłam się, że te czy inne fruwające po ścianach wnętrzności które autor kazał mi sobie imaginować absolutnie mnie nie ruszają. O ile sztuka filmowa w tym względzie paradoksalnie mnie przerasta, z książek tego typu czerpałam dziką przyjemność. Aż do rzeczonej „Nocnej zmiany”, która właśnie uniknąwszy tej otoczki ‚gore’ budziła powracającymi obrazami z piskiem w środku nocy. Jakkolwiek ujęłoby to mojej dumie.

    Kolejna produkcja Kinga to „Ręka Mistrza”. Również dostała się w moje łapki przypadkowo – biblioteka, chcąc zmusić licealistów do spędzenia Bożego Narodzenia na czym innym niż pykane na klawiaturze z bezwiednym ślinotokiem, ułożyły nowo przybyłe książki na bardzo natrętnie umieszczonej wystawie. Po doświadczeniach z „Nocną zmianą” postanowiłam na nowo stawić czoła Kingowi. I wyszłam z tego starcia zwycięsko : )

  • Olga

    Pierwszy raz z Kingiem był przy „Chudszym”. Bo skoro pan King takim wielkim ponoć pisarzem był, chciałam się przekonać o co chodzi. Wtedy trochę się zawiodłam, bo miałam się bać, a tu nic. Chociaż przyznać musiałam, że zaciekawiło mnie bardzo. Później sięgnęłam po „Rękę mistrza”. Faktycznie mistrzowska książka. Dla nastolatki zakochanej w sztuce sam temat był fantastyczny, a moment opisu zgniłego trupa był… faktycznie przerażający. Jedyna jak do tej pory rzecz, która nie pozwalała mi w nocy wychylać się zza kołdry. Od tej pory też mam powody, żeby Stephena nazywać mistrzem słowa.

  • Marta Cz

    Od czasu wczesnego gimnazjum pałałam do Kinga szaloną niechęcią – wzbudzał we mnie coś między pogardą a pobłażaniem. Że niby horror może być dobrą książką? Znajomi namawiali mnie na różne sposoby, ale nie udało im się sprawić, żebym sięgnęła choćby i po najcieńsze wydawnictwo Stephena. Mimo to w niedzielę skończyłam „Lśnienie”, a dzisiaj pochłonęłam już 168 stron „Łowcy snów”. Zaczęło się jakieś pół roku temu – obejrzałam „Miasteczko Salem”. Chciałam przekonać się jak wygląda ekranizacja książki, na podstawie której powstało jedno z moich ulubionych anime – „Shiki”. Sam film ogromnie mnie zawiódł i miałam wrażenie, że ktoś zmarnował niesamowity potencjał historii, więc z samego rana poszłam do biblioteki, żeby zapoznać się z książką, chociaż wiedziałam, kto jest autorem. Oczywiście „Miasteczka Salem” nie znalazłam (ach, te uroki weekendowego życia na prowincji c’:), dlatego wyciągnęłam pierwszą z brzegu, w miarę cienką pozycję. „Cmętarz zwieżąt”. Dawno nie połknęłam słowa pisanego w takim tempie. Chociaż początkowo historia wydawała mi się trochę smętna i jakaś taka bez życia, to i tak bardzo się wciągnęłam i po prostu musiałam czytać dalej, żeby dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy. A kiedy już przeczytałam ostatnią stronę i zakończenie nie było szczęśliwe, praktycznie odebrało mi dech z zachwytu (nic mnie tak nie cieszy jak tragiczne zakończenia). No i przekonałam się, że przy książce też można się bać, nawet bardziej niż przy filmie. Drugie było „Miasteczko Salem” kupione za 7 zł na allegro, ale to „Cmętarz” ukradł mi serce i w tej chwili mam w zasięgu wzroku siedem książek Kinga. Nie pogardzę kolejną :)

  • Anna Gałaszewska

    Pierwsza książka Kinga? Zachęcona przez znajomą postanowiłam przeczytać coś jego autorstwa. Na półce rodziców stało chyba z 10 jego pozycji, a ja nie mogłam się na nic zdecydować. W końcu sięgnęłam po „Lśnienie”, i tu z bólem serca przyznaję, tylko dlatego, że w pierwszym zdaniu wystąpiło wyrażenie „nadgorliwy kutasina” (które zresztą spodobało mi się bardzo i które pamiętam do dziś). Ten pierwszy raz był szybki i namiętny. Może właśnie dzięki tej namiętności sięgnęłam po „Miasteczko Salem” – po tą książkę, a nie po inną chyba ze względu na intrygujący tytuł. Później szło już po kolei :)

  • Ania Sio

    hmm nie wiem jak dać linka bezpośrednio do udostępnienia (FB is not my friend), ale znajduje się on na mej „osi czasu”: https://www.facebook.com/ania.sio

  • Marta Kukuś

    Moją pierwszą książka Kinga… Nie, stop. Pierwszą książką, a raczej zbiorem opowiadań Kinga, który kiedykolwiek miałam w rękach był tom „Cztery pory roku”. Oczywiście, zanim trafił on w moje ręce, zdążyłam obejrzeć film, który nakręcono na podstawie jednego z opowiadań – „Skazanych na Shawshank”. Chyba do dzisiaj zadziwia mnie, jak bardzo ta historia różni się od zwykłego, schematycznego rozwoju powieści Kinga – nie ma tam żadnego nadprzyrodzonego, czyhającego w ciemności zła, są tylko ludzie – podli ludzie, dobrzy ludzie, ludzie pragnący wolności i Andy Dufresne, mężczyzna, który „wyrwał murom zęby krat” (czy też raczej wyskrobał je łyżeczką). Reszta opowiadań z „Czterech pór roku” nigdy nie rzuciła mnie na kolana: opowieść o zbiegłym z III Rzeszy naziście, którego sekret odkrywa młody chłopak, który w końcu przerośnie swojego mistrza; trzecie opowiadanie, z którego pamiętam tylko to, że akcja działa się w lesie i z pewnością był tam jakiś trup i końcowa, rzeczywiście klimatyczna opowieść, w której, jak dumnie zapowiadała okładka, „Emlyn McCarron opowiada historię niezwykłego porodu, jaki przed laty odebrał w Wigilię Bożego Narodzenia”.

    „Cztery pory roku” to jedyna książka Kinga, którą posiadam i wiernie towarzyszy mi w zmaganiach z autorem, odkąd skończyłam 13 lat. Marylin na okładce zawsze uśmiecha się tak samo, wyglądając zza padającego na nią cienia krat… A ja, jeśli mam być szczera, nie do końca pamiętam, czemu sięgnęłam po resztę książek Kinga – oprócz „Skazanych..” żadne z jego opowiadań nie rzuciło mnie na kolana, a jednak, a jednak… Jest w jego książkach coś takiego, co sprawia, że nie da się zapomnieć o tym, co się przeczytało. Nie pamiętam, którą książkę przeczytałam następną, pamiętam, że spędziłam całą zimę, wypożyczając z biblioteki każdą jego powieść, która tylko wpadła mi w ręce.

  • Pierwszą książką Kinga, jaką przeczytałem, była „Bezsenność”. Co śmieszne, trafiłem na nią zupełnie przez przypadek, gdyż myślałem, że jest to adaptacja filmu z Pacino i Williamsem :-) po drugą knigę, a potem kolejne kilkadziesiąt, sięgnąłem bo spodobało mi się pióro autora i prowadzenie narracji – oczywiście mimo, a może dzięki licznym dłużyznom.

    edit: oraz drugie – https://plus.google.com/100250058265801552073/posts/AoyndDA6sbF

    ps. chciałem pisać o śmiercionośnym smartfonie, ale przypomniałem sobie, że coś takiego już napisał ;-)

  • Adam Białkowski

    „Zielona Mila”, a to dlatego, że adaptacja Darabonta jest po prostu fenomenalnym filmem. Gdy zobaczyłem w bibliotece okładkę z ujęciami z planu, wiele się nie zastanawiałem i sięgnąłem po zakurzoną książkę. Pierwszy i chyba jedyny wyciskacz łez na jaki trafiłem. Kończyłem czytać w nocy, w kuchni. Kolejna książka to „Martwa Strefa”, pierwszy ebook Kinga jaki trafił mi w ręce nad ranem. ;D

  • aojka

    Pierwszą przeczytaną książką Kinga było Lśnienie. Powód? W jednym z odcinków „Przyjaciół” Reachel znajduje w zamrażalniku egzemplarz „Lśnienia”, na co Joey mówi: „I was reading it last night, and I got scared. I never start reading The Shining, without making sure we’ve got plenty of room in the freezer”.
    Odcinek jeszcze się nie skończył a ja już głaskałam egzemplarz „Lśnienia” na kolanach. Z tego co pamiętam skończyło się zarwaną nocką.
    Kolejnym podejściem był „Wileki marsz” polecony przez znajomą. Później sięgnęłam po kolejne pozycje i jeszcze się nie zawiodłam :)

  • Marcin Kszczot

    Pierwsza książka Kinga? Właściwie nie była to książka, a nowela. Mówię oczywiście o historii nazwanej „Skazani na Shawshank”. Niestety dopiero PO obejrzeniu filmu sięgnąłem po książkę, mimo to wydała mi się ona świetna i jeszcze tego samego dnia miałem zamówione dwie kolejne powieści Kinga: „Zieloną milę” (która była równie świetna jak „Skazani…”) oraz „Desperacja”. Kilka innych książek autora kupiłem lub dostałem, a z tych które mi się spodobały najbardziej wymienię „Lśnienie” (film z rolą NIcholsona również świetny!) i „Cmętarz zwieżąt” (ta książka zaciekawiła mnie bodajże tytułem). Ciekawym doświadczeniem było również najnowsze dzieło pisarza, „Dallas 63”. Dzięki tej książce zainteresowałem się historią zamachu na Johna F. Kennedy’ego.

    Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów z powieści Kinga:
    „Oszukujemy siebie tak często, że gdyby nam za to płacili, moglibyśmy się spokojnie utrzymać.” – Ręka Mistrza

  • M.

    moją pierwszą książką Kinga była oczywiście pierwsza część Mrocznej Wieży, czyli Roland. A potem, nie wiadomo kiedy, połknęłam pozostałe 6 części i już jakoś poszło. zakochałam się,ot co. do dzisiaj mi zostało.

  • Kamil Krakowiak

    Pierwszą książka Kinga jaką czytałem była powieść ‚Bezsenność’. Kupiłem ją przypadkowo, potrzebowałem lektury, wszedłem do kiosku po prasę i akurat natrafiła się kieszonkowa wersja tej książki. Na przeczytanie czegoś od Stevena zabierałem się od jakiegoś czasu, więc natrafiła się doskonała okazja na zapoznanie się z prozą ‚mistrza horroru’. Z entuzjazmem zacząłem lekturę, a tak się złożyło, że miałem wtedy bardzo dużo czasu na czytanie. Nie przydał się. Niestety, jak się później dowiedziałem od znajomego, wielkiego fana książek Kinga, trafiłem na historię powszechnie uznaną za najnudniejszą ze wszystkich, które wyszyły spod pióra tego pisarza. Książki nie skończyłem. Mimo, że zawiodłem się na ‚Bezsenności’ jakiś czas później postanowiłem sięgnąć po ‚8 mile’*, której ekranizacji bylem fanem. Znałem już historie, więc ta nie mogła wywrzeć na mnie wrażenia. Bardzo spodobało mi się jednak coś innego, niesamowity klimat świata przedstawionego, bijący z każdej strony. Uwielbiam czytać książki Kinga za to jak oddaje klimat Stanów Zjednoczonych różnych okresów. To jak wspaniale przechodzi z sielanki małych miasteczek i idealnych osiedli w świat horroru i grozy.
    * 8 mila – ciekawy błąd, oczywiście chodzi o Zieloną Mile, ale zostawiam tak, kulturalna jestPomyłka chyba w stylu jestKultury.

  • Jeremi Bułakowski

    Moje początki z twórczością „Stefana Króla” nie były nadzwyczajne. Wszyscy znajomi polecali mi jego książki, więc w końcu postanowiłem zobaczyć „z czym to się je”. Nie byłem i do dzisiaj nie jestem fanem horrorów ani literatury fantastycznej. Nie miałem żadnych wyobrażeń twórczości King’a, więc do mojej głowy nie wiem czemu automatycznie nasuwał się obraz rodem z filmów grozy klasy B. Po rekonesansie postanowiłem przeczytać na początek Zieloną Milę, gdyż wydawała mi się być najmniej nadprzyrodzona. Już na początku książki wszelkie wątpliwości zostały rozwiane, styl pisania przypadł do gustu, a sama książka zajmuję zaszczytne miejsce w biblioteczce. Odniosłem wrażenie, że autor mógłby napisać książkę o wszystkim i niczym, którą mimo to świetnie by się czytało. Pomimo początkowej niepewności do całego gatunku zauważyłem, że literatura grozy różni się od moich wyobrażeń o niej. Klimat grozy wciągnął na dobre a w następnych miesiącach znalazły się u mnie „Miasteczko Salem” oraz „Christine”.

  • Stephen King zawitał w moim życiu jakoś w czasach późnej podstawówki. Do tej pory sięgałem po pozycje zazwyczaj lekturowe, które omawiane były na lekcjach i nie myślałem, że oprócz nich może istnieć coś innego (co oczywiśce istniało na długo przed pojawieniem się mnie na świecie). Wtedy właśnie moją uwagę przykuł długi rząd książek z dosyć ciemnymi okładkami oraz powtarzającym się imieniem i nazwiskiem autora. Oprócz wyglądu, zaintrygowały mnie nazwy, zwłaszcza te jednowyrazowe – Christine, Lśnienie, Bezsenność. Nie byłem świadom jeszcze niczego, więc wyciągnąłem książkę pierwszą z brzegu. Nie pamiętam dokładnie, ale było to chyba właśnie „Lśnienie”, a jako książka najbardziej powszechna w twórczości Kinga zafascynowała mnie swoją zawartością. Litery nigdy nie pędziły mi przed oczami w takim tempie, a szybkość przewracanych kartek chyba mógłbym zaliczyć do swoich pierwszych życiowych rekordów. Kreacja hotelu „Panorama”, który coraz bardziej potęgował tkwiące w nim zło, aż do wielkiego wybuchu pieca była mistrzowska (kiedy nagle z zaskoczeniem odkryłem, że przecież zapomniano go nadzorować!), a sam pomysł na napisanie książki z akcją dziejącą się właśnie w takim miejscu wydał mi się wtedy bardzo oryginalny. Chciałem też sprawdzić, co innego może znajdować się w pozostałych powieściach. Po kilku dniach wróciłem po następną książkę – drugą z brzegu :) Do dzisiaj pamiętam odrabianie lekcji w pośpiechu, a następnie zagłębianie się w światach stworzonych przez Kinga. To dzięki niemu (lub w mniemaniu moich rodziców – przez niego) lampka nocna świeciła przez pół nocy, gasnąc tylko na czas sprawdzania przez nich, czy faktycznie śpię. Wtedy (i czasem nawet do dzisiaj) podczas każdej „nocy z Kingiem” mój pokój nie wydawał się zbyt bezpiecznym miejscem, wszystkie na wpół oświetlone przedmioty i ich cienie wydawały się jakby nie z tego wymiaru, a każdy dźwięk wewnątrz i na zewnątrz domu sprawiał, że ręce coraz mocniej ściskały trzymaną książkę. Stephen King jest dla mnie dowodem, że nie trzeba oglądać filmów, by faktycznie się przerazić – książka być może robi to w mniej dynamiczny sposób, jednak stopniowany przez nią klimat grozy może się utrzymywać przez długi czas – nawet wtedy, gdy zamykana ostatnia strona ogłasza (kolejną) przeczytaną powieść mistrza.

    LINK DO SHARE’A Z DRUGIEGO KONKURSU: https://plus.google.com/101015044861777397230/posts/a4mrNducriE

  • Jakub Downar

    Pierwsza książka Kinga? Zielona Mila. Zapewne dość tradycyjnie, ale co poradzę. Po drugą sięgnąłem ponieważ strasznie lubię elementy nierealistyczno-fantastyczne w książkach osadzonych we współczesnych realiach. Jestem głównie fanem fantasy, pewnie dlatego. Krótko, zwięźle i na temat. Po prostu do konkursu :)

  • Moja pierwsza książka Kinga, i jednocześnie najlepsza, jaka wyszła spod jego ręki, to „Wielki Marsz”. Przeczytałem od dechy do dechy w czasie kilkugodzinnej podróży pociągiem (żaden to wyczyn, książka ma ledwie 250 stron), pożyczyłem siostrze, mamie, wujkowi, koleżance… ostatecznie kupiony przeze mnie egzemplarz zawędrował gdzieś do Kanady, więc raczej nie tylko ja byłem pod wrażeniem.

    Ale nie o tym miałem ;). Dlaczego sięgnąłem po drugą książkę? Ponieważ zafascynowałem się tą pierwszą. Nie zawiodłem się na autorze (do tej pory jest jednym z moich ulubionych), jednak żadna kolejna (a przeczytałem niemalże wszystkie) nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak właśnie „Wielki Marsz”.

  • Błażej

    Moją pierwszą książką Kinga było Miasteczko Salem. Dlaczego? Byłem wtedy w pierwszej lub drugiej klasie gimnazjum. Musiałem wybrać jakiekolwiek książki do krótkiej prezentacji. A, że Pottera miało dużo osób zdecydowałem się na Kinga, bo sporo internetów o nim pisało. Wcześniej nie wiedziałem z czym mogę mieć styczność. Ściągnąłem pdf’a Miasteczka, przeczytałem po 2 dniach, opisałem na lekcji książkę i… Zagłębiłem się w resztę jego twórczości. Tak mi się spodobało, że później ojcu i obecnej dziewczynie kupiłem Worek Kości i Mgłę :)

  • Aleksandra Kaczmarek

    Chyba się wyróżnię, bo pierwszą książką Stephena Kinga jaką przeczytałam, było „Misery”. Właściwie nie wiem czemu padło na nią, po prostu stała na półce w bibliotece, a ten tytuł coś mi mówił. Kolejna była „Desperacja”, książka której chyba nigdy nie zapomnę. Zaczęłam czytać następne, ponieważ wciągnął mnie świat tego Pana. Mimo, że moja pierwsza styczność z tym autorem odbyła się w zamierzchłych czasach szkoły podstawowej, nie wyobrażam sobie życia bez jego twórczości. Poświęciłam mu nawet moją pracę dyplomową, więc coś jest na rzeczy :)

  • Baśka Stąporek

    A moją pierwszą książką Kinga był Cmętarz zwieżąt. Początki nie były łatwe, za czasów kiedy większość gimnazjalnego kieszonkowego przepuszczałam na książki, to właśnie te wielkie tomiszcza Kinga odstraszały mnie za każdym razem kiedy akurat buszowałam w okolicy literatury grozy. Zdarzało mi się sięgnąć po Poe, Mastertona, Lovercrafta, a na Kinga przyszła pora dopiero kiedy w Empiku zaczynało brakować interesujących, nowych rzeczy. Pamiętam, że książkę czytałam w pociągu, co samo w sobie dodaje każdej lekturze atrakcyjności (chociaż „czytałam” nie jest tu najlepszym słowem – raczej „połknęłam”). To wtedy się dowiedziałam, że czytaniu każdej z książek tego pana towarzyszy zimny dreszcz i gęsia skórka, niezależnie od temperatury otoczenia. Potem już poszło z górki i przestałam omijać „kingową” półkę w księgarni :)

  • Po pierwszą książkę Kinga sięgnąłem,bo słyszałem głosy. Czasami idąc ulicą, co jakiś czas, skądś dobiegły ciche głosy pełne zachwytu. Innym razem, jakiś głos wdzierał mi się wprost do głowy, przez swoje szybkie powtarzanie „To fantastyczna książka! Musisz przeczytać!”. I w końcu uległe tym głosom. Kiedy zaczęły mi już spoilerować, to wpadłem do księgarni złapałem „Pod kopułą” i nie dałem jej już nikomu do rąk, aż nie przeczytałem. Okazało się, że też wylądowałem pod jakąś kopułą i nie widziałem pewien czas książek innych autorów. Pełen zachwytu nad kunsztem Kinga sam stałem się takim głosem. Łatwo więc się domyślić, że szybko sięgnąłem po kolejną książkę. Tym razem – „Bastion”. Równie świetnie zaplanowana, napisana. Świat przedstawiony w książce dopracowany pod każdym możliwym względem. Nie ma d czego się przyczepić.

    https://plus.google.com/114769322763885423903/posts/5Y7KiAH96DY Link do udostępnienia z drugiego konkursu.

  • KasiaC

    Pierwsza- Ręka Mistrza. Jako, że polecał mi ją dość zboczony i niewyżyty kolega z grupy, skojarzenia po tytule miałam jednoznacznie kosmate :p Szybko okazało się, że a i owszem, tyczy się ona zboczenia, ale zawodowego, (jesteśmy na budownictwie, a główny bohater jest inżynierem budownictwa, który to stracił rękę, gdy wjechał w niego żuraw, czy coś na tę modłę). Trzy dni po tym, jak skończyłam Rękę, a było to około Wszystkich Świętych, na jedynce bodajrze leciała „Mgła”. Obejrzałam przez przypadek, uśmiałam się na tym filmie, po czym w czasie napisów końcowych okazało się, że jest to na podstawie opowiadań Kinga. Sięgnełam po nie, coby sobie odczarować film.

  • Szymon Baszak

    Moja pierwsza książka Kinga, przypadek, zwyczajny zbieg okoliczności gdy nagle w publicznej bibliotece zabłądziłem między półkami, chwila zamyślenia skierowała mój wzrok na okładkę. Wydawała się niepokojąca, mroczna, dodatkowo z tyłu napisano żeby nie czytać jej w nocy. No zaciekawiło mnie to strasznie bo do tchórzy nie należę. Tak zaczął się mój, jakkolwiek to nie zabrzmi, długoletni romans z Kingiem, królem wśród twórców horrorów i mrocznego fantasy. Lśnienie, bo tak, to o nim mowa, przeczytałem w niecałe dwa dni, do dziś czuję ciarki na myśl o tych ciemnych korytarzach po których wędrowałem wraz z bohaterami książki. Do dziś uważam ją za najlepszą powieść jaką kiedykolwiek napisał Stephen. Druga powieść? Nie, nie było drugiej. Były wszystkie, zaliczyłem szybki kurs biblioteka-dom i wziąłem ze sobą tyle książek ile zdołałem udźwignąć. Czyli dużo. Carrie, Cujo, Podpalaczka, Salem, Cmętarz, Buick, cała saga o Mrocznej Wieży, Christine i cała reszta, poznałem je wszystkie delektując się tymi mrocznymi wizjami które coraz częściej gosciły w moich coraz dziwniejszych snach. Potem zacząłem czytać na bieżąco; Pod kopułą, Dallas… A teraz, przypadkiem wchodzę na jeden z moich ulubionych blogów i co widzę, Kinga widzę. Muszę, po prostu muszę to wygrać !

  • Stefania Rozczochrana

    Po swoją pierwszą książkę Kinga sięgnęłam w wakacje, stała na półce w bibliotece. Była to „Historia Lisey”. Wciągnęła mnie ta intymność oraz historia o świecie do którego każdy z nas czasem chodzi. Jednakże minęło sporo czasu, nim zdecydowałam się na następną. Trochę nie miałam czasu, trochę myślałam, że drugiej książki takiej jak „Historia Lisey” nie spotkam. Przypadkiem w moje ręce trafiła „Martwa strefa”. Kiedyś trafnie ująłeś, że jest główne wydarzenie, a potem zaczyna się zło. W tym przypadku też tak było. Wciągająca lektura.

  • Paulina

    Pierwsza książka Kinga, z którą się zetknęłam to „Carrie”. Usłyszałam o niej we wczesnych latach mojego chodzenia do gimnazjum. (Minęło już trochę czasu:). Podczas rozmowy z koleżanką o różnych bzdetach, wspomniała o niej przelotem. Jednak wspomniała w taki sposób, że przez ok. 3,4 lata chodziła mi po głowie zanim ją w końcu kupiłam. Dodam, że zrobiłabym to wcześniej, ale mam zły nawyk odkładania wszystkiego na później ;) Wtedy nie miałam pojęcia kim jest King, jednak po przeczytaniu książki zafascynowałam się tematem. Drugą książkę „Cmętarz Zwieżąt” kupiłam z powodu tytułu. Zaintrygował mnie, kupiłam w ciemno i nie zawiodłam się :)

  • Kasia

    Krótko i zwięźle: pierwszą książką Kinga, którą przeczytałam była „Zielona Mila”. Czemu? Wydawało mi się (i miałam nadzieję!), że uchwycę jakieś niuanse pominięte we wcześniej obejrzanym przeze mnie filmie. Zauroczona przeczytałam ją dwa razy. Drugą książką, po którą sięgnęłam było „Lśnienie”. Powód? Dokładnie ten sam (:

  • Guest

    Od dzieciństwa lubiłem fantasy (rodzice dali do przeczytania Władce Pierścieni) i to był przez długi czas główny gatunek jaki czytałem. Tata znając moją słabość do wielotomowych serii fantasy (tym dłużej z ulubionymi bohaterami tym lepiej!) przyniósł do domu 4 książki w tym jedną sporą cegłę (wiedział, że „cegła” to dla mnie najlepszy możliwy rozmiar książki). Te 4 książki to były pierwsze 4 tomy Mrocznej Wieży reklamowane jako „saga fantasy”. Wsiąkłem w ten świat od pierwszej strony „Rolanda”, szybko połknąłem pozostałe tomy a do drugiej książki Kinga jaką przeczytałem: „Powołanie trójki”, wracałem kilka razy. Mroczna Wieża okazała się bardzo trafionym prezentem, a dzięki swojej różnorodności gatunkowej sprawiła, że przestałem ograniczać się do fantasy. Nastał czas Kinga i wielu innych pisarzy nie-fantasy. Mroczna Wieża sporo dla mnie zmieniła.

  • Tomek

    Moją pierwszą książką Kinga była „Szkieletowa załoga”. Zaczęło się dość standardowo: kilka ładnych lat temu w szkolnej bibliotece powoli kończyły się książki, których jeszcze nie czytałem – Tolkien, Sapkowski, Le Guin – ileż można? no dobra, można całkiem sporo ;) ale nadszedł czas na nowości, więc mój wzrok zawędrował na półkę z książkami Kinga. Od tej książki mam sentyment do opowiadań Kinga – „Mgłę”, „N.” czy „Dzień rozdania świadectw” stawiam na równi z „Zieloną milą” czy „Lśnieniem”. Następnie była „Bezsenność”, „Carrie” i jakoś się potoczyło :) A dlaczego sięgnąłem po kolejne książki? Parafrazując Mistrza: miłość do książek Kinga jest jak przeziębienie: wcześniej czy później zawsze kogoś dopadnie. Porównanie o tyle nietrafne, że przeziębienie nieleczone trwa 7 dni, a lekarstwa na Kinga najtęższe umysły świata jeszcze nie opracowały. Choć może powinny, bo w odwiecznej walce dobra ze złem uczelnia czasem przegrywa z Mroczną Wieżą :)

  • Iza

    Moją pierwszą przeczytaną książką Kinga była „Carrie” – tak, całkiem ciekawe rozpoczęcie przygody z prozą tego pana : ) Miałam wtedy z 14 lat, a jakiś czas wcześniej oglądałam późną nocą ekranizację tejże książki i wywarła na mnie tak ogromne wrażenie (scena balu! ;), że nie mogłam potem dłuuugo zasnąć. I opowiadając później o tym koleżance, ta uświadomiła mi, że film oparty był na książce mr Kinga. Czym prędzej ogarnęłam sytuację i już po dwóch dniach byłam zaznajomiona z powieścią i całkowicie kupiona. I potem poleciały – Zielona Mila, Wielki Marsz, wszystko. Co ciekawe, część jego książek przeczytałam wtedy na komórce, ekran 130×130 i jazda! : ) Do tej pory gdy sobie o tym przypomnę, zastanawiam się jak tego dokonałam : ) Jak dobrze, że teraz jest Kindle…
    I po siedmiu latach wciąż się namiętnie zaczytuję w kingowskiej prozie, z niecierpliwością wyczekując kolejnych książek : )

  • Krzysztof Wojniak

    Moją pierwszą książką Stephena Kinga było „Lśnienie”. Książka bardzo sprawnie napisana, która wciąga z każdą następną stroną.
    Potrafi zniewolić swoją realnością. Przepełniona jest grozą,
    którą bardzo wyraźnie odczuwałem podczas lektury. Do tego miałem
    styczność z przerażającym końcem, który później nie pozwolił mi
    spokojnie zasnąć. Sięgnąłem po drugą książkę dlatego że powieści tego pisarza czyta się jednym tchem. To naprawdę porywające lektury. Każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Poza tym w jego książkach nie ma momentów nużących, przewidywalnych czy innych, które kazałyby mi odłożyć jego powieści na półkę. Wręcz przeciwnie. Powieści jego autorstwa to kawał smakowitej mrocznej prozy, którą warto przeczytać.

  • Karol Głażewski

    Pierwsza książka Konga jaką przeczytałem zwała się „Serca Atlantydów”. Książka jest zbiorem opowiadań, które na pozór nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego jednak pod koniec do czytelnika dociera to w jakim był błędzie. Ten tytuł jest niesamowity, pomysł genialny i w dodatku w jednej książce otrzymujemy pięć opowiadań które są jednym opowiadaniem (hell yea!). Skłoniło mnie to do przeczytania kolejnej książki a mianowicie „Wielkiego marszu” (napisanego pod pseudonimem Richard Bachman). Może to z powodu tego że to była jedna z pierwszych „poważnych książek”, spodobały mi się opisy w tej książce. W końcu gówno to gówno, a zabójstwo to zabójstwo. Dodatkowo te tajemnicze(?) zakończenie w którym nie jesteśmy do końca pewni co z bohaterem się stało…

  • Adam

    Pierwszą książką Kinga, po którą sięgnąłem w celu skonfrontowania jej z legendarnym filmem, było oczywiście „Lśnienie”. Przez najbliższe kilka dni sen nie był moim sprzymierzeńcem… Byłem zachwycony mrocznym klimatem „Lśnienia”. Najbardziej podobało mi się pogłębienie rysu głównego bohatera, dzięki czemu praktycznie większość fabularnych wydarzeń można było tłumaczyć realistycznie bądź metafizycznie. Pomyślałem więc, że jeżeli pozostałe książki Kinga są napisane tak sprawnie, to muszę się w nie zagłębić. Wybór „Kopii mistrza” był jednak dość przypadkowy: pytaniem „Jaką książkę Stephena Kinga powinienem przeczytać?” zmobilizowałem zorientowanego w tematyce sprzedawcę w księgarni do polecenia mi tej właśnie pozycji.

  • Michał

    Nie czytałem książek do 18 roku życia. Serio, głupi byłem. Uważałem je za przeterminowany środek rozrywki. W szkole średniej poznałem chłopaka, który, swoją drogą, dzisiaj jest moim najlepszym przyjacielem. On czytał od małego, pochłaniał nowości w bibliotece na swojej wiosce jak odkurzacz. W bibliotece w Koszalinie, gdzie się poznaliśmy, miał zakaz wypożyczania, bo zgubił dwie-trzy książki. Spytał się mnie, czy bym nie poszedł tam z nim, założył kartę i wypożyczył coś dla niego. Spoko – odparłem. Kartę założyłem sądząc, że to najbardziej idiotycznie wydane dwa złote w moim życiu. Zamówiłem trzy książki, w tym „Cztery pory roku”. Nazwisko King słyszałem wcześniej, autor horrorów – tyle wiedziałem. Wziąłem paperbacka do ręki. Był dziwnie lekki i cięzki jednocześnie, okładka wzorowana na opowiadaniu „Skazani na Shawshank” była zachęcająca. Opisy trzech pozostałych opowiadań również. Rzuciłem od niechcenia, że brzmi całkiem fajnie. „Weź pierwszy” – zaproponował przyjaciel i dokładnie tego samego wieczoru wysiadł na moim osiedlu prąd. Była późna jesień, wiatry, deszcze, ponuro na zewnątrz, ciepło w domu. Radio nie działało, pograć nie mogłem, pomyślałem, że przeczytanie kilku zdań mnie nie zabije, co najwyżej trochę zrani. Wtedy ją odłożę. Wziąłem, przeczytałem jedno opowiadanie za drugim, wzruszając się, śmiejąc, współczując bohaterom. Było po trzeciej w nocy, gdy skończyłem, prądu nadal nie było, a ja żałowałem, że nie mam niczego innego do czytania spod pióra Kinga. Następnego dnia wypożyczyłem „Serca Atlantydów” i tak już zostało. King udowodnił mi, że czytanie jest czymś niesamowitym. Zacząłem czytać. Przeczytałem wszystko, co wyszło spod jego pióra do 2012 roku. Dzisiaj mam Kindle, czytam 4 książki miesięcznie, sam piszę, staram się wydać książkę, utrzymuję bardzo dobry kontakt z przyjacielem. King mówi, że daje ludziom historie i że jego historie są magiczne, jak każde inne zresztą. To prawda. Czytanie to magia. Bez „Skazanych…” nie nauczyłbym się czerpania przyjemności z liter ułożonych w zdania, nie miałbym pasji pisania, nie miałbym przyjaciela, który to wszystko zaczął. Dziękuję Stephenowi i Przemkowi, choć żaden z nich tego raczej nie przeczyta.

    PS. Historia autentyczna.

    • Z latarką czytałeś czy przy świeczce? ;) Kliiiiimat!

  • Judyta

    Jako pierwsze przeczytałam „Lśnienie”. W wieku dziesięciu lat, z przekory. Na okładce umieszczono bowiem ostrzeżenie, że lepiej nie czytać „Lśnienia” po zmroku i w samotności. Więc poczekałam aż się ściemni i wszyscy pójdą spać:) Dzięki temu do dzisiaj niezbyt komfortowo czuję się w łazienkach, w których stoi wanna. Zdecydowanie wolę prysznic, w „Lśnieniu” nic spod prysznica nie wylazło.
    Po następną książkę Kinga (czyli „Christine”) sięgnęłam po to, żeby „odczarować” trochę strachy, których nabawiłam się w kontakcie z „Lśnieniem”. Pomyślałam sobie: „Hej! Przecież nie wszystkie jego książki są takie upiorne, tej na pewno nie będę się bać”. Niestety, nic z tego nie wyszło, „Christine” przeraziła mnie niemal w takim samym stopniu jak „Lśnienie”. Na dodatek zagrożenie było dużo bardziej realne – przez jakiś czas na widok każdego samochodu serce zaczynało mi bić trochę szybciej.

  • Jelena

    Swoją pierwszą książkę Kinga znalazłam w domu Babci, w jednej z tych szuflad z nieskończonym zapasem nikomu niepotrzebnych i arcyciekawych przedmiotów. Nie była długa, przeczytałam ją
    chyba w jeden wieczór. Nikt nie wiedział skąd się tam wzięła i nikt też z domowników nie widział jej wcześniej, co było dodatkowym elementem napięcia podczas jej czytania. To była „Dolores Claiborne”. Kiedy zafascynowana, głównie sposobem pisania Kinga, poszłam następnego dnia do biblioteki, mój wybór padł na „Nocną zmianę”. Głównie dlatego, że była pierwsza na półce pod tabliczką „S.King”. Od tej pory, wciąż w trybie losowym, wybieram coraz to kolejne książki tego autora, które niezmiennie potrafią sprawić, że wieczorem w domu zapalam wszystkie światła.

  • Paweł Richert

    Moja pierwsza książka Kinga.. o ile pamiętam to „Christine” kupiona na wyprzedaży w Tesco za niewielką kwotę. Trochę wystraszyła mnie grubość i drobny druk ale pochłonąłem błyskawicznie. Ten klimat gęstniejącej grozy, znak firmowy Kinga, odwraca uwagę od ilości stron, sprawiając że przewracają się same. Mimo tego trochę minęło nim sięgnąłem po „Lśnienie”. Bardzo chciałem przeczytać, po przerwaniu w połowie filmu Cubricka. Wahałem się, bo to podjęcie wyzwania zmierzenia się z legendą. Czy nie będzie za trudna, a z drugiej strony czy nie zawiedzie rozdmuchanych oczekiwań. I ponownie „wsiąknąłem”, oczarowany postacią Torrance’a i psychogennego hotelu. Obecnie na półce leże „niekanoniczna” powieść „Łowca snów”…

  • Pierwszą książką Stephena Kinga i początkiem wielkiej miłości było dla mnie Miasteczko Salem. Co ważne: wcześniej nawet nie wiedziałam, że jest taki pisarz, było to jakieś 15 lat temu, a ja chodziłam do szkoły średniej i mieszkałam w internacie. Zdarzyło się tak, że szkolna biblioteka była nieczynna (przed weekendem!) i byłam wściekła że nie mam książki na długą drogę do domu. Wtedy podszedł do mnie kolega i zaproponował „Miasteczko Salem”. Jego słowa: ” Pożyczyłem zaje…. książkę od sąsiada, jeśli chcesz dam ci na weekend”. Wzięłam, choć nie byłam przekonana, okładka z paskudnym potworasem mnie nie zachęciła ;)

    Ostatecznie po książkę sięgnęłam dopiero późnym wieczorem. I od razu wsiąkłam w wyjątkowy świat Kinga. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam: całą sobą czułam książkę – zapach miasteczka, pogodę, ludzi, atmosferę strachu. Tej nocy przeczytałam Miasteczko Salem do ostatniego akapitu. I choć bałam się pokonać te kilka metrów z kuchni do własnego łóżka, już wiedziałam, że uwielbiam tego pisarza. A Miasteczko Salem do tej pory jest moją ulubioną książką.

    Po weekendzie spotkałam kolegę na szkolnym korytarzu i obwieściłam mu, że książki nie oddam. Zostanie ze mną. „A co mam powiedzieć sąsiadowi?” – zapytał. „Że książka jest zaj….”.
    Podobno sąsiad nie miał pretensji.
    Książka została ze mną.
    Zajmuje honorowe miejsce w mojej kolekcji, choć jest najbardziej zaczytanym egzemplarzem i kartki jej fruwają, nie wymienię jej na nowsze wydanie. Ma duszę.

  • Jakub Stolarczyk

    To zdecydowanie nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Przygodę z King’iem… tfu Richardem Bachman’em :) rozpocząłem od przeczytania książki pod tytułem ”Uciekinier”. Czytało się w porządku, lecz nie mogłem dostrzec niej tego, w czym zachwycali się moi znajomi…. no i stało się. Dobry rok temu wybrałem się do księgarni z nadzieją, że znajdę coś nowego z gatunku fantasy/horror. Natknąłem się na nazwiska pod literką ”K”. Zatrzymałem się przy okładce, która zaciekawiła mnie niesamowicie. Stwierdziłem, ze grzechem by było nie spróbować jeszcze raz zabawić się z Panem Stephen’em. Sięgnąłem po tytuł ”Ręka mistrza” – mój faworyt. 600 stron pochłonąłem(bo czytaniem tego nazwać nie można) w 2 dni. U Kinga fascynuje mnie specyficzny klimat, który znajduje się w każdej z jego książek. Potrafi on, jak nikt inny, stworzyć niebanalne postacie, które budzą naszą sympatię, a kilka stron później wbijają nóż w plecy bohaterowi. To właśnie Stephen King sprawił, że literatura grozy na stałe zagościła na półkach mojego pokoju.

  • Mój pierwszy raz z Kingiem… Ach, kiedy to było ;) Krótka książeczka, czytana – o zgrozo – na komputerze. Skradziony e-book! (Kalam się pokornie). Mało znany tytuł: „Pokochała Toma Gordona”. I ja… pokochałam Stephena Kinga. Zaczęłam czytać z przekory. Mój dziadek nazywał się Stefan. Stefan Król ;) Wyczułam w tym jakąś głębię, jakiś znak od losu, a przynajmniej – z czystej przyzwoitości – powinnam była dowiedzieć się, o co tyle szumu z tym Kingiem.
    Wsiąkłam. Historia dziewczynki zagubionej w lesie – nie brzmi to zbyt podniecająco, co? A jednak! Klaustrofobiczny klimat mrocznego, gęstego lasu, tysiące komarów, poczucie osamotnienia i grozy, do tego lęk dziewczynki, która tylko zeszła ze ścieżki na momencik… Jestem leśnikiem z wykształcenia, więc mam też słabość do takich obrazów ;) To właśnie ten klimat mnie ‚kupił’, zafascynował, rzucił na mnie urok. Stałam się całkowicie bezwolna wobec geniuszu Stephena.
    Następnych powieści już nie kradłam z sieci. Kupowałam, pożyczałam, przeszukiwałam antykwariaty i tańsze księgarnie. Z uporem maniaka słuchałam wypowiedzi Kinga na youtube, czytałam fora, zbierałam fotki. Ta mania stała się już obsesją, gdyż obecnie, gdy tylko znajdę w innej powieści choćby delikatne nawiązanie, cieszę się jak dziecko (jak u Nancy Collins – napomknięcie do Castle Rock). I tak sobie myślę, że jednak fajnie mieć dziadka o imieniu Stefan.
    Dlaczego sięgnęłam po kolejne książki? Stephen King jest jak nałóg. Jedna książka to jak jedno sztachnięcie, jeden strzał, lekkie muśnięcie zdradzające jednak obietnicę. Że jest tego więcej. Więcej światów, więcej przygód, więcej historii.
    Przeczytałam już prawie czterdzieści powieści Mistrza. Jestem uzależniona.

  • Esztar

    Pierwszą książką King’a jaką przeczytałam, była podarowana mi na 15 urodziny „Podpalaczka”. Po przeczytaniu pierwszych 100 stron uzależniłam się i do dziś pozostaję szczęśliwym nałogowcem :) Pomimo, że od tego czasu minęło prawie 14 lat cały czas dziękuje koledze od którego dostałam tą książkę :)

  • Swoją przygodę z tym niezwykle zacnym utalentowanym pisarzem zacząłem jakieś 12-13 lat temu (chodziłem jeszcze wtedy do ‚gimbazy’), zaciekawiony jego twórczością wynikającą z opowiadań ‚bardziej doświadczonych w czytaniu’ znajomych. Ja sam nie należałem do elity, która lubiła czytać, jednakże wcześniej wspomniana ciekawość wzięła nade mną górę. Bez żadnych zahamowań zmierzyłem w kierunku szkolnej biblioteki z zapytaniem, czy w zbiorze przypadkiem nie znajduje się jakaś jego książka. Niestety moje przypuszczenia były mylne ale Pani bibliotekarka doceniając moje zainteresowanie, nakazała mi odwiedzić ją dnia następnego. Tak też uczyniłem i pierwszą książką, jaka wpadła w moje ręce był ‚Worek kości’. Pamiętam jak dziś, że był to okres świat Bożego Narodzenia, więc powróciwszy do domu bardzo wnikliwie zacząłem czytać to dzieło. Wciągnęło mnie tak bardzo, że (jak na czasy kiedy książek bardzo nie czytałem) przeczytałem ją w niespełna 2 tygodnie (przerwy wiadome, z przyczyn niezależnych ode mnie) bardzo głęboko zapadając mi w pamięć. Po powrocie z ‚ferii świątecznych’ oddając właścicielce książkę, długo jeszcze o niej rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy równie jak ja uwielbiają King’a. Ten autor tak mnie zaciekawił, że do dziś nie chętnie czytam kogoś innego, a w miarę możliwości czasowych i finansowych zacząłem kolekcjonować jego książki…
    Jeśli nie uda mi się wygrać tego konkursu i tak postaram się nabyć tę powieść, bo jeśli jest równie dobra jak ‚Dallas ’63’ (po której mam tzw. ‚kaca książkowego’, podobnie jak po ‚Worku kości’) to koniecznie trzeba ją przeczytać :)

  • Patryk Szablewski

    Pierwsza książka Stephena Kinga jaką przeczytałem to „Cmętarz zwieżąt”.
    Książka kupiona w Biedronce za marne grosze. Pamiętam, że czatowałem pod
    sklepem już od siódmej, żeby zdobyć ten tytuł.
    Powieść pochłonąłem w
    mgnieniu oka. Przeczytanie zajęło mi rekordowo krótki okres czasu.
    Byłem wręcz zachwycony stylem pisania i klimatem, który stworzył autor.
    To właśnie dzięki tej powieści pokochałem twórczość króla grozy. Stephen
    King jest wręcz szalony. W mistrzowski sposób buduje klimat i napięcie.
    Jego książki są obłędne, ale i strasznie życiowe. Właśnie to urzekło
    mnie w jego twórczości. Stephen King wykorzystuje swoją wybujałą
    wyobraźnie, żeby opisać w jak najbardziej fascynujący sposób ludzkie
    zachowania i uczucia. Warto pamiętać, że King nie tylko świetnie buduje
    klimat grozy, ale i opisuje życie codzienne prostego człowieka. Od
    zawsze fascynował mnie klimat grozy. Uwielbiałem się bać. To pozytywnie
    na mnie wpływa. W książkach Stephena Kinga znajduje wszystko czego
    szukam od dawna. Klimat, napięcie, fascynującą fabułę i adrenalinę. Tak
    adrenalinę. Nie ma nic lepszego od czytania książek Kinga w nocy, gdzie
    jedyne światło daje nocna lampka.

  • Krzysztof Pater

    Witam. Pierwszą książkę Stephena Kinga przeczytałem mając około 15 lat. Byłą zima, padał śnieg i był straszny mróz. Mimo tego dałem się namówić koledze abym potowarzyszył mu do biblioteki. Za jego namową sięgnąłem po książkę „Carrie”. Po powrocie do domu, około godziny 16 zrobiłem sobie ciepłej herbaty i siadłem do czytania. Książkę skończyłem ok 21:30. Była to jedyna książka, którą przeczytałem od deski do deski bez przerywania. Po lekturze byłem strasznie podekscytowany, nie mogłem w nocy zasnąć, chciałem więcej Na następny dzień o 9 rano byłem już w bibliotece po nową powieść Stephena Kinga. Było to „Miasteczko Salem”. Od tamtej pory jestem Jego wiernym fanem

  • Moja historia z twórczością Kinga jest o tyle nietypowa, że zaczęła się nie od książki, ale od… filmu. Tak, moim pierwszym zetknięciem z autorem było „Lśnienie” w interpretacji Kubricka. Oczywiście braki nadrobiłem potem wersją papierową – charakterystycznie dawkującą napięcie, zaczynając od prawie idyllicznego obrazka, przez coraz dziwniejsze wydarzenia, aż po dramatyczny finał.

    Po zapoznaniu się ze „Lśnieniem” zaczęło mi brakować tego autora. Zwłaszcza, że gdzieś w tym okresie zagrałem też w Alan Wake, będącą, jak wiadomo, niemałym hołdem dla tego typu pisarzy. Postawiłem chyba dosyć nietypowo nie na klasykę, ale na najświeższe dzieło, czyli, akurat wtedy, „Dallas ’63”. I… absolutnie zakochałem się w tym, jak genialnie King oddał magię lat 60tych w Ameryce. Setki stron pokonywałem bez najmniejszego problemu, chłonąc lekturę jak dzieciak „Harry’ego Pottera”.

    Tylko teraz mam problem, bo znowu zaczynam tęsknić za stylem Kinga. Z chęcią naprawiłbym to czytając „Joyland” ;)

    Plus: link do wpisu na Twitterze z drugim zadaniem: https://twitter.com/koobek/status/337902765424648193

  • Krzysztof Pater
  • Moja pierwsza książka Kinga to „Ręka mistrza”, przeczytana już dobrych kilka lat temu. Polecił mi ją kuzyn, zafascynowany Kingiem, mówiąc „przeczytaj, jest rewelacyjna” na co ja, fanka grubych książek które nie kończą się zbyt szybko mimo zachłannego czytania przystałam ochoczo. Pierwsza powieść Pana K. i pierwsza książka ever, którą autentycznie bałam się czytać wieczorem i w nocy. :D Do tej pory zresztą pamiętam mnóstwo szczegółów z tej książki. A czemu sięgnęłam po kolejną? Cóż, Proza Stephena Kinga ma to do siebie, że wciąga i jak ktoś przeczyta jedną książkę, to już się nie uwolni tak łatwo. Tak więc..jeżeli można, to chętnie spędzę sesję nad nieco przyjemniejszą książką niż podręczniki :)

  • skoczny

    Pierwsza książka Kinga? Mniej ambitna Mroczna połowa. Tak się złożyło, że chciałem zapoznać się z jakąś książką Kinga a ta była na stanie w bibliotece. Tytuł kojarzyłem już jakiś czas za sprawą adaptacji w formie gry komputerowej.

    Z drugą książką jest o tyle ciekawie, że nie była nią powieść (ani zbiór opowiadań) a „anatomia horroru” o nazwie Danse Macabre. Byłem świeżo po lekturze Nadnaturalnego horroru w literaturze i miałem ochotę (lub bardziej młodzieżowo: zajawkę) na coś zgłębiającego gatunek. King był pewnikiem, ze względu na swoją wiedzę i swój styl pisarski, więc nie musiałem się sporo zastanawiać.

  • Monika Woźniak

    Jako młodę dziewcze zafascynowane wszystkim co mroczne, nieodgadnione a najlepiej nie z tego świata zaczytywałam się bez opamiętania w „krwawych” horrorach Mastertona i jemu podobnych mistrzów grozy.Tak sie zaczytywałam, aż przerobiłam cały dostępny repertuar biblioteki gminnej i powiatowej.Pewnego razu, pani bibliotekarka widząc jak już w desperacji zabierałam sie za odsuwanie od ścian regałów z książkami w poszukiwaniu chociaż jeszcze jednej, zapomnianej książeczki takiej, która może spadła komuś przez nieuwagę ze strachu za półkę, podeszła i nie chcą drażnic besti drzemiącej w moim młodym umyśle cichutkim głosikiem powiedziała:-Dziewczynko, a może przeczytasz inną książeczkę taką co to ją mistrz King napisał na pokuszenie i zatracenie młodych dusz.Wyciągneła w moją stronę na bezpieczną odległość ramienia książkę o jakże mało jak na fana horrorów przerażającym tytule „Gra Geralda”.Bestia we mnie jjęknęła , wydała głośny pomruk niezadowolenia i wyrwała osłupiałej bibliotekarce książkę z ręki.Po przyjściu do domu zabrałam się natychmiast za czytanie.Nastawiona na opisy odciętych głów niewinnych dziewic, hektolitry przelewającej sie krwi i dziwne bestie czychające w każdym zakamarku rozwalających sie domów w mrocznych lasach nakryłam sie kocem i oczekiwałam jak zwykle mocnych wrażeń.A tymczasem co…. osz matko jak ja sie umęczyłam ta książką.Żdne trupy nie wypadały gęsto z szaf, nie było słychac nigdzie stukotu czarcich kopytek.Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.Byłam tak umęczona czytaniem jak ta kobita wyswobadzaniem sie z kajdanek .Nosz tak byłam wściekła na panią z biblioteki za polecenie takiej książki aż chciałam ja następnego dnia ubić jak glistę parszywą, przynajmniej byłaby jakaś zbrodnia.Z tej wściekłości poszłam następnego dnia do biblioteki wygarnąć babie co myślę o takim Kingu.Pani nie było bo ktoś inny miał zmianę, cuż było więc robić, na złość jej i Kingowi wziełam z półki kolejną książkę z zamiarem spalenia jej wieczorem na leśnej polanie bo uważałam że to najlepsze co można z atka literatura zrobić.Niestety wtedy, dziś myślę że raczej dzięki ingerencji sił nieczystych padał deszcz a matka zabroniła mi palic w kuchi cokolwiek a juz na pewno nie książki.Zaczełam więc ją czytać to „Lśnienie” i to było naprawde olśnienie.Książka genialna, napięcie rosło stopniowo wraz z moim apetytem na więcej i jeszcze więcej.Byłam tak pochłonięta czytaniem, że nie zauważyłam nawet jak zaczęło świtać.Nigdy nie miałam w rękach książki, którą zrobiła na mnie takie wrażenie.Ten dzień zapoczątkował mój niekończący sie romans z Kingiem.Po latach mogę powiedzieć mistrzu kocham Cię!

    • Moja faworytka! :)

    • Monika Woźniak

      Serdecznie dziękuję, książka świeża i pachnąca nowością właśnie wylądowała na moim biurku :)

  • كاثرين قرص

    Pierwszą książką autorstwa Stephena Kinga, która wpadła w moje ręce była ‚Bezsenność’. Trafiłam na nią zupełnie przez przypadek 5 lat temu, gdyż podczas czekania na seans w kinie miałam sporo wolego czasu. Tak więc postanowiłam pójść piętro niżej, gdzie mieściło się stoisko z książkami po promocyjnych cenach, z racji likwidacji tegoż miejsca. Obiekt mojego późniejszego zauroczenia leżał w centralnym miejscu, może właśnie dlatego od razu rzucił mi się w oczy. Dodatkowo ciekawa okładka wprawiła mnie w jeszcze większe zaintrygowanie. Początkowo ilość stron nieco mnie przeraziła, jednak kiedy miałam już za sobą połowę z nich, nie byłam w stanie się oderwać od czytania. Od tego momentu jestem fanką wszelkiej twórczości King’a, a na film oczywiście już nie poszłam – świat jego wyobraźni od razu mnie wciągnął.
    Drugą książką, która wyszła spod pióra Stephena, i po którą zdecydowałam się sięgnąć było ‚Lśnienie’. Czytałam o niej wiele przychylnych recenzji, znajomi serdecznie mi ją polecali. W związku z tym nie było opcji, żebym jej nie przeczytała. Towarzyszyła mi przez calutki listopadowy weekend i wracałam do niej nie jeden raz. Później oczywiście doszły jeszcze filmy na podstawie jego powieści i opowiadań, ale nie tego dotyczy pytanie konkursowe :)

  • Daniel Augustynowicz

    Pierwszy raz spotkałem się z twórczością Kinga, gdy miałem jakieś 13 lat. Odwiedziłem pobliską księgarnię i z wypiekami na policzkach powróciłem do domu, by opowiedzieć mamie jak wspaniałą książkę znalazłem, i że kosztuje jedyne 29,90. Tak. Dokładnie tyle kosztowała. Mam nawet tą książkę przed sobą, jak piszę dla Was ten komentarz. Tytuł – „Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści.” To było dobrze ulokowane 30zł. Opowiadanie przez te kilkadziesiąt stron potrafiły wywołać takie pokłady strachu, że jak dziś wspominam Człowieka w czarnym garniturze to nadal odczuwam lekki dreszcz. Jako mało zamożny człowiek, nie mogłem pozwolić sobie na zakup kolejnych książek. Na szczęście są na świecie biblioteki i to tam sięgnąłem po kolejną książkę. Dlaczego to zrobiłem? Chciałem przeżyć kolejne doświadczenie z twórczością tego autora. Jest coś uzależniającego w strachu, który budzą w człowieku książki Kinga. I tak sięgałem kolejno po następną, sprawdzając jak mocno nasrane ten koleś ma w głowie! (oczywiście z całym szacunkiem dla Mistrza :) ). Dlatego chętnie przygarnąłbym na własność kolejną porcję dobrej literatury.

  • Ilo

    Miasteczko Salem… to jest to… pierwszy horror, strach już od pierwszej sceny kiedy to poleciałam do Taty aby w jego objęciach czytać dalej… najlepsze i tak było realistyczne opisanie przez autora odczuć postaci.. to jak czytając książkę dosłownie czułam zapach przywodzący na myśl rozkładające się ciała. Po kolejną sięgnęłam zaraz po zakończeniu czytania, głodna wrażeń, pełna nadziei rozpoczęłam Smętarz dla zwierzaków..nie zawiodłam się.

  • czesuch

    Gdy miałam około piętnastu lat często chodziłam do pobliskiej biblioteki, wypożyczałam pięć, sześć książek, w ciągu dwóch tygodni niemal je „połykałam”, po czym biegłam, żeby wypożyczyć nowe. Zaczytywałam się w Harlanie Cobenie, Danie Brownie; wszystkie thrillery medyczne, prawnicze – każda książka, która ma w sobie jakąś tajemnicę. Pewnego dnia podczas poszukiwań nowej lektury trafiłam na półce na Kinga. Zainteresowało mnie praktycznie wszystko – liczba egzemplarzy na półce, okładki, opisy znajdujące się z tyłu. Wybrałam jedną z nowszych pozycji, „Ręka Mistrza”. Gdy otworzyłam powieść jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka… Przeczytałam jedną stronę, drugą, trzecią… I nie mogłam się oderwać. To było jak spełnienie moich marzeń, jak wisienka na torcie złożonym z literatury. Jak uzależniona pobiegłam do biblioteki po kolejne, książki. I tak rozpoczęła się moja przygoda. Dlaczego chciałabym dostać „Joyland”? Bo pewnie będzie niesamowita, jak pozostałe.

  • Ciacho

    Pierwszą pamiętam, jak dziś, zacząłem 7 marca 2009 roku i skończyłem tego samego dnia. Był to „Wielki marsz”. Mało jest książek, które wstrząsają i kopią po dupie, a jeszcze mniej jest takich, które robią to z Tobą za każdym razem, ilekolwiek byś razy ich nie przeczytał. Czytałem 5 razy i zawsze po przewróceniu ostatniej strony, nie potrafię się ogarnąć. Tak jest z „Wielkim marszem”, który jest dla mnie arcydziełem i z którym pewnie zażyczę sobie, aby mnie kiedyś pochowali.

    Poniżej cytat, który idealnie oddaje charakter tej książki:

    „Naprzód zasrańcy! Chcecie żyć wiecznie?”

    – nieznany sierżant I wojny światowej*

    *Stephen King, Wielki marsz, Prószyński i s-ka, Warszawa 1999, s. 166.

    Polecam wszystkim.

  • Estera

    Pierwsza książka Kinga to „Wielki marsz” – a dlaczego sięgnęłam po drugą? – jakoś napotkałam w bibliotece i pomyślałam „o Kinga to ja jeszcze nic nie czytałam” [taki przypadek dla ludzi co się orientują w temacie ;)]

  • Nutinka

    Nie lubię horrorów. Nie zamierzałam więc czytać Kinga, który
    kojarzył mi się jednoznacznie jako autor powieści budzących strach i grozę.
    Byłam twarda nawet wtedy, gdy mnie namawiano kusząc podstępnie i wytrwale. Nie
    dawałam się. Do czasu, aż obejrzałam „Skazanych na Shawshank”. Film mi się
    podobał, więc musiałam sięgnąć po książkę i… wsiąkłam. Ten klimat, mroczny i wciągający,
    pamiętam do dzisiaj. I zakończenie, dokładnie takie, jakie powinno być (zresztą
    bardzo lubię zakończenia w powieściach Kinga – w pełni mnie satysfakcjonują). Ale
    z czterech opowiadań zawartych w zbiorze tak bardzo podobało mi się tylko
    tytułowe. Musiało znowu upłynąć trochę czasu, zanim w moje ręce wpadła „Zielona
    mila”, tym razem w formie wygranego audiobooka. Stwierdziłam, że nie jest źle i
    nie ma to nic wspólnego ze stereotypowym horrorem. A potem już poleciało: „Wielki
    marsz”, „Miasteczko Salem” i „Dallas ‘63”. Ale najlepsza jest i tak „Mroczna
    wieża”. No bo co ja poradzę, skoro uwielbiam fantastykę? Do tego stopnia, że o
    każdym tomie musiałam napisać co nieco na blogu. W planach jako pilne mam do
    przeczytania „Bastion”, na który czekam już ponad rok w bibliotece, i „Pod
    kopułą”, której nawet tam nie ma. Ale kiedyś na pewno zdobędę. :)

  • Anna

    Moja pierwsza książka Kinga to „Zielona mila”. Po obejrzeniu filmu od razu chciałam ją przeczytać. I tak mi się spodobała, że sięgnęłam po następne i następne. Teraz w kolekcji mam 18 książek, ale akurat nie mam „Joylandu”. Moim marzeniem jest zebranie wszystkich książek mistrza :)

  • Anna

    Dobra, przyznam się- nie zrozumiałam za bardzo co i jak mam udostępnić. Znaczy link do tego konkursu już udostępniłam na fejsie, wpisałam komentarz zgodnie z poleceniem, ale za cholerę nie mogę teraz tego wszystkiego tu wkleić jako link. Może nie umiem albo coś zrobiłam nie tak jak trzeba. Proszę mi wybaczyć, ale napiszę ten komentarz tutaj: „Opuszczony dworzec kolejowy. Ja już mam gęsią skórkę. Wyobraźnia pracuje…”

    • Należy wkleić link do swojego udostępnienia – każdy status, tweet itp ma osobny adres :)

  • Daniel Zabuski

    W „Piśmie Świętym” napisano, że na początku było słowo i faktycznie – tak powinna wyglądać kolej rzeczy. Nie mniej,czasami życie trudno dopasować do wzorcowych kanonów i w moim wypadku na początku był obraz, który rozbudził pragnienie dotarcia do źródła, czyli słowa właśnie.

    Mam na myśli wersję reżyserską kultowego „Lśnienia” Stanleya Kubricka z 1980 r., będącą adaptacją genialnej powieści Kinga o tym samym tytule. Pozostając pod ogromnym wrażeniem tego arcydzieła filmowego (które pierwszy raz obejrzałem pewnego grudniowego wieczoru 2008 r.), zacząłem żywo interesować się wszelkimi niuansami związanymi z tym obrazem. Moją uwagę najbardziej przykuł fakt, że sam Stephen King w związku ze zbyt dużymi zmianami filmie w porównaniu do powieści (np. dwa całkowicie różne zakończenia), definitywnie odciął się od tej ekranizacji, wycofał swoje nazwisko z czołówki, z czasem wykupił od Warner Bros prawa do ekranizacji i w 1997 r. napisał scenariusz do nowej wersji zgodnej z jego oczekiwaniami.

    Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale – jak zaznaczyłem na początku – w tym przypadku niestety nie szedłem drogą wskazaną przez Biblię… Jednak postanowiłem naprawić swój błąd, dlatego też na gwiazdkę sprawiłem sobie mały prezent w postaci „Lśnienia” Stephena Kinga. Książkę przeczytałem jednym tchem w dwa świąteczne wieczory i takim czynem dołączyłem na stałe do wiernych dworzan Króla Stefana. Pominę w tym miejscu fabułę, gdyż większości osób splot wydarzeń jest dobrze znany, zaś co się tyczy refleksji jakich doświadczyłem z lektury tego horroru wszechczasów (piszę to z pełną odpowiedzialnością) to gdybym chciał opisać moje wszystkie wrażenia i przemyślenia to na pewno nie skończyłbym przed zakończeniem konkursu ;) Powiem tylko, że jeśli komuś wydaje się, że „Lśnienie” Kubricka jest rewelacyjne to… ma rację, ale na rewelacyjność książki trudno znaleźć wystarczająco rewelacyjny przymiotnik :)

    Tuż przed sylwestrem, po „lśniąco” świątecznej przygodzie i zobaczeniu jak bogaty dorobek literacki posiada Stephen King, przyznam szczerze, że nie wiedziałem po jaką następną pozycję sięgnąć. Różne biblioteki w mieście posiadały w swoich zbiorach różne książki Mistrza Grozy i mogłem wziąć pierwszą lepszą z brzegu, która byłaby dostępna (padło na „Nocną zmianę”), ale los zdecydował inaczej. Przy ladzie w bibliotece spotkałem chłopaka mniej więcej w moim wieku, który oddawał „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, a zobaczywszy, że chcę wypożyczyć pierwszy zbiór opowiadań Kinga, zaproponował wymianę. Zgodziłem się, a ta decyzja była strzałem w dziesiątkę, bowiem kto nie przeczytał tej pasjonującej autobiografii i poradnika w jednym, ten niech wie, że ma czego żałować… i to bardzo.

  • Daniel Zabuski
  • Moją pierwszą książką Kinga było TO. Nie mogłam się oderwać od tej książki. Nie byłam mistrzem szybkiego czytania wtedy, więc zarwałam kilka nocy na tą chyba ponad 1000 stronicową książkę i czułam się jak narkoman… chciałam, musiałam mieć więcej… więc sięgnęłam po następną… zdaje się, że był to Talizman, który wciągnął mnie równie mocno… potem już czytałam każdą po kolei nie patrząc na tytuł, byle autor się zgadzał.

  • Sylwucha

    Jeśli przeszperam dziury w mej pamięci, to też pierwszą książką wydaje mi się był „Wielki marsz”. Nie pamiętam, czy miałam świadomość czytania Kinga, ale książką okazała się wstrząsająco zapadająco w pamięć dobra. I trochę to jak ze znanym skrzypkiem grającym anonimowo (dla niewtajemniczonych) w metrze; nieważne, czyje nazwisko widniało na okładce, sposób snucia opowieści przylgnął mi do serca i nie chce odpaść już dużo lat :)

  • Pierwszą książką Kinga (bardzo dobrze pamiętam tą historię) była „Misery”. Były wakacje, jako kilkunastoletni chłopak (pewnie początek gimnazjum lub podstawówka), zacząłem korzystać w mojej miejscowości z oddziału biblioteki dla dorosłych – książki dla dzieci jakieś drętwe były. Zazwyczaj brałem Agathe Christie, Ludluma czy Folleta. Pewnego jednak razu do moich rąk trafiła „Misery” Kinga. Po przeczytaniu opisu na okładce pomyślałem, że może się to w sumie nadawać. Podszedłem do Pani bibliotekarki z chęcią wypożyczenia pozycji i usłyszałem „A mama pozwala Ci takie książki czytać” -”No pewnie, że tak” (skłamałem). Nawet w sumie nie wiedziałem czego mam oczekiwać ale jak wiadomo, skoro Pani w bibliotece zareagowała w taki sposób to musi być coś niesamowitego i strasznego. Zakazany owoc najlepiej smakuje, więc „Misery” zacząłem czytać już w drodze do domu, przez co wpadałem na przechodniów na chodniku. Była to najszybciej przeczytana przeze mnie książka wtedy. W ciągu 2 dni wchłonąłem „Misery” siedząc na balkonie. Czytałem całe dwa dni, było to dla mnie wtedy coś niesamowitego. Dlatego sięgnąłem po kolejne pozycje KING’a (następną był Łowca Snu a kolejną Uciekinier którą napisał pod pseudonimem).

  • Anna

    https://www.facebook.com/anna.haraf Dalej chyba nie umiem wyodrębnić linku do udostępnienia, więc wklejam link ogólny do fejsa.

  • Pierwszy był „Roland” chyba. Dostałem ją w prezencie na jakieś urodziny chyba. Dopiero zaczynałem przygodę z dorosłą literaturą. Skończyłem właśnie „Władcę pierścieni” i „Wiedźmina” i cierpiałem na syndrom odstawienia fantastycznych krain. Wtedy uratowała mnie rodzicielka zamawiając mi w jakimś popularnym wtedy klubie książki całą sagę. Książki przychodziły w tempie 1 miesięcznej. To był najstraszniejszy rok mojego życia. 1 do 4 dni czytania, miesiąc czekania. No bo weź tu wytrzymaj odstawienie od świata rewolwerowców-błędnych rycerzy, piekielnego pomiotu, wielkiej przyjaźni, miłości i przeznaczenia. Nie przeszkadzała mi wtedy nawet rozwleczona niepotrzebnie narracja. Po prostu chłonąłem tą historię jak gąbka. Żadna inna książka Kinga nie zajęła takiego miejsca na mojej półce i w moim sercu.

  • Moją pierwszą książką Kinga był napisany pod pseudonimem „Wielki Marsz”. Nie był to tak charakterystyczny dla mistrza horror, a raczej thriller psychologiczny. Od książki nie można się oderwać, co jest o tyle niezwykłe, że opowiada ona o setce chłopaków maszerujących przez Amerykę. Miałem wtedy mały odpał na ten gatunek po przeczytaniu miażdżącej „Intensywności” Koontza. Po przeczytaniu „Wielkiego marszu” nie zwlekałem więc z sięgnięciem po „Rękę mistrza”. Dlaczego właśnie ta książka? Z prostej chęci sprawdzenia Kinga w jego koronnym gatunku, czyli w horrorze i z jeszcze jednego, o wiele bardziej prozaicznego powodu – tę miałem właśnie pod ręką. I choć „Ręka mistrza” typowym horrorem nie jest – nie zawiodłem się. ;)

  • Michał Bębenek

    Napisane było, że może być też udostępnienie na blogu, także, mój share na konkurs nr 2 – http://marzenia-i-koszmary.blogspot.com/2013/05/king-i-cos-co-staje-sie-ze.html

    Może być w takiej formie? :)

  • Andrzej

    Pierwszy kontakt z dzielami Mistrza mialem w wieju 10 -moze 11- lat.
    Moj starszy o 6 lat brat zaczytywal sie Jego ksiazkami i slyszalem jak z kumplami sie nimi zachwycaja.
    Postanowilem sam sprawdzic kto zacz ten King i jedna Mu „podkradlem”
    .To bylo „Lsnienie”.
    Musze przyznac,ze lektura byla jednoczesnie frapujaca i straszna!
    Straszna nie dlatego,ze zla-tylko ze wzgledu na doznawane emocje.
    Przez dlugi czas mialem nocne koszmary,
    a nawet-o zgrozo-moczylem sie!
    To byla zdecydowanie zbyt wczesna lektura jak na ten wiek.
    Jednak ziarenko zostalo w glebi zasiane! ;)
    Dopiero po kilku latach przerwy zdecydowalem sie odnowic nasza znajomosc.Moj wybor padl wtedy na „Bastion”
    Glownym, powodem byla ekranizacja,o ktorej moj Brat nie mial zbyt pochlebnej opinii.Twierdzil,ze literacki pierwowzor jest zdecydowanie ciekawszy. A skoro serial mi sie podobal,a ksiazka miala byc jeszcze lepsza-to wniosek byl oczywisty:MUSZE ja przeczytac!
    I trzeba przyznac,ze Brat i w tej kwestii mial racje!
    Mocna-momentami upiorna-wizja niszczycielskiej apokalipsy tak na mnie podzialala,ze dalej poszlo juz z gorki i przyszla pora na kolejne utwory tego autora.Tym co szczegolnie mnie uwodzi w Jego tworczosci jest niezwykla latwosc polaczenia odmiennych od siebie rzeczy.
    Z jednej strony przerazajaca wizja przyszlosci,a z drugiej piekna i napawajaca optymizmem na przyszlosc opowiesc o ludzkich mozliwosciach,ktore daja szanse na odrodzenie gatunku.
    King nie stawia wylacznie na groze i strach,ale w rownym stopniu wazna jest dla Niego psychologia postaci-zarowno w odniesieniu do konkretnego bohatera,jak tez calych zbiorowisk.
    Ma tez ogromna latwosc w nieusiannym trzymaniu czytelnika w garsci.
    Czytelnik ma wrazenie nieustannego zagrozenia i niepewnosci.
    Nawet w chwilach spokoju czy radosci,podswiadomie wie,
    ze zaraz zdarzy sie cos co moze zmrozic krew w jego zylach.
    I chociaz zdarzaja Mu sie rowniez slabsze utwory,to kazdy jest przeze mnie wyczekiwany z wielka nieciepliwoscia i nie wyobrazam sobie abym odpuscil sobie lekture!
    To jest dla mnie-wieksze lub mniejsze-ale ZAWSZE swieto!

  • Po raz pierwszy sięgnęłam po „Dolores Claiborne”. Mistrzostwo świata, jeśli chodzi o dreszczowce psychologiczne. Świetna fabuła, świetnie rospisane psychologicznie postacie, mimo, że książka to monolog głównej bohaterki. Miałam wtedy chyba 13 lat i na prawdę momentami bałam się, a nie mogłam oderwać się od lektury. Tylko King potrafi napisać taką powieść – pisarz z ogromną wiedzą właściwie na każdy temat. Następną książką po którą sięgnęłam był „Wielki Marsz” i znowu zachwyt! Przyznam szczerze, że cała fabuła niekoniecznie była zachęcająca, 300 stron o marszu kilku chłopców? I znowu się powtórzę – tylko King mógł tak napisać taką historię, że nie nudzi, nie graniczy z absurdem i na długo zostaje w pamięci. Mistrz!

  • Amelia

    Swoją pierwszą książkę Kinga przeczytałam z głupoty.

    Jako dziecko oglądałam kiedyś wersję filmową „Lśnienia” , nie muszę wspominać, że takie filmy raczej za wcześnie nie lecą. Gdy usłyszałam jak rodzice idą już spać, nie zdołałam filmu do końca, tak się bałam:D
    Film jednak nie dawał mi o sobie zapomnieć, byłam ciekawa zakończenia. Po wypytaniu brata dowiedziałam się, że istnieje też książka. Tak wpadła w moje ręce pierwsza książka S. Kinga.

    Kolejna była „Dolores Claiborne”, bo tą mi wcisnął wspomniany wcześniej brat, twierdząc, że jestem wariatką tak jak ona, bo w tym wieku czytam takie książki ( miałam może 13 lat, niewiele rozumiałam ale i tak pokochałam) :)

  • Hera

    Och, Stephen, Stephen… w pewnym momencie swojego istnienia na tym świecie podporządkowałam mu bardzo istotną (wtedy tak mi się wydawało) sprawę mojego życia. Mianowicie – maturę.
    Zaczęło się od tego, że w wakacje przed klasą maturalną, wpadła mi w ręce „Dolores Claiborne”. Książkę przeczytałam z zapartym tchem i postanowiłam, że muszę zrobić wszystko (WSZYSTKO), aby móc wykorzystać ten tekst na maturze ustnej z polskiego. Jeszcze nie wiedziałam jak, ale wiedziałam, że tak będzie.
    Tuż po po wakacjach powędrowałam więc do mojej polonistki i zakomunikowałam jej, że chcę zgłosić swój własny temat. Bałam się, że moja kochana „Dolores Claiborne” nie podpasuje do żadnego z listy. Kiedy zobaczyłam na liście temat przeze mnie zaproponowany, byłam w siódmym niebie! „Psychologia mordercy w literaturze” – megainteresujący, nieprawdaż?!
    Oczywiście wiedziałam, że aby się dobrze przygotować, muszę przeczytać książkę jeszcze co najmniej raz.
    Wtedy jednak zdarzyło się coś dziwacznego… Nagle, w żadnej bibliotece w okolicy nie mogłam jej dostać! Wszystkie zostały wypożyczone, jakby ludzie zmówili się przeciwko mnie!
    Postanowiłam więc kupić używaną w internatach. Książka, która do mnie dotarła, miała na stronicach pieczęć częstochowskiej biblioteki. Nie wiem czy to biblioteka wyprzedała zbiory, czy może ktoś ją ukradł… grunt, że była i mogłam znowu czytać (a bawiłam się przy tym równie dobrze jak za pierwszym razem).
    Na miesiąc przed maturą, kiedy już oddałam bibliografię pracy, zgłosiła się do mnie przewodnicząca komisji egzaminacyjnej z pretensjami, że wybieram jakieś książki „nie wiadomo skąd”, że nigdzie jej nie można dostać i że nie jest to lektura, więc oni będą ją musieli specjalnie przeczytać i co mają zrobić…
    Zaproponowałam, że pożyczę swój egzemplarz.
    Po około tygodniu dowiedziałam się, że moja książka jest rozchwytywana w pokoju nauczycielskim i że czyta ją całe grono pedagogiczne, heh.
    Na egzaminie byłam bogiem (boginią), swobodnie zaprezentowałam swoje spostrzeżenia, a pytania komisji dotyczyły tylko i wyłącznie samej „Dolores Claiborne”. Maturę ustną z polskiego zdałam na 100%.
    Było to dawno i nie było aż tak istotne (matura w sensie) jak mi się wtedy wydawało, ale wspominam to bardzo miło właśnie dzięki Kingowi.
    Niestety nie mam już książki z pieczęcią częstochowskiej biblioteki, gdyż krążyła ona wśród wielu ludzi, których zaraziłam losami Dolores i już nigdy do mnie nie wróciła…

    • Hera

      Ach, no i sięgnęłam po następną, bo nie wyobrażałam sobie, że mogę poprzestać tylko na „Dolores…” ; )

  • Esia U.

    Miałam 13 lat kiedy przeczytałam pierwszą książkę Kinga. Byłam u mojej koleżanki w ramach odwiedzin. Jak zawsze bawiłam się z jej tchórzofretkami a Madzia siedziała przed lustrem robiąc miny i malując rzęsy. Goniąc za Flaszką (imię jednej w fretek) niechcący zawadziłam o stos książek stojący pod ścianą. Książki rozsypały się po całej podłodze a ja z racji tego że zrobiło mi strasznie głupio przez moją kaciałowatość rzuciłam się do zbierania ich. Podnosząc którąś z kolei książkę zerknęłam od niechcenia na okładkę. Książką tą była „Carrie” autorstwa oczywiście Stephena Kinga. Okładka mroczna i przerażająca jak dla trzynastoletniego dziecka. Od razu chciałam ją wziąć do domu i przeczytać. Zapytałam się czy mogę ją pożyczyć a Madzia tylko ziewnęła i zgodziła się pod warunkiem że skończę układać książki do końca i nakarmię fretki. Idąc w kierunki mojego bloku w głowie kłębiły się myśli jak przemycić książkę tak żeby mama jej nie zobaczyła. Na szczęście matula była na balkonie więc szybko czmychnęłam do swojego pokoju i zamknęłam starannie za sobą drzwi. Usiadłam na podłodze i zaczęłam czytać. Historia Carrie na tyle mnie wciągnęła że nie usłyszałam jak mama woła mnie na obiad. Weszła do mojego pokoju powtarzając po raz drugi że obiad na stole i wtedy właśnie zobaczyła że jestem pochłonięta książką.

    – Co czytasz?

    nie było teraz już dla mnie żadnego odwrotu i musiała jej pokazać. Wyciągnęłam w jej kierunku książkę okładką do przodu.

    – Carrie – przeczytała mama – Hmm, Carrie, gdzieś to widziałam… ale nie wiem gdzie. Kołacze mi się po głowie ale sobie nie przypomnę.

    I wyszła z pokoju. Mnie oczywiście spadł kamień z serca. Byłam w połowie książki, włożyłam zakładkę w miejscu w którym skończyłam i wstałam z podłogi aby pójść do kuchni gdy moja mama ponownie wpadła do pokoju. Pomyślałam sobie że pewnie ją mi teraz odbierze natomiast stało się coś całkowicie niespodziewanego…

    – Córcia już wiem skąd ja to znam! Ostatnio w telewizji był film o tym tytule. Trochę obrzydliwy. Główna bohaterka była niezrozumiana przez otoczenie i własną matkę. A jakiś niedobry chłopak w ramach zakładu zaprosił ją na bal i na tym balu oblano ją świńską krwią. Dziewczynka w ramach zemsty spaliła całe miasto. No naprawdę jaką trzeba mieć fantazję żeby coś takiego wymyślić.

    Zamknęła za sobą drzwi a mnie ręce opadły. W ten o to sposób mama nie świadoma niczego zrobiła spoiler. Ja oczywiście przeczytałam książkę do końca i faktycznie stało się tak ja mama powiedziała…

    Nie pamiętam już o czym była druga książka Pana Kinga którą przeczytałam ale sięgnęłam po nią z prostej przyczyny – żeby zrobić mamie na złość i delektować się fantazją najwspanialszego pisarza na świecie;-)

  • Martyna

    „To był koniec, koniec podstawówki…” – właściwie chyba nie
    była to 6 klasa szkoły podstawowej, o której śpiewa Fisz Emade w kawałku „Heavi
    metal”. Jeśli pamięć mnie nie myli (choć nie wiem, czy mogę na niej polegać, bo
    „Karty z przeszłości każdy tasuje, jak mu pasuje”, ale o tym wiecie, prawda?), to
    była to 5 klasa podstawówki, kiedy poznałam Stephena Kinga. Ale o tym za
    chwilę.

    Jako mały berbeć lubiłam oglądać filmy, które trzymały mnie w napięciu. Potem dowiedziałam się, że filmy te należą do
    „horrorów”, a które, warto wspomnieć, oglądałam po kryjomu (chyba żaden
    rodzic nie chciałaby, aby jego dziecię w wieku 12-13 lat sięgało po takie
    tytuły jak: „Piła”, czy „Teksańska masakra piłą mechaniczną”). Pamiętam, że był
    to dość ciepły dzień. Wróciłam ze szkoły i zauważyłam, że mój brat ogląda coś
    na komputerze. Okazało się, że tytuł tego „czegoś” brzmiał „Marzenia i koszmary”.

    Postanowiłam dołączyć – wszak lubiłam kino pełne wrażeń, right? Miniserial
    bardzo mi się spodobał, a gdy usłyszałam, że jest on zrealizowany na podstawie
    książki Stephena Kinga, wówczas nieznanego dla mnie autora, postanowiłam, że ją
    kupię. Nie, w okresie podstawówki nie czytałam książek (o lekturach mowy być
    nie mogło), ale mimo to postanowiłam spróbować i choć raz kieszonkowe nie
    przepuścić na słodycze, a na książkę właśnie. W niedługim czasie nadarzył się
    wyjazd do miasta (cóż, jestem wsiokiem, jak to się dziś mówi), a właściwie do
    galerii handlowej. Pognałam do Empiku, i gdy na półkach nie mogłam znaleźć „Marzeń
    i koszmarów”, zapytałam się o nią jednej z pracownic. Musiała mieć niezły ubaw,
    kiedy usłyszała ode mnie, czy mają książkę: „SZTEPHENA KINGA”. Jakież było moje rozczarowanie, gdy
    zaprzeczyła. Niemniej, gdy do Empiku wróciłam później, w celu zakupienia czegoś
    innego, ta sama ekspedientka złapała mnie i zapytała, czy nie chodziło mi o „STIWENA
    KINGA”. Z uśmiechem na twarzy poszłam do kasy i były to moje najlepiej wydane
    kieszonkowe w dotychczasowym życiu. Do dziś pamiętam, jak wręcz pałaszowałam „Cadillaca
    Dolana”, a „Udręka małych dzieci” sprawiła, że niektóre nauczycielki zaczęłam
    utożsamiać z panną Sidley (sztuczka z okularami naprawdę się jej udała). Mimo
    spędzonych pięknych nocy, podczas których przy świetle lampki – która przypalała
    plastik swojej podstawy – czytałam „Marzenia i koszmary” chcę Was ostrzec
    (szczególnie rodziców). Czasem zajrzyjcie, co Wasza córka, lub syn poczytuje.
    Koszmarów (nomen omen) nie miałam, ale zaczęło się w mnie rodzić uzależnienie
    od kupowania książek (chyba możliwość ucieczki w inny świat, ten książkowy,
    wydawała i nadal wydaje mi się bardzo atrakcyjna). Pamiętam, że gdy „Marzenia i
    koszmary” leżały już na półce ze statusem: „przeczytane”, zbliżały się moje
    urodziny. 1408. Właśnie o to poprosiłam mamę. Pisk i radość przy odpakowywaniu
    paczki wspominam bardzo miło, ale chyba jeszcze milej możliwość powąchania kartek
    owej pozycji i zabrania się do lektury. „Jazda na Kuli” – zdecydowanie moja
    ulubiona historia z tego zbioru. Natomiast do dziś mam w pamięci postać diabła
    ze „Szczenśliwej monety”.

    „Teraz jestem starszy i poważniejszy. I lektury mam trochę mądrzejsze.” – tak właśnie
    śpiewa Kazik. Na pewno jestem starsza, poważniejsza też (ech, Gombrowicz miał rację –
    „Z głową wtuloną w poduszkę, z nogami pod kołdrą, miotany już to
    śmieszkiem, już to lękiem, czyniłem bilans wejścia pomiędzy dorosłych. Za dużo
    się milczy o osobistych, wewnętrznych skazach i spaczeniach tego wejścia, na
    zawsze brzemiennego w konsekwencje.”), ale czy lektury mam trochę
    mądrzejsze? Nadal na półkach leżą pozycje Kinga (spokojnie, nie tylko Mistrza
    Grozy czytuję), kolekcja się powiększa (co prawda nie systematycznie, bo z
    wolnymi środkami dziś już zdecydowanie trudniej), czasu coraz mniej. Obecnie
    siedzę w „Cmętarzu Zwieżąt” i po ponad 2 latach przerwy od Kinga cieszę się, że
    możemy znowu się spotkać. Uścisnąć sobie ponownie dłoń, wypić szybkie espresso,
    wymienić kilka zdań i powiedzieć: „Dobrze Cię znowu widzieć, stary przyjacielu”.
    Bo chyba właśnie Kinga tak traktuję – jako poczciwego, starego przyjaciela, który nigdy
    nie przychodzi z pustymi rękoma. Trzeba mu oddać – świetnie sprawdza się w
    robieniu niespodzianek. Dobrze go mieć. Dobrze go poczytać i dobrze wiedzieć,
    że „Trzeba zawsze iść naprzód powtarzając „‚Dam sobie radę”,
    nawet kiedy się wie na pewno, że tak nie będzie.”

  • Guest

    Kiedy miałem 6-7 lat do mojej mamy przychodziła prenumerata jakiejś gazety z ofertami książek i tandectwa – od
    plastikowego łapacza snów do srebrnych łyżek. Bardzo lubiłem przeglądać książkowy dział szczególnie z horrorami i thrillerami. Czytałem ich opisy wiedząc, że rodzice i tak nie sprawią mi żadnej z nich. Jedną z wielu pozycji, które przykuły moją uwagę było „Miasteczko Salem”. Nie ma się więc co dziwić, że kupiłem ją, choć znacznie później wydając lwią część swojego kieszonkowego.
    U Kinga podoba mi się nie tylko świetnie budowany nastrój grozy, strach przed wyjściem do łazienki o trzeciej- gdy jestem w trakcie czytania, Stephen mistrzowsko przedstawia klimat powieści, po prostu przenosi w inną rzeczywistość.
    Po takim udanym pierwszym kroku musiałem postawić następne. „Lśnienie” było strzałem w dziesiątkę

  • Michał

    Moją pierwszą książką był Wielki Marsz autorstwa Bachmana, który po przeczytaniu okazał się Kingiem. Może zacząłem trochę trochę nie typowo? Nie znałem Kinga, wcześniej miałem kilkanaście lat jak po tą książkę sięgnąłem, a to i dużo powiedziane. Trochę historycznych książek czytałem, i Wielki Marsz wpasowywał się tytułem, byłem u kumpla, leżała, nie czytał, pożyczyłem. Okazało się, że to nie książka historyczna, że autor to nie autor. I dalej już poszło, książki przeczytałem praktycznie wszystkie, ekranizacje również obejrzałem w zasadzie wszystkie i tak zostałem fanem ale przez duże F. Maniakiem nie jestem na zloty nie biegam, ale do książki usiąść lubię. Bardzo.

    Pozdrawiam serdecznie

  • Dominik Łukaszewicz

    Kiedy miałem 6-7 lat do mojej mamy przychodziła prenumerata jakiejś gazety z ofertami książek i tandectwa – od
    plastikowego łapacza snów do srebrnych łyżek. Bardzo lubiłem przeglądać książkowy dział szczególnie z horrorami i thrillerami. Czytałem ich opisy wiedząc, że rodzice i tak nie sprawią mi żadnej z nich. Jedną z wielu pozycji, które przykuły moją uwagę było „Miasteczko Salem”. Nie ma się więc co dziwić, że kupiłem ją, choć znacznie później wydając lwią część swojego kieszonkowego.
    U Kinga podoba mi się nie tylko świetnie budowany nastrój grozy, strach przed wyjściem do łazienki o trzeciej- gdy jestem w trakcie czytania, Stephen mistrzowsko przedstawia klimat powieści, po prostu przenosi w inną rzeczywistość.
    Po takim udanym pierwszym kroku musiałem postawić następne. „Lśnienie” było strzałem w dziesiątkę. Sięgnąłem po nie mając nadzieje, że dorówna „Miasteczku”, efekt przerósł moje oczekiwania :)

    Jeżeli moja historia was nie urzekła to proszę o drugą szansę-przenieśmy się w świat fantazji ;)

    Czerwone słońce rozlało się na ciemniejącym z każdą chwilą nieboskłonie. Stałem pewnie na nogach, ale w środku byłem pełny obaw. Ciarki przechodziły przez całe ciało: od palców u stóp, przez żebra i ramiona, na karku kończąc. Mym jedynym sprzymierzeńcem był wiatr, który głaszcząc moje skronie dodawał mi otuchy…

    Korepetycje z chemii, czułem się tak za każdym razem przed wejściem do domu, gdzie na starym skrzypiącym poddaszu jeszcze starsza i chyba jeszcze bardziej skrzypiąca kobieta zalewała mnie falą wodorotlenków, wiązań peptydowych i reakcjami estryfikacji. Dzisiaj było coś jeszcze. Nie mogłem zrozumieć co będzie czekać na mnie za dębowymi, okutymi drzwiami wejściowymi. Czułem w powietrzu dziwną nutę. Czy takie same uczucie towarzyszy młodemu żołnierzowi przed jego pierwszą akcją? Czy to samo czuje terrorysta-samobójca kiedy wkłada na siebie ładunki wybuchowe?

    Zamknąłem oczy, żeby po momencie otworzyć je powoli jednocześnie wciągając powietrze. Musiałem to zrobić! Jeszcze przed chwilą pewnie stojące nogi, teraz odmówiły mi posłuszeństwa. Zrobię to! Udało się – podszedłem do drzwi. Zastukałem kołatką, wydawało mi się jakby odgłos pukania rozszedł się po całym domu i doskonale wpasował w rytm bicia mojego serca. Odczekawszy dłuższą chwilę pociągnąłem za mosiężną klamkę. Co ty robisz głupcze!- przemknęło mi przez myśl, ale było już za późno. Wszedłem do środka, a mrok owiał mnie całunem swojej tajemnicy.

    Bywałem już nieraz w posiadłości Pani Riedan, jednak nigdy ten stary dworek nie wywarł na mnie takiego wrażenia. Niegdyś piękna, tętniąca życiem posiadłość, dziś rudera na której czas wyrył swoje piętno.
    Nie wiedziałem co robię, dlaczego w ogóle wszedłem bez zezwolenia właścicielki i dlaczego wszędzie panuje taki mrok. Zwykle w korytarzu paliły się dwie przyćmione lampy, jednak nie dziś.
    -Podejdź. chłopcze – usłyszałem cichy, chrapliwy głos dobiegający z któregoś pokoju
    Otworzyłem drzwi sypialni-jak mi się zdawało i zobaczyłem Panią Reiden leżącą na łóżku. Nie musiałem mieć dobrego wzroku by dojrzeć jej wątłe ciało wśród ciemności. Była przeraźliwie biała!
    -Weź to szybko i nie wracaj, nigdy! Jeżeli mnie ujrzysz nie rozmawiaj ze mną, nigdy! Uciekaj z tego miasta, masz jeszcze szansę! Spróbuj zrozumieć przesłanie!- Ta schorowana kobieta przemówiła z niezwykłą mocą.

    Chwyciłem przedmiot, i zacząłem biec pragnąc wydostać się jak najszybciej na świeże powietrze.

    Nawet nie pamiętam jak znalazłem się w domu. Długo nie mogłem zasnąć, podarkiem od mojej zacnej korepetytorki okazała być się książka S.Kinga „Miasteczko Salem” nie chciałem do niej zaglądać, nie w nocy. Jednak wraz z blaskiem poranka od razu ją otworzyłem. „Człowieku zostań człowiekiem, niech Bóg dobry i sprawiedliwy trzyma nad nami piecze” pisało na pierwszej stronie. Łyknąłem całe tomisko w ciągu jednego dnia. Naprawdę świetna książka, ale kiedy pomyśle o sytuacji w której stałem się jej posiadaczem.. no cóż nawet nie wiem jak to nazwać, takie rzeczy zdarzają się zwykle w tanich filmach fantasy a najczęściej podarunkiem okazuje się jakiś magiczny przedmiot, a nie książka, którą można kupić w sklepie bądź przez internet..

    Wieczorem dowiedziałem się od ojca, że pani Reiden zmarła. Wiedziałem że długo nie pożyje w takim stanie, ale jeszcze tydzień temu wydawała być się całkiem na chodzie. Dziś rano znalazła ją jej siostrzenica, która przyjechała w odwiedziny.

    Tymczasem po przeczytaniu „Miasteczka Salem” zabrałem się do następnej lektury napisanej przez Kinga- „Lśnienie” .
    Bardzo żałuje, że wcześniej nie znałem twórczości Stephena! Szczerze nie wiem po co to piszę.. Wybaczcie na chwilę, do okna puka Tom – mój sąsiad, nie widziałem go przez parę dni! Ciekawe czego chce…

    No to tyle :)

  • Anka

    Pierwszą książką Stephena Kinga, którą przeczytałam był „Wielki Marsz”. Do tej pory to moja ulubiona książka. Wprowadziłam mnie w magiczny nastrój i nie pozwoliła mi się od niej oderwać do ostatniej linijki tekstu. Sposób w jaki postacie zostały przedstawione pozwolił mi wczuć się w ich emocje i zżyć się z nimi. Czytając, cały świat przestaje istnieć, jest tylko to co dzieje się w opowieści i to właśnie to jest w danej chwili rzeczywistością. Po przeczytaniu książki do końca poczułam okropną pustkę i żal, że to już się skończyło. Po następną sięgnęłam, ponieważ chciałam znowu poczuć ten fantastyczny, magiczny nastrój, który otoczył mnie przy „Wielkim Marszu”. Kolejną, którą przeczytałam była „Bezsenność” i oczywiście się nie zawiodłam. Każda książka Stephena Kinga wciąga mnie równie mocno co pierwsza i zabiera w swój tajemniczy świat.

  • Karolina Kołodziejczyk

    Moją pierwszą książką było „Miasteczko Salem”. Szał na wampiry i te sprawy. Miałam chyba 12 i lat i naprawdę spodziewałam się czegoś mocnego, a wynudziłam się straszliwie! Uznałam wtedy, że to chyba najgorsza książka ever i obiecałam sobie nie sięgać więcej po Kinga. Dopiero w liceum przyjaciel wręczył mi „Rękę mistrza” i rozkazał przeczytać. Niechętnie zaczęłam… i skończyłam w jedną, nieprzespaną noc. Do tej pory śnią mi się koszmary. Ale to tylko o kunszcie autora świadczy ;)

  • Sylwien

    Moją pierwszą książką Kinga był zbiór opowiadań, którego, ekhm, wstyd się przyznać, tytułu nie pamiętam… Ale pierwszym tekstem było „Prosektorium nr 4”, które przeczytałam jednym tchem, czekając w kolejce do prysznica (bo to na obozie harcerskim było ;)) Miałam wtedy jakieś 12-13 lat, skończyły mi się moje książki (bo przecież nie można wypchać całego plecaka tylko książkami, prawda?) i pożyczyłam Kinga od koleżanki. Wciągnęło mnie niesamowicie! Każde następne było bardziej hmm… mroczne i wywołujące dreszcz wzdłuż kręgosłupa – spodobało mi się to, że efekt był wywołany nie samą okropnością i krwistością opisywanych wydarzeń (fontanny krwi i walające się flaki nie robią na mnie wrażenia), ale podejściem psychologicznym – przerażająca świadomość do czego zdolni są ludzie… (np. w tym opowiadaniu o chłopcu zafascynowanym nazistowskim zbrodniarzem). Żałowałam, że nie przeczytałam wszystkich tekstów, ale nadszedł dzień wyjazdu i musiałam książkę zwrócić… Ale po powrocie sięgnęłam po Mroczną Wieżę (stanęłam na opowiadaniu „Siostrzyczki z Elurii” czy jakoś tak to leciało…).

    Książki Kinga mają (oprócz mrocznego klimatu) to niesamowite coś, co sprawia, że zapadają w pamięci i nawet po tylu latach potrafię bez problemu je przywołać w całości lub jakieś wybrane sceny czy cytaty. I to chyba świadczy o mistrzostwie Kinga :)

  • AdamK

    Moja pierwsza książka Kinga, po którą sięgnąłem był „Roland”, którego za 2 zł w stanie dalekim od zadowalającego kupiłem na kiermaszu bibliotecznym kilka dni po tym jak moja dziewczyna usilnie mnie namawiała do jej przeczytania, jako, że jest to jej ulubiona książka. Druga to oczywiście „Powołanie trójki”, bo cóż innego miałbym czytać jak nie dalszą część cyklu Mrocznej Wieży, która wciągnęła mnie z tego względu, ze była czymś innym niż książki, do których byłem powiedzmy „przyzwyczajony”. Całkowicie nowe doświadczenie, wciągające jak narkotyk.

  • Ruda Magda

    Horror to nie jest ceniony gatunek.
    Wielu kojarzy się tylko z krwawymi jatkami, jęczącymi duchami i
    tym podobnymi atrakcjami. Bo co to za literatura: straszy bujdami,
    zamiast zajmować się uczuciami wyższymi. Myślę sobie, że tak
    jak docenia się książkę za wzruszenia, łzy i przemyślenia,
    można ją również docenić za nieprzespane ze strachu noce. Trzeba
    być mistrzem pióra, żeby z dorosłego człowieka zrobić
    spanikowanego, zasypiającego przy zapalonej lampce dzieciaka.

    Tak zasypiałam po „Miasteczku
    Salem”. Mój pierwszy King. Wydanie stare, na czarnej okładce
    kilka twarzy, w tym wampir przypominający Nosferatu Klausa
    Kinskiego. Kiedy położyłam się spać, ta złowieszcza gęba
    wlepiała we mnie swoje zimne gały. Ta ilustracja plus przerażająca
    opowieść przyniosły mi jeden z najbardziej sugestywnych
    snów-koszmarów: Byłam sama, w wielkim domu, czymś na kształt
    zamku. Dom pełen okien, wszystkie otwarte i zapraszające do środka,
    a za każdym z nim unoszący się w powietrzu wampir… Kto czytał,
    ten wie o co chodzi. Obym nigdy, na jawie, nie zaznała takiego
    uczucia paniki.

    Ale ludzie kochają się bać.
    Szczególnie jak ktoś potrafi ich fajnie przestraszyć. Sięgnęłam
    więc po drugą książkę. Z ciekawości po prostu. „Lśnienie”
    miało być mało straszne – w końcu widziałam film Kubricka,
    więc nie oczekiwałam niespodzianek. Ale Król wie, jak cię
    przerazić bez fajerwerków. Żywopłot w kształcie zwierząt.
    Winda, która nagle rusza w pustym hotelu. Drobnostki, które
    przyspieszają bicie serca, podnoszą ciśnienie.

    Z czasem w kolejnych książkach
    odkryłam, że King strasząc opowiada o zupełnie codziennych
    sprawach: jak zachowują się ludzie postawieni w ekstremalnych
    sytuacjach, historie o dojrzewaniu, o utracie niewinności, o
    przykrych inicjacjach, które wpychają wystraszonych młodych ludzi
    w dorosłość, o podskórnych lękach i wielkich marzeniach. A przy
    okazji o okropnych klaunach, wampirach i kosmitach:-)

  • Jakoś szczególnie nie zaczęłam z Kingiem, trochę o nim słyszałam, wszyscy polecali, książki dostępne prawie w każdym sklepie i kiosku. Z racji tego jakoś sceptycznie podchodziłam do niego, skoro taki wychwalany i taki super, więc pewno mi nie podejdzie wcale. Dlatego też trochę wzbraniałam się przed nim. No ale postanowiłam spróbować. Wybór padł na

    Smętarz dla zwierzaków, w sumie trochę przypadkowo, szczerze mówiąc był „pod ręką”. No i się zaczęło, wciągnął mnie bardzo. I od tego czasu minęło już kilka ładnych lat, a ja nadrabiam zaległości i w literaturze i w ekranizacjach.

  • Agnieszka

    Pierwszą książką Kinga, po którą sięgnęłam była „Zielona Mila” i szczerze mówiąc trochę mnie nużyła, wolałam film. Potem nie zamierzałam już czytać jego powieści, aż obejrzałam „Lśnienie”. Musiałam przeczytać pierwowzór i nie żałuję. Odtąd staram się nie omijać książek Stephena Kinga szerokim łukiem, choć niektóre z nich naprawdę z trudem czytam do końca.

  • Klaudia

    Od zawsze interesowałam się horrorami, nie było więc dziwne, że sięgnęłam po książkę Stephena Kinga. Pamiętam że to był bardzo trudny wybór, ale padł na „Carrie”. Książka była niesamowita, pisana stylem, którego nie sposób podrobić. Najpierw sielanka i czekasz z niecierpliwością co sie wydarzy, bo wiesz że coś będzie. Ale jak już się stanie to nie możesz uwierzyć, że autor wpadł na coś takiego. Właściwie bardzo chciałam sięgnąć po kolejną książkę, ale wcześniej zaczęłam czytać wiecej o samym autorze. Stwierdziłam, że jest to niesamowity człowiek z wielkim doświadczeniem i wtedy przeczytałam „To”. Zajeło mi to dwa dni. Sięgnęłam właśnie po tą książkę, bo….w sumie nie wiem czemu. Najbardziej przyciągnęła moją uwagę. Taka już stara książka na tle nowych, niedawno przywiezionych. I wcale się nie zawiodłam, książkę przeczytałam we dwa dni, ponieważ nie mogłam się oderwać. Wtedy sięgnęłam po sagę „Mrocznej Wieży”. Tutaj autor mnie tak zaskoczył,że nie mogłam uwierzyć, iż to jego dzieło. Wtedy postanowiłam,że przeczytam w miarę możliwości wszystkie jego książki i komiksy. Do tej pory nie zawiodłam się na żadnej powieści:).

  • Wiktor Andrzej Adamek

    Niech będzie krótko i jak najbardziej na temat ;)
    Pierwszy twór Kinga w zasadzie wysłuchałem, tak przy okazji, – „Smętarz dla zwierzaków”. Pamietam że ta powieść była czytana w Polskim Radiu Trójce. Za każdym razie ciary chodziły mi po plecach. Czegoś podobnego nigdy wcześniej nie czułem. Zafascynowany sięgnąłem właśnie po „Lśnienie” i do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu – po tylu latach od premiery nie spotkałem równie dobrej książki w temacie horroru. Niedawno skończyłem jeszcze świeży kryminał „Dallas ’63”, który czyta się równie przyjemnie, więc nie jest niespodzianką, że z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła amerykańskiego pisarza. Jego książki mają „to coś”, co mimo poczucia grozy i rad mojego mózgu „kończ już stary”, nie pozwalały mi odłożyć na bok lektury. Ba, nawet po skończeniu często rozmyślałem na temat fabuły. W rozrachunku otrzymywałem multum frajdy i brak snu, ale jak najbardziej dało się tę drobną niedogodność przeboleć :)
    Ech, miało być krótko…

  • Wika

    Nie pamiętam już, która jego książka była moją pierwszą. Pamiętam za to, że była długa i nudna. Ogarnęło mnie rozczarowanie, a w głowie miałam pytanie: „skąd ten King jest taki sławny?!”. Ale nie jestem z tych, którzy po przeczytaniu jednej pozycji jakiegoś autora skreślają go na zawsze. Po pewnym czasie sięgnęłam po jego drugą książkę, zbiór opowiadań „Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści”, którą nota bene szczerze polecam. Okazała się strzałem w dziesiątkę,.Zachwycił mnie sposób pisania Kinga, samą książkę przeczytałam w jeden dzień. Po tych dobrych wspomnieniach, postanowiłam sięgnąć po następną pozycję tego autora. Tym razem wybór padł na „Sklepik z marzeniami”. Blisko 1000 stron książki, było dla mnie raczej powodem do radości, aniżeli smutku. Do czasu. Sklepik z marzeniami to chyba najnudniejsza książka jaką przeczytałam, przez którą z trudem przebrnęłam i którą zapamiętam na zawsze. Bardzo długi czas musiał minąć nim sięgnęłam po jego następną książkę. Znów trafiło na długą powieść, która mi się spodobała (to jedyna jak do tej pory jego długa powieść, którą przeczytałam nie zasypiając). Nadszedł czas wypożyczenia zbioru opowiadań spodziewałam się czegoś dobrego, bo teraz już wiem, że nikt nie pisze tak dobrych opowiadań jak King. Lecz tutaj się zawiodłam. Nie znalazłam niczego, co pokochała połówka mojego serca (druga nigdy nie pokocha Kinga, pewnie nigdy nie wybaczy mu „Sklepiku z marzeniami”). W każdym razie piszę ten komentarz, mając w domu, trzeci zbiór opowiadań Kinga, który polubiłam. Tak właśnie wygląda moja przygoda z najbogatszym pisarzem świata. Jeśli powiem, ze go nienawidzę skłamię, bo przecież pomimo złych doświadczeń sięgam po jego kolejne książki. Jeśli powiem, że go uwielbiam, skłamię, bo zawiódł mnie kilka razy. Czasami rozumiem, dlaczego ludzie go ubóstwiają i dlaczego wytwórnie filmowe biją się o prawa do ekranizacji jego książek, które jeszcze nie wyszły. Czasami jednak nie wiem, skąd pochodzi ten zachwyt. Jednak pomimo wszystko, każdemu polecam jego dzieła.
    Wika :)

  • Basia

    Nie jestem do końca pewna, czy to była moja pierwsza książka Kinga, bo było to kilka/ kilkanaście lat temu, ale do dziś pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarła- „Smętarz dla zwierzaków”… płakałam jednocześnie ze smutku, strachu i zafascynowania, i już następnego dnia biegłam do biblioteki po kolejne książki autora. Uwielbiam się bać, uwielbiam się smucić, uwielbiam wszystko, co fantastyczne i nadprzyrodzone, a książki Kinga niezmiennie od tylu lat dają mi wielkiego emocjonalnego kopa, i wciąż jestem głodna więcej :)

  • Paulina

    Kiedy kolega podrzucił mi „Wielki Marsz”, nie wiedziałam w co się pakuję. Byłam już wtedy na studiach, także moja przygoda z Kingiem zaczęła się dość późno. Ale co to była za przygoda! Ta niewielka objętościową książeczka dotknęła mnie wręcz organiczne, rozciągnęła emocje i wystawiła nerwy na próbę. Przez kolejne dni po jej skończeniu miałam obsesję na punkcie zastanawiania się czy idę z wystarczającą prędkością 20 km/h, czy może jednak nie, za wolno, za wolno… Postanowiłam, że jest tylko jedno lekarstwo – klin klinem, zająć myśli i bujną wyobraźnię czym innym… I sięgnęłam po „TO”. Chyba nie muszę mówić jak to się skończyło ;)

  • Ula T.

    Pierwszą po którą sięgnęłam był „Cmętarz zwieżąt”. Książka zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Z jednej strony widoczna była kruchość ludzkiego życia, a z drugiej strony desperacja z jaką ktoś kto kogoś stracił dąży by odzyskać tę osobę nawet jeśli skutkiem takiego działania będzie sprowadzenie „czegoś” co nie przypomina kochanej osoby. Długo po przeczytaniu tej książki byłam pod wrażeniem fabuły i stylu pisarza i tak sięgnęłam po kolejnego jego dzieło, którym była „Carrie”..

  • Gosia

    Z Kingiem poznaliśmy się przez Carrie.

    Książka wpadła mi w ręce we wczesnym liceum, w okresie zwiększonego zapotrzebowania na adrenalinę; silnych wrażeń szukało się wówczas w różnych dziwnych miejscach, także w bibliotece ;). Carrie była w moim przypadku którymś tam horrorem z rzędu, wybranym drogą przypadkowej selekcji. Początkowo nic nie zapowiadało sensacji. Pamiętam jak po pierwszych kilku, kilkunastu stronach, przyzwyczajona do kulminacji typu „przeżyje/nie przeżyje”, pomyślałam, że koleś na dzień dobry strzelił sobie w stopę, bo już właściwie zdradził zakończenie – trudno żeby spragnionych wstrząsów czytelników porwał opis wydarzeń poprzedzających rozwiązanie akcji. Jak się okazało, nie wiele jeszcze wiedziałam o prawach, jakimi rządzi się prawdziwy suspens ;). Tej nocy (jak zaczęłam czytać późnym wieczorem, tak skończyłam nad ranem) dowiedziałam się, że a) Kingowi absolutnie nie można ufać, bo jeżeli wybiega z jakimiś istotnymi informacjami naprzód, to nie po to by oszczędzić ci zawału, tylko po to by osłabić twoją czujność b) od zdeformowanego mordercy biegającego po lesie z piłą mechaniczną znacznie straszniejsza może być pierwsza miesiączka, rówieśnicy czy alienacja c) dobry horror to nie tylko straszna historia; to także perspektywa, z jakiej zostaje opowiedziana – Carrie obserwujemy oczyma różnych ludzi, ale do końca pozostaje dla nas zagadką, bowiem brakuje nam wglądu do jej wewnętrznego świata.

    Po tej lekturze uznałam, że skoro autor skradł mi noc i sprawił, że dalej o nim myślę następnego ranka, to chyba trzeba zaaranżować kolejne spotkanie ;). Padło na Zieloną Milę; przy niej już co prawda nie było kurczenia się w fotelu, ale okazała się być na tyle wciągająca, że nie przerwałam lektury nawet wówczas, gdy w całym bloku odcięli prąd :P. I tak, w dużym skrócie, rozpoczęła się moja trwająca po dziś dzień przygoda z Kingiem; przede mną jeszcze kilkanaście książek do przeczytania, a Stephen, jak widzę, ani myśli przechodzić na pisarską emeryturę ;).

  • Michał Pindel

    Moją pierwszą książką była ” Ręka mistrza „. Dała mi ona wiele satysfakcji i śmiechu w sierpniu 2009, a ponadto pozwoliła zapomnieć o problemach osobistych. A sam fakt, że oprócz horroru była to książka psychologiczna jeszcze bardziej mi się spodobała. Zachwycił mnie styl językowy i świetna fabuła. Więc sięgnąłem po następną książkę. A potem kolejną.

    link do komentarza na facebook’u: http://www.facebook.com/michal.pindel

  • Kasia S.

    Moja znajomość z twórczością Stephena Kinga rozpoczęła się nieco ponad miesiąc temu. Kolega, orientując się, że nie przeczytałam jeszcze żadnej z książek jego ulubionego pisarza, postanowił uzupełnić moją „lukę w czytelnictwie”, polecając mi „Rękę mistrza”. W momencie otworzenia pierwszej strony powieści nie wiedziałam, jak bardzo zmieni się wygląd półki z książkami w moim pokoju.

    Każda chwila spędzona z tym dziełem była chwilą, gdy wszystko dookoła mnie przestawało istnieć. Nawet burza, która nocą zwykle nie pozwalała mi zmrużyć oka, nie wywołała u mnie strachu. W końcu byłam gdzie indziej – na Dumie Key.

    Niesamowite opisy, wizualizujące się w wyobraźni niemal jak film, akcja, nieustannie zmieniająca swój bieg z przewidywanego przez czytelnika – to tylko dwa z wielu powodów dla których pochłaniam teraz kolejną książkę Mistrza – „Lśnienie”.

    komentarz na fb – https://www.facebook.com/katarzyna.starczewska.902

  • Łukasz

    Pierwszą książką Stefana, którą przeczytałem było TO…Kupiłem ją ponieważ spodobała mi się jej okładka :). Kolejną było Miasteczko Salem. Zachwycony TYM, przypadkowo natknąłem się w biedronce na Miasteczko i z uśmiechem na twarzy powędrowałem z książką do kasy. To te książki sprawiły, że wydaję wszystkie zaskórniaki na Kinga :)

  • Sebastian Kubańczyk

    W dawnych czasach, pewien znajomy co jakiś czas podrzucał mi autorów s-f do czytania… wtedy horrorów jeszcze tak dużo nie było (początek lat 90-tych), Znałem już Grahama Masterona i James’a Herberta. Czytałem to co proponował z fantastyki i grozy no i w 99% miał racje… klasyczne nazwiska… Aldiss, Heinlein, Silverberg, Wyndham zawsze się sprawdzały.

    Przyszedł dzień, kiedy przyniósł mi TĘ książkę, co samo w sobie było już dziwne. Zwykle podawał tytuły, a ja szedłem do biblioteki i szukałem książki. Ale nie tym razem… (teraz jak o tym myślę wydaje mi się, że był zmęczony i miał podkrążone oczy, nasza rozmowa nie trwała długo – ale może z biegiem lat pamięć płata figle i tylko mi sie wydaje). Dał mi książkę i powiedział: ‚Przeczytaj to, ja idę do domu, może się wyśpię’.Podał mi czarną książkę: wydawnictwo Amber, duża okładka (większa od tych Mastertonów), srebrne litery… „Miasteczko Salem” Stephen King…
    Tej nocy raczej nie spałem, a potem szukałem innych książek… kilka już było na rynku, ale niewiele, „Jasność”, „Carrie”, „Smętarz dla Zwierząt”…
    Wtedy rozpocząłem też doskonały czas wizyt w antykwariatach więc szybko nadrobiłem braki, a moja przygoda z Kingiem dopiero się rozpoczynała.
    Gdzieś na przełomie 1996 i 1997 roku, za sprawą numerów dostępowych, pod strzechy Polaków zaczął
    docierać Internet. Sieć wyglądała wtedy całkiem inaczej, a strony były bardziej statyczne, ale jak zawsze najważniejsza jest treść.Od tego czasu kupowałem i czytałem już wszystko co wychodziło na bieżąco a jako „hardcorowy” fan przez jakiś czas nawet prowadziłem stronę poświęconą Kingowi.

    a oto moje udostępnienie na blogu… oczywiście poświęconemu mojej kolekcji Kinga:
    http://martwastrefa.blogspot.com/2013/05/konkurs-do-wygrania-joyland-i-may.html

  • Ray Garraty

    Pierwsza? Wielki Marsz. Pamiętam, miałem z 15-16 lat, czasy gdzie komputer był rarytasem dla każdego chłopaka w takim wieku. Często wówczas chodziłem do biblioteki i wypożyczałem książki. Zaciekawił mnie tytuł oraz opis z tyłu. Z resztą – do dziś to moja ulubiona książka Stephena Kinga (choć pisana pod pseudonimem). Dlaczego sięgnąłem po drugą? Była to chyba jedna z pierwszych tytułów „wielkiej literatury” i King mnie niesamowicie … wkur…zył. I każdą kolejną książką mnie zarówno wkurzał jak i rozkochiwał. Z resztą do dziś to robi. I kocham go za to jak mnie wkurza. Drugim tytułem, jeśli dobrze pamiętam to była „Desperacja”.
    Co mnie wkurza w nim? Jego najlepsze zakończenia książek – człowiek chce wiedzieć wszystko, jak się potoczy świat, życie bohaterów, a tu lipa – jakby King mówił – dokończ se sam. I za to go wielbię.
    A potwierdzeniem tego, że Wielki Marsz utkwił mi do dziś w głowie i jest ulubioną książką – Ray Garraty – mój blogowy nick to imię jego głównego bohatera :)

  • Mariusz

    Pierwszą książką Kinga po którą sięgnąłem był „Roland”. Zdarzenie to miało miejsce ponad 2 lata temu gdzieś na przełomie lutego i stycznia w niewielkim miasteczku w pobliżu czeskiej granicy :D Po zdanej po ciężkich i zażartych bojach sesji zimowej przyjechałem na ferie do domu. Za oknem sypał śnieg, było zimno i pogoda ogólnie nie zachęcała do wychodzenia z domu. W domu też nie było za wiele do roboty i ogólnie po dłuższym pobycie w większym mieście wydawało mi się jakoś tak za cicho i za spokojnie. Postanowiłem wziąć do ręki jakąś książkę żeby przenieść się w inny świat i oderwać od rzeczywistości jak to zwykle ze mną było kiedy coś czytałem. Ech gdzie te czasy kiedy potrafiło się usiąść i przez dwa popołudnia obalić liczącego ponad 700 stron Harry’ego Pottera i się jeszcze nie miało dosyć, chyba się starzeć zaczynam xd. Ale wróćmy do tematu. Otóż przejrzałem domową biblioteczkę i stwierdziłem że mam problem, bo przeczytałem już wszystko co by mogło mnie zainteresować. No dobra została jeszcze jedna półka zawierająca ukochane romanse mojej mamy, ale jakoś wtedy a także teraz nie potrafię się zdobyć na odwagę żeby wziąć do ręki jedną z tych książek i zacząć ją czytać. Kiedyś próbowałem przeczytać opis jednej z nich, ale byłem w takim stanie że jednocześnie miałem ochotę wybuchnąć śmiechem i zwymiotować więc z troski o zdrowie postanowiłem nie zapuszczać się w te dzikie rejony regału z książkami :P No więc chcąc nie chcąc musiałem się przygotować do wyruszenia do miejskiej biblioteki, żeby zaopatrzyć się coś do czytania. Ubrałem się cieplutko i wyruszyłem do centrum naszego wielkiego miasta xd ( oczywiście mama to wykorzystała i wręczyła mi listę niezbędnych rzeczy, które miałem nabyć w naszym lokalnym centrum handlowym o nazwie Biedronka :P ) Kiedy dotarłem do biblioteki cały obsypany śniegiem humor popsuł mi się jeszcze bardziej kiedy zobaczyłem przy biurku panią bibliotekarkę, której serdecznie nie lubię i kiedyś miałem z nią trochą nieprzyjemności ale to już inna historia. Więc wszedłem skinąłem jej głową na dzień dobry i poszedłem pod regał z książkami grozy i fantastyką. Ogólnie zawsze lubiłem i lubię książki o tej tematyce. Nie ma to jak historia, w której wszytko jest niby takie jak powinno a tak naprawdę nie jest ;). Przeglądałem różne książki, ale okładki na których były wrzeszczące twarze, kościotrupy i inne takie jakoś mnie bardziej zniechęcały do ich wypożyczenia niż przyciągały. Doszedłem do półek z książkami, gdzie nazwiska autorów rozpoczynały się na literę K. Zobaczyłem wiele książek Stephena Kinga – jedne jeszcze starsze ode mnie a inne całkiem nowe. Nie znałem tego autora ale słyszałem, że jest on wybitnym pisarzem horrorów. Wyobrażałem, że jego książki na ogół dzieją się pewnie w jakimś starym opuszczonym zamku i coś tam złego straszy niewinnych ludzi :D Cóż pomyłeczka mała :p Zacząłem przeglądać opisy książek i jakoś tak no powiem szczerze nic do mnie nie przemawiało za bardzo. Wybrałem „Rok Wilkołaka” bo taka książka o potworze napadającym na ludzi wydała mi się bardzo ciekawa :p Jednak była to bardzo cieniutka książeczka, tak na jedno połknięcie więc szukałem czegoś jeszcze. Wziąłem w końcu do ręki książkę pod tytułem ” Czarnoksiężnik i Kryształ”. Z Opisu mi się bardzo spodobała, przekartkowałem ją i tekst też wydał mi się ciekawy. Postanowiłem ją wypożyczyć. Jednak wtedy zauważyłem, że jest to dopiero trzeci tom. Na okładce książki zobaczyłem, że jest to seria 7 książek, więc zacząłem poszukiwać. Zacząłem więc przeszukiwać półki w celu znalezienie wcześniejszych tomów. Znalazłem drugi, ale pierwszego nigdzie nie było. Byłem już zniechęcony i myślę sobie, dobra wezmę drugi a pierwszy najwyżej gdzieś na necie znajdę i poczytam jako e-booka. Ale jednak się udało, znalazłem „Rolanda” tylko w jakimś starszym wydaniu, a nie takim jak na ilustracji z 3-go tomu. Zadowolony więc ruszyłem z książkami do domu. Wszedłem do swojego pokoju, zamknąłem drzwi, położyłem się na łóżku i zabrałem się książkę :] Powiem szczerze że na początku nie byłem zachwycony. Myślę no nie, co to jest za fantastyka jedzie sobie jakiś kowboj na koniu po pustyni i ścigą bandytę. To jakiś głupi western albo przygodówka o Indianach jakie uwielbiał za młodu mój tato i bezskutecznie próbował mnie do nich przekonać. No ale myślę sobie, poczytam dalej i tak nie mam co robić. Potem jednak książka zaczęła mi się coraz bardziej podobać. Kowboj spotkał chłopca nie wiadomo skąd, pojawiła się magia i fantastyczne stwory i byłem już w swoim żywiole. Książkę skończyłem czytać chyba jeszcze tego samego wieczoru. Czułem się znowu tak, jak kiedy chodziłem do szkoły i ukazywał się nowy tom Harrego Pottera w świat którego mogłem się cały zanurzyć i oderwać od rzeczywistości. Wróciły te piękne wspomnienia :-] W związku z tym, że następnego dnia byłą sobota a u nas biblioteka jest wtedy nieczynna wziąłem się za ” Rok Wilkołaka”. Tu jednak się zawiodłem, bo pomysł był bardzo ciekawy a sama książka nie za bardzo mi się podobała, a w porównaniu z pierwszą częścią mrocznej wieży było tak samo jakby zjeść czekoladę milkę i wyrób czekoladopodobny kupiony na promocji bo kończy się termin ważności. Następnymi moimi książkami były oczywiście kolejne tomy Mrocznej Wieży. Drugi i trzeci wypożyczyłem już w następnym tygodniu i spędziłem większość ferii na czytaniu. Po powrocie do miasta w którym studiowałem sprawy trochę się pokomplikowały. Niestety trzeba było chodzić na zajęcia i było mało czasu na czytani :/ A teraz właśnie czekały na mnie coraz grubsze tomy. Więc brałem książkę ze sobą do plecaka i jak tylko była jakaś przerwa to wyciągałem i pogrążałem się w innym świecie. Co mi się w tych książkach tak spodobało? A to, że mówią one o rzeczach niby zwykłych, ale jednak innych, że łączą się w nich świat magii i fantastyki z naszym codziennym racjonalnym otoczeniem. Fantastyczne jest też to, że dzięki tym książkom można poczuć się kimś innym, znaleźć w otoczeniu o jakim by się nawet nie śniło. King ma taki talent do pisania, że jego książki uzależniają, jak się je czyta to zapomina się o całym świecie, tylko chce się więcej i więcej. Są jak narkotyk. Takie wrażenie miałem też po prawie wszystkich książkach Stephena Kinga które miałem okazje przeczytać. Od tamtego czasu przeczytałem wszystkie jego powieści a ostatnią kilka miesięcy temu ” Wiatr przez dziurkę od klucza”. Wszystkie były świetne. Poza „Mroczna Wieżą” chyba najbardziej podobały mi się „Bastion” „Miasteczko Salem” i „Pod kopułą” ale polecam wszystkie każdemu. Masakra teraz patrze że się strasznie rozpisałem xd Przepraszam ale mnie tak jakoś poniosło. Jak ktoś to przeczyta to będzie mi miło, a ja dziękuje że mogłem komuś o sobie opowiedzieć :-]

  • Ania Czyszczoń

    Niespełna 3 lata temu, a dokładniej w połowie lipca udałam się do fotografa, aby zrobić zdjęcie do legitymacji (od września miała rozpocząć naukę w liceum). Po drodze postanowiłam wstąpić do wszystkim znanenemu marketu: BIEDRONKA! Chodząc między półkami zauważyłam stoisko z książkami, a pierwsze co mi wpadło w oczy to nazwisko KING. Było mi ono skądś znane, nie ukrywam, że biorąc tę książkę kierowałam się raczej komercją, chęcią byciu fajną, a nie zamiłowaniem do książek (dzięki Bogu się to zmieniło!). Zbytniego wyboru nie miała, jedyny tytuł jaki leżał na półce wykonanej z kartonu to CZTERY PORY ROKU. „Skazani na Shawshank” – ten właśnie tytuł był napisany wielkimi literami tuż obok zdjęcia Marilyn Monroe (och to również jest znane, będę „fajna” jak przeczytam znane opowiadanie). Zapadła decyzja, biorę książkę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Książka została kupiona, zdjęcie do legitymacji nie zostało zrobione, książka odegrała ważniejszą rolę. „Skazanych na Shawshank” pochłonęłam w kilka godzin i wydaje mi się, że od tego momentu rozpoczęło się moje zamiłowanie do literatury, a nie gimbusiarski lans, szpan czy coś w tym stylu. Kolejnym opowiadaniem z tego zbioru jakie przeczytałam była „Metoda Oddychania” i chyba w tym momencie zapłonęła TA iskierka, zauroczenie, następnie miłość, TAK PRAWDZIWA MIŁOŚĆ do Kinga i jego dzieł; również w tym momencie wiedziałam, że muszę mieć kolejną książkę tego autora. Tylko dlaczego? Wydaje mi się, że powieści mistrza grozy mają to coś! Horror naprawdę potrafi wzruszyć, a czasem nawet rozbawić, co nie wyklucza tego, że nieraz przyprawia mnie o gęsią skórkę i przerażenie. Od momentu zakupienia pierwszej książki moja kolekcja książek mistrza się rozrasta. Nie jest to jakiś zabójcze tępo, jednak nie idę na ilość, a raczej na jakość. Książki Kinga nie tylko są wspaniałą rozrywką, ale posłużyły mi również do napisania prezentacji maturalnej; poza tym jak już wcześniej wspomniałam wzruszają i przyprawiają o dreszcze. Aktualnie jestem posiadaczką 18 książek mojej miłości, a „Joyland” będzie właśnie tą dziewiętnastą, niezwykłą (bo dziewiętnastą!) książką w mojej niewielkiej kolekcji (kupiona, czy wygrana – będzie moja :D!)

  • Guest

    Jako że dzisiaj Dzień Matki, to wpis ten muszę zacząć od swojej mamy właśnie. Moja mama twierdzi, że pierwszą książką Kinga, po którą sięgnąłem, była „Zielona Mila”. Ja osobiście tego nie pamiętam (miałem niecałe trzy lata), ale podobno to sięgnięcie było tak niefortunne, że oprócz książki pociągnąłem za obrus, no i wszystko, co było na stole, szybko wylądowało na podłodze. Na tylnej okładce „Zielonej Mili” wykwitła duża zielona plama, która po dziś dzień świadczy o tym wiekopomnym zdarzeniu ;)

    Drugie sięgnięcie po Kinga było już bardziej świadome. Podczas wakacji w pierwszej liceum pojechałem na wieś pracować przy zbiorze malin. Mieszkałem w małym namiocie niedaleko domu gospodarzy. Kiedy wracałem wieczorem po robocie, czytałem. Tak, człowiek jeszcze wtedy był ambitny i po całym dniu na polu potrafił się jeszcze przez godzinę albo dwie ukulturalniać. Noc, samotność namiotu, szumiące nad głową drzewa, światło latarki i „Roland” Kinga – czujesz klimat? :) Ale za pozostałe części Mrocznej Wieży do tej pory się nie zabrałem, trzeba to będzie nadrobić w najbliższe wakacje…

  • Her0n17

    Nigdy nie miałem okazji przeczytać żadnej z jego książek, aczkolwiek chciałbym, a na razie brak funduszy bo jestem niezarabiającym na siebie gimbusem.

  • Szymon Wnuk

    Jako że dzisiaj Dzień Matki, to wpis ten muszę zacząć od swojej mamy właśnie. Moja mama twierdzi, że pierwszą książką Kinga, po którą sięgnąłem, była „Zielona Mila”. Ja osobiście tego nie pamiętam (miałem niecałe trzy lata), ale podobno to sięgnięcie było tak niefortunne, że oprócz książki pociągnąłem za obrus, no i wszystko, co było na stole, szybko wylądowało na podłodze. Na tylnej okładce „Zielonej Mili” wykwitła duża zielona plama, która po dziś dzień świadczy o tym wiekopomnym zdarzeniu ;)

    Drugie sięgnięcie po Kinga było już bardziej świadome. Podczas wakacji w pierwszej liceum pojechałem na wieś pracować przy zbiorze malin. Mieszkałem w małym namiocie niedaleko domu gospodarzy. Kiedy wracałem wieczorem po robocie, czytałem. Tak, człowiek jeszcze wtedy był ambitny i po całym dniu na polu potrafił się jeszcze przez godzinę albo dwie ukulturalniać. Noc, samotność namiotu, szumiące nad głową drzewa, światło latarki i „Roland” Kinga – czujesz klimat? :) A dlaczego akurat „Roland”? Wszyscy, których pytałem o Kinga, opowiadali mi o Mrocznej Wieży. I że to takie niby połączenie Władcy Pierścieni (którego osobiście uwielbiam) z klimatami westernowymi i czymś jeszcze. No to trzeba było spróbować :)

  • Marcin Olszewski

    Pierwszą książką były „Oczy smoka” – bom był wtedy jeszcze gówniarz i mi w bibliotece szkolnej nie pozwolili nic innego wypożyczyć tego autora. Mówili jednak, że „Oczy smoka” się nadadzą, bo to ponoć pisane było z myślą o dzieciach. A że KONIECZNIE chciałem coś przeczytać tego autora to wziąłem ją bez gadania – i nie żałowałem, Potem wybrałem „Misery”, bo strasznie podobał mi się film, ale tę to mi już wypożyczył starszy brat :)

  • Kamil

    nie umiem wyodrębnić linku do samego udostępnienia, ale post z udostępnieniem powinien być widoczny jako jedyny na mojej osi czasu.

    https://www.facebook.com/kamil.pycia.5

  • Monika

    pierwsza książka Kinga? proste! „Carrie”! jak to się stało? wygrałam bon na zakupy książek. jak to dziecko w podstawówce – wybierałam książki po okładce…i akurat była promocja nowego wydania książki „Carrie”: wzrok dziewczyny z okładki – hipnotyczny. jeszcze tej samej nocy szeleściłam kartkami pod kołdrą, dostrzegając kątem oka mijające na zegarze godziny – przypadkiem, (czy też nie?!) pokrywały się z kolejnymi odsłonami dramatu głównej bohaterki; nie zapomnę nigdy – pierwsza książka, która wywołała u mnie tak silne emocje, byłam dzieckiem, które później zapragnęło czytać! dużo! Kinga! tylko i wyłącznie! drugie było łatwo dostępne – (O!)”Lśnienie”! i dalsze popadanie w Kingofilię poprzez czytaną po nocach „Bezsenność”. do końca podstawówki – wszystkie drobniejsze opowiadania, a potem poznałam co to biblioteka dla „dorosłych” :)

  • Maugo

    Pierwsza książka Kinga jaką przeczytałam to „Smętarz dla zwierzaków” – był to „przypadkowy” wybór z bibliotecznej półki, a zaintrygował mnie tytuł, celowe błędy w nim zawarte no i… wielka siła i moc z niej płynąca. Było to pierwsze, i nie ostatnie zetknięcie z mistrzem Kingiem, a ta własnie książka pozostała moją ulubioną do tej pory. Może sentyment, może obecność i zainteresowanie indiańskimi rytuałami, może wszechobecna tajemniczość i niejednoznaczne zakończenie sprawiły, że dalej mam tę książkę w pamięci, choć od jej przeczytania minęło już kilka dobrych lat. Czytałam ją jako młokos, jako młokos sięgnęłam także po inne jego dzieła – dlaczego? No jak można rezygnować z takiego klimatu? Zresztą pewnie nie ja jedna, po obejrzeniu filmów „Carry”, „Misery”, „Christine”, „Lśnienie” (można by długo wymieniać)- chciałam wiedzieć, jak to opisał nasz miodousty Stephen! Tak! Nie tylko kocham jego książki, ale także większość ekranizacji jego książek! Mówią, że spontaniczna miłość szybko wygasa, jednak moja do Stephena trwa i trwa, niezmiennie od kilku ładnych lat! I coś czuję, że tak pozostanie… a może to zwykłe szaleństwo…? Bo jak napisał S. King: „Szaleńcy zawsze są pewni tego, co widzieli i słyszeli. Nie same halucynacje, ale własnie ta pewność czyni ich szaleńcami”.

  • Rafał Stefaniak

    Wszystko zaczęło się teoretycznie od „Lśnienia”, które udało mi się przeczytać dopiero po roku za… drugim podejściem. Miałem wtedy około 14 lat i nie będę ukrywał że wtedy mało z tego rozumiałem. Pierwszą w pełni przeczytaną książką był „Cmętaż Zwierzont” (już nie pamiętam dokładnej pisowni z błędami). Zaintrygowała mnie fabuła i ten stopniowo narastający ciężar, miałem miejscami wrażenie jakbym sam swoich domowników zakopał na tym cmentarzu, w wiadomym celu. Powieść uzmysłowiła mi fakt że nie wszystko co pozornie wydaje się dobrodziejstwem, na ogół nim jest. Potem sięgnąłem po „Mroczną Wieżę” i jak się pewnie wielu domyśla, King porwał mnie w swoje szpony, szczęki, w swój umysł by uczynić mnie niewolnikiem swojego słowa. Od dziecka kochałem westerny, filmy klasy „B” i fantastykę i właśnie to mi zaoferował King w początku tej sagi – wymordowanie wioski aż do poparzenia przez rewolwery, syzyfowa pogoń za człowiekiem w czerni i ta pustka na zakończeniu i jednocześnie uśmiech Kinga – „choć dalej sukinsynu, chyba że wymiękasz?”.

  • Piotr Wojtala

    Konkurs nr 1

    Do momentu poznania twórczości Stephena Kinga błąkałem się po różnych gatunkach i różnych autorach szukając swojego miejsca w tym świecie. Wszystko to legło w gruzach gdy zawitał do mnie Łowca Snów. Najpierw przywdziany w dźwięk i kolor, żeby potem zaatakować pismem i wszystkimi możliwymi zmysłami. Książka porwała mnie na 3 dni i wywarła na mnie ogromne wrażenie. Sprawiła, że odnalazłem swojego guru jeśli chodzi o ten gatunek. Stał się nim bez wątpienia King. Opisy, historię i pomysły sprawiały że zagłębiałem się w ten świat coraz mocniej i głębiej. Nie było już dla mnie ratunku, zostałem opętany przez Kinga i jego powieści. Drugi atak nastąpił błyskawicznie. W ręce młodego czytelnika wpadła kolejna książka tego autora. Tym razem było to dzieło starsze i mroczniejsze. Wraz z ciekawością i lękiem swojego młodego umysłu zawitałem do Miasteczka Salem. Później wszystko toczyło się błyskawicznie. Kolejna książka pochłonęła mnie, a ja tylko żałowałem że już się skończyła. Niestety wszystko co dobre trwa krótko. Od tamtej pory wkraczam z miłą chęcią w świat przedstawiony przez Stephena Kinga.

    Konkurs nr 2

    Wyobraźmy sobie idealne miejsce dla każdego lubiącego książki, biblioteka. Ściany pomalowane w jednym kolorze, kilka pań nie mających nic innego do robienia w domu, kilka kwiatków w doniczkach dla utrzymania przyjemnego nastroju. Oraz książki, masa książek. Horrory dla lubiących poczuć ciarki na plecach, romanse dla starszych pań wzdychających do ukochanego Leoncja, thrillery dla fanów czegoś mocnego. Książki przygodowe, przyrodnicze, atlasy i masa innych publikacji znajdujących się na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Wszystkie książki są w naszym zasięgu, mamy wolny
    wybór i możemy czytać co tylko nam się spodoba. Każda z nich porywa nas w swój świat opisując go naszej wyobraźni jak
    najdokładniej tylko się da. Dzięki nim przeżywamy chwile smutku i radości, lęku i uniesienia. Są naszą ucieczką od rzeczywistości, chwilką zapomnienia która może nas wciągnąć do ostatniej strony.
    Jednak, co by się stało gdybyśmy natrafili na książkę która nie jest dla każdego? Która nigdy nie powinna dostać się w nasze ręce, a każdy kto postanowi ją czytać zmieni swoje życie nie do poznania? Co jeśli czytając ją nie będziemy zagłębiać się w tamten świat. W świat wyobraźni i liter na papierze, tylko on będzie wkraczał do naszego? Nie będzie chciał się zaprzyjaźnić, potrzymać nas za rękę i dać zapomnieć o sobie. Nie będzie odskocznią od rzeczywistości bo sam się nią stanie. Będzie nas wciągała do swojego świata i pisała dla nas swoją własną historią. Nie, nie będzie ona usłana różami i pełna słońca. Będzie mroczna, tajemnicza i niebezpieczna a zakończenie nie raz będzie napisane naszą krwią…

  • Michał M.

    Pierwszą książkę Kinga poleciła mi dziewczyna. Powiedziała, że muszę to przeczytać, ponieważ znajdę tam coś, co nas dotyczy. Przeczytałem, z niewielkim trudem znalazłem nawet to, o czym mówiła. Tytuł tej książki to „Gra Geralda”. I nie pytajcie, czego musiałem się tam doszukać : )

    Książka podobała mi się, chociaż nie uważam, że była jakaś mega dobra. Sięgnąłem po kolejną, bo naczytałem się wielu pochlebnych opinii na temat twórczości tego Pana. Jako miłośnik rozbudowanych, niekończących się fabuł, zabrałem się za Mroczną Wieżę. Rewolwerowiec bardzo przypadł mi do gustu, jednak nadal nie umieścił Kinga głęboko w moim sercu. Kto wie, może akurat Joyland byłby pozycją, która pozwoliłaby mi „uwierzyć” w geniusz tego pisarza?

  • Eowyona

    Kiedy byłam w gimnazjum, często chodziłam do biblioteki osiedlowej. Biblioteka ta składała się z dwóch pomieszczeń – w pierwszym znajdowała się literatura dziecięca i młodzieżowa, w drugiej – literatura dla dorosłych. Wystarczyło przejść przez drzwi między regałami.
    Kiedy historie uczniów pewnej szkoły, znajdującej się przy cmentarzu, już nie dostarczały mojemu zahartowanemu sercu tylu emocji, co na początku, zwróciłam się do pani bibliotekarki z prośbą o polecenie czegoś. Ta, widząc zapewne płomienie w mych dziecięcych oczętach, zaprowadziła mnie do TYCH drzwi, otworzyła je i powiedziała: „Jak coś sobie wybierzesz, przyjdź do mnie.”
    Nietrudno było znaleźć regał z kartką „HORROR”, przyczepioną do najwyższej półki. Nietrudno było zauważyć nazwisko, powtarzające się na kilkunastu książkach. A kiedy na okładce jednej z nich ujrzałam spozierające na mnie oko jakiejś bestii, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.
    Pierwszą książką Stephena Kinga, jaką przeczytałam w życiu, była „Jasność” (znana większości jako „Lśnienie”). Nigdy wcześniej, ani później, serce mi tak nie łomotało, jak podczas lektury tej książki.
    A spozierające oko dalej spoziera ze studni pamięci.

  • Bielu

    Muszę przyznać, że dopiero kilka tygodni temu rozpocząłem przygodę z twórczością Stephena Kinga. Oczywiście przed lekturą zaliczyłem wiele filmów, opartych na dziełach mistrza. Lecz jedna z nich mnie zaskoczyła do tego stopnia, że po prostu musiałem po nią sięgnąć. Chodzi o „Uciekiniera” – jedną z pozycji, gdzie na okładce nie widniało nazwisko Kinga tylko jego „alter ego”, Richarda Bachmanna. Dlaczego akurat ta? Jakoś nie mogłem uwierzyć w to, że tak chwalony przez wszystkich autor stworzyłby tandetną plwocinę, jaką bez wątpienia był film z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej.

    Na szczęście oba dzieła łączą tylko nazwiska głównych bohaterów i częściowo fabuła. Ta już od pierwszych stron przypominała mi książkę Suzanne Collins pt. „Igrzyska Śmierci”. Motyw telewizyjnego show, w którym najważniejsza jest oglądalność przypadła mi do gustu. Nawet wizja przyszłości miała swój urok, choć swoją „futurystycznością” ograniczała się do trójwymiarowych magazynów erotycznych. Mimo, iż książka nie należy do najgrubszych, do dziś nie mogę uwierzyć, że King zdołał ją napisać w 3 dni! Jednak ten pośpiech sprawił, że książka traci wartości. Już w połowie widać, że autorowi się spieszy, nie zważając na wątki poboczne, które mocno ucierpiały. Szkoda, bo naprawdę drzemał w pomyśle ogromny potencjał, który nie został do końca wykorzystany.

    Tuż po zaliczeniu „Uciekiniera” przyszedł czas na „Oczy Smoka”. Wybierając tą powieść kierowałem się moim zamiłowaniem do fantastyki, a zważywszy na to, że King nie napisał zbyt wiele dzieł z tego gatunku, chciałem jeszcze bardziej ją przeczytać. Teraz tego żałuję. :)

    Od początku historia odrzuca swoją schematycznością – historia króla, który osierocił dwóch synów, chcący odziedziczyć po nim tron jest motywem znanym chyba wszystkim. King stara się urozmaicić całość różnymi opowieściami jak to Piotr, będący uosobieniem doskonałości, lubił bawić się domem dla lalek, lecz coraz to kolejne wątki wprawiają w znużenie i zniechęcają do dalszej lektury. Aczkolwiek i tak nic nie równa się z ostatnimi 70 stronami, które są tak tragiczne, że aż trudno uwierzyć, iż da się stworzyć coś tak słabego. Dlatego też, jeżeli kiedykolwiek zechcesz sięgnąć po tą książkę, moja rada – lepiej tego nie rób, bo stracisz kilka godzin cennego życia.

  • Natalia Masnak

    Moja przygoda z książkami Kinga rozpoczęła się, gdy byłam nastolatką i przypadkiem trafiłam na „Podpalaczkę”…ktoś chyba zwyczajnie, z czego się niezmiernie cieszę, pomylił regały…Spędziłam całe sobotnie popołudnie oraz noc na tej fascynującej lekturze. Później było już z górki – odkrywałam piękno książek Kinga i ten nieodłączny dreszczyk emocji towarzyszący każdej lekturze. Dodam tylko, że ostatnią książką, która podbiła moje serce, była „Pod kopułą”, autor zaskoczył mnie totalnie i na nowo odkryłam niezwykłość powieści Kinga. Nie mogę się już doczekać kolejnej lektury, zapowiada się bowiem kilka bezsennych letnich nocy…:)

  • Magdalena Witkiewicz

    A ja dla odmiany kocham romanse. Takie o miłości z emocjami w roli głównej. I raz mnie zemdliło niemiłosiernie po tych romansach, pragnęłam czegoś innego i sięgnęłam po Miasteczko Salem. Bałam się, ale zarazem niesamowity magnetyzm tej powieści. Nie mogłam przerwać. Spałam przy zapalonym świetle. I teraz zawsze wiem, że do niego wrócę. Stephen King to mistrz nad mistrzami. Warsztatowo i klimatycznie.

  • Aleksandra

    Moją pierwszą książka Kinga była podarowana mi na urodziny „Ręka mistrza”. Złożyło się jednak tak, że zaczęłam ją czytać dopiero kiedy pojechałam jako wychowawca na kolonie. Książka od samego początku przypadła mi do gustu, dlatego czytałam ją w każdej wolnej chwili. Pewnego dnia została zorganizowana dla dzieci gra terenowa. Nasze obozowisko znajdowało się w lesie, 4 km od najbliższej 20 domowej mieściny, więc obstawiając jeden z punktów gry znajdowałam się samotnie w środku puszczy. Trasa, którą mieli przejść uczestniczy była dość długa, dlatego zabrałam ze sobą książkę. Byłam już w momencie gdy akcja robiła się coraz bardziej gęsta. Edgar Freementle postanowił odkryć tajemnicę Duma Key. Siedziałam jak na szpilkach. Jadąc samochodem w głąb wyspy, do starej posiadłości przyroda zaczęła płatać Edgarowi różne figle. Nie tylko jemu. Nagle usłyszałam głuchy trzask i z wielkiej sosny zaczęła spadać nie mniejsza gałąź. Na niebie pojawiły się ciemne chmury, a w lesie zapanowała mroczna cisza przed burzą. Nie zwracając uwagi na nic, przerażona wróciłam do obozowiska. Jestem pewna, że biegłam szybciej niż niejeden sprinter. Książki nie tknęłam aż do powrotu do domu, gdzie ją dokończyłam i rozpoczęłam swoją przygodę z S. Kingiem, która trwa do dziś.

  • Merry Lou

    Moje pierwsze spotkanie z Kingiem nie było spotkaniem z książką. W szkole podstawowej raz w miesiącu mieliśmy organizowane wyjścia do kina i z jakiegoś powodu na jedno z nich haniebnie się spóźniłam. Spędziłam pół godziny w hallu kina, czekając aż jakiś nauczyciel-łaskawca po mnie wyjdzie i zabierze do sali. Całe pół godziny spędziłam, patrząc jak zaczarowana na jeden z fotosów na ścianie: spracowane dłonie czarnoskórego mężczyzny. Spomiędzy palców wyglądała mała myszka. W tej scenie była Magia i wiedziałam, że muszę ją zapamiętać, żeby kiedyś, gdy już będzie wolno mi oglądać coś oprócz animacji, móc ten film odnaleźć i poznać historię ukrytą za obrazem ufnej myszki, trzymanej przez olbrzyma.
    Mimo to, „Zielona Mila” nie była moją pierwszą książką „Stefcia”, ale „Sklepik z marzeniami”. W czasie szkolnych rekolekcji przyłapałam jedną z koleżanek na czytaniu za oparciem klęcznika. Całą mszę spędziłyśmy w Castle Rock, śledząc krwawą jatkę na skrzyżowaniu, gdy Nettie Cobb wypruwała wnętrzności ze swojej przeciwniczki. Z kaplicy wychodziłyśmy czerowne na twarzy – z fascynacji, obrzydzenia, ale przede wszystkim z radości czytania tak „wywrotowej” lektury w uświęconym miejscu.

  • Marcin Sharn Byrski

    1. Pierwszą książką Kinga był Wielki marsz – totalne zrycie umysłu chłonącego nastolatka – świat po tej lekturze już nie był nigdy taki jak przedtem. Naturalnie i zupełnie odruchowo po tak genialnym tekście sięgnąłem po inne książki wspomagane niekiedy ekranizacjami – nieważne czy wampiry, kosmici, dziwne dziewczynki, czy więzienne historie – ważne, że zło ukryte między kartkami książki dosięgało mnie jako czytelnika i zwiększało dopływ adrenaliny. I tak jest do dziś – biorąc w łapki książkę Mistrza wiem, że czeka mnie przygoda pełna napięcia i niepokoju, która w tak idealny sposób działa na moją wyobraźnię. Kinga nigdy za wiele!

    2. A gdyby tak spróbować przeobrazić w zło
    szminkę? Wyobraźcie sobie – tysiące dobrych mężczyzn zmagających się ze
    złem tego świata w postaci kobiet z pomalowanymi ustami. Z takiego
    badziewnego pomysłu tylko King zrobiłby zajebisty horror ;]

  • ANIAKUKA

    Będąc licealistką, wraz z moją szaloną koleżanką Kaśką, codziennie, po szkole odwiedzałyśmy starą księgarnię. Pracowały tam bardzo, ale to bardzo antypatyczne panie o mrukliwym usposobieniu. Uważałyśmy prace w księgarni lub bibliotece za dar od Boga (raj z książkami), jednak te dwie panie zdawały się pracować w tym pięknym miejscu za karę chyba. Wkurzał nas brak zaangażowania z ich strony. Codziennie, przed godziną 15.00 pojawiałyśmy się w sklepie i prosiłyśmy o książkę, która leżała w zasięgu naszego wzroku, najlepiej gdzieś wysoko (to były czasy ’90, książek za ladą podawanych przez sprzedawcę). Sprzedawczyni jak mantrę powtarzała ” NIEEE MAAA”, a my złośliwie pokazywałyśmy palcem interesującą nas pozycję i z szelmowskim uśmiechem prosiłyśmy o pokazanie jej. Ta zabawa trwała tygodniami. Kiedyś to ja wskazałam na książkę, pani po rytualnej zabawie NIE MA- A WŁAŚNIE ŻE JEST, podała mi Misery. Przerzuciłam kilka kartek, a że pani sprzedawczyni miała nas już serdecznie dosyć, stała przy mnie zabijając mnie wzrokiem. Jako odważna licealistka nie dałam się zniechęcić i postanowiłam przeczytać kilka pierwszych stron. Tak przeczytałam pierwszy rozdział Misery- z dyszącą ze złości sprzedawczynią zerkającą mi przez ramię i przyjaciółką Kaśką czytająca wspólnie ze mną. to był początek wielkiej przygody z Kingiem. Teraz przychodziłyśmy codziennie do księgarni, na stojąco, przy ladzie prosiłyśmy o Misery i… doczytałyśmy książkę. Była fantastyczna. Kolejną – Grę Geralda- podarowała mi Kaśka na urodziny. Przeczytałam w jedną noc, a potem już kupowałam kolejne :Dolores Clayborne… Carrie… King potrafi niebywale dobrze opowiadać historie, te straszne i te fantastyczne. Sięgam po każdą kolejną lekturę mając pewność, że będzie do bardzo przyjemnie spędzony wolny czas. Teraz mam już PRAWIE wszystkie pozycje. PRAWIE:)

  • Justyna Krysinska

    2. Lustro – zło. Lustro jako zwierciadło ludzkiej duszy,
    ukazujące najdalsze, najciemniejsze jej zakamarki… Ukazujące najgłębsze pragnienia,
    marzenia, najgorsze możliwe oblicza człowieka. Zmieniające jego podejście do
    życia, świata- ułatwiające podejmowanie decyzji, dyrygujące człowiekiem.
    Zmuszające do podejmowania ryzyka, odkrywające zwierzęce instynkty… Odbicie, które wpędza w tarapaty, działa jak narkotyk…
    Uzależnia…
    Lub- to co jest największą bronią pisarza- czyli książka… książka którą czytelnik pisze sam czytając ją … tworzy ją swoim strachem, fobiami, pragnieniami… ona zabiera go do innego świata, którego ten się boi, może pragnie… z nią przeżywa dziwne rzeczy, ona wysysa z niego życie… zmienia go.
    1. Pierwsza książka- Zielona mila, dlaczego? bo obejrzałam genialny film, oczywiście książka lepsza… Po niej nie było wyjścia jak sięgnąć po następna- sklepik z marzeniami, a potem dalej i dalej. Już nie było wyjścia- czyta się go tak lekko, wciąga, szokuje, interesuje… ten dreszczyk emocji, adrenalina- nie da się go nie lubić… Jest jak dobra używka, raz spróbujesz i po Tobie :)

  • JimBam

    1. Moje pierwsze spotkanie z Kingiem? :) nietypowo, ale Dallas ’63. Byłem na etapie poznawania dziejów JFK, zimnej wojny etc. w liceum. Spodobał mi się ten temat, był bardzo intrygujący. Pojawiło się też wiele pytań z gatunku ‚co by było gdyby’. Te czasy są niesamowite, a ścieżek, którymi mogłaby się potoczyć historia, było wieeeele. Kilka dni później, na yt znalazłem trailer dotyczący tej książki. Słyszałem o Kingu wiele dobrego. Gdy moja główka połączyła to z JFK i cofnięciem w czasie, ZMIANĄ przyszłości…Nie wiem jak to ująć w zdanie, ale ta książka była odpowiedzią na wspomniane wcześniej ‚co by było gdyby’. Poznałem to co chciałem wiedzieć, mam ogólny zarys, myśl przewodnią. Dlatego ta książka pozostaje dla mnie ważna.
    Przechodząc dalej, dlaczego sięgnąłem dalej.
    King ma niepowtarzalny styl pisania. Jego książki przyciągają. Ilekroć jestem w bibliotece zawsze przejdę do regału i po coś sięgnę. Wybieram jedną. Nie spieszę się z ich czytaniem. Z powieściami Kinga jest jak z dobrym winem – trzeba się się delektować smakiem.

  • Olga Szymczak

    Pierwsza przeczytana książka Kinga? „Sklepik z marzeniami”. Mój prezent, na któreś -naste urodziny. Kolejna, już wybrana przeze mnie, „Cztery pory roku”. Wszystko dlatego, że nikt tak jak King, nie potrafi opisać tej mrocznej i złej strony ludzkiej osobowości. Bo będąc gówniarą, tak sobie myślałam, że chcę zostać psychologiem. A Stephen King i stworzony przez niego świat, pokazał mi, że w każdym człowieku drzemie zło. Dla dzieciaka odkrycie nieprawdopodobne, świat jest jednak całkiem inny niż mi powtarzali. Nie ma dobrych i złych, są ci, którzy tego zła w sobie jeszcze nie obudzili. Zrozumiałam wtedy, że ludzie to bardziej złożone istoty, same nie do końca świadome tego, co w nich drzemie. Kiedy tak czytałam „Sklepik…”, nie wierzyłam, że można mieć takie pragnienia, ukryte gdzieś głęboko, a wychodzące na jaw przy wciśnięciu odpowiednich „guzików”. Ale potem chwila zastanowienia, „a może ja też mam takie mroczne strony”? I taka sama myśl z każdą kolejną książką. Dlatego czytam i nie mogę przestać. Bo taka jest ta nasza mroczna strona, że chcemy wciąż więcej i więcej horroru i kolejnych dreszczy na plecach. Czy to nie jest dobry sposób na to, by nasze wewnętrzne zło mogło sobie trochę pofolgować?

  • Eliza Przybyłek

    Moja przygoda z utworami Kinga zaczęła się od…. Lśnienia! Oj, taaaak… Dawna przyjaciółka, kiedy kończyłyśmy szkołę podstawową, otrzymała ją w nagrodę, ale akurat w te wakacje miała co innego w głowie, a wiedziała, że taki mól książkowy jak ja będzie przeszczęśliwy otrzymawszy w prezencie taką grubą książkę. Na początku, spojrzawszy na okładkę, nie byłam, ale po przeczytaniu wpadłam na amen i ta pasja trwa do dziś, prawie dwadzieścia lat :) Nie wiem, czy udało mi się przeczytać wszystkie dotąd napisane przez Kinga utwory, ale pewnie jestem blisko. Nie chowałam żadnej do lodówki, jak Joey Lśnienie ;), ale niejeden raz niewiele brakowało. Niektóre czytam po kilka razy, są w mojej biblioteczce podręcznej.

    Sięgnięcie po następną było oczywiste. Na początku może nie uświadamiałam sobie tego, ale myślę, że najważniejszym powodem, dla którego wracam do Kinga i z niecierpliwością wyczekuję nowości nie jest w moim przypadku chęć poczucia dogłębnego strachu, czy zawrotna akcja czy co tam szukają fani horrorów. Moim zdaniem King mistrzowsko kreuje charaktery swoich postaci. Są pełnowymiarowe, bardzo ludzkie, ze swoimi błędami, upadkami i wzlotami, ze swoją odwagą i tchórzostwem. Ja po prostu lubię bohaterów jego książek. Wybrałabym sobie takich na przyjaciół (przynajmniej niektórych ;) ).

    Niezaprzeczalnym faktem jest też, że King działa na wyobraźnię wyjątkowo. Kiedy czytam jego książki, zawsze jest pobudzona w jednym kierunku – straszenia mnie…
    Kiedyś, nawet nie pamiętam, którą jego książkę miałam akurat na tapecie, wracałam późnym wieczorem do domu. Szłam sobie niezbyt oświetloną uliczką, nikogo w okolicy, dom już w zasięgu wzroku, kiedy na środku uliczki zobaczyłam – uciętą ludzką głowę!! Chyba głupieję w obliczu strachu, bo szłam dalej, a gdy byłam już blisko, okazało się, że to zwykła papierowa torba…
    Innym razem wracałam sama pociągiem, czytając „Chudszego”. Wybrałam przedział, w którym siedziała samotna starsza pani – nie ma bezpieczniejszego współpasażera, prawda? Zaczytałam się… W pewnym momencie uniosłam wzrok, a naprzeciw mnie staruszka, z nożem w ręku siedzi i kiwa się miarowo – w przód, w tył, w przód, w tył… Po chwili grozy zauważyłam, że jadła jabłko, które tym nożem obrała, a kiwa się bo… no, jedziemy pociągiem…

    Więcej słów nie trzeba…

    Co do drugiego konkursu… Zaczęłam od Lśnienia, więc mnie kusi ;)
    Nie przeczytałam wszystkich komentujących, więc nie mam pojęcia, czy nie popełnię jakiegoś plagiatu, za ewentualny z góry przepraszam ;)
    Pomyślałam sobie, że na początku może być śmieć. Papierek po gumie do żucia, albo chusteczka higieniczna, którą wiatr wyrwie nam z ręki i nie chce nam się już po nią schylać, więc wzruszamy ramionami i, natychmiast o niej zapominając, idziemy dalej… Jest to rzecz z pozoru niewinna, niby nic, a jednak pewnie każdemu kiedyś się zdarzy, nie mówiąc już o tych bezmyślnych ludziach, którzy to robią nagminnie (nie oszukujmy się, ONI są wśród nas! wystarczy się rozejrzeć…)
    Uważam, że to bardzo, bardzo zły zwyczaj, zostawiać po sobie śmieci gdziekolwiek, więc może horror na ten temat nauczyłby czegoś nasze nienauczalne społeczeństwo? ;)
    Jest coś, co jeszcze bardziej mnie irytuje w zachowaniu moich bliźnich i czego bardziej chciałabym ich oduczyć, ale obawiam się, że nie dotyczy to całości ludzkości… Mam na myśli psie kupy na trawnikach. Oj, to mogłoby się paskudnie zemścić… Ale co to za horror, którego bohaterami byliby mieszkańcy niewielkiego i mało znanego kraju w Środkowej Europie? Chociaż… jak pomyśleć np. o „Pod Kopułą”?

  • Katarzyna Zawadzka

    Rozpowszechnionym twierdzeniem jest, że zanim dziewczynka stanie się kobietą, najważniejszą i najbardziej rzutującą na jej przyszłe związki rolę odgrywa jej ojciec. Jeśli chodzi o mnie, to ta teoria znajduje zastosowanie w przynajmniej jednej dziedzinie – moich związków z Pisarzami. Bywają burzliwe, często wymagają częściowej lub zupełnej separacji, jednak mimo wszystko muszę przyznać, że nie mam problemu z dochowywaniem im wierności i moja miłość do nich jest tak absolutna, że nie szukam wrażeń i ‚skoków w bok’. Najlepiej pamięta się tych, z którymi przeżywa się pewne rzeczy po raz pierwszy i w kwestii horrorów dla mnie taki pierwszy raz to było właśnie tete-a-tete ze Stephenem Kingiem.

    Podobno to mężczyźni podczas pierwszej randki oceniają kobiety głównie przez pryzmat wyglądu, ale w tym przypadku muszę przyznać, że to ja zauroczyłam się poprzez aspekt wizualny. Zaczęło się od przegenialnej Kubrickowskiej ekranizacji ‚Lśnienia’, jednak było to spotkanie niestandardowe. Jako dziewczynka w wieku szkoły podstawowej w domu douczana byłam przez tatę języka angielskiego, z którym radził sobie o niebo lepiej niż nauczyciele. Jedną z najbardziej oryginalnych metod nauczania, na jakie wpadł, było oglądanie wraz ze mną ekranizacji ‚Lśnienia’ z napisami, przy czym po każdym zdaniu kaseta (tak, tak!) była zatrzymywana, a ja jako posłuszna uczennica musiałam przepisywać usłyszaną kwestię z zamianą gramatyki na mowę zależną (oczywiście, o ile było to możliwe). Co świadczy o mistrzowskim kunszcie Kinga? To, że pomimo tak zniechęcającego podejścia, natychmiast zapragnęłam pochłonąć również książkę. Cóż, może grzecznym dziewczynkom nie przystoi mówić takich rzeczy, ale jako miłośniczka czytania pod kołdrą doprowadziłam do tego, że kolejna randka z ‚Lśnieniem’, tym razem już w wersji papierowej, szybko przeniosła się do łóżka, gdzie przeżyliśmy razem wiele uniesień.

    Takie doznania MUSIAŁY zaowocować czymś więcej, kolejnym etapem naszej relacji była więc ‚Carrie’. Niepowtarzalny styl, wyobraźnia i mistrzostwo w kreowaniu fabuły i psychologizacji bohaterów sprawiły, że z każdą stroną czułam się coraz bardziej zauroczona. Dość szybko okazało się, że to będzie coś poważnego – nie flirt, nie zauroczenie, ale miłość na całego. Mój związek z Kingiem i jego twórczością trwa już prawie dekadę, a każda kolejna przeczytana przeze mnie książka go pogłębia. Wniosek? To musi być prawdziwa miłość, na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, w szczęściu i nieszczęściu. A taka miłość trwa wiecznie :)

    I jeszcze link do udostępnienia, jak szaleć to szaleć, jak brać udział w konkursach – to w obu naraz :D
    https://www.facebook.com/katarzyna.zawadzka.16?ref=tn_tnmn

    Niestety nie mam pojęcia jak wyodrębnić link do samego postu, ale na mojej osi czasu będzie jako pierwszy widoczny (poza tym mój post widać po kliknięciu w opcję ‚kto udostępnił post’ przy Twoim ostatnim wpisie na facebooku, jedyny poza postem wydawnictwa), przepraszam za kłopot ;)

  • Damian „Helmans” Hejmanowski

    Konkurs “Joyland”.

    Znowu go słyszę. Dźwięk skrzypiących kółek leniwie odbija
    się od pustych, szarych ścian i trafia wprost do moich uszu. Wózeczek jest już
    kilka metrów od mojej celi, a ja modlę się, aby czym prędzej zniknął z zasięgu
    słuchu. Irytujący i drażliwy! Tylko takie przymiotniki pasują do tej piekielnej
    machiny, napędzanej siłą mięśni podstarzałego klawisza, który bądź co bądź
    powinien być już dawno na emeryturze. „Może książkę dla zabicia czasu?” – pyta staruszek
    obojętnym i znudzonym głosem. Najtrafniejszym zdaniem byłoby „A idź pan w
    cholerę!”, lecz jako że nuda i monotonia więzienna na stałe zagościła w mojej
    celi, postanowiłem tym razem zrobić wyjątek. „Daj coś i znikaj z tym przeklętym
    wózkiem!”. Strażnik obrzucił mnie gniewnym spojrzeniem, po czym sięgnął po
    jakąś starą książkę i rzucił mi ją przez kraty. „Łap popaprańcu! Historia w
    książce jest bliska twojej, więc wczujesz się w klimat doskonale” – rzekł sarkastycznie
    emeryt. Obejrzałem książkę z bliska. Była to „Zielona Mila” autorstwa Stephena
    Kinga. „No nic, zacznijmy czytać tą szmirę”. Jak się później okazało, nie
    mogłem mylić się bardziej. Świetne i wciągające czytadło, od którego nie mogłem
    się oderwać długimi godzinami (zabierałem ją nawet na spacerniak i na
    stołówkę!). Postanowiłem przeczytać inną książkę tego autora. Od tego czasu z
    utęsknieniem wyczekuję tego pięknego i melodyjnego dźwięku zardzewiałych kółek.
    Drugi wybór padł na „Worek Kości”. Przy tych lekturach wyrok zleciał mi
    nadzwyczaj szybko! A za co siedziałem? „Oszustwa podatkowe – 90 dni w więzieniu”.

  • Janke

    Moja pierwsza przygoda ze Stephenem Kingiem to „Desperacja”. To było dwa dni po moim zwolnieniu warunkowym z więzienia o zaostrzonym rygorze. W owym czasie szukałem dobrego przepisu na pozbycie się nieznośnych sąsiadów i postanowiłem poszukać odpowiedzi na frapujące mnie pytania właśnie w Desperacji.

    PS. Jeden z tych dwóch faktów jest nieprawdziwy. Zgadnij który.

  • Kamila

    1.Pierwsza przeczytana przezemnie książka Kinga ? Christine <3 W dodatku do tej pory jest moją ulubioną. Sięgnełam po nią po prostu z nudów. Nie miałam w domu żadnej wypożyczonej lub kupionej przezemnie książki do przeczytania, więc postanowiłam popatrzeć co na półce z książkami ma siostra. Ponieważ nie miałam wcześniej styczności z Kingiem przeczytałam opis, a ponieważ byłam wtedy zafascynowana starymi samochodami stwierdziłam, że muszę ją przeczytać. Książka była dla mnie genialna, a jednocześnie byłam na siebie zła, że wcześniej nie zainteresowałam się tym pisarzem. Książkę połknęłam w dwa dni i tak zaczęła się nie tylko moja przygoda z Kingiem jak i również gatunkiem horroru.

  • Olga Szymczak

    Pierwsza przeczytana książka Kinga? „Sklepik z marzeniami”. Mój prezent, na któreś -naste urodziny. Kolejna, już wybrana przeze mnie, „Cztery pory roku”. Wszystko dlatego, że nikt tak jak King, nie potrafi opisać tej mrocznej i złej strony ludzkiej osobowości. Bo będąc gówniarą, tak sobie myślałam, że chcę zostać psychologiem. A Stephen King i stworzony przez niego świat, pokazał mi, że w każdym człowieku drzemie zło. Dla dzieciaka odkrycie nieprawdopodobne, świat jest jednak całkiem inny, niż mi powtarzali. Nie ma dobrych i złych, są ci, którzy tego zła w sobie jeszcze nie obudzili. Zrozumiałam wtedy, że ludzie to bardziej złożone istoty, same nie do końca świadome tego, co w nich drzemie. Kiedy tak czytałam „Sklepik…”, nie wierzyłam, że można mieć takie pragnienia, ukryte gdzieś głęboko, a wychodzące na jaw przy wciśnięciu odpowiednich „guzików”. Ale potem chwila zastanowienia, „a może ja też mam takie mroczne strony”? I taka sama myśl z każdą kolejną książką. Dlatego czytam i nie mogę przestać. Bo taka jest ta nasza mroczna strona, że chcemy wciąż więcej i więcej horroru i kolejnych dreszczy na plecach. Czy to nie jest dobry sposób na to, by nasze wewnętrzne zło mogło sobie trochę pofolgować?

  • Guest

    Daję link do głównego, bo też nie potrafię dać bezpośredniego odnośnika: https://www.facebook.com/kamilkulej88

  • wiolaadamiec

    Z tego, co pamiętam z moją pierwszą książką Kinga to wyglądało mniej więcej tak:

    – Dzień dobry, poproszę jakąś naprawdę grubą książkę.

    I tak w moje ręce dostało się „To”. Opasłe tomisko, do tego prawdopodobnie najstarsze wydanie na świecie, gdzie każda karta była już chyba osobną historią. Oczywiście to mnie nie zraziło, w końcu 14-letni człowiek jest pełen ideałów, skoro bibliotekarka poleciła, to musi być ok ;) Więc do lektury nakłonił mnie w sumie przypadek z czasem doszłam do wniosku, że to było przeznaczenie. Bo faktycznie każda kartka skrywała historię, mroczną historię, doskonale opowiedzianą przez Kinga, poruszającą każdy zakamarek duszy. Młoda byłam, pierwszy raz miałam styczność z tego typu literaturą, książkę pochłonęłam w kilka nocy z bijącym sercem, klaunów zaczęłam się nawet bać. Jednak po ponad 1200 stronach pozostał niedosyt. Bibliotekarka nie uwierzyła widząc mnie jeszcze w tym samym tygdniu z powrotem, no ale cóż, chciałam więcej. Padło na „Lśnienie”. Wybór w 100% trafiony. Nigdy przedtem nie bałam się czytając książkę. Było to uczucie dziwne, ale przyjemne, pozwolić tak wyobraźni szaleć.

    Od tamtego czasu minęło 8 lat, a przygoda z Kingiem nadal trwa. Smutne jest tylko to, że teraz nie mogę pójść do biblioteki i wziąć cokolwiek nieprzeczytanego, tylko cierpliwie muszę czekać na kolejne powieści. A wiadomo, na Kinga zawsze warto czekać.

  • Monika Kot

    Konkurs “Joyland”

    Pamiętam, że opuściłam mieszkanie
    i udałam się na spotkanie.
    Odwiedziłam miejsce, w którym zawsze wiele książek czeka,
    a miejscem tym miejscem była oczywiście biblioteka.
    To właśnie dlatego, że od ksiąg i leksykonów jest w niej gęsto,
    zaglądam do niej bardzo często.
    Stał tam regał książkami wypełniony cały,
    który był bardzo okazały.
    Lecz z jednej książki wystawała karta
    i po jej otwarciu okazało się, że jest ona podarta.
    Mimo, że książka była mocno zniszczona,
    została przeze mnie wypożyczona.
    Pomyślałam, że skoro tyle osób ją przeczytało,
    to pewnie dzieło to im się podobało.
    Była to książka zatytułowana „Lśnienie”
    – w ten właśnie sposób odkryłam powieści Stephena Kinga istnienie.
    Książka była dosyć gruba
    i była to dla mnie przysługa.
    Jazda pociągiem zawsze mnie nuży
    a „Lśnienie” umiliło mi czas podróży.
    Przewracałam kartki płynnie jak rzeka,
    nie zauważając jak czas ucieka.
    Wiele godzin podczas wcześniejszych podróży bez książek spędzonych
    oceniam teraz jako bezpowrotnie straconych.
    Gdybym zawsze powieść Kinga miała
    z pewnością nudy bym nie odczuwała.
    „Lśnienie” doceniłam za nieprzewidywalność rozwoju akcji,
    które dostarczyło mi mnóstwa satysfakcji.
    Również umieszczanie akcji w nadającej grozę scenerii
    świadczy o wielkiej Stephena Kinga wirtuozerii.
    Od przeczytania „Lśnienia” każda powieść Kinga jest dla mnie na złota wagę,
    więc polecam jego twórczość wszystkim – warto zwrócić na nią uwagę.
    Cała moja rodzina pamięta,
    że książkę Kinga chcę dostać na święta.
    Szkoda, że premiery książki”Joyland” nie było jeszcze,
    nie mogę się doczekać aż do moich rąk trafi ona wreszcie.

  • Magda Jakubiak

    Mam nadzieję, że jeszcze załapię się z moją odpowiedzią, bo za chwilę kończy się oficjalnie dzień :)
    Pierwszą książką Kinga, po którą sięgnęłam było „To”. Nieźle jak na dwunastolatkę ;) Przychodziłam do małej biblioteki i któregoś razu po prostu intuicyjnie wzięłam książkę, która wpadła mi w ręce. Pani z biblioteki nie pozwalała wtedy wypożyczać horrorów dzieciakom z podstawówki, więc wcisnęłam jej ściemę, że to dla mojej cioci.
    Po przeczytaniu pierwszej książki Kinga do dzisiaj odczuwam dreszcz pod skórą, gdy widzę…klauna. Ale wtedy – pierwszej nocy, kiedy czytałam książkę do świtu, ten dreszcz pozwolił wypączkować trwającej do dzisiaj fascynacji jego książkami.
    Pozostawił w mojej niedorosłej wtedy głowie chęć na więcej, a jednocześnie pozwolił przezwyciężać strach i demony z koszmarów. Może zabrzmi to naiwnie, ale King nauczył mnie niejako, jak być odważną. Dlatego sięgnęłam po kolejną jego książkę. On także przyjemnie drażni, bierze pod włos, ładuje w mózgu ładunki wybuchowe. Uwielbiam to uczucie.

  • Eliza Przybyłek

    Pfff… a ja swój wpis dopieszczałam i mi zginął… Nie wiem czy zdążę w 6 minut go odtworzyć ;)

    Moja pierwsza książka Kinga to Lśnienie. Taaak… Otrzymałam ją przez przypadek. Koleżanka, niezbyt zainteresowana czytaniem, otrzymała ją w nagrodę na zakończenie szkoły podstawowej (było to wczasach bez gimnazjum, a więc bardzo dawno temu;)). Przekazała ją „w dowód przyjaźni” molowi książkowemu, który uwielbia czytać, a im grubsza książka tym lepiej. Pierwsze spojrzenie na okładkę mnie nie zachwyciło, nie czytywałam też wcześniej horrorów, ale nie mogłam się oprzeć tej grubości ;) I tak wpadłam po uszy. Moja przygoda z Kingiem trwa przez niemal 20 lat – nie wiem, czy przeczytałam wszystko, co napisał, ale pewnie jestem blisko. Nie chowałam też jego książek do lodówki, jak Joey, ale niekiedy mało brakowało ;)

    Sięgnięcie po następną było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie – no proszę, po Lśnieniu?? ;)
    Pomijając tą oczywistą oczywistość, mam co najmniej dwa powody, dla których książki Kinga stoją na honorowym miejscu w mojej biblioteczce, są bohaterowie jego książek. Pełnowymiarowi, żywi, prawdziwi, ze swoimi słabostkami, wielkimi sercami. wzlotami i upadkami. Ja po prostu lubię tych ludzi! Wybrałabym takich na przyjaciół (przynajmniej niektórych z nich ;) ).

    Po drugie – sposób, w jaki działają na moją wyobraźnię. Nikt tak nie potrafi!

    Kiedyś, nawet nie pamiętam, którą z książek Kinga miałam akurat na tapecie, wracałam późnym wieczorem do domu, sama. Szłam ciemną uliczką, nikogo dookoła, dom już w zasięgu wzroku, gdy nagle, na środku chodnika zobaczyłam… uciętą ludzką głowę! Chyba groza działa na mnie ogłupiająco, bo szłam dalej, na szczęście okazało się, że to zwykła papierowa torba…

    Innym razem wracałam sama pociągiem, wybrałam więc przedział, w którym siedziała samotna starsza kobieta – nie ma bezpieczniejszego współpasażera, prawda? Cóż, zaczytałam się w „Chudszym”, a gdy w pewnym momencie podniosłam głowę, babcia siedziała przede mną, z nożem w ręku, kiwając się miarowo – w przód, w tył, w przód, w tył… Brrr.. Otrząsłam się, a babcia skończyła jeść jabłko, które tym nożem obrała, i oparła się, co zakończyło jej kiwanie….

    Już wiem, że nie zdążę, już po północy, trudno. Z racji tego, że zaczęłam od Lśnienia, drugi konkurs też mnie kusił…

    Są dwie rzeczy, które mocno irytują mnie w otaczających mnie ludziach. Może dobry horror mógłby ich nauczyć rozumu?

    Na początku był śmieć. Papierek po gumie do żucia, albo zużyta chusteczka higieniczna, którą wiatr wyrwał Ci z rąk. Nie chciało Ci się po nią schylać, spieszyłeś się na autobus, więc zostawiłeś ją na ziemi i natychmiast o niej zapomniałeś… Zwykła rzecz, każdemu się zdarza. Nie wspomnę o tych, którzy robią to bezmyślnie nałogowo…

    Druga sprawa – sorry, psia kupa. No proszę Was, to może się naprawdę dotkliwie zemścić na bezmyślnym właścicielu czworonoga!

    Wiem, że już po czasie… Mój pierwszy komentarz zmieściłby się w wyznaczonych ramach, ale zgubiła mnie próżność. Dopieszczałam go i dopieszczałam, aż zgubił się gdzieś w przestworzach internetu… Odpłynął do Krainy Zagubionych Komentarzy. Może to da mi maleńką nadzieję, że jednak zostanę uwzględniona w konkursie. A może to jest początek kolejnego horroru? ;) Pozdrawiam!

  • Wygrana w tym konkursie jest dla mnie tym samym, czym dla zwyczajnych mieszkańców Castle Rock było robienie zakupów w Sklepiku z Marzeniami, z tą różnicą, że (mam nadzieję) ani Ty, Andrzeju, ani nikt z wydawnictwa Prószyński nie ma niecnych zamiarów, jak Leland Gaunt :) Teraz czuję się… jak Arnie, gdy po raz pierwszy spojrzał na Christine, jak Carrie, gdy ją zaproszono na bal, jak Paul Sheldon, gdy uporał się wreszcie z ostatnim tomem o Misery… ;) DZIĘKUJĘ!

  • woleniemowic

    Co prawda już po konkursie, ale dopisać komentarz zawsze można ;)

    Po Kinga sam nigdy nie sięgnąłem (hejt me!), w zasadzie od dawna jestem/byłem na bakier z kulturą (hejt me x2!), tym bardziej z czytaniem książek (hejt me x3!). Ale życie ma w sobie taki mały pstryczek, który lubi płatać nam figle i zmieniać swoje położenie ON/OFF. Dostałem kulturalnego kopniaka na początku roku 2013. Życie na tyle mocno mi przyfasoliło, że 3 miesiące spędziłem w łóżku bez możliwości przemieszczania się o własnych siłach. W pierwszych dniach pobytu w szpitalu odwiedziła mnie moja „miałem-spartoliłem-odeszła” i jako survival-tools przyniosła mi 2 książki:

    1. „Wszystko jest względne – 14 mrocznych opowieści”
    2. „Ekstremalne wyprawy” Nicka Middleton

    Książki dużo bardziej mi pomogły przetrwać niż świerszczyki i Autoświaty od reszty znajomych, za to Playboy obsłużył całą salę szpitalną ;)

    Obie książki już łyknąłem, dodatkowo podczas rutynowych czynności (wyrabianie ciasta, golenie się, itp.) zacząłem słuchać audiobooków, a od paru dni jestem szczęśliwym posiadaczem Kindle’a – Stephen, szykuj się! Po drugą książkę jeszcze NIE sięgnąłem, ale cel już klarownie na horyzoncie widać – nadrobić zaległości i przeczytać jak najwięcej. Zacznę od „Biuck 8” i będę leciał po kolei! Chcę przeżyć raz jeszcze emocje panujące przy czytaniu powieści „W sali egzekucyjnej” – emejzing, urywa dupę, połknąłem ją jednym tchem, jak już było po wszystkim i się ocknąłem, wróciłem do świata realnego, nagle wszystkie potrzeby fizjologiczne się skumulowały i dało o sobie znać.

    Na wygranie „Joyland” nie mam już szans, ale zaraz po premierze zakupię i podaruję mojej „miałem-spartoliłem-odeszła” w podziękowaniu za uratowanie życia w szpitalu. Spodoba się na pierdylion %, gdyż albowiem King jest jej ulubionym pisarzem.

  • Michał

    Kurczę, jakie to fajne uczucie dostać od Ciebie maila z informacja, że się wygrało COŚ takiego. Dzięki wielkie!

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy od lat do najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)