Autor: Andrzej Tucholski | 1 listopada 2013 | Komentarze:

Spojrzałem w przyszłość i nie chce mi się mieć zdania

27 września 1908 roku był podobno bardzo ładnym dniem. Było jeszcze ciepło. Jak i w każdą inną niedzielę, sporo amerykańskich rodzin wybrało się popołudniem do parku. Kobiety cieszyły się, że mogą pokazać publicznie swoje najładniejsze suknie. Dzieci biegały po krzakach. Mężczyźni rozmawiali o boksie i nadchodzącym, poniedziałkowym dniu pracy. Nikt nie mógł podejrzewać, że dla wielu z nich jest to ostatnia naprawdę pogodna niedziela.

Czy wiesz, co na początku dwudziestego wieku było naprawdę dobrym biznesem?

Konie. Na koniach dorabiało się fortun, na koniach dorabiało się wyższego statusu w społeczeństwie. Konie woziły ludzi, pocztę, towary i dżokejów na gonitwach. Były gałęzią gospodarki, w której pracę znajdowało naprawdę wielu ludzi.

Tyle że 27 września 1908 roku na brzydkie i śmiesznie pachnące ulice Detroit wjechał pierwszy masowo wyprodukowany model Forda T.

Tego dnia rozpoczęła się era powszechnej motoryzacji ludzi i miast.

Tego dnia konie stały się bezwartościowe.

Tysiące pracujących z końmi mężczyzn przeczytało w poniedziałkowy poranek lub usłyszało w wieczornym pubie o nowej technologii i nie zrobiło z tym faktem absolutnie nic konstruktywnego. Po paru latach niektórzy się orientowali, że ich bezcenne hodowle lub umiejętności zaczynają być tylko bardziej i bardziej bezsensowne. Zaczynali się przekwalifikowywać. Niektórzy zaś trwali uparcie przy swoim i nadal patrzyli na coraz częstszych kierowców jak na cuda w cyrku. Nie robili nic.

Dzisiaj możemy już spokojnie ocenić, która grupa lepiej wyczuła kierunek wiatru historii.

Dzisiaj zaczynamy też rozmowy o przyszłości kultury w internecie. Niby miałem pisać o teatrze, bo przyczynkiem do kliknięcia pół godziny temu w [add new] była zorganizowana kilkanaście dni temu w Teatrze Polskim w Warszawie debata „Blog or not to blog”, ale jak zwykle bardziej mi smakuje podejść do sprawy holistycznie. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. Po „prawdziwą” relację zapraszam do Moniki z BlackDresses.pl – jej jak zwykle wyszło super :)

(Wyglądam jak drukowana literka „H”, co nie?)

Masowy internet jest faktem.

Rozwój rynków takich jak nasz w Polsce można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć w oparciu o to, jak poszczególne sytuacje zmieniały się 2, 3 a może i 5 lat temu w innych krajach. Warto obserwować Stany, Anglię i Niemcy. Fakty to fakty.

Mądre firmy i instytucje są świadome zmieniających się trendów i spokojne oswajanie nadal miękkiej rzeczywistości planują z należytym wyprzedzeniem. Robią coś. Dostosowują się. Wydają naraz papier z ebookiem. Budują artyście markę jak trzeba, a nie tylko punktowo. Ufają obserwatorom trendów i statystykom.

I teraz mam problem. Chciałbym napisać „głupie firmy i instytucje tego nie robią” i mieć temat z głowy… ale byłoby to krzywdzące. Nie jest moim celem jakiekolwiek sianie agresji. Wolę poświęcić ten czas (i Twoją uwagę) na coś budującego. To, co opiszę nie jest w żadnym wypadku głupotą. Nie. Jako przykład średniego balansowania nostalgii ze strategią może jedynie skończyć się bardzo nieprzyjemną pobudką pośrodku pustego pokoju.

Wiele firm i instytucji (a pod słowem tym ukrywam też pojedyncze osoby) jest tak bardzo związana z dotychczasowym status-quo, że na powiew świeżego powietrza reaguje lękiem. Zaczyna się przerzucanie odpowiedzialności na kogoś innego. To odbiorcy stają się głupsi. Zniszczyła ich telewizja. To ludzie mniej czytają. Wszystkiemu jest winien internet. To piractwo niszczy artystów. Wszystkiemu są winni fani tych całych nowych technologii.

Jasne.

Samochody też były głośne, śmierdziały i zabijały nieostrożnych.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem w Warszawie używaną nieturystycznie bryczkę.

Podsumowanie minionej debaty jest dla mnie bardzo ciężkie. Z jednej strony mogę ją określić sukcesem – świat teatru jest ciekaw nowych mediów, nowych realiów i nowych kanałów dystrybucji uwagi (a co za tym idzie: treści). Każdy kiedyś zaczynał, a start od tak przygotowanej rozmowy to start godzien pochwały i poklasku. Serdecznie z tego miejsca pozdrawiam Dawida Mlekickiego, pomysłodawcę, za otwartość i determinację. Chcę widzieć takich jaskółek przemian jak najwięcej.

Niestety, do nazwania *efektu* tej debaty sukcesem może mi trochę brakować tolerancji. Usiadłem w gronie (oraz naprzeciwko – publika prezentowała poziom godzien osobnego, bardzo pozytywnego wpisu, nie żartuję:) ) zasłużonych w dotychczasowym świecie ludzi. Rozmowa z nimi (a już w szczególności z publiką) problemem nie była. Tyle że, niestety, przez większość czasu czułem się tam do czegoś brzydko zobowiązany. W trakcie wydarzenia nie myślałem o tym wiele; miałem na celu wyłącznie przekazanie pewnych informacji i wartości. Jestem przyzwyczajony do startowania z dołu – czy to przez popkulturę, czy to przez wiek, czy to przez blogowanie, czy to przez cokolwiek innego.

Ale… gdy usiadłem do pisania tych słów to straciłem z pola widzenia powód, dla którego powinienem się na taką nieuczciwą hierarchiczność godzić.

Na debacie musiałem się tłumaczyć, dlaczego dbanie o swoje artystyczne prawo własności nie jest „narcyzmem”. Przez jedna trzecią musiałem odpowiadać na pytania dotyczące pieniędzy (który to temat pojawił się jakoś w chwilę po starcie wypowiedzi). Musiałem operować spokojną argumentacją przy narzucanym nastawieniu, jakoby moja praca była „kapitalistyczna”, co samo w sobie nie jest określeniem negatywnym, ale w 2013 jednak trochę mnie dziwi. Może to tylko moje personalne odczucie, ale jeśli w moderowanej dyskusji poczułem się w pozycji nieuprzywilejowanej to jednak spróbuję temu instynktowi zawierzyć.

Ta debata miała na celu rzucić choć wąski snop światła na przyszłość teatru w internecie.

Spojrzałem w tę przyszłość i trochę nie chce mi się mieć zdania.

A już na pewno przestaje mi się chcieć nim dzielić publicznie.

Kocham kulturę, kocham teatr tak jak i kocham muzykę czy film, czy komiksy, czy gry, czy (ostatnio) taniec, czy nawet społeczne podejście do planowania miast, co potem wpływa na tysiące niezauważalnych kwestii, które tworzą nasze odczucia. Kocham to wszystko, ale zaczyna mi się nudzić bycie stawianym jako ciekawostka przed sceptycznymi ludźmi, którzy nie mają nastroju na rozwój i naukę. Którzy chcą skonfrontować z moją osobą swoje lęki, strachy i niedowierzania.

Którzy będą się mnie pytać o te cholerne, NIGDY przeze mnie nieporuszane w rozmowach pieniądze. Po sto razy.

A takich paru na debacie się pojawiło (goście + publika). Taki nurt wybrała moderacja. I jak zwykle – jestem w stanie zrozumieć ich pozycje, ich podejścia i ich nastawienia. Ja je naprawdę rozumiem, sam mam rzeczy, których się boję. Sam nieufnie patrzę w naprawdę odległą przyszłość. Tylko przestaje mi się podobać brak zrozumienia w kontakcie zwrotnym.

Dotychczasowy świat po swoich decyzjach nie musi stawiać przecinków na wyjaśnienia.

Od paru lat spędzam każdy jeden dzień na samodoskonaleniu swoich umiejętności. Co tydzień czytam kilka nowych materiałów dotyczących pisania, dystrybucji treści, zmian trendów w internecie. Sporo czasu spędzam w różnych statystykach próbując się zorientować co robię źle. Kocham to co robię, więc wpycham w to NIEOBLICZALNE ILOŚCI CZASU, by efekt był – PO LATACH – choć trochę zadowalający. Zadowalający mnie, bo nikt nie krytykuje mojej pracy równie często i brutalnie co ja sam. Nie masz pojęcia, ile rzeczy idzie do kosza zanim nawet stanie się szkicem :)

Bym mógł mieć cichą świadomość, że tak jak w miarę wychodzi mi blogowanie dzisiaj, tak będzie mi ono wychodziło gdy już dawno zdechnie Fejs a Google zdąży kolejne piętnaście razy zmienić swoje algorytmy. Bo jeśli jestem czegoś w życiu pewny to właśnie tego, że niczego nie mogę być pewny.

W życiu nie przyszłoby mi do głowy, bym w tym co kocham zdobył „wykształcenie” a potem w sposób roszczeniowy podchodził do nadchodzących zmian i dziwił się, że coraz gorzej mi wychodzi. Ale – teraz będzie ważne – nigdy też nie przyszłoby mi do głowy osobę, która robi coś inaczej ode mnie traktować jakkolwiek antagonistycznie. Ktoś wierzy w trend, że popularne będą merytoryczne recenzje? Super, z chęcią będę w kontakcie, byśmy mogli się nawzajem od siebie uczyć, jak dwaj autorzy. Ktoś wierzy, że tekst to przeżytek? Tak samo. Wybieranie trendów to mix nauki i sztuki, oceniać można dopiero efekty.

Ale wiara w to, że „internet minie”?

Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem w Warszawie używaną nieturystycznie bryczkę.

Uściski,

Andrzej Tucholski

Bądźmy w kontakcie:
  • Tantanelka

    Amen.

  • Czyli jednak dałeś upust. Zgrabnie Ci wyszło :) Ja szczęśliwie nie musiałam uważać na słowa, więc nie szczędziłam tych ostrych, które… zostały natychmiast przeczytane podczas debaty. Trochę śmieszno, trochę straszno.

    Wciąż jestem pod wrażeniem, że wraz z Moniką nie wzięliście się za rączki i skocznym, wdzięcznym krokiem nie opuściliście sali.

    • Wiesz co, ja rzadko się denerwuję. Na samej debacie skupiłem się na tym, by dostarczać sensowne odpowiedzi niezależnie od jakości pytania, z reguły przychodzę na spotkania z takim trybem. Tylko że jak usiadłem do pisania tej relacji to, sam nie wiem. Tryb nie chciał zaskoczyć :)

      • I dobrze, jesteś u siebie. No i – nie ma pytań, są odczucia. Po wydarzeniach zostają w pamięci albo drobne detale (mój: narcyzm <3 ) albo ogólne wrażenie.

        A że dawanie cukierków za przewinienia nikogo jeszcze niczego nie nauczyło, dobrze, że wskazałeś, co było nie tak.

  • Dominik

    Czuje, ze ujalbym to odrobine mniej kulturalnie, gdyby chodzilo o mnie.

  • Hej Andrzej,

    Dobre to i potrzebne. Nie widziałem tego, ale jak mniemam po treści, występowałeś w charakterze „małpki”, która okazała się być nie do końca wytresowana. Żeby nie powiedzieć „dzika”.

    To nie jest ważne jaką etykietkę nam się przyczepia. Dobrze to podsumowałeś. Celem jest budowanie. I wcale mnie nie dziwi ten wpis. Jest bardzo wyważony. Masz prawo do własnej opinii – także takiej, która polega na walnięciu pięścią w stół i powiedzeniu „ja się tak nie chcę bawić – nie po to tu przyszedłem”.

    Byłem w tym tygodniu w TV. Też poszedłem z przesłaniem, gotowością do dyskusji, a zostałem przegłosowany zanim jeszcze cokolwiek powiedziałem. Ale i tak uważam, że ten kaganiec oświaty trzeba nieść. 10 razy dostanę po uszach, ale za 11-ym się uda.

    A pod koniec liczy się tylko to, czy mogę spojrzeć w lustro, położyć rękę na sercu i powiedzieć, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy, by było lepiej. Tak po prostu. Tylko tyle i aż tyle.

    Andrzej – szacunek za równowagę, opanowanie i edukowanie… tych, którzy chcą słuchać :) A czy gdzieś można zobaczyć nagranie tego spotkania?

    Pozdrawiam serdecznie

    • Wydaje mi się, że Monika Kamińska gdzieś linkowała, ja nie przywiązywałem dalej większej uwagi do tych materiałów niestety. Nie przestanę pisać o tym, co odbieram jako poprawny rozwój kultury. Zbyt kocham ten temat :) Ale też i przyda się wyznaczyć jakieś granice pomiędzy dawaniem treści a włażeniem na głowę, tak sądzę.

      • Andrzej – koniecznie trzeba wyznaczyć granicę. Nawet jeśli będzie płynna i dynamiczna ;-) Tylko tak możesz edukować. Inaczej uznają, że mają rację, co doprowadzi do… hmm… zastoju?

        • No, zastoju to w naszej kulturze jest akurat dostatek i ciut się wręcz przelewa :)

    • anonim

      „kaganek oświaty” jeśli już

      • „Kaganiec” brzmi mocarnie, nawet jeśli lekko traci sens :P

      • Hahaha… fakt :) Ale w tym kontekście to nawet chyba nawet pasuje ten „kaganiec”. Próbuję sobie przypomnieć co ja myślałem, gdy to pisałem, że tak napisałem ;-)

  • Prośba, rzuć jeszcze raz okiem na ten tekst, bo dla osoby, która nie brała udziału w debacie jest on nie do końca zrozumiały. A bardzo jestem ciekawy jej przebiegu.

    • Jeśli jesteś ciekaw to czeka dostępna gdzieś w necie. Nazywa się „Blog or not to blog”, masz w treści notki. To są moje wrażenia po fakcie, nie jestem fanem streszczania wydarzeń bo sam przy takich wpisach potem zasypiam :)

  • Prażanka

    Zastanawia mnie jedno. Czemu debatę prowadzi osoba reprezentująca „tradycję”, która nie jest obiektywna i bezstronna? Czy to ma sens w takim przypadku?

  • KooBear

    „Bo jeśli jestem czegoś w życiu pewny to właśnie tego, że niczego nie mogę być pewny.” – dobry cytat, muszę zapamiętać. A całość również jak najbardziej na TAK, bo teraz cenni się ludzie, którzy nie krzyczą na prawo i lewo o swoje (to każdy umie) ale potrafią spokojnie wytłumaczyć.

  • Joanna

    Przyzwyczaiłam się o czytania jestkultury i do czytania bloga Moniki w takim stopniu, że przy lekturze zamieszczonych przez Was
    notek czuję się tak, jakby to jakiś mój dobry znajomy opisywał mi
    skrawek swojego życia. Polecał co ciekawego przeczytał, zobaczył czy
    zrobił w niedalekiej przeszłości, albo dzielił się swoimi przeżyciami na dany temat. Kupiliście mnie swoim niesamowitym
    podejściem do czytelnika. Dlaczego? Bo go (mnie) szanujecie, liczycie się z odbiorcą. A czytelnik jak zwierzę od razu to wyczuwa! :)
    W tej debacie nie podobał mi się brak szacunku i lekceważące podejście do Was. Obejrzałam niemalże 2 godzinną rozmowę, w której zamiast konstruktywnie debatować, łapali Was za słówka i aż czuć, że ich niesamowicie boli to, że blogi jako forma wypowiedzi i działalności odnoszą sukces. Poczułam się mocno zażenowana przy pytaniu o pieniądze z bloga. Dlaczego zawsze wszystko musimy prędzej czy później sprowadzić do rozmowy o pieniądzach?! Pracujecie na jakość bloga, jakość zamieszczonych treści i na szacunek u odbiorcy. Popisujecie się swoimi nazwiskami. Nie rozumiem dlaczego w strefie polskiej kultury wciąż z wielkim zdziwieniem przyjmowane są blogi. Jeśli mam wybierać między krytyką popełnioną przez pana recenzenta, który opisuje mi daną treść, wytyka jej słabe i mocne strony, a poleceniem z Waszej strony to miliard razy bardziej przemawiacie do mnie Wy. Lubiłam Wasze blogi, a po tej debacie wręcz je pokochałam. Także niech sobie inwestują w te bryczki, my wiemy, że to strata czasu i pieniędzy. Dzięki za to, co robicie i że jesteście!

    • Ojej, ale fajnie zaczynam sobotę dzięki Tobie! Dzięki!

  • Aleksandra Wójcik

    „Historia wszystkich osądzi!” ;-)

    Uwielbiam zapach książek, teatr w pięknym budynku, kino ze skrzypiącymi siedzeniami, czarno-białe filmy – częściej lub czasami. Bez sensu jest sprzeciwianie się temu, że idziemy do przodu (to chyba się rozwojem nazywa, a to dobre słowo; chyba:-)), bez sensu kurczowo trzymać się przeszłości i udawać, że przyszłość nas nie dotyczy. Nie chcąc być zjedzonym przez przyszłość, trzeba się nią stać, otworzyć się, rozwijać, ale także nie zapominać o przeszłości, pielęgnować tradycję, znaleźć (kurde) złoty środek. :-)
    Teatr (ten tradycyjny) nie przestanie istnieć, ale jeśli chce docierać do większej grupy odbiorców, musi też zrobić krok do przodu (no bo chyba sprintem to nie wystartuje;-)).

  • Andrzej, jak literka „H” nie wyglądasz, natomiast przez kolorystykę ubioru i kontrast ze sceną najbardziej rzucasz się w oczy na tym zdjęciu ;-).

    • Ja się generalnie rzucam w oczy, już nie zwalajmy tego na ciuszki :D

  • Pingback: O związkach teatrów z blogami()

  • Jestem w połowie słuchania tej debaty i wszystko co do tej pory usłyszałam utwierdza tylko moje przeświadczenie jakie miałam na samym początku.
    Otóż problemem na linii teatr – nowe media, nie jest teatr. Moim okiem, teatr ma się nienajgorzej i radzi sobie coraz lepiej. Sięga sukcesywnie po nowe formy i to nie dlatego, że musi, ale też przede wszystkim dlatego, że to go kręci.

    Patrzę jednak na otwarty, wolny i eksperymentujący odłam teatru. To co widzę w tej debacie to jest teatr, którego nie znam, chociaż jestem świadoma jego istnienia i siły. Debatę prowadzi po prostu nieodpowiednia osoba(y) i może w nieodpowiednim teatrze. Wiedziałam o tym w momencie kiedy sam prowadzący się przyznał, że do niedawna mylił blokersów z blogerami. „To żart?” – pomyślałam.
    Bo w ten sposób, zamiast iść do przodu w tej kwestii, cofamy się do podstawowego pytania „to blog or not to blog”. Podczas gdy kolejnym etapem rozwoju powinno być „how to blog (…)”?

    Z drugiej strony powrót do elementarnych kwestii, obsadzanie w roli prowadzącego, człowieka nieobeznanego w temacie, może i nie jest najgorszym pomysłem. Jeżeli chcemy aby w procesie zmian uwzględnić takie tradycyjne osoby jak pan Janusz Majcherek. Mam jednak nieodparte wrażenie, że takie osoby są niereformowalne i jeżeli chcemy iść do przodu, czynić rewolucje, to musimy o nich zapomnieć. Bo trzeba iść do przodu z osobami, które chcą iść z nami. Reszta dojdzie później, bo nie ma innego wyjścia ;)

    W każdym razie – nie generalizuj, nie spisuj ich na straty. Ja znam zupełnie inny teatr, innych ludzi, którzy sa niesamowicie otwarci na nowe media. Wszystkie teatralne ewolucje i rewolucje własnie tam się odbywają. I ja mam pozytywny ogląd na ich przyszłość w nowych mediach:)

  • Oglądałam debatę na żywo, w zaciszu domowym, i za głowę się łapałam. Pan Majcherek i cała reszta traktowała Ciebie i Monikę z taką wyższością, że chciałam sypać bluzgami przed monitorem.

    Ta grupa, która Was tak krytykowała czuła się od Was ewidentnie lepsza i bardziej elitarna. Z jakiego powodu? Bo jesteście kapitalistami? Bo wszyscy traktowali cudzy dorobek jako dobro wspólne. A co to, komuna? Nie wiem czy wszyscy przedstawiciele teatru są tak opieszali, ale zdają się zapominać, że geneza teatru to rozrywka dla pospólstwa. A oni w tym momencie tak traktują blogowanie i zarabianie. Nie wiem aż co powiedzieć, dalej czuję się poirytowana gdy myślę o tej debacie i aż dziwi mnie, że z takim dystansem ją z Moniką potraktowaliście :)

    EDIT: Mowa o Januszu Majcherku

    • pytajnik

      Janusz – wyjątkowo smętny gość – czy Wojciech Majcherek?

  • Ostatnio troche sie zastanawialem nad cala gesta atmosfera wokolo blogosfery. Tak myslalem i myslalem i doszedlem do wniosku, ze to bez najmniejszego sensu zadawac sie z tymi i podejmowac proby tlumaczenia ze blog to fajna sprawa, ze to medium sie rozwija, ze mozna zarabiac na tym, ze bloger nie jest dziennikarzem, ze tresci na blogu nie powinny byc kradzone itp. Stare media juz przyczepily blogerom etykiete. Zamiast starac sie ja zmienic, mysle ze trzeba to zignorowac. Stare media raczej malo kumaja internet i dobrze. Blogerzy kumaja internet i to Oni sa Fordem T.

    Peace & Lov
    L

    PS. nie mam polskich znakow …

  • Yes

    Podziwiam Cię za to, że wytrzymałeś te archaiczne poglądy tych panów od teatru. Nie martw się ich ciemnotą, Ty ma iść w przyszłość z ludźmi młodymi lub młodymi duchem, z duchem czasu!!! Dziękuję za tak dojrzałą i mądrą ocenę czasów w których żyjemy.

  • Karpuzi

    hahahaha.. internet przeminie!! no peeewnie! Bardzo rozsądne myślenie! Poraz kolejny zgadzam się w stu procentach.

  • Zdenerwowałam się tylko niepotrzebnie na wieczór tym oglądaniem. Andrzej, Monika, szacun.

  • Pingback: Teatr, który nie bloguje - umiera | Muszkieter.in()

  • Chwilę myślałem, by zabrać głos w sprawie, który zaczął się od pisania tutaj komentarza. Wyszedł z tego wpis, więc mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe jak linknę: http://muszkieter.in/2013/11/teatr-ktory-nie-bloguje-umiera/

  • Wpadłem tylko napisać, że wczoraj nad ranem jakoś nie chciało mi się spać i przeglądając zakładki w przeglądarce trafiłem na ten wpis – wcześniej go czytałem, ale nie miałem jakoś chęci/czasu (nie wiem, pewnie obu tych rzeczy) oglądać dwugodzinnego zapisu debaty.

    Obejrzałem, odczucia mieszane – na minus raczej tylko Pan Wojciech Majcherek i jego fachowe opinie o blogach oraz ich kapitalistycznym (złym, zgniłym, paskudnym) odcieniu. Szkoda też, że przez całą debatą może łącznie 7-10 minut (strzelam, ale ewentualna pomyłka nie będzie raczej z dużym wychyleniem czasowym) zabrała głos Pani Marzena Dobosz – momentami miałem wrażenie, że boi się wypowiedzieć (strach przed krytyką ze strony tych zarabiających, poważnych blogerów?) albo po prostu nie chce. Nie wiem, późno było.

    Szkoda wielka, że ciekawe tematy zostały jak zwykle przygniecione przez finanse i zarabianie. Ale jak to można zarabiać na blogach? Przecież to już jest niesprawiedliwe, oszustwo względem czytelnika. Pisanie dla pieniędzy!
    Naprawdę, ludzie by mogli dać już sobie z tym spokój…

    Za to pozytywnie (nieco, ale jednak) zaskoczył mnie starszy braciszek Majcherek (beton od kominka i kota) – z początku uważałem go za hm.. nie wiem, ale jednak pod koniec dał się poznać jako całkiem ciekawa osoba – taka spoko (hm).

    Dobra, napisałem co chciałem napisać to chyba wystarczy. Przede mną kolejna noc z internetem, może choć raz zrobię coś pożytecznego.

    I wezmę się zaległe seriale, rzecz jasna.

    Pozdrawiam ;)

Cześć! Nazywam się Andrzej Tucholski i miło mi Cię tu widzieć!

Jestem dyplomowanym menedżerem i magistrem psychologii biznesu.

Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce.

Prowadzę bloga i kanał video poświęcone strategiom projektowania fajnego, udanego życia.

Organizuję polecenia #NiedzielaDzielenia, serię #SąSuper oraz akcję SHARE WEEK.

Przygotowuję kawę w Sekretnej Kawiarni oraz ukrywam przed światem Tajemną Listę.

Facebook

Na fanpage wrzucam informacje o nowych premierach i statusy tak długie że same powinny być artykułami. Uwaga: polecam dużo fajnych ludzi i często zachęcam do chwalenia się.

YouTube

Od czasu do czasu montuję na statywie kamerkę i opowiadam jej coś o skuteczności, podejmowaniu decyzji lub stoicyzmie. Uwaga: bywa nieostro, bo sporo macham rękoma.

Instagram

Kulisy mojej pracy, ładne ujęcia Warszawy, spore ilości książek, kawy i podróży archiwizuję amatorskimi fotkami na Instagramie. Uwaga: zdarzają się selfie.

Instagram

Pierwszy raz?

Prowadzę tego bloga od 2009 roku. Opublikowałem tu ponad 1000 wpisów. To dużo treści, więc przygotowałem dla Ciebie drobne wsparcie. Przeczytaj o czym jest to miejsce, kim jestem ja i od czego warto zacząć lekturę na specjalnej stronie powitalnej.

Dołącz do 11 000+ Czytelników
I zapisz się do Tajemnej Listy

Każdy odbiorca newslettera dostaje w prezencie:

  • pierwszeństwo w dostępie do nowych artykułów
  • skoroszyty Excel pomocne w organizacji życia
  • plakaty i prezentacje z najważniejszymi informacjami

KRÓTKO O BLOGU

AndrzejTucholski.pl to blog dla ludzi, którzy chcą więcej. Prowadzony przeze mnie od 2009 roku należy do 10 najbardziej wpływowych w Polsce. Lubię dobre praktyki i interesuję się szukaniem wspólnych mianowników w filozofii i nauce. Wierzę, że niezależnie od tego co lubi się w życiu robić, można to robić skuteczniej, spokojniej oraz czerpać z tego więcej frajdy. Nie lubię mówić innym co mają robić, więc staram się korzystać z przykładów z literatury oraz z własnego doświadczenia. Każdy wyciągnie z nich tyle, ile uzna za stosowne.

Informacje

Żadnej treści na blogu nie można traktować jako profesjonalnej porady psychologicznej. Nie udzielam też takich przez mail.

Niektóre linki na blogu mogą być linkami afiliacyjnymi.

Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie gra :)